Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Burgundia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Burgundia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 maja 2021

Białe francuskie z siarczynami.

Dawno mnie tu nie było, trzeba coś napisać, jeśli chce się w przyszłym roku uczestniczyć w zlocie blogerów winnych😉 

Dużo miałem ostatnio rzeczy na głowie, może nie tak dużo, żeby nie pić wina, ale wystarczająco dużo, by o nim nie pisać. Tak przynajmniej tłumaczę moje lenistwo. Wpadłem między innymi na pomysł, jak tanim kosztem (w założeniu) napić się drogiego wina (w założeniu), bez proszenia się importerów  (czego akurat nigdy nie robię) i nie udając poczytnego blogera (choć staram się przeczytać, to co publikuję). Ale o tym innym razem, mam nadzieję, że Was zanęciłem i zachęciłem do zaglądania na tę stronę. To tu znajdzie się rozwiązanie tej zagadki.

Od czasu ostatniego wpisu wypiłem naprawdę sporo win, głównie czerwonych, bo to i okres jesienno-zimowo-wiosenny temu sprzyjał, a i moje preferencje co do wina w ogóle miały swoje znaczenie. Z białych to tak naprawdę pijam ostatnio tylko musujące, a i wśród musujących rośnie udział win różowych. To, co parę lat temu było nie do pomyślenia, teraz wydaje się być codziennością.

Do napisania tego tekstu skusiło mnie właśnie wino białe, w dodatku z odmiany, za którą niespecjalnie przepadam/przepadałem, a mianowicie chardonnay. Zapewne wielu z Was zawoła: jak to! A Chablis, a te szampany "blanc de blancs", których kiedyś nie rozumiałeś, a dziś niby kochasz? A te podłe "australijczyki" z Jacob's Creek, które były tanie, a jednak dobre, choć z chardonnay. Wszystko się zgadza, kto nie wie, co znaczy "kochać i nienawidzić" niech pierwszy rzuci kamieniem, byle w pustą butelkę, pełnej trochę szkoda, choćby tylko chardonnay w niej było zamknięte.

Tak to już jest, moi drodzy czytelnicy, że w winie nic nie jest oczywiste, nauki ścisłe nijak nie opiszą emocji, które towarzyszą piciu wina, a najbardziej podłe flaszki mogą kojarzyć się nam doskonale, ze względu na okoliczności, w których zostały spożyte. Czyż nie?

Wróćmy do wina, tytułowego "białego francuskiego z siarczynami", który to tytuł teraz mogę zastąpić pełnym cytatem z nalepki importera: "wino białe wytrawne wyprodukowane we Francji zawiera siarczyny" - interpunkcja oryginalna.

Wino z Burgundii, to może nieco lepiej brzmi, niż sama tylko Francja. Pochodzi z Domaine Chéne (mają nawet stronę internetową, obstawiam koniec lat 90-tych ubiegłego wieku, sama się nie aktualizuje, winiarze pracują raczej w piwnicy, niż "w sali komputerowej"), zostało wyprodukowane w apelacji Mâcon-Villages, co do której moje przekonanie jest takie, że produkuje się tam wina jeszcze całkiem przystępne cenowo,  a już zahaczające o wina z wyższej półki. W moim, współdzielonym z Ursynowem, Leclerku rzeczywiście stało najwyżej, choć nie kosztowało najwięcej. Biała Burgundia to głównie rzeczone chardonnay, choć dziś pisząc ten tekst wspomagam się winem z innej uprawianej tam odmiany - aligote. 

Trzeba jednak jakoś ten tekst zakończyć, bo robi się przydługawy. Wino z nielubianego szczepu wypiłem ze smakiem i wielką przyjemnością, uprawiając balkonową grządkę i słuchając ulubionej muzyki w nowych słuchawkach, a wszystko to w ciepłych promieniach zachodzącego słońca. Czułem się szczęśliwy. A czy to zasługa wina, czy okoliczności, jeden Bóg raczy wiedzieć.

Mnie cieszy to, że powstał z tego chociaż jakiś wpis.

wtorek, 8 października 2019

Prosper Maufoux Cremant de Bourgogne.


To moje drugie podejście do tego musującego wina z Burgundii. Z pierwszym razem szukałem czegoś, co będzie mi przypominało wina z Szampanii, ale jakoś nie udało mi się zbliżyć do pierwowzoru. Oczywiście w świecie moich osobistych wyobrażeń, wszak wiadomo, że nie da się dokładnie i jednoznacznie opisać szampana, podobnie jak i każdego innego wina z jakiejkolwiek apelacji. Poruszamy się w świecie przez nas tworzonym i ocenianym przez pryzmat naszych własnych doświadczeń, cudze notatki pokazują jedynie kierunek poszukiwań, nie opisują zaś nigdy naszej osobistej, właściwej tylko nam, ścieżki prowadzącej przez winny świat. Nie powinienem w ogóle czynić założenia, że wino zrobione metodą tradycyjną, szampańską, ma być szampanem. Ono nie musi i nie może nim być. Jeśli wyjdę z takiego właśnie założenia, raczej nie powinienem się zawieść. Piję więc powoli, próbuję uciec od skojarzeń, ale one jednak uporczywie wracają. Więc jeśli mimo wszystko mam się nimi posłużyć opisując to wino, to atakuje ono podniebienie łagodnie jak prosecco, w końcówce atakuje kwasem, jak porządna cava, natomiast fakturą i perlistością może kojarzyć się z szampanem. Ale jest to cremant z Burgundii. Pozwólmy mu być sobą. Na zdrowie!




wino: Prosper Maufoux, Cremant de Bourgogne
pochodzenie: Francja, Burgundia
odmiany: pinot noir, chardonnay
alk.: 12%
cena: 70 zł (Winestory)


Wino kupiłem w sieci Winestory.

piątek, 22 grudnia 2017

Lidl na Święta.

