Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cotes du Rhone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cotes du Rhone. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 grudnia 2014

Les Hautes Roches.

foto: materiały promocyjne Lidla.

Kwaskowate wino o posmaku czereśni i wiśni. Zaraz po otwarciu jest lepsze niż następnego dnia, więc nie zwlekajcie z piciem. Raczej gastronomiczne niż kontemplacyjne. Z dwóch win Cotes-du-Rhone próbowanych podczas lidlowej prezentacji to wydało mi się mniej atrakcyjne. Bardziej podobało mi się wino o 2 zł droższe - Plan de Dieu 2012.

Ale to kwestia gustu, właśnie spojrzałem na notkę Ewy Wieleżyńskiej z Magazynu Wino i dla niej ciekawszym winem jest jednak Les Hautes Roches.

„Przyjemnie kwaskowate (choć może dla niektórych nadmiernie)” - to znów cytat z Wojciecha Bońkowskiego z Winicjatywy, któremu również bardziej przypadło do gustu Plan de Dieu.

Autor bloga Winiacz zwraca uwagę na dość wątłą strukturę tego wina. Rzeczywiście było nieco kościste i blade, brakowało mu muskułu, mięśnie lekko tylko rysowały się pod skórą. 

Butelkę dopiłem, ale na powtórkę dziś niespecjalnie mam ochotę. Ale chętne skuszę się na tę poniżej:

foto: materiały promocyjne Lidla.

Wino Les Chautes Roches Côtes-du-Rhône 2013 otrzymałem do degustacji od Lidl Polska. Dziękuję!

poniedziałek, 3 lutego 2014

Côtes du Rhône Villages.

Wina z apelacji Côtes du Rhône, czy Côtes du Rhône Villages darzę jakąś szczególną sympatią, pewnie dlatego, że nigdy nie zaliczyły u mnie wtopy. Ceny są rozsądne, jakość porządna, stosunek jakości do ceny więcej niż korzystny, nawet w polskich warunkach. Miejscowym Francuzom szczerze zazdroszczę.


Wino, o którym dzisiaj słówko, było recenzowane w sieci już jakiś czas temu i z tego co pamiętam, były to recenzje raczej entuzjastyczne, zwłaszcza w kontekście ceny. Chodzi o Côtes du Rhône Villages z Lidla butelkowane przez Cellier Saint-Jean. Rzeczywiście wino dobre, nie ma się do czego przyczepić. Dość solidnie zbudowane, z fajną, nieco stonowaną owocowością i delikatnymi garbnikami. Pije się z przyjemnością, bez większych emocji, ale z entuzjazmem. Jeśli gdzieś zobaczycie (choć Lidl sprzedawał je już jakiś czas temu), to możecie brać w ciemno. Za 15 zł trudno będzie znaleźć równie silnego konkurenta.

czwartek, 27 grudnia 2012

Mikołajkowe ostatki.

Czas płynie nieubłaganie, pamięć jest ulotna. Kto dziś pamięta, co było tydzień temu? Kto pamięta, że winni wtorkowicze urządzili sobie Mikołajki? Kto poświęca Winnym Wtorkom tyle czasu, by orientować się kto, co i od kogo dostał do spróbowania. Tego chyba nie pamiętają nawet sami uczestnicy projektu, którzy ogłosili się ostatnimi maruderami mikołajkowej imprezy, choć wino przez nich wysłane czekało jeszcze na swoją kolej. Tak Matti, mówię o Tobie :) Cotes du Rhone, które mi sprezentowałeś dopiero teraz umiliło mi życie.

Lubię Cotes du Rhone. To znaczy lubię te proste i nieskomplikowane butelki, które łatwo dostać w marketach i sklepach specjalistycznych na półkach charakteryzujących się przystępnymi cenami. Moim zdaniem są bezpieczniejsze niż tyle samo kosztujące bordeaux. Choć nie zawsze porywają, to zazwyczaj nie zawodzą. Wtopy zdarzają się znacznie rzadziej niż w przypadku niedrogich butelek znad Żyrondy. Jeśli mam komuś polecić niedrogą Francję, to dolina Rodanu, zwłaszcza jej część południowa ma moją rekomendację.


