Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Foto: Fuji Finepix HS50EXR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Foto: Fuji Finepix HS50EXR. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 kwietnia 2019

Adega Monte Branco.


Przyznam się Wam, nie pamiętam, czy po raz pierwszy, czy może się powtarzam, ale lubię wina czerwone bardziej niż białe, o różowych nie wspominając. Mam w zwyczaju również zostawiać to co najlepsze na koniec, więc z werwą rozprawiłem się z zapasami białego wina (różowe kupuję sporadycznie i raczej na zalegają w moim składziku), by móc podciągać z największą przyjemnością tylko wina czerwone. Tak też przez ostatnich kilka dni czy nawet tygodni było, ale przesyłka z Amazis.net zaburzyła ten, zdawałoby się już ustabilizowany, stan rzeczy, bo kartonie znalazłem po jednym winie z każdego koloru: białe, różowe i czerwone. To nowość w portfolio poznańskiego importera, wina z Adega Monte Branco, winiarni na czele której stoi Luís Louro, syn innego portugalskiego producenta wina - Miguela Louro (Quinta do Mouro).

Próbki, które otrzymałem, należą do linii Alento, która ma prezentować charakter typowych odmian uprawianych w regionie Alentejo. Wszystkie wina, łącznie z czerwonym przeznaczone są do szybkiego wypicia. Nie chodzi mi o szybkie opróżnianie butelki w bramie, ale o wypicie jej w niedługim czasie po zabutelkowaniu.


Alento Branco 2017 jest mieszanką odmian arinto (50%), antão vaz (40%) oraz roupeiro (10%). Jest czyste, blado słomkowe i dość oleiste. Nos, zwłaszcza przy winie zbyt chłodnym jest dość oszczędny, w miarę wzrastania temperatury pojawiają się najpierw nuty gruszki, potem trochę moreli i jasnych śliwek. Kwasowość wyraźnie zaznaczona, w końcówce pojawia się nuta goryczki. Wino pije się bardzo dobrze, brak mu może jakiegoś wyraźnego rysu, jest przez to nieco anonimowe, ale ogólnie pozostawia dobre wrażenie.


Alento Rose 2017 jest mieszanką odmian aragonez (85%) oraz touriga nacional (15%). Tego wina bałem się najbardziej znając moją "miłość" do win różowych. Zupełnie niepotrzebnie. Nie wiem zresztą, czy to nie jest dobry moment, by nie zmienić swego nastawienia do rose. Fraza definiująca wina różowe jako "ni to białe, ni czerwone" jest tak banalna, że aż głupio mi przyznać się do jej używania, czy wręcz nadużywania. Do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. W każdym razie pijąc to smaczne wino o delikatnym truskawkowym posmaku, doszedłem do wniosku, że nie wiem dlaczego nie lubię win różowych i w zasadzie nie ma powodu, by pielęgnować swoje uprzedzenia.


Alento Tinto 2017 jest mieszanką odmian aragonez (40%), trincadeira (40%), alicante bouschet (10%) oraz touriga nacional (10%). Po pierwszej próbce tego wina zaświtała mi od razu myśl, że wino jest bardzo neutralne i bezpieczne w piciu. Nie brakuje mu owocu, taniny są nawet mocne, ale jednocześnie dość miękkie. Kwasowość trzyma wino w ryzach, natomiast alkohol, którego jest dość sporo, ukrywa się całkiem skutecznie. Pije się to dobrze, choć znów trudno mówić o jakiejś oryginalności i wyjątkowości, trzeba natomiast pamiętać, że mamy do czynienia z winami, których cena zbliżona jest do 30 zł.


Za niecałe 100 zł otrzymujemy zestaw przyzwoitych, ładnie zrobionych win. Białe sprawdzi się doskonale podczas leniwego spędzania czasu na tarasie, czerwone będzie znakomitym winem do obiadu, natomiast różowe umili filmowy wieczór przed telewizorem w towarzystwie ulubionych przekąsek. Dla mnie ma to sens.

Dziękuję Amazis.net za udostępnienie win do degustacji.

piątek, 2 listopada 2018

Podróż Polonezem.


Wspominałem Wam wcześniej o polskich winach, które trafiły na półki Biedronki, a ostatnio miałem okazję je zdegustować. Dostałem już wcześniej sygnały, że półwytrawne wino białe jest bardzo dobre, za to czerwone (też półwytrawne) aż tak pozytywnie nie zaskakuje. Teraz mogłem te doniesienia zweryfikować osobiście. 