Miałem tego nie robić, a zrobiłem. Miałem się powstrzymać, a zabrakło wytrwałości w postanowieniu. Diagnoza jest jasna i nie może być inna: jestem uzależniony. Na szczęście nie od picia alkoholu, ale od jego kupowania i chomikowania. Ja może bym to nazwał kolekcją, co prawda nie najwyższych lotów, ale jednak. Niestety moja żona widzi w tym bałagan i zagracanie przestrzeni, więc muszę się nieco ze swoimi zakupami kryć i skutecznie je maskować. To też typowy objaw uzależnienia.

Lidl w zakupowej abstynencji mi nie pomógł i z okazji wstawienia do sklepów win ze świątecznej oferty podesłał przesyłkę z dwoma winami. Dostałem, czyli nie kupiłem, powie ktoś, komu przyjdzie do głowy stanąć w mojej obronie. Ale prezent podziałał jak płachta na byka, a pendrive z zapisaną całą ofertą skusił mnie do odwiedzenia najbliższego sklepu. Dwa wina zatem dołożył do mych zbiorów Lidl, dwa wina dokupiłem sam i znów w moich tajnych zakamarkach zrobiło się ciasno.

Skoro sprawa wyszła na jaw, a z moich postanowień nici, to niech chociaż Wam opowiem, o co wzbogaciła się ta moja - pożal się Boże - kolekcja.


Domaine Saint-Germain, Chardonnay 2016, Bourgogne AOP
„Wino i barwie słomkowo-zielonkawej, klarowne. Zaraz po nalaniu trunku do kieliszka aromaty są łagodnie wyczuwalne, ulegają stopniowej intensyfikacji w trakcie napowietrzania. W ustach wyraźna kwasowość, alkohol umiarkowanie rozgrzewający, o lekko słonym posmaku. Wino znajdzie zastosowanie jako aperitif lub jako towarzystwo do sałatek, lekkich potraw z ryb i drobiu”. Tak zareklamował mi wino zespół Lidl Polska zapraszając do degustacji, ale ponieważ u mnie z degustacjami gorzej niż z zakupami, więc na weryfikację opisu będziecie musieli poczekać, chyba że zrobicie to za mnie wcześniej, chętnie wczytam się w Wasze komentarze. Ja się w każdym razie cieszę z prezentu, bo ostatnio bardzo rzadko sięgałem po chardonnay i prawdę mówiąc nie wiem, czy sam bym sobie to wino kupił. 

Drugie z otrzymanych win to


Carmelo Ortega, Saxa Loquuntur dos 2013, Rioja DOC
„Trunek ten dojrzewał przez 12 miesięcy w dębowej baryłce. W kieliszku rozpoznać można akcenty jeżyn, suszonej śliwki, suszonych daktyli, toffi i tostów. W ustach równowaga, struktura opiera się na rozgrzewającym alkoholu, przyjemnie cierpkich garbnikach i wyczuwalnej kwasowości. Polecamy do pieczeni lub dojrzałych twardych serów.” Ja oczywiście najchętniej spróbowałbym je do wołowego steka i choć jeszcze wina nie spróbowałem, to już ta kwasowość i garbniki rozbudziły mój apetyt.

Saxa Loquuntur to wina (producent ma w ofercie trzy wersje o nazwach uno, dos i tres), które trafiają do mnie nie po raz pierwszy. A ponieważ nigdy nie miałem o nich złego zdania, to na zakupach postawiłem dokupić wersję uno (rocznik 2014), żeby mieć bezpośrednie porównanie win.


Wydawało mi się, ale mogę się mylić, że nigdy nie sprzedawano jednocześnie różnych etykiet tego producenta. Żyję w przekonaniu, że w różnych okresach Lidl wstawiał pojedyncze etykiety nie zdradzając specjalnie klucza, wg którego to czynił. Ale skoro teraz nadarza się okazja, to ja ją wykorzystam. Nie wiem, czy uda mi się je scharakteryzować za pomocą równie kwiecistego opisu, ale mam nadzieję, że zrozumiecie moje odczucia. Na to oczywiście też musicie poczekać. ;)

Czwarte wino, a drugie z tych, które sam kupiłem nie znalazło się w najnowszej ofercie, ale można je znaleźć na półkach Lidla i to w sporej ilości.