Ucieszyłem się więc z butelki, którą dostałem od Mateusza z Winnych Przygód, bo już dawno nie piłem niczego z tego regionu Francji i zdążyłem się za rodańskimi winami stęsknić. Wino Domaine De La Janasse dokładnie wpisuje się w mój schemat myślenia o Cotes du Rhone. Jest smaczne, urzeka soczystym owocem, pachnie polnymi kwiatami, choć wyraźne jeszcze, mocne garbniki pozwalają myśleć, że rocznik 2010 niekoniecznie musi być wypity już teraz. Moim zdaniem może poczekać, choć ja w sobie takiej cierpliwości nie odnalazłem i nie dałem mu szansy na długie istnienie. Powiem więcej, wyssałem z butelki esencję życia niczym wampir krew z ponętnej dziewicy. Nie powiem, że była najpiękniejsza, ale potrzeba zaspokojenia żądzy kazała przymknąć oko na ewentualne niedoskonałości. Zresztą w mroku nocy nie zwracałem na nie uwagi, to co czułem było po stokroć ważniejsze.  

wtorek, 18 września 2012

Rhone by Sabon.

Sukcesywnie opróżniam zapas wina, z przyjemnością obserwuję, jak topnieje w oczach, a puste półki, inaczej niż dotąd, sprawiają mi radość. Z czego się tu cieszyć? - zapytałby ktoś - no bo zapas, to jednak jakaś tam ostoja spokoju, oaza, bijące źródło szczęścia. Ale pusta półka to nowe otwarcie, szansa na eksplorację nowych kierunków winiarskich, ale też możliwość poznania oferty dystrybutorów, których do tej pory z różnych powodów omijałem. Trzeba będzie przejrzeć ofertę Kondrata, na pewno Domu Wina, czy Winkolekcji. Austrovin i Enoteka Polska też mnie kuszą swoimi butelkami. Na pewno będzie w czym wybierać.

A propos Enoteki. Właśnie otworzyłem butelkę Rhone by Roger Sabon, którą dostałem w prezencie od... nie, nie od Enoteki, ale mojej ukochanej małżonki. Jeśli miałbym porównywać poprzednio pite Chianti Classico, do tego Cotes du Rhone, to Chianti byłoby skromną na zewnątrz, ukrywającą nieco swe piękno, inteligentną damą natomiast Rhone od Sabona, czerwonoustą seksbombą o wybujałych piersiach, z którą każdy facet chętnie by się przespał, choć za żonę nigdy nie chciał pojąć. No, ale ta zazdrość kumpli :) Wino polecam i już się ślinię na widok Ch-d-P od tego producenta.

ps. Dzisiaj Winne Wtorki i arcyciekawy temat - wina z regionu Montalcino, czyli Brunello di Montalcino, ewentualnie Rosso di Montalcino. Niestety w "składzie" takiego wina nie miałem, a skoro zakupów nie robię, więc siłą rzeczy temat opuszczam, choć bardzo żałuję. Na pewno do niego powrócę w przyszłości, a tymczasem podaję linki do innych Wtorkowiczów.

Sstarwines
Środkowa półka
Czerwone czy białe?
Winniczek
Wine Tasting Pl
Winne Przygody

czwartek, 18 listopada 2010

Gdzie jest malbec?

Pierwszy dzień listopadowego urlopu postanowiłem zaplanować dość szczegółowo i ze sporym wyprzedzeniem. Z życiowego doświadczenia już wiem, że nadmiar tych planów zwykle skutkuje ich niewykonaniem, więc główne cele ograniczyłem do dwóch. Po pierwsze zobaczyć nowo wyremontowany Plac Grzybowski. Po drugie znaleźć prosty i szybki przepis na stek argentyński, który mógłbym popić dobrym malbekiem. To była baza, na której mój plan mógłby się rozwijać, dająca też miejsce na zachcianki miasta, którego polecenia zwykłem spełniać i żądaniom którego ulegam bez większych oporów.

Samochód pozostawiłem na parkingu, moje auto w centrum byłoby uciążliwe i dla mnie, i dla rzeczonego miasta. Nigdy nie miałem zastrzeżeń do miejskiej komunikacji (jestem wielkim fanem metra), udałem się zatem krokiem leniwym, ale pewnym w kierunku metra "Stokłosy". Miasto (dzielnica) i żądza pieniądza kazały mi zajść do kiosku po bilet (całodobowy) i kupon totolotka, który z miejsca stał się świadectwem mojej naiwnej wiary w przyszłość łatwą i przyjemną.