Oba wina wpasowały się doskonale w mój gust. Informację o aspektach technicznych przekazałem Wam w poprzednim wpisie, nie będę zatem powtarzał szczegółów, skupię się jedynie na moich odczuciach po degustacji.

Wino białe jest świeże i aromatyczne, mimo że półwytrawne, to nie epatuje słodyczą, końcówka ma nawet delikatnie goryczkowy charakter. W smaku bardzo przypominało mi - przepraszam, za być może zbyt duże uproszczenie - proste i niedrogie wina z Portugalii. W dobrym tych słów znaczeniu. Ja po prostu je lubię, smakują mi, w dodatku mają zwykle atrakcyjną cenę. Wszystkie te dobre skojarzenia sprawiają, że z ogromną sympatią na nie spoglądam, mając przy okazji nadzieję, że współpraca Biedronki z polskim producentem nie zakończy się na jednym roczniku.

Z większą rezerwą podszedłem do wina czerwonego, ale ono jeszcze bardziej mnie zaskoczyło i to bardzo pozytywnie. Pierwsze skojarzenie nie opuściło mnie aż do całkowitego opróżnienia butelki, co zrobiłem chętnie i może nawet zbyt szybko. Otóż wino bardzo mi przypominało te pochodzące z francuskiej Doliny Loary, a jeśli komuś analogia wydaje się zbyt odległa, to także tych z węgierskiego Villany. Profil smakowy kojarzył mi się z cabernet franc i za nic to skojarzenie nie chciało opuścić mojej głowy. Ponieważ ze wszystkich cabernetów najbardziej cenię właśnie cabernet franc, dlatego też wychylając każdy kolejny kieliszek wina miałem wszechogarniające mnie poczucie zadowolenia.

Być może tego dnia byłem po prostu w dobrym nastroju, a być może te wina rzeczywiście są bardzo dobre, w każdym razie w mej pamięci zapisały się wyraźnie i bardzo pozytywnie.

Spróbujcie jednak sami i podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami.

Wina otrzymałem od Jeronimo Martins Polska - właściciela sieci Biedronka. Dziękuję!

środa, 10 października 2018

Poloneza czas... odkorkować.


Najpierw z samego rana otrzymałem maila z informacją, a późnym popołudniem wiadomość ta została dostarczona przez kuriera w formie jak najbardziej realnej i możliwej do sprawdzenia za pomocą zmysłów. Panie i Panowie od teraz już nie tylko Lidl, ale i Biedronka współpracuje z polską winnicą, aby dostarczyć swoim klientom rodzime wina. To znaczy rodzime dla nas Polaków, pamiętajmy, że dla Biedronki rodzime wina pochodzą z Portugalii.

Podejrzenia o kopiowanie pomysłu Lidla zapewne pojawią się tu i ówdzie, ale wojenki biznesowe mnie w tym wypadku nie interesują. Cieszy mnie raczej fakt, że polskie wina mogą być szerzej dostępne także w mniejszych miejscowościach, niekoniecznie graniczących z lokalnymi producentami. Chciałbym jednak zwrócić Waszą uwagę na pewien szczegół, który łatwo przeoczyć, ponieważ obie sieci mają tak duże budżety reklamowe, że oglądając telewizję czy słuchając radia można odnieść wrażenie, że handel detaliczny w naszym kraju podzielony jest między Biedronkę i Lidla. Otóż pierwszym polskim winem jakie miałem okazję kupować w miejscowościach powiatowych i gminnych wcale nie była lidlowska Polka, ani tym bardziej biedronkowy Polonez, ale Sudomir z Winnicy Płochockich. Wino dostarczała Grupa Eurocash za pomocą swojego konceptu Faktoria Win. W większych supermarketach w dużych miastach można też było natknąć się na butelki z Winnicy Adoria, która już wcześniej potrafiła dostarczyć na rynek hurtowe ilości wina. Pionierem we wprowadzaniu polskich win na sklepowe półki był zatem jeszcze inny ktoś.

Przyjrzyjmy się więc samym winom - Polonez występuje w dwóch wersjach - jako że jest to jednak nowość na rynku i jej pojawienie się może wywołać sensację większą, niż kolejne roczniki Polki z Lidla.

Wino białe (półwytrawne) powstało z odmian seyval blanc, johaniter i jutrzenka, zawiera 12% alkoholu, cukier resztkowy pozostał na poziomie 1,6 g/l, a kwasowość ogólna 7,5 g/l.

Wino czerwone (półwytrawne) skomponowano z odmian regent, cabernet dorsa i cabernet cortis. Alkoholu mamy tu również 12%, cukru resztkowego pozostało nieco mniej - 1,2 g/l, niższa jest także kwasowość - 5,2 g/l.