To Crémant de Limoux, wino musujące z Langwedocji, wykonane metodą tradycyjną, czyli tą, z której słyną Szampany. Zbliża się Nowy Rok i dobrze jest go przywitać bąblami. Owszem, można zrobić to Krugiem, ale chwilowo mnie na niego nie stać, więc zostanę przy nieco przystępniejszych cenowo propozycjach, które zresztą można też z powodzeniem wykorzystać podczas świąt Bożego Narodzenia. Wszak wina musujące są kulinarnie bardzo uniwersalne i choć może grubą przesadą byłoby twierdzenie, że pasują do każdej potrawy, to jednak można uznać je za wybór bezpieczny. Wybór win musujących w Lidlu jest dość spory, więc jeśli nawet nie skusicie się na to mocno wytrawne crémant, to może przypadnie Wam do gustu jakieś prosecco, a i szampany wystawili w całkiem atrakcyjnej cenie (jak na szampany).

Dziękuję polskiemu Lidlowi za przesyłkę, a całemu zespołowi czuwającemu nad winną blogsferą życzę wszystkiego najlepszego z okazji świąt Bożego Narodzenia i Szczęśliwego Nowego 2018 Roku.

wtorek, 7 lutego 2017

Winne Wtorki #141. Pinot Noir z Nowej Zelandii.

Jak nie piszę, to nie piszę, a jak już zacznę to dwa wpisy z rzędu 😃 Dziś Winny Wtorek, czyli cykl, który ostatnio regularnie zaniedbuję. Ale, że to moja kolej na określenie tematu, to nie wypada wykręcać się brakiem czasu. Zatem do dzieła!

Tematem jest pinot noir z Nowej Zelandii. Kuba Jurkiewicz, który jest pomysłodawcą polskich Winnych Wtorków, rezyduje akurat od dłuższego czasu w Nowej Zelandii (hej, Kuba, ale w jakim mieście?) i nie ukrywam, że jest to ukłon w jego stronę. Dodatkowo, ale tylko dla osób chętnych, przygotowałem zadanie dodatkowe, czyli porównanie pinot noir z Nowej Zelandii z pinot noir z Burgundii. Natomiast dla osób systemowo niepijących win z Nowego Świata, zadaniem jest krótkie uzasadnienie swojej niechęci do win spoza Europy, a burgundzki pinot noir staje się zadaniem podstawowym 😃

Ja postanowiłem spróbować obu, na szczęście Winne Wtorki zbiegły się z moimi wolnymi od pracy dniami, więc mogłem się do nich przygotować nieco lepiej niż zwykle. W moich kieliszkach miejsce znalazły pinoty z Nowej Zelandii i Burgundii, więc wykonuję zadanie rozszerzone.

Do tej pory nie przepadałem za winami z pinot noir.
Winny Wtorek jest okazją, by dobrze się im przyjrzeć.
Oba wina pochodzą z rocznika 2013. W Burgundii wtedy nie było najlepiej, szalały gradobicia i wiele upraw mocno ucierpiało. Ale Ci, którzy mieli owoce i przetrzymali je nieco dłużej na krzewach, doczekali się niezłych, aromatycznych win. W Nowej Zelandii, a w szczególności na Wyspie Północnej rok był szczególnie udany, ale północna część Wyspy Południowej, w tym Marlborough też nie miała powodu do narzekań.

Porównując kolor wina można by rzec na szybko, że są podobne do siebie. Ale gdy się uważniej na nie spojrzy to wino burgundzkie jest jakby pełniejsze, delikatnie ciemniejsze, bardziej połyskliwe, ale oba są czyste, klarowne, przejrzyste. Nos bardziej wyrazisty znajdziemy w Burgundii, nowozelandzkie wino wydaje się oszczędniejsze w aromatach i o ile burgund pozwala wyczuć aromaty kwiatowo-owocowe, to wino z Marlborough ma charakter bardziej ziemisty, choć i tutaj zapachy charakterystyczne dla Francuza są obecne, tyle że dość blade. W ustach wino francuskie jest bardziej likierowe, z cieniem słodyczy skutecznie hamowanej przez kwasowość, natomiast wino z Nowej Zelandii jest surowe, mięsisto-ziemiste, bardziej chłopskie.

Temat wybrałem z nadzieją, że obronię tezę o równoważności win z nowego i starego świata. Ale im więcej czasu im poświęcam, tym większe zauważam różnice. Tym razem na korzyść burgunda, choć trudno odmówić winu z Nowej Zelandii wysokiej klasy. O zwycięstwie decyduje jednak finezja i elegancja wina z Burgundii. 

----------------------------------------------------


Momo Marlborough Pinot Noir 2013
Producent: Seresin Estate, Nowa Zelandia
Odmiany: 100% pinot noir
Alk.: 13%
Cena: 82 zł (Kondrat Wina Wybrane)
----------------------------------------------------


Beaune Longbois 2013
Apellation Beaune Contrôlée
Producent: Christian Bellang et Fils, Francja, Burgundia
Odmiany: 100% pinot noir
Alk.: 13%
Cena: 69,99 zł (Leclerk Ursynów)
----------------------------------------------------

Wina kupiłem osobiście za ciężko zarobione pieniądze.


Winne Wtorki #141 na podniebieniach innych blogerów:
----------------------------------------------------
----------------------------------------------------

piątek, 5 września 2014

Charles Thomas, Beaune, 2010

Tydzień, w którym piszę tę notatkę jest dla mnie dość ciężki i stresujący. Praca, którą mam do zrobienia wymaga koncentracji, opanowania i zachowania jasnego umysłu przy wykonywaniu czynności, podczas których trzeba wykazać się również refleksem. Innymi słowy o pomyłkę nietrudno, stres może sparaliżować i rękę, i mózg, wpadkę zaliczyć można w każdej chwili i choć może moje życie od tego wydarzenia nie zależy, to jednak wypada do postawionych zadań podejść z pełnym zaangażowaniem. Przed wyjazdem czułem się trochę jak skazany na śmierć, któremu (na szczęście) przed egzekucją pozwolono wyrazić ostatnie życzenie.

Zażyczyłem więc sobie skosztowania burgunda, takiego akurat, który sam wpadł w moje ręce - było to drugie wino od importera VinoTrio.


Nie znam się na burgundach, piję je bardzo rzadko, gdybym jakimś dziwnym trafem dostał się pod profesurę Marka Bieńczyka, moja niekompetencja w tej kwestii mogłaby go zabić. Niemniej jednak zawsze można się trochę podciągnąć, Charles Thomas i Beaune z rocznika 2010 może być przecież dobrą lekcją.

Czy dobrą, tego nie wiem, ale na pewno interesującą i wciągającą. Jeśli nie zdradza jeszcze tajemnic winnego świata, to z pewnością nęci do ich poszukiwań. Nie ma gorszego nauczyciela od tego, który na pierwszej lekcji zniechęca swych uczniów do siebie. W tym przypadku nie ma o tym mowy, mój profesor aksamitnym głosem przedstawił wizję innego świata, ustawił mnie na ścieżce prowadzącej do bramy, za którą znajduje się nowe, niepoznane i, być może, lepsze. Co? Nie wiem, ale chętnie przekroczę wrota tej bramy, by się o tym przekonać. Charles Thomas jest delikatny, ale jego kuszenie ma charakter zdecydowany. Trudno się mu oprzeć, łatwo za to ulec, a uległość ta w żadnym przypadku nie ma nic z porażki. Chodź, pójdź do mnie - mówi - skosztuj truskawki, spróbuj młodych wiśni, spocznij na dębowej ławie lub siądź na kamieniu. Odpocznij! Zwolnij! Żyj!

--------------------------------------------
Charles Thomas
Francja, Burgundia
Beaune, 2010
odmiana: pinot noir
alk.: 13%
cena: 67 zł
--------------------------------------------

Wino otrzymałem do degustacji ze sklepu VinoTrio. Dziękuję!

wtorek, 18 marca 2014

Winne Wtorki #72.

Temat dzisiejszego Winnego Wtorku zaproponował Jakub Jurkiewicz - inicjator całej akcji. Przy okazji przypomnę ideę WW dla nowych czytelników, którzy nie zdążyli zapoznać się z tekstami, w których to wyjaśnialiśmy. 

Winnym Wtorkiem nazywamy pierwszy i trzeci wtorek każdego miesiąca, blogerzy piszący o winie opisują wino, które rotacyjnie wybiera jeden z uczestników projektu. Na początku było to konkretne wino, obecnie zaś, ze względu na trudność w dostępie do wybranych etykiet, piszemy o winach z wybranego regionu, czy apelacji, ewentualnie wina dobieramy pod kątem wykorzystanej odmiany winorośli. 

Jakub zaproponował Burgundię, co mnie bardzo ucieszyło, bo jedno z win zalegało już dłuższy czas w mojej chłodziarce. Wino, które miałem ochotę tym większą, że nie mogłem (z własnego wyboru) uczestniczyć w degustacji burgundzkich win prowadzonej prze Tima Atkina podczas 1. Zlotu Blogerów Winiarskich. Nie dane było mi wypić wina z Domaine Romanée-Conti, więc sięgam po wino z apelacji Vosne-Romanée - Château de Commarin zabutelkowane przez negocjanta Jeana Bouchard'a. Nie jest to zdaje się ten sam negocjant, o którym wspomina Jancis Robinson w "Kursie wiedzy o winie" - książce, której polskie wydanie pilotował Magazyn Wino. Jancis pisze o Bouchard Pére et Fils jako o jednym z kilku negocjantów najbardziej dbających o jakość firmowanych przez nich win.


Otwieram zatem swoją butelkę mając świadomość, że producent nie należy do wierchuszki apelacji. Ale rozczarowany nie jestem, wręcz przeciwnie. To kolejne wino z gatunku tych, o których już wspominałem na swoim blogu. Wino, które ma się ochotę pić bez zastanawiania się nad tym, czym pachnie, jak smakuje, czy odzwierciedla jakość apelacji. Wydaje się to zbędne. Ale jeśli chcecie proszę: solidna kwasowość, drobne, świetne taniny, nieco ziemiste, ale owoc jest dobrze wyczuwalny - wiśnie z odrobiną malin.

Mnie dręczyły inne pytania:
1. Czy nie otworzyłem wina zbyt wcześnie?
2. Czy nie otworzyłem wina zbyt późno?
3. Jak apelacja Vosne-Romanée ma się do innych, pobliskich apelacji?
4. Czy burgundzkie wcielenie pinot noir jest rzeczywiście najlepsze na świecie?

To są pytania, na które nie umiem udzielić odpowiedzi, moje doświadczenie jest w tej kwestii po prostu marne. Ale chcę się tego dowiedzieć - Château de Commarin jest paliwem dającym mi energię do kontynuowania poszukiwań i poszerzania mojej wiedzy o winie. Nawet jeśli "timing" nie był najlepszy, nie żałuję, że otworzyłem tę butelkę.


-------------------------------------------------------------------
Château de Commarin, 2007
Grand Vin de Bourgogne
Vosne-Romanée Apellation Contrôlée
odmiana: 100% pinot noir
alk. 13,0%
miejsce zakupu: ursynowski Leclerc
cena: 131 zł (06.08.2011)
-------------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #72 na podniebieniach innych blogerów:
-------------------------------------------------------------------
-------------------------------------------------------------------

sobota, 30 marca 2013

CH x 2.

Dzięki uprzejmości Artura Marculi z Vinoteki 13 i Wojciecha Bońkowskiego z Winicjatywy miałem okazję uczestniczyć w degustacji chablis z Domaine Jean Collet & Fils oraz szampanów Rene Geoffroy. Będzie to relacja z gatunku obrazkowych, ponieważ nie jestem znawcą tego typu win, wypiłem ich w swoim życiu niewiele. Szampany są drogie, bardzo drogie i nieprzyzwoicie drogie, więc win musujących szukam raczej wśród hiszpańskich cav, a jeśli już ma być Francja, to raczej cremant. Chablis, jeśli jest stosunkowo tanie, to zazwyczaj podłe, a jeśli jest naprawdę dobre, to wzorem szampana potrafi skutecznie wydrenować kieszeń (tą z portfelem). Z finansowych względów nie są to dla mnie wina pierwszego wyboru, dlatego bezczelnością byłoby mędrkowanie na ich temat. Obrazki muszą Wam wystarczyć.

Drużyna chablis. Ogólnie rzecz biorąc żyletkowa kwasowość i niuanse aromatyczne zarezerwowane dla super wyczulonych nosów. Do ryby będzie świetne petit chablis (najtańsze w stawce, "jedynie" 65 zł). To najbardziej wyraziste - Chablis Grand Cru Valmur 2009 kosztuje już 215, zł ale nie wymaga "zagrychy" - jest najbardziej bogate, pełne... jakieś. Mając do wydania tylko stówkę dałbym jeszcze szansę Chablis Premier Cru Vaillons 2010 (89 zł). Zwykłe Chablis 2011 kosztuje niewiele mniej (75 zł), niż Vaillons, więc nie warto, a oferuje niewiele więcej niż petit chablis, więc tym bardziej nie warto.   

Artur Marcula mówi, Andrzej Daszkiewicz słucha, ale swoje wie. Domaine Collet nie jest dla niego nowością.

Michał Misior, czyli Wine Mike wtyka nos... i też swoje wie.

Od 129 zł za nierocznikowane Expression do 365 zł za Millesime 2002. And now, everybody, count  your money! To najdroższe (poza dziwacznym nosem, w ustach bardzo fajne) podobno najlepsze ma już za sobą, więc dostaliśmy...

... rocznik 2004. Świeższy, ale o innym składzie. 2002 to 60% pinot noir, 35% chardonnay, 5% pinot muenier,  natomiast 2004 to 71% chardonnay i 29% pinot noir. Skład różny, ale charakter wina (jak na mój gust) zaskakująco podobny, tyle że 2004 zdecydowanie świeższy.

Vinoteka 13 to nie tylko wina, ale też wspaniałe sery. Na zakończenie mogliśmy spróbować nowości w ofercie i powiadam Wam: "warto!". Szczególnie z konfiturą z cebuli. Drużyna degustatorów obowiązkowo wyposażona w okulary. 

Wino nie zawsze na kieliszki, sery zawsze na kawałki. Jak duży będzie ów kawałek zależy tylko od  Was. No może od tego, czy jesteście po wypłacie, czy jeszcze przed. Tak, czy owak, spróbujcie koniecznie!

niedziela, 26 lutego 2012

Weekendowo.

Mogłem się tego spodziewać, ale nigdy nie można mieć pewności. Wolny dzień, co tam dzień - cały weekend wolny - to u mnie zdarza się ostatnio rzadko. Dobry to czas, by po kilku dniach przedpostnej posuchy sięgnąć po jakieś wino. Żona oznajmiła, że odniosła sukces w pracy, a sukcesy opijamy bąbelkami, i chociaż miłośnikiem bąbelków nie jestem z przyjemnością otworzyliśmy australijskie wino musujące od znanego producenta Jacob's Creek. Wino supermarketowe, znane wszystkim, nic specjalnego, da się bez problemu pić, choć miałem wrażenie, że trochę mokrym kartonem zajeżdżało, ale żona stwierdziła, że się mylę.