Wysiadłem na stacji "Świętokrzyska" i jak zwykle w kierunku Placu Grzybowskiego ruszyłem ulicą Próżną, która w mej świadomości prosperuje jako ulica "Opróżniona". Mało w niej życia obecnie, stan ten trwa nieznośnie długo. Zbyt długo. Jedynym bogactwem ulicy wydają się być rozliczne ślady (te zwarte jeszcze, i te już rozmazane) psich kup. Tego "majątku" nie pragnę i z uwagą stawiałem kroki, starając się nie wdepnąć w organiczne bogactwo śladów obecności "braci mniejszych". Szczęśliwie docieram do punktu pierwszego mojego planu. Hmmm. Nie umiałem ocenić urody nowego placu, światło (przedpołudniowe jeszcze) nie pozwalało mi uchwycić wyczuwalnego podskórnie piękna tego miejsca. Uznałem, że lepiej będzie jeśli nie będę się silił na udane zdjęcia i poczekam na lepszy moment, aby to miejsce godnie i uczciwie zareklamować. Może lepszą porą na odwiedzenie placu byłby wieczór.

Udałem się zatem w kierunku "Złotych tarasów" by tam, w sieci Marks & Spencer odnaleźć towarzysza mojego posiłku. Ulica E. Plater wygląda coraz piękniej. Kamienno-mozaikowe murki rozdzielające pasy ruchu kojarzą mi się jakoś z Gaudim i Barceloną, w której jak dotąd jednak nie byłem. W "Marks &  Spencer" nie znalazłem malbeka ani z argentyńskiej Mendozy, ani z francuskiego Cahors. Jakoś głupio było mi wyjść z pustymi rękoma, wyszedłem zatem z butelką chateauneuf-du-pape, o której wspomnę zapewnie kiedyś w przyszłości. Zdecydowałem się na wino tego typu, ponieważ kilka dni temu miałem okazję i niewątpliwą przyjemność wypicia chateauneuf, które bardzo mi smakowało i nie było przy okazji bardzo drogie (ok. 70 zł). Etykieta poniżej.




Malbeka musiałem poszukać gdzieś indziej. Wsiadłem do tramwaju nr 33 i pojechałem w kierunku Ronda Radosława. Jazda tramwajem, choć bezproblemowa i szybka (zważywszy na tempo poruszających się obok samochodów) nie była dla mnie przeżyciem szczególnie radosnym. Jakimś smutkiem napełnił mnie obraz tych wszystkich starych ludzi, którzy resztki sił oszczędzają na walkę o ostatnie wolne miejsca w tramwaju. No ale ja nie o tym. Chciałem dotrzeć na ulicę Burakowską. Znajduje się tam znany i cieszący się dobrą marką skład win. Tam bez problemu kupiłem upragnionego malbeka, w zamian zmalał skład banknotów w moim portfelu. Ale co tam, żyje się tylko raz. Koty jednak mają nieco lepiej.

Sam skład win, wraz z towarzyszącą mu restauracyjką okazał się być "złotym środkiem", dosłownie i w przenośni. Leży pomiędzy ośrodkiem warszawskiego konsumpcjonizmu, jakim jest CH "Arkadia" a miejscem spoczynku zacnych obywateli Warszawy, dla których dobra doczesne straciły nieco na znaczeniu. Powązki, bo o nich mowa, wywarły na mnie niesamowite wrażenie. Wstyd się przyznać, ale byłem na tym cmentarzu pierwszy raz w życiu. Miejsce bardzo mi się tam spodobało i będę się starał nawiedzać je częściej. Ile tam ciekawych zakamarków, ile interesujących kadrów...

Co do malbeka, to muszę uczciwie powiedzieć, że mimo trudu włożonego w jego odnalezienie, nie został on ozdobą przygotowanego na argentyńską modłę steku. Nie zmieścił się w chłodziarce wypełnionej już innymi trunkami. Jego rolę przejął zacny przedstawiciel francuskiej apelacji Cotes du Rhone Villages.


Mój Boże, jak bardzo mi to wino smakowało. Połączenie steku z tym winem może nie było idealne (choć zastrzeżeń nie mam), ale trud włożony w wypełnienie dzisiejszego planu opłacił się z nawiązką. Z dużą nawiązką...