W materiałach prasowych znajdziemy informację, że wino białe sprawdzi się w towarzystwie owoców morza i lekkich potraw z drobiu, natomiast czerwone można polecić do kaczki, jagnięciny oraz dań z czerwonego mięsa.

Tyle informacji ogólnych, moje osobiste degustację będą miały miejsce w niedalekiej przyszłości. Aby nie przeoczyć recenzji możecie obserwować moje poczynania na Facebooku i Instagramie.


Wina otrzymałem od Jeronimo Martins Polska - właściciela sieci Biedronka. Dziękuję!

wtorek, 10 lipca 2018

Bohemia Sekt Prestige Brut.

Pozostajemy w klimacie win musujących, pogoda dopisuje, a to są doskonałe wina na tę porę roku. Ja bardzo lubię spacery, jak mam możliwość, to przemierzam długie kilometry, a po powrocie do domu i szybkim prysznicu największą ochotę mam na wino musujące (czasem piwo). Przez ostatnie trzy dni chodziłem po mieście naprawdę dużo, zaliczyłem trzy długie spacery z miejskimi przewodnikami, a dziś załatwiając sprawy na moim Ursynowie do każdego punktu zmierzałem pieszo.

Ale oto jestem w już w domu, prysznic zaliczony, najwyższy czas na wino.


Postanowiłem otworzyć czeskie wino musujące, a tym samym zakończyć mini cykl opisujący wina Bohemia Sekt. Do tej pory spróbowałem Prestige Demi-Sec i Prestige Rose Brut, a dziś czas na Prestige Brut. Zostawiłem je na koniec, bo spodziewałem się, że będzie to wino najlepiej odpowiadające moim preferencjom i muszę oznajmić, że moja intuicja mnie nie zawiodła, a nos utwierdził w tym przekonaniu. Zapach jest intensywny - zaraz po otwarciu, ale przez krótki moment, wino eksplodowało aromatami drożdży, ale te momentalnie zostały zastąpione nutami skórki od chleba, miodu i kwiatów.



W ustach równie przyjemne, bąble były drobne i dość mało żwawe, ale doskonale wyczuwalne na języku i podniebieniu. Kolor wina był intensywny, nasycony barwami żółci i złota. Wszystko razem sprawiało bardzo dobre wrażenie i dawało mi sporo satysfakcji, o ochłodzeniu i ożywieniu ciała nie wspominając. Jeśli uda się Wam dostrzec je na sklepowej półce, to warto spróbować. Polecam!


Bohemia Sekt Prestige Brut
odmiany: rheinriesling (ryzlink rýnský), pinot blanc (rulandské bilé), welschriesling (ryzlink vlašský).
alk. 12,5%

Dziękuję Amazis.net za udostępnienie wina do degustacji.

wtorek, 5 czerwca 2018

Majówka kamperem. Czechy.

Nasz kamper o poranku. Parkowaliśmu w nocy, niemal w całkowitej ciemności.
Czechy to pierwszy kraj, który zaliczyliśmy podczas naszej kamperowej wyprawy. To także pierwszy kraj, w którym szukaliśmy noclegu. Szukaliśmy, bo pomimo tego, że w zarysie wyprawy pojawiła się czeska lokalizacja (blisko granicy z Polską i z atrakcjami dla dzieci), to z lektury poprzedniego wpisu wiecie już, że plan sobie, a życie sobie. Zdaje się, że zrobiliśmy zbyt długi przystanek na posiłek jeszcze w Polsce, a potem trzeba było pokonać nieco więcej kilometrów, by przejazd następnego dnia do Słowenii nie był zbyt uciążliwy. Wylądowaliśmy zatem późnym wieczorem na kempingu Merkur, dość blisko już granicy z Austrią i zdaje się, że nawet w pięknych okolicznościach przyrody, co stwierdzam dopiero dziś, bo dokładniejsze informacje o kamper-stopach tak naprawdę zbieram już po powrocie do kraju. W każdym razie kemping położony był nad zasilanym wodami rzeki Dyja dużym zbiornikiem Nové Mlýny Górne (jednym z trzech, są jeszcze Nové Mlýny Środkowe i Nové Mlýny Dolne), czego efektem był szok, jakiego doznała cała ekipa, gdy tylko udało się podpiąć kampery do prądu i włączyć w nich światło. Od razu skumaliśmy do czego służą moskitiery, ale trochę nie w porę, bo punkty świetlne przesłonięte zostały już setkami meszek i komarów. Załoga każdego kampera musiała poradzić sobie z tym problemem, w każdym razie jego neutralizacja miała charakter mało pokojowy, to była międzygatunkowa walka o przetrwanie, która zakończyła eksterminacją jednego z nich. To jest mroczna strona obozowania na kempingach. Panie oraz dzieci, wszystkie umęczone równo podróżą i walką z insektami, szybko poszły spać. Panowie udali się na piwo, jedno oczywiście, ale na szczęście nie na wszystkich, lecz na głowę. To był czas podsumowania pierwszego dnia wyjazdu i próby ustalenia, czy podoba się nam ten sposób spędzania wolnego czasu, czy nie. Im bliżej dna butelki, tym bardziej nam się podobało, więc postanowiliśmy kontynuować naszą przygodę.