--------------------------------------------------------------
Jacob's Creek Brut Cuvee
Chardonnay, Pinot Noir
Real - 28 zł (zakup własny, płaciła żona)
alk. 11%
--------------------------------------------------------------

Bąbelki się skończyły, więc otworzyłem Chablis (Domaine Vrignaud, Les Champreaux) z rocznika 2009. Powiew świeżości i wszechobecna wanilia, w zapachu i w smaku. W tym przypadku byliśmy z moją żoną jednogłośni, podobnie zresztą o winie wyrażał się sam producent na internetowej stronie (www.domaine-vrignaud.com). Informacje na firmowej stronie są wyjątkowo dokładne, producentowi należy się za to ogromny szacunek. Przyznam się szczerze, że choć większą miłośniczką tego wina okazała się żona, to ja mam ochotę na inne wina Vrignaud'a, właśnie dlatego, że ujął mnie swą nadzwyczajną skrupulatnością.



--------------------------------------------------------------
Domaine Vrignaud, Les Champreaux, 2009
Chardonnay
Winestory - 85 zł (zakup własny - 29.01.2012)
alk. 12,5%
--------------------------------------------------------------

No, ale atrakcją wieczoru, przynajmniej dla mnie okazało się bordoskie Chateau Citran z roku 1975. Dla przypomnienia dodam, że to rok urodzenia mojej małżonki. Piliśmy już kiedyś wino z tego rocznika - było to Chateau Colombier-Monpelou. Citran zrobiło jednak na mnie dużo większe wrażenie. Przede wszystkim nie miałem problemów z otwarciem butelki, uważni czytelnicy zapewne pamiętają, że korek od Colombier-Monpelou był tak miękki, że dolna jego część oderwała się od reszty przy wkręcaniu śruby korkociąga i trochę narobiła bałaganu w płynie. W przypadku Citran korek był wymieniony na nowy u producenta i był w doskonałym stanie, przy okazji wino zostało na miejscu sprawdzone i uznano, że może trafić na rynek będąc w doskonałym stanie.



Wrażenia zapachowe były bardzo bogate - czerwone owoce (głównie porzeczka, trochę jeżyny), wędzony boczek, skóra, odrobina zadbanej stajenki. W połączeniu z mocnymi, kredowymi garbnikami całość tworzyła naprawdę niesamowitą mieszankę. Zaskakująca była żywotność i sprężystość tego wina, mając teraz porównanie mogę powiedzieć, że Colombier-Monpelou było przy Citran nader wątłe, rozlazłe, bez krzty werwy. 

Jedno z lepszych win jakie miałem okazję pić do tej pory.


--------------------------------------------------------------
Chateau Citran, 1975
58% Cabernet Sauvignon, 42% Merlot
Winestory - 199 zł (zakup własny - 07.06.2011)
--------------------------------------------------------------



piątek, 28 października 2011

I dobrze, i tanio.



Święto wina i komercji zbliża się wielkimi krokami. Mam na myśli oczywiście celebrowanie Beaujolais Nouveau. Dlaczego wspominam o tym już teraz - niemal miesiąc przed desantem młodego wina na sklepowe półki? Otóż otworzyłem Chateau de Berze, butelkę trunku z południowych krańców Burgundii, gdzie czerwone wina, podobnie jak w przypadku Beaujolais, powstają ze szczepu gamay. Nie nazwałbym tego wina wytwornym, apelacja Macon zyskuje na popularności, ale głównie za sprawą win białych. Ale czerwone wino, które miałem okazję skosztować mile mnie zaskoczyło. Gładkie i łatwe w piciu niczym Carlo Rossi, choć nie tak naperfumowane owocowymi aromatami jak wino z Kalifornii. Nie wstyd zabrać na imprezkę nie wydając przy tym kolosalnych pieniędzy - za niecałe 28 zł otrzymujemy proste, ale naprawdę porządne wino.

----------------------------------------------------------
Chateau de Berze 2009
Macon AOC
szczep: gamay
alkohol: 12,5%

Leclerc Ursynów - 27,85 zł (kwiecień 2011)
----------------------------------------------------------

niedziela, 12 czerwca 2011

Niemiecki riesling i coś ekstra...

Plan na dziś przewidywał wypicie niemieckiego rieslinga. Wybór padł na Prum Blue (riesling kabinett 2007). Wino to kupiłem jakiś czas temu w Realu, moją uwagę przykuł symbol VDP oznaczający stowarzyszenie najlepszych niemieckich producentów. Wydałem wówczas bez wahania niemal 55 zł a dziś postanowiłem sprawdzić, czy inwestycję należy zapisać po stronie strat, czy zysków. Okazało się, że jest to świetne, rześkie, lekko musujące (na początku) wino. Od razu można było wyczuć, że ma się do czynienia z winem wyższej klasy. Każdy łyk zachęcał do następnego, co nieubłaganie i zbyt szybko doprowadziło do opróżnienia butelki do dna. Kwasowość i owocowa słodycz dobrze się w tym winie równoważyły. W ustach długo pozostawał morelowo-brzoskwiniowy posmak. Zdecydowanie zysk! Szybko się skończyło, no ale też trzeba dodać, że nie piłem sam, żona mi w tym pomogła.

Potem zdecydowaliśmy się na prosecco. Było to wino Col Solivo kupione w ursynowskim sklepie Leclerc (21,99 zł). Niewiele dobrego o tym winie mogę powiedzieć. Zapach mało intensywny i trudny do określenia, zatem "nijaki". Smak za to charakterystyczny, kojarzący się wyraźnie z kartonem. Taki mocno rozwodniony, nagazowany kompocik z tekturowego kubka. Zdecydowanie nie polecam, chyba że ktoś pracuje w branży introligatorskiej i lubi takie aromaty.

Kolejnym winem był jeden z ostatnich wynalazków sprzedawanych w Lidlu, mianowicie Chablis (1er Cru) butelkowane przez niejakiego Pierr'a Vincent (49,99zł - jak na Lidla okrutnie drogie). W zapachu delikatne masełko, choć żona twierdzi, że zajeżdżało szmatą. Pozwoliłem sobie nie zgodzić się z nią i w ramach zawierania małżeńskich kompromisów ustaliliśmy, że wino ma zapach czystej ścierki, którą przed chwilą starto masło ze stołu. W smaku wyczuwalny delikatny karmel - to pewnie efekt dojrzewania wina w beczce. Kwasowość jak na mój gust wysoka, owoc niemal wcale niewyczuwalny. Wino nie w moim guście, ale jednak pijalne, choć jeśli jeszcze raz miałbym wydać pieniądze na któreś z tych win, bez wahania wybrałbym niemieckiego rieslinga. Pozostałe trunki można sobie spokojnie darować. Przyznać jednak muszę, że to chablis zyskało na smaku przegryzione biedronkowym serem z Portugalii o nazwie Sao Jorge. Nie zmienia to jednak mojej oceny, riesling był zdecydowanie najlepszy.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Cote de Nuits-Villages



Nalałem wino do dwóch kieliszków. Jeden dla mnie i jeden dla mojej żony, która ma niezwykły dar wyrażania celnej opinii o winie już po pierwszym łyczku. W zasadzie nie musiała nic mówić, grymas rysujący się na jej twarzy opowiedział mi o tym winie niemal wszystko.
- Stajenka? - zapytałem.
- Stajenka to była wczoraj i to dość czysta w porównaniu z tym tutaj. Nalej mi, proszę, coś musującego, co tam już od paru dni się chłodzi - odpowiedziała bez ogródek i już wiedziałem, że z butelką tego pinota będę zmagał się dzielnie, ale w osamotnieniu.
Oj tam, przesadza - pomyślałem. A ja się tak szybko nie poddaję, wydałem w końcu niemałe pieniądze i niełatwo mi jest tak po prostu przyjąć, że wino jest be. W Cote de Nuits powstają wszak najlepsze wina regionu. Cote de Nuits Village co prawda nie cieszy się tak dobrą opinią jak samo Cote de Nuits (ze względu na klimat w którym owoce często nie osiągają pełnej dojrzałości), ale prawdę mówiąc trudno mi to zweryfikować, bo moje doświadczenia z winami z Burgundii są raczej mizerne. Brak prawdziwego odniesienia. Zacząłem przyglądać się bliżej swojej próbce. Barwa ceglasta, wino klarowne, przejrzyste, dość jasne. Tak chyba ten pinot powinien wyglądać. Wydaje mi się, że wino powinno trochę postać otwarte, odsapnąć nieco, bo już po chwili stajenkę zastępowała pachnąca czereśnia z domowego kompotu. Z każdą chwilą smak wina zmieniał się na coraz lepszy, te mniej przyjemne nuty zapachowe traciły swą moc, piło się to wino nawet z pewną przyjemnością, ale chyba trudno mi będzie obronić to wino. Jak to się mówi - niesmak pozostał...

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Życie toczy się dalej...

Długie żałobne dni skumulowały się w całe dwa tygodnie, podczas których nie napisałem nic na swoim podróżniczym blogu. Cóż, wyprawę, którą wszyscy mamy wciąż w pamięci najlepiej chyba przemilczeć, pozwolić czasowi zaleczyć rany, wszak życie toczy się dalej. Świadomość tego, że życie może skończyć się tak nagle potęguję chęć przeżywania go jak najintensywniej. Zatem w oczekiwaniu na prawdziwą podróż, która z racji pojawienia się małego Tomka oddaliła się nieco w czasie, eksploruję nieustannie świat win, co, biorąc pod uwagę kierunki, z których pochodzą poszczególne butelki i wykorzystując odrobinę wyobraźni, jest nie mniej pasjonujące i daje wcale nie mniejszą radość.

Przede wszystkim z radością chciałbym oznajmić, że na tym etapie winnej edukacji, na którym się aktualnie znajduję, przestałem zajmować się poszukiwaniem poszczególnych nut zapachowo-smakowych, a skoncentrowałem się na poszukiwaniu stylów win, które mi odpowiadają.



Podróż rozpocząłem od USA, a dokładniej Kalifornii. Turn Stone 2006 i Twisted Zin 2006 - dwa zinfandele, które były raczej takie sobie, trochę mnie zniechęciły do tego typu win. Ich budowa opierała się głównie na alkoholu, wartości podane na etykietach (12,5% i 14%) były z pewnością wartościami minimalnymi i, moim zdaniem, raczej zaniżonymi. Alkohol dominował, nie był w żaden sposób zrównoważony innymi elementami struktury. Wina te musiały mieć w sobie jeszcze "tajemne coś", po czym męczyła mnie zgaga, co jest o tyle dziwne, że zazwyczaj nie cierpię na tego typu dolegliwości.


Postanowiłem zatem dać sobie spokój z zinfandelami (przynajmniej na jakiś czas), chyba że ktoś potrafi zaproponować mi dobre wino z tego szczepu.


Z Kalifornii przemieściłem się do Włoch, gdzie czekała na mnie valpolicella. Miała rację Ewa Wieleżyńska pisząc niezbyt pochlebnie o tym szczepie na swoim blogu . Zapewne valpolicella może być dobra - do takiego wniosku doszła też autorka tekstu - pod warunkiem jednak, że producent jest uznany i naprawdę wie, jak wyprodukować niezłe wino. W każdym razie moja butelka nie należała do tych nazbyt szlachetnych, zanotowałem jednak nazwę tego wina, aby nie kupić go w przyszłości.


Włochy opuściłem więc w pośpiechu, choć jak się później okaże nie na długo. Od rodziców otrzymałem w prezencie butelkę kalifornijskiego chardonnay (Sutter Home) z 2003 roku(!), które naprawdę dobrze smakowało, zarówno mnie, jak i moim gościom. Słowo daję, jeśli zobaczę je gdzieś na sklepowej półce - będzie moje!


No i cóż, wspomniany wyżej powrót do Włoch. Tym razem był to Merlot z regionu Veneto (Garda, Monte del Fra). Wino to z pewnością pozostawiło po sobie lepsza wrażenia niż opisana wcześniej Valpolicella, ale nie na tyle dobre (to tylko moje zdanie), żeby je jakoś specjalnie chwalić.


I znów dałem nogę z Włoch, szybciej niż myślałem, pozostałem jednak na kontynencie. Pinot Noir z Burgundii. Po etykiecie widać, że niezbyt szlachetny, raczej popularny, choć jednak dość drogi (ok. 60 zł, Kangurek). No, ale burgundzkie wina do tanich nie należą i sam nie wiem, czy nie lepiej poszukać sobie win z innych regionów Francji, które mniej drenują kieszeń a jakością nie ustępują winom z Burgundii. Oczywiście nie męczyłem się pijąc to wino i do zmęczenia było raczej dalej, niż bliżej, ale nie znalazłem w tym trunku nic, co kazałoby wrócić do sklepu po kolejną butelkę "burgunda".


Nie cofam się jednak do Włoch, nie tak szybko. Podążam do Hiszpanii, gdzie czeka na mnie Cerro Bercial Crianza 2006. Wino od Marka Kondrata okazało się dość dziwne. Po otwarciu czuć było dość intensywny zapach korka, który ulatniał się po jakichś 30 minutach. Wówczas wino zmieniało się nie do poznania i było naprawdę smaczne. Co ciekawe, lepiej się je piło, gdy miało wyższą od "nominalnej" temperaturę. Tym razem nabrałem przekonania, że 40 zł wydane na wino nie było złą inwestycją, co więcej chciałbym jeszcze powtórzyć degustację tego kupażu szczepów tempranillo i bobal.


Wracam z powrotem do Włoch. Le Morge Montepulciano d'Abruzzo 2003. No nareszcie coś, co mnie nie rozczarowało. Wino to kupiłem w sieci Leclerc zachęcony rocznikiem. Montepulciano z roczników 2007 czy 2008 zalegają sklepowe półki, ale rocznik 2003 widziałem tylko raz. Cena - 25 zł - też okazała się kusząca. Otworzyłem butelkę, spróbowałem i wiedziałem, że chcę więcej. Niestety, gdy wróciłem do marketu, miejsce w którym stało to wino, świeciło już pustkami. Szkoda. Co ciekawe, podany na etykiecie adres internetowy producenta był nieaktywny, natomiast na stronie importera nie było informacji na temat tego wina, w ogóle nie było informacji dotyczących win. Dziwne.


No i skok za siedem mórz, aż do Nowej Zelandii. Białe wina Sauvignon Blanc z tamtego regionu rządzą. Riverstone z 2008 i Silverlake z 2009 są naprawdę świetne. Wcześniej już piłem Silverlake z 2008 (doskonałe wino) i byłem ciekaw rocznika 2009. Wino również okazało się bardzo dobre, ale bardziej do gustu tym razem przypadł mi Riverstone.


Oba wina jednak polecam, można brać je w ciemno, choć ich cena może też nieco odstraszać.

Czas pożegnać Nową Zelandię i powitać Chile. Sunrise Cabernet Sauvignon 2008 pochodzi od znanego producenta Concha y Toro. Wino dość tanie w zakupie okazało się wyjątkowo smaczne i przyjazne memu podniebieniu. Spodziewałem się trunku raczej cierpkiego, pożeczkowatego o nieco chemicznym zapachu, a tu niespodzianka - łagodne, pełne owocu gładkie wino z nutą wanilii, które nie męczy i potrafi umilić wieczór.