czwartek, 24 lutego 2011

Gruzińska niespodzianka

W zeszłym roku, w październiku, dostałem butelkę gruzińskiego wina. Była to dla mnie niespodzianka, bo choć spodziewałem się wina jako prezentu urodzinowego, to zaskoczyło mnie to, że wino było właśnie gruzińskie. Miłe zaskoczenie muszę dodać, bo choć miałem już okazję próbować win z tamtego regionu, to nie udało mi się dotychczas wyrobić jasnego zdania na ich temat. Chciałem je bliżej poznać, ale szkoda mi było na nie pieniędzy. Prezent zatem zapewnił mi darmową naukę. No, powiedzmy początek nauki pod hasłem "pierwsza lekcja gratis".

Gruzja uchodzi za kolebkę winiarstwa, istnieją ślady świadczące o tym, że winorośl była tam uprawiana już ok. 7 tysięcy lat temu. W średniowieczu rolnictwo gruzińskie było świetnie rozwinięte, uprawa winorośli miała charakter niemal przemysłowy, wina zaś były cenionym towarem eksportowym. Czasy radzieckie nie przyniosły jednak chluby winom gruzińskim, choć na rynkach bloku sowieckiego mogło uchodzić za rarytas. Swoją drogą jestem ciekaw jak smakowały ówczesne wina z Gruzji. Obawiam się jednak, że szansa na to, by ich spróbować jest raczej zerowa. Wysoka wydajność z hektara i niska jakość trunku wpisywały się w smutny, szary obraz wielkoprzemysłowej, komunistycznej produkcji planowej. Komunizm upadł, jednak przyzwyczajenia z tamtych czasów w dużej mierze pozostały i pewnie jeszcze długo by tak było, gdyby nie polityczne napięcie między Rosją i Gruzją. Ograniczenie, czy nawet wstrzymanie importu gruzińskiego wina do Rosji sprawiło, że Gruzini musieli szukać nowych rynków zbytu. Europa jest jednak wymagająca, a to wymusza na Gruzinach inwestycje w winiarską infrastrukturę. To daje nadzieję na coraz lepsze wina z tamtego rejonu, choć dla wielu małych, ubogich winnic przetrwanie trudnych czasów będzie graniczyło z cudem. Dla nas, Polaków, wina gruzińskie mogą stanowić niezłą i niedrogą alternatywę dla win z Europy Zachodniej, pod warunkiem jednak, że dystrybutorzy i sprzedawcy nie wywindują nadmiernie cen, co jest możliwe w kraju, w którym chęć szybkiego zysku z jednej strony (wysokie marże sprzedawców i importerów) i nadmierna polityka fiskalna z drugiej (cła, podatki, opłaty nałożone przez państwo) mogą brutalnie pozbawić marzeń winomaniaków śniących o świetnym winie za przyzwoite pieniądze.

No, ale dość tych smutków i żali.

Wino, które otrzymałem to Kindzmarauli Marani Saperavi Barrel Select.


Według informacji zawartych na kontretykiecie, wino przez dwa lata dojrzewało w dębowych beczkach i ta informacja wydaje mi się dość istotna. Nie jestem wielkim znawcą win, mam wciąż zbyt małe doświadczenie, ale wydaje mi się, że właśnie dębowa beczka silnie wpływa na smak tego wina. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale wino było smaczne i charakterne. Moja żona chyba miała podobne odczucia, wino przypadło jej do gustu i choć odmówiła wypicia kolejnej lampki wina, to następnego dnia otrzymałem lekką burę, że opróżniłem butelkę do samego dna.

Ciekawostką dla mnie było to, że wino potrafi zachować swą jakość przez nawet 50 lat i dłużej. Zaraz potem autorzy informacji dopisują jednak, że najlepsze jest w wieku od 4 do 30 lat. Moje pochodziło z 2005 roku, może było jeszcze za młode, nie wiem. Ale przyszłość tego wina widzę w jasnych barwach.

czwartek, 17 lutego 2011

Wino, opony i śpiew.

Uczestniczyłem ostatnio w degustacji przeróżnych kupaży, w tym bordoskiego wina Chateau Roquegrave z rocznika 2006. Wraz z moimi współtowarzyszami od kielicha ustaliliśmy, że wino zalatuje gumą, w głowie pojawiło mi się ponadto pewne skojarzenie z zapachem obecnym przez jakiś czas w moim mieszkaniu. Ta klasyczna skądinąd mieszanka caberneta, merlota i pewnie czegoś tam jeszcze (cabernet franc?) przywoływała z mej pamięci zimowe opony, konkretnie Dunlop'y Wintersport 3D. Trochę się z tego pośmialiśmy, grzecznie wypiliśmy do końca to, co jeszcze przykrywało dno kieliszka i postanowiliśmy o tym akurat winie zapomnieć. Po chwili jednak przypomniało mi się, że jestem posiadaczem całej butelki tego trunku. Spojrzałem do swojego magicznego notesu, z którego odczytałem datę 29.04.2010 - był to dzień, w którym butelka bordeaux zasiliła mój składzik win. Jakoś trzeba będzie przełknąć tę gumową żabę - pomyślałem - choć zachowałem kamienną twarz.

Po powrocie do domu postanowiłem, że otworzę to wino w pierwszej kolejności, bo jakoś tak mam, że najpierw nakupuję wina więcej niż trzeba, a potem wypijam te najsłabsze, albo najtańsze w pierwszej kolejności. Mam wątpliwości, czy doczekam się kiedykolwiek tych lepszych butelek, chociaż w tym miesiącu wstrzymałem winne zakupy do niezbędnego minimum, więc jakiś cień szansy jest.

Otworzyłem, powąchałem... powąchałem raz jeszcze... i jeszcze raz. Może i jakąś gumę było czuć, ale już raczej nie oponę, co najwyżej gumkę myszkę, a to mnie wcale nie przeraziło, wszak w dzieciństwie takie gumki zdarzało się podgryzać na lekcjach. Spróbowałem, smak niezły, charakterystyczny dla świeżo otwartego bordeaux, mianowicie przygaszona owocowość, jakby przysypał ktoś niezbyt słodką konfiturę talkiem, czy inną kredą. Ale takie bordeaux piłem nie pierwszy raz, zdążyłem się przyzwyczaić i wiele po tanich winach (43 zł w Winestory) z tego regionu nie oczekuję. Wino, choć się tego nie spodziewałem, wypiłem ze smakiem bardzo zadowolony z tego, że okazało się jednak miłym rozczarowaniem. Żona załapała się na ostatnie krople wina, ale wyraziła się o nim z uznaniem, a zapytana o gumę spojrzała na mnie takim wzrokiem, że poczułem się jak idiota.

"Zima, zima, mróz za mordę nas trzyma" - z głośnika poleciał głos Maleńczuka. A ja rozgrzany medokiem, równie ciepło pomyślałem o swoich Dunlop'ach. Te gumy pomogą mi przetrwać zimę.

środa, 16 lutego 2011

Uff...

W końcu znalazłem chwilę, żeby odsapnąć i coś napisać. O winie trudno było cokolwiek wspomnieć, bo i czasu na małe nawet degustacje w zasadzie nie miałem. Może to dobrze dla mojej wątroby, ale dla głowy i serca zdecydowanie nie. Nie mówię, że niczego nie spróbowałem, bo to nieprawda, ale wina wybierałem raczej zwykłe, powszechnie dostępne, niewymagające jakiejś szczególnej koncentracji podczas picia. Na przykład całkiem niezłe wino z francuskiego regionu Langwedocja-Roussillon La Vigie (Corbieres Cru Boutenac).

Wspaniały intensywny owocowy nos zachęcał do skosztowania wina i kosztowałem je, oj, kosztowałem. Zapamiętałem smak kojarzący mi się z jagodami, czy innymi tam borówkami amerykańskimi, za którymi przepadam, więc siłą rzeczy i wino przypadło mi do gustu.

Kolejne wino, które udało mi się wypić to produkt chilijskiego oddziału Miguela Torresa o nazwie Santa Digna zrobiony ze szczepu cabernet sauvignon (reserve 2008).

Proste, fajne wino o typowym dla tego szczepu smaku czarnych porzeczek. Chociaż nie wyróżniało się niczym szczególnym, wypiłem je ze smakiem, a muszę w tym miejscu powiedzieć, że nie jestem szczególnym miłośnikiem cabernetów, choć o ile dobrze pamiętam, to wszystkie cabernety z Ameryki Południowej (Trapiche, Sunrise) były smaczne i niedrogie.

Część elementów kompozycji pochodzi ze strony gallofamily.com
Kolejnym "zwyczajnym" winem, które miałem okazję spróbować, było kalifornijskie sauvignon blanc (Gallo), produkt typowo supermarketowy, ale nie chcę przez to powiedzieć, że zły. Wręcz przeciwnie, dobre, solidne winiarskie rzemiosło, które ma smakować i smakuje, a jeśli już o tym mowa to dominuje tu agrest i świeżo skoszona trawa, czyli znów klasyka charakterystyczna dla tego szczepu. Po raz kolejny chciałbym wspomnieć o nowozelandzkich winach ze szczepu sauvignon blanc, czyli Silverlake i Riverstone, które dla mnie są bezbłędne i jak do tej pory niepokonane. Żadne inne, zwłaszcza chilijskie, nie mają z nimi żadnych szans. No jest jeszcze Clocktower, ale to akurat jest również wino z Nowej Zelandii.

Jeśli Gallo, jak wspomniałem, było niezłym produktem rzemieślniczym, to Sutter Home Sauvignon Blanc należy nazwać typową przemysłówką, w której lekko tylko zaznaczony agrestowy smak został zdominowany przez mało szlachetne jabłka. Pomimo wyższej ceny muszę przyznać palmę pierwszeństwa produktowi Gallo, to wybór zdecydowanie lepszy.

Na koniec jeszcze jedno sauvignon blanc, tym razem z Chile. Terra Andina plasuje się pomiędzy produktami z Kalifornii. Nie jest tak wyraziste jak Gallo, ale znacznie smaczniejsze od Sutter Home. Ma to także potwierdzenie w cenie.

Gallo - ok. 29 zł
Sutter Home - ok. 20 zł
Terra Andina - ok. 25 zł

niedziela, 30 stycznia 2011

Komu bilet, komu?

Zakupy były niemal półhurtowe. Ze sklepu wyszedłem z trzema południowoamerykańskimi winami "Ticket to Chile". Jedno z nich ostatnio opisywałem. Drugie, Chardonnay Reserve 2008, też już wypiłem, ale nie ma o czym gadać, wpłynęło, wypłynęło i zostało szybko zapomniane. Trzecim winem był świeżutki merlot (2010) z linii zupełnie podstawowej i o 10 zł tańszej niż seria Reserve. I co? Był to pierwszy "Ticket...", który przypadł mi do gustu i który wypiłem z przyjemnością. Nie jakieś och i ach, ale dobre wino do wypicia bez okazji, w dodatku za przyzwoite pieniądze (27 zł w Winestory).

Cytat z etykiety: "Aromat wiśni uzupełniony zapachem słodkich przypraw oraz delikatny posmak marmolady i słodkiego likieru zaowocowały jakże wspaniałym i delikatnym finiszem tego wina." Ja prawdę mówiąc wyczuwałem w nim raczej nuty porzeczkowe. Jeśli zaś idzie o marmoladę i słodki likier, to zupełnie nie wiem o co chodzi. Wiem tylko tyle, że spokojnie można tego merlota wypić z kumplem nie poddając jego przyjaźni zbyt niebezpiecznej próbie.

sobota, 29 stycznia 2011

O rany, moja głowa...

Zerwałem się na równe nogi na sygnał-znak "wstawaj!". Trwałem w pionie krótką chwilę, coś chlupnęło w głowie, coś ją przycisnęło od góry, straciłem równowagę i znów siedziałem na łóżku. Rzuciłem okiem na biurko, na którym stała nieopróżniona do końca butelka pinotage. Czyżby ona odpowiadała za mój stan? Dlaczego to wino tak mną poniewiera po tylu godzinach? Było smaczne, pachniało orzechami, smakowało wiśnią, tak jak lubię. Taniny wyraźne, dobrze wyczuwalna kwasowość. Alkohol? 13,5%. Mogłoby się wydawać, że to niedużo, chyba że to nieprawda. Wino nie zachwycało, to prawda, ale i nie zniechęcało do sięgnięcia po kolejny kieliszek.

Przypomniało mi się, że coś takiego już mnie kiedyś spotkało. Przejrzałem zdjęcia i znalazłem to, na którym uwieczniłem (w trakcie picia) wino, które bardzo mi smakowało. Niestety, następnego dnia było znacznie gorzej. Okazuje się, że oba pochodziły od tego samego producenta.

W 1988 roku zespół Bon Jovi wypuścił płytę "New Jersey". Płyta łatwo wpadała w ucho, ale była równie marna jak te wina, gładko przepływające przez gardło.

John Bon Jovi śpiewał:

"Well I woke up this morning
I rolled out of bed
I felt like a dog who's been
Kicked in the head."

Piosenka nie była o winie, ale czy to, co piłem winem było?

wtorek, 18 stycznia 2011

To nie była Bunga Bunga.

Ten pierwszy raz nie zawsze musi skończyć się sukcesem...

Ten pierwszy raz nie był sukcesem.

Musiało upłynąć trochę czasu, żebym mógł zapomnieć smak klęski, przemóc się, spróbować jeszcze raz. Trochę? Cały rok! Dwanaście długich miesięcy.

Nie wszystkie są łatwe, o nie... Ale to dobrze, bo choć dostałem w pysk, to czuję przed nią respekt, szanuję ją i nie czuję żalu. Czekałem długo, nie byłem cierpliwy i wtedy, gdy się nagle pojawiła chciałem to zrobić szybko. Teraz już wiem, że zbyt szybko.

Ten rok nauczył mnie cierpliwości i chociaż w tym czasie nie byłem samotnikiem, miałem kilka romansów, czy niewinnych znajomości, to wciąż myślałem o niej. I nagle, ni stąd, ni zowąd pojawiła się, nie miała pretensji, oddała się w moje ręce. Postanowiłem spróbować jeszcze raz, choć teraz wydawała mi się już nieco inna, już nie tak oczekiwana, choć nadal interesująca.

Nie jest to, drogi czytelniku, pikantna historyjka erotyczna, ale przygoda z pewną butelką wina, o której wspomniałem TU. Mowa o "Ticket to Chile", wina wyprodukowanego (w tym przypadku) ze szczepów syrah/shiraz i cabernet sauvignon. Nieprzypadkowo piszę syrah/shiraz, bo choć zasadniczo szczep jest ten sam, to na etykiecie butelki sprzed roku widnieje napis syrah, a na tej wypitej niedawno jest już shiraz. To zresztą nie jedyna różnica. Poprzednie wino miało 14% alkoholu, obecne 14,5%. Dla jasności obie butelki pochodziły z rocznika 2008.

Jeśli chodzi o wrażenia, to są podobne do tych sprzed roku. To znaczy znów dostałem w twarz, ale jeszcze chwilę sobie pogadaliśmy. Dałem jej odetchnąć, nabrać dystansu. Nie odzywałem się do niej przez godzinę. Dało jej to do myślenia, zrazu stała się milsza, gładsza w obejściu. Wieczór był całkiem miły.

To nie będzie moja miłość, ale kto wie, może spotkamy się za rok.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Nuda?

Prosecco i prosecco! Panie, a może byśmy tak poszli na spacer! Tak mógłby powiedzieć Kozłowski do Narożnego (obaj są bohaterami filmu Andrzeja Kondratiuka "Jak to się robi") , znużony robieniem czegoś, co nie daje ani satysfakcji, ani oczekiwanego efektu. Picie prosecco, czy też innego wina musującego, jak na razie najzwyczajniej mi nie wychodzi. Bąbelki mnie dekoncentrują, rozmontowują mój umysł, osłabiają percepcję. Nie pozwalają w żaden sposób ocenić tego rodzaju wina. Wydaje mi się, że wszystkie mają zazwyczaj smak jabłek, mniej lub bardziej kwaśnych (Gancia przypomina niedojrzałe papierówki), choć to proscecco z Lidla, najtańsze ze wszystkich dotychczas przeze mnie wypitych, wyróżnia się na plus, bo smakuje trochę jak brzoskwinia, choć nadal nie w pełni dojrzała.


Tu chciałem zakończyć krótką historyjkę na temat pitych ostatnio win musujących i zająć się opisywaniem innego wina, na którym w przeszłości się zawiodłem, a któremu dałem drugą szansę. Niestety, "noc kilimem mroku z nieba spłynęła", sił zabrakło, oko ciężko opadło. Drodzy czytelnicy, musicie chwilkę jeszcze poczekać.

Dni kilka minęło, żona mówi otwórz... prosecco. Sięgnąłem po butelkę Yello, którą można było ostatnio nabyć z dwoma ręcznie robionymi, dość dziwnie powykręcanymi kieliszkami. Otworzyłem, nalałem, spróbowałem i się nie znudziłem. Żona też nie. Każde z nas czekało na nieuwagę drugiej strony, żeby ukradkiem dolać sobie jeszcze po odrobince, stroiliśmy do siebie niezbyt mądre miny w odpowiedzi na pytające spojrzenia domagające się odpowiedzi, dlaczego wina tak szybko ubywa. Pomyślałem nawet, że te musujące wina straszne nie są, zaczynają intrygować i kto wie, może poprzez prosecco i cavę dotrę do szampana, który zmieni mnie i odmieni.


Głowy nie dam, ale to chyba u Bieńczyka czytałem historyjkę o człowieku, który na łożu śmieci żałował jedynie tego, że tak mało szampana wypił w swoim życiu. Doga do najlepszych win musujących jest może kręta, ale widoki z każdym krokiem wydaję się coraz ciekawsze.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Rocznik rocznikowi...

... nierówny. To jednak prawda i nie ma tu żadnej ściemy. Oczywista oczywistość, o której można wyczytać w byle książce poświęconej winu. Butelki Dourthe No.1 z rocznika 2006 i 2007 wydawały mi się podobne. Nawet identyczne. Naprawdę! To było kilka ładnych miesięcy temu, podniebienie moje było jeszcze zupełnie niewyrobione. Zastanawiam się jak to porównanie wypadłoby dziś. Czy udało mi się czegoś nauczyć?

W każdy razie pewnego wieczoru sączyliśmy z żoną wina. Ona prosecco, które ostatnio mocno polubiła, ja zaś jakieś wino czerwone, nie pamiętam już jakie. Chyba takie, o którym pamiętać nie warto.
- Nie smakuje Ci - pytam - jakoś Ci nie idzie?
- Nie wiem, jest inne - odpowiada - nie smakuje mi tak jak to, które piliśmy wcześniej.
Pewnie się jej już znudziło - pomyślałem - trzeba będzie poszukać nowego ulubionego trunku.

Po kilku dniach nalałem sobie kieliszek tego prosecco. Cholera, rzeczywiście jest jakieś inne! Tamto było wytrawne, ale z lekko wyczuwalną słodyczą, która sprawiała, że tak nam smakowało. W tym już tej słodyczy nie ma. Są fajne bąbelki, wino jest lekkie, nie ma zbyt dużo alkoholu, ale jednak jest inne, bardziej cierpkie.

Spojrzałem jeszcze raz na etykietę. Wyglądała identycznie. No... prawie identycznie. Tamto wino było z rocznika 2009, a to już z 2010. Rocznik, jak widać, ma znaczenie.

Swoją drogą zastanawiam się, czy zauważyłbym różnicę w smaku, gdyby nie uwaga mojej żony. Boję się, trzęsę się ze strachu, nie, raczej z przerażenia, że mógłbym to przeoczyć. Ja pijąc wino zastanawiam się, co czuję. Ona pijąc wino zwyczajnie wie, co czuje. Ja wiem co to jest winny talent. Ona nie wie, że jest jego posiadaczką.

W tej chwili piję z czerwone wino z Sycylii. Za chwilę moja żona mi powie, co czuję pijąc to wino. Może Wam kiedyś o tym opowiem, muszę się tylko trochę zastanowić.

wtorek, 28 grudnia 2010

Ach... ta barbera...

Raz w miesiącu (przynajmniej) spotykam się z moim przyjacielem, żeby obgadać nasze wspólne interesy. Nie są wielkie, więc ten temat nie zabiera nam dużo czasu. Jego resztę poświęcamy na rozmowy o życiu i dupie Maryni. Spotykamy się tak już od kilkunastu miesięcy, ale dziś chyba po raz pierwszy rozmowę umiliła nam lampka wina. Zamówiłem sobie krwistego wołowego steka, do niego chciałem dobrać malbeka, ale niestety nie było go w karcie win. Z braku laku, padło na barberę (d'Alba) a barbera, jak pamiętają uważni czytelnicy mojego bloga, "nie daje mi spokoju i wciąż mnie gdzieś uwiera". Barbera jak barbera, trochę pachniała wiśnią, w ustach dobrze wyczuwalna kwasowość. Ale nabrałem ochoty na więcej.


Po powrocie do domu otworzyłem chłodziarkę, bo zdawało mi się że wśród kilku innych znajdę butelkę barbery. Jest! Wino La Ladra Barbera d'Asti (Tenute dei Vallarino) z rocznika 2005 musiało spełnić pokładane w nim nadzieje na miły wieczór. I spełniło. No jakże ono je spełniło... Intensywne aromaty wiśni połączone z korzennymi przyprawami, kwasowość świetnie zrównoważona przez słodycz, taniny obecne, ale bardzo miękkie. Nie wiem jak ma się to wino do klasyki gatunku (ten temat został poruszony w Magazynie Wino nr 3/2010), ale dla mnie to była najlepsza z dotychczas wypitych flaszek trunku stworzonego z barbery.

Wiem, gdzie można to wino kupić i wiem (niestety) ile ono kosztuje. Idę po kupon Lotto.

Luksusowe Chardonnay

Wygląda na to, że przesadziłem. To znaczy jestem tego pewien. Następny poranek świadczył o tym dobitnie. Teściowa to dostrzegła, nic nie powiedziała, ale widziałem to w jej spojrzeniu.

Wieczorem postanowiłem dokończyć butelkę kalifornijskiego chardonnay, takiego z supermarketu, ale zupełnie przyzwoitego. Na pewno było przyzwoite, wypiłem je ze smakiem dość szybko, wypukłe dno butelki w przedziwny sposób odpowiedziało na moje spojrzenie. Wieczór był wczesny, rozmowa zajmująca, tylko wina nam zabrakło. Właściwie tylko mnie, dziewczyny sączyły coś innego. Udałem się w miejsce, gdzie trzymam swoje butelczyny z winem i wyciągnąłem kolejną flaszkę chardonnay, tym razem z Chile. Żywiłem w stosunku do niej pewne nadzieje z dwóch powodów. Po pierwsze prześliczna etykieta przedstawiająca posągi z należącej do Chile Wyspy Wielkanocnej zwiastowała ciekawe wnętrze butelki. Po drugie wino to kupiłem w Tygodniu Luksusu - akcji prowadzonej w Lidlu co jakiś czas, kiedy to oferta win staje się bogatsza i droższa zarazem a dobrze wydany katalog sugerował, że mam do czynienia z winem wyjątkowej klasy. I ja temu katalogowi uwierzyłem. I nadal wierzę, nie mam innego wyjścia, bo znów ujrzałem dno butelki, lecz głowa niezdolna już była wydać komunikatu podsumowującego degustację. Ciało udało się po cichu i niezauważenie w miejsce spoczynku.

Nad głową latały helikoptery, na głowie ciążył kamienny kapelusz skradziony posągowi z Wyspy Wielkanocnej. Nie czułem się luksusowo.

ps. Po kilku dniach pojawiłem się w Lidlu, by ponownie kupić chilijskie chardonnay z tajemniczymi figurami na etykiecie. Niestety, dobra luksusowe rozeszły się błyskawicznie. Trudno będzie powtórzyć degustację, jeszcze trudniej wywołać ją z pamięci. Wciąż wierzę, że wino było świetne.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Rocznik 1975

Chateau Colombier-Monpelou z Pauillac, rocznik 1975, kupiłem mojej żonie na urodziny. Moja żona urodziła się właśnie w roku 1975, co prawda nie na lewym brzegu Żyrondy a na prawym rzeki Elbląg, ale z tego akurat faktu nie będę robił zagadnienia.

Przyznam się od razu i bez bicia, że bałem się otworzyć to wino. Bardzo chciałem je wypić, delektować się nim, ale zdawałem sobie sprawę, że nie jest to WIELKIE wino z Bordeaux i że w tym wieku wcale nie musi być dobre. Ba, może nawet okazać się kiepskie. Uspokoił mnie co prawda fakt, że wino kupiłem niedawno i w dodatku w sklepie, więc zupełnie fatalne być nie może, a że może mnie nie zachwycić to już trudno. W końcu chodziło tu tylko o symboliczne uczczenie dość okrągłej rocznicy.

Korek okazał się bardzo miękki. Tak miękki, że dolna jego część oderwała się od reszty podczas wkręcania weń korkociągu. Wpadka, ale poradziłem sobie z nią wpychając oderwaną część do środka butelki i czym prędzej przelewając wino do karafki.

Przystąpiliśmy do picia. Wino było klarowne, kolor nieco może przygaszony, może nie tak intensywny jak w młodym winie, ale bardzo ładny i czysty. Zapach niezbyt intensywny, trudny do rozszyfrowania dla nosa amatora, ale zachęcający do skosztowania płynu, co też uczyniłem. Owocowość gdzieś jakby schowana, za to taniny zdecydowanie wyczuwalne, ale bardzo wygładzone, miękkie, "nieszarpiące" podniebienia.

Po chwili wypiliśmy po kolejnej porcji wina, któremu natlenienie w karafce zdecydowanie pomogło, stało się bardziej aromatyczne, owocowość wydawała się wyraźniejsza, intensywniejsza. Z każdym kieliszkiem było lepiej i lepiej, aż.... aż wino się skończyło. Mój Boże, jak szybko... za szybko... chcę więcej.

Nie wiem, nie znam się, nie umiem ocenić, jestem amatorem. Ale jeśli wino skończyło się zbyt szybko rozpalając naszą ochotę na więcej to chyba nie było złe.

Dla nas w tej chwili, z tej okazji i tym miejscu było świetne.

środa, 15 grudnia 2010

Barbera d'Asti

O barberze na tym blogu wspominałem już chyba kiedyś i o ile dobrze pamiętam wino to miało być pretendentem do jednego z moich ulubionych gatunków. Pisałem wtedy, że muszę wypić co najmniej kilka jeszcze butelek, żeby mieć co do tego pewność i kilka butelek rzeczywiście wypiłem, choć nie wszystkie tu opisałem.

Dziś sięgnąłem do swej chłodziareczki po wino Blina Barbera d'Asti rocznik 2006. Pamiętam, że do tego wina wcale mnie sprzedawca nie zachęcał, za co należy mu się pochwała, bo dobrze o sprzedawcy to świadczy, że nie wciska klientowi tego, na czym zawiesi się (choćby na moment) jego oko. Oczywiście i tak kupiłem to wino, choć nie wypiłem od razu, przeleżało u mnie mniej więcej trzy kwartały, zanim przyszło mi do głowy, że może warto je wypić. W tym czasie sporo poczytałem o barberze, o silnej kwasowości nadającej jej świeżość, o wyraźnym owocowym aromacie, o łagodnych, niezbyt szorstkich garbnikach. Niewiele wyczytałem o zawartości alkoholu w winach z tego szczepu. Blina zawierała go 13,5%. Tzn. taka wartość widniała na etykiecie, choć zacząłem podejrzewać błąd drukarski (zwany chochlikiem) i gotów byłem obstawić ostatnie pieniądze na to, że było to raczej 15,3% :) W każdym razie wino dość szybko uaktywniło proces wydzielania endorfin i po wypiciu pół butelki gotów byłem przysiąc, że barbera to "moje" wino. Ale to nieprawda.

Tych kilka wypitych butelek (chyba jeszcze nie kilkanaście) nie pozwoliło mi się zakochać w barberze. Jak dla mnie (i na tą chwilę) kwasowość zbyt duża, alkohol zbyt mocny. Czy żałuję wypicia butelki tego wina. Na pewno nie. Barbera zawsze będzie dla mnie pokusą, może niekoniecznie ta z Asti albo z Alby, może raczej ta z Monferrato. Zawsze będę pił barberę z zaciekawieniem. Nadal jednak malbec jest moim liderem, choć ostatnio wypita butelka Chateau Tour Seran zasugerowała, że bordoscy żołnierze nie opadli z sił po walkach stoczonych z wojownikami z nowego świata.

sobota, 27 listopada 2010

Vinho Verde


Nie wiem czy picie vinho verde o tej porze roku to dobry pomysł, ale czy człowiek musi mieć zawsze dobre pomysły? Lato minęło, na następne trzeba poczekać, balkon już zamknięty a vinho verde lepiej wypić wcześniej, niż później. Postanowiłem nie czekać. W domu przy kaloryferze ciepło, przymknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że jestem na portugalskiej plaży i tam, na leżaczku, pociągam chłodne, leciutko musujące wino. Ale kaloryfer to nie plaża, a wino, choć nazwę miało obiecującą, wiele wspólnego z dobrym vinho verde nie miało. Complo Vinho Verde kupione w sklepie należącym do dużej sieci handlowej (E.Leclerc) okazało się porażką maksymalną. Nic w nim nie musowało, nie przywoływało skojarzeń z żadną plażą, nawet tą nadbałtycką. Nie polecam, a nawet odradzam, choć lubię eksperymenty i niejedno dziwne wino wypiłem. Nie tego oczekiwałem, rozczarowałem się tylko i tyle. Może było już za stare, pochodziło z 2007 roku i pewnie lepiej byłoby wypić je ciut wcześniej, ale stawiałbym raczej na to, że po prostu wino to producentowi nie wyszło.

Po kilku dniach sięgnąłem po inną butelkę portugalskiego wina. Vinhas Altas Vinho Verde z 2008 roku dla odmiany okazało się strzałem w dziesiątkę. Leciutkie (tylko 10%), cudownie musujące, orzeźwiające. Pić takie wino to czysta przyjemność. Ale pod jednym warunkiem. Nie powinno robić się tego w samotności, bo nigdy nie osiągnie się pełnej radości z jego picia, tak samo jak nigdy nie będzie cieszyło wylegiwanie się w pojedynkę na portugalskiej plaży. Nawet najpiękniejszej na świecie.

czwartek, 18 listopada 2010

Beaujolais.

Trzeci czwartek listopada, czyli czas na Beaujolais Nouveau. Wiem, wiem, to jest niemodne i to niemodne już od kilku lat. Tak przynajmniej twierdzą Ci, co już trochę wypili, a zatem i parę rozumów zjedli. Ja, jako młody (nouveau) uczniak odnajdują jednak pewną przyjemność w piciu Beaujolais. W tym roku postanowiłem otworzyć dwie butelki. Tegoroczne młode wino z Beaujolais i wino z 2007 roku, ale z apelacji Beaujolais Villages.


To drugie z wymienionych win zaskakuje intensywnym bukietem, fakt że niezbyt różnorodnym, bo wyraźnie wyczuwalne są według mnie tylko powidła truskawkowe. Po spróbowaniu trunku dopisać do wrażeń smakowych można wiśnie wyciągnięte z domowego, dobrze zrobionego kompotu. Taniny są delikatne, wyczuwalne, ale zupełnie do przyjęcia dla osób, które nie znoszą herbacianych fusów w smaku wina.

Tegoroczne nouveau też ma zapach kompotu, ale mocno rozrzedzonego, z owoców z pewnością czerwonych, ale trudno identyfikowalnych. W ustach pojawia się co prawda zarys wiśni, ale odległy, dopiero wyłaniający się z mgły, jeszcze pozbawiony barwy, intensywności.


Obie butelki kosztowały w zasadzie tyle samo, ok. 30 zł. Ich charakter jest podobny ale beaujolais villages z 2007 roku jest jakby "podkręconą" wersją nouveau, bardziej intensywną skoncentrowaną. Wybór zatem jest oczywisty. Świeżak wybiera wersję bardziej dojrzałą.

Gdzie jest malbec?

Pierwszy dzień listopadowego urlopu postanowiłem zaplanować dość szczegółowo i ze sporym wyprzedzeniem. Z życiowego doświadczenia już wiem, że nadmiar tych planów zwykle skutkuje ich niewykonaniem, więc główne cele ograniczyłem do dwóch. Po pierwsze zobaczyć nowo wyremontowany Plac Grzybowski. Po drugie znaleźć prosty i szybki przepis na stek argentyński, który mógłbym popić dobrym malbekiem. To była baza, na której mój plan mógłby się rozwijać, dająca też miejsce na zachcianki miasta, którego polecenia zwykłem spełniać i żądaniom którego ulegam bez większych oporów.

Samochód pozostawiłem na parkingu, moje auto w centrum byłoby uciążliwe i dla mnie, i dla rzeczonego miasta. Nigdy nie miałem zastrzeżeń do miejskiej komunikacji (jestem wielkim fanem metra), udałem się zatem krokiem leniwym, ale pewnym w kierunku metra "Stokłosy". Miasto (dzielnica) i żądza pieniądza kazały mi zajść do kiosku po bilet (całodobowy) i kupon totolotka, który z miejsca stał się świadectwem mojej naiwnej wiary w przyszłość łatwą i przyjemną.

Wysiadłem na stacji "Świętokrzyska" i jak zwykle w kierunku Placu Grzybowskiego ruszyłem ulicą Próżną, która w mej świadomości prosperuje jako ulica "Opróżniona". Mało w niej życia obecnie, stan ten trwa nieznośnie długo. Zbyt długo. Jedynym bogactwem ulicy wydają się być rozliczne ślady (te zwarte jeszcze, i te już rozmazane) psich kup. Tego "majątku" nie pragnę i z uwagą stawiałem kroki, starając się nie wdepnąć w organiczne bogactwo śladów obecności "braci mniejszych". Szczęśliwie docieram do punktu pierwszego mojego planu. Hmmm. Nie umiałem ocenić urody nowego placu, światło (przedpołudniowe jeszcze) nie pozwalało mi uchwycić wyczuwalnego podskórnie piękna tego miejsca. Uznałem, że lepiej będzie jeśli nie będę się silił na udane zdjęcia i poczekam na lepszy moment, aby to miejsce godnie i uczciwie zareklamować. Może lepszą porą na odwiedzenie placu byłby wieczór.

Udałem się zatem w kierunku "Złotych tarasów" by tam, w sieci Marks & Spencer odnaleźć towarzysza mojego posiłku. Ulica E. Plater wygląda coraz piękniej. Kamienno-mozaikowe murki rozdzielające pasy ruchu kojarzą mi się jakoś z Gaudim i Barceloną, w której jak dotąd jednak nie byłem. W "Marks &  Spencer" nie znalazłem malbeka ani z argentyńskiej Mendozy, ani z francuskiego Cahors. Jakoś głupio było mi wyjść z pustymi rękoma, wyszedłem zatem z butelką chateauneuf-du-pape, o której wspomnę zapewnie kiedyś w przyszłości. Zdecydowałem się na wino tego typu, ponieważ kilka dni temu miałem okazję i niewątpliwą przyjemność wypicia chateauneuf, które bardzo mi smakowało i nie było przy okazji bardzo drogie (ok. 70 zł). Etykieta poniżej.




Malbeka musiałem poszukać gdzieś indziej. Wsiadłem do tramwaju nr 33 i pojechałem w kierunku Ronda Radosława. Jazda tramwajem, choć bezproblemowa i szybka (zważywszy na tempo poruszających się obok samochodów) nie była dla mnie przeżyciem szczególnie radosnym. Jakimś smutkiem napełnił mnie obraz tych wszystkich starych ludzi, którzy resztki sił oszczędzają na walkę o ostatnie wolne miejsca w tramwaju. No ale ja nie o tym. Chciałem dotrzeć na ulicę Burakowską. Znajduje się tam znany i cieszący się dobrą marką skład win. Tam bez problemu kupiłem upragnionego malbeka, w zamian zmalał skład banknotów w moim portfelu. Ale co tam, żyje się tylko raz. Koty jednak mają nieco lepiej.

Sam skład win, wraz z towarzyszącą mu restauracyjką okazał się być "złotym środkiem", dosłownie i w przenośni. Leży pomiędzy ośrodkiem warszawskiego konsumpcjonizmu, jakim jest CH "Arkadia" a miejscem spoczynku zacnych obywateli Warszawy, dla których dobra doczesne straciły nieco na znaczeniu. Powązki, bo o nich mowa, wywarły na mnie niesamowite wrażenie. Wstyd się przyznać, ale byłem na tym cmentarzu pierwszy raz w życiu. Miejsce bardzo mi się tam spodobało i będę się starał nawiedzać je częściej. Ile tam ciekawych zakamarków, ile interesujących kadrów...

Co do malbeka, to muszę uczciwie powiedzieć, że mimo trudu włożonego w jego odnalezienie, nie został on ozdobą przygotowanego na argentyńską modłę steku. Nie zmieścił się w chłodziarce wypełnionej już innymi trunkami. Jego rolę przejął zacny przedstawiciel francuskiej apelacji Cotes du Rhone Villages.


Mój Boże, jak bardzo mi to wino smakowało. Połączenie steku z tym winem może nie było idealne (choć zastrzeżeń nie mam), ale trud włożony w wypełnienie dzisiejszego planu opłacił się z nawiązką. Z dużą nawiązką...