Słońce już ładnie przygrzewało, wyciągnąłem krzesełko turystyczne,
by na świeżym powietrzu napić się kawy.

Autor bloga i jego syn.
Ale, ale… przecież to nie jest blog o piwie, lecz o winie. Cóż, wina czeskiego, czy morawskiego, nie kupiłem i nie przywiozłem ze sobą. Zresztą, jak już wspominałem, ani winnice nie były celem naszej podróży, ani winne zakupy priorytetem, zwłaszcza że już wtedy wiedziałem, że po powrocie do kraju będą na mnie czekały wina musujące Bohemia Sekt. Wg producenta to najpopularniejsze bąbelki w Czechach, u nas ich dystrybucją zajmuje się Amazis.net - importer, który przysłał mi kilka butelek do degustacji. I dobrze się złożyło, bo dzięki temu mam kamperowy pretekst do napisania o południowych sąsiadach, a fotografie z Czech  (oj, bardzo nieliczne) mogę posegregować racząc się musiakami.

Bohemia to łacińska nazwa Czech, dziś nazywa się tak zachodnią część kraju, którą akurat my podczas przejazdu ominęliśmy, ponieważ nasza trasa biegła przez Morawy - wschodnią część Republiki Czeskiej. Niedaleko Pilzna znajduje się miejscowość Starý Plzenec, a w nim siedziba producenta. Ale Bohemia Sekt nie tylko marka win musujących, ale nazwa grupy producentów, do której należą też Habánské Sklepy - ich wina (ryzlink rýnský) można było dostać w Żabce i z tego, co wiem, cieszyły się sporą popularnością. A wspominam o tym dlatego, że ze wspomnianego wcześniej kempingu Merkur do producenta tych win można było dojechać w niecałe 40 minut, czyli właściwie rzut beretem i byłaby piękna klamra w tej opowieści. No cóż… nie wyszło... życie.

Wróćmy jednak do win musujących. Tych Bohemia Sekt produkuje rocznie około 15-16 mln butelek, a trzy z nich trafiły w moje ręce. Należą one do nieco wyżej pozycjonowanej linii produktowej „Prestige”.


Dziś opowiem Wam kilka słów o Prestige Demi-Sec, czyli winie pół-wytrawnym. Podstawowe Demi-Sec jest najlepiej sprzedającym się winem tego producenta, pitym przy każdej niemal okazji, wymagającej celebrowania winem musującym. Ale nie jest winem produkowanym metodą tradycyjną (szampańską), tylko metodą Charmata, podobnie jak prosecco. Metoda tradycyjna (wtórna fermentacja w butelce) zarezerwowana jest właśnie dla linii Prestige.


Wino dojrzewa na osadzie przez 15-18 miesięcy, a w jego skład wchodzą trzy odmiany: rheinriesling czyli ryzlink rýnský, pinot blanc czyli rulandské bilé, oraz welschriesling czyli ryzlink vlašský. Rheinriesling, czyli po prostu riesling, ma za zadanie nadawać winu bogaty aromat i zapewniać pikantną kwasowość, pinot blanc dostarczyć sporą porcję ekstraktu, a welschriesling świeżość i lekkość. To może spróbujmy?


Ładny złoty, intensywny kolor, bąbelki bardzo drobne, elegenckie. Nos delikatny, lekko miodowy z akcentem kwiatowym. Usta w pierwszej fazie wyczuwalnie słodkie, dość szybko neutralizowane kwasem, przy czym w rozsądnych granicach, dzięki czemu pod degustacji zostaje wrażenie, że mamy do czynienia z winem łatwym w piciu. To może tłumaczyć fenomen popularności wina w Czechach, a i u nas pewnie znalazłoby poklask wsród uczestników rozpoczynających w piątek weekendowe imprezy. Moim zdaniem jest wino dobre na aperitif, natomiast z całą pewnością nie jest to wino kontemplacyjne. Raczej dla zwolenników zabawy niż filozofów pastwiących się nad (bez)sensem życia.


Ciekawe kogo wytypuję na odbiorców musiaka różowego oraz białego w wersji brut. Ale o tym pewnie już przy innej okazji. 


Dziękuję Amazis.net za udostępnienie win do degustacji.

środa, 30 maja 2018

Majówka kamperem. Węgry.

Wspominałem Wam w poprzednim wpisie, że w ostatnich tygodniach mocno próżnowałem, jeśli chodzi o moje pisanie o winie, ale jednocześnie nie nudziłem się podczas przygotowań do kamperowej przygody. W lutym tego roku (2018), podczas jakiegoś spotkania towarzyskiego padła propozycja, by w czasie majówki wyruszyć kamperami do Słowenii. Mnie nie trzeba było specjalnie namawiać, bo kamperami interesuję się blisko dwa lata, a idea domu na kółkach i wolność, jaką daje ten sposób podróżowania jest bliska memu sercu. Zdziwiło mnie tylko trochę, że moja żona podjęła wyzwanie równie ochoczo, choć - miałem takie wrażenie - wcześniej kręciła nosem na moje zapatrywania.

Sunlight T67 (2017) - dom na kołach stworzony na bazie Fiata Ducato.
Pomińmy jednak teraz tę kwestię, jako nieistotną dla niniejszej historii, gdyż muszę jakoś dotrzeć do tytułowego wątku węgierskiego. Węgry w planie podróży w ogóle nie występowały, mieliśmy przez Czechy i Austrię dotrzeć do Słowenii, by tam przez kilka dni cieszyć się jej urokami i wrócić mniej więcej podobną trasą. Kamperowanie ma jednak to do siebie, że plany modyfikowane są spontanicznie i niemal bez przerwy, pierwotne cele okazują się często nieistotne, bardziej od nich liczy się sama jazda. Ważne by na końcu dnia mieć gdzie zaparkować auto i bezpiecznie spędzić noc. Słowenia zatem nie okazała się głównym celem, czy może raczej miejscem dłuższego stacjonowania, w trakcie wyjazdu pojawiła się opcja „zaliczenia” jak największej liczby państw i w krótce hasło wyjazdu brzmiało „siedem krajów w siedem dni”. To założenie akurat udało się wypełnić i ostatecznie trasa wyglądała tak:

Polska → Czechy(1) → Austria(2) → Słowenia (3) → Włochy (4) → Słowenia → Chorwacja (5) → Słowenia → Węgry(6) → Słowacja (7) → Czechy → Polska.

Padło już zatem hasło Węgry - był to nasz ostatni zagraniczny przystanek z noclegiem, który urządziliśmy gdzieś nad Balatonem.

Kamper na swojej parceli.
Przyjechaliśmy pod wieczór, więc Balaton wyglądał właśnie tak.

A tak wyglądał rano.

Balaton to podobno Mekka wędkarzy. Tu zastaliśmy tylko ich sprzęt, oni zaś
skryli się w domkach ustawionych w pierwszej lini od brzegu. Z odgłosów
dobiegających z okupowanych gęsto mikro-tarasów wywnioskowaliśmy,
że rybka, choćby tylko wyimaginowana, lubi pływać.

Podobnie jak w kamperowaniu, gdzie nie liczy się cel, a droga, tak i w wędkowaniu -
rybka mniej ważna od łowienia.

Kto nie łowi, ten pływa.

Stół może nie wystawny, ale poranna kawa, choćby w plastikowym kubku,
potrafi smakować wybornie.

Ekipa.

Zupełnie nowa dróżka (rozbudowa kempingu trwa) zakończona węzłem
sanitarnym, który domaga się już interwencji ekipy remontowej.

Sam kemping nie był może zbyt ciekawy, zwłaszcza że był w trakcie gruntownej przebudowy, a sezon wypoczynkowy przecież jeszcze się nie zaczął i infrastruktura nie była w pełni przygotowana. Niemniej jednak kolację można było zjeść, choć wybór ograniczony był zaledwie do pizzy (ale bardzo dobrej) i frytek (nie jadłem), za to następnego dnia odnaleźliśmy ukryty za koparkami i przesłonięty cembrowinami sklepik, który całkiem nieźle zaopatrzony był w alkohole, w tym wina, które z racji zainteresowań i tematyki tego bloga wzbudziły we mnie kompulsywną potrzebę wydania pieniędzy i zaopatrzenia się w kilka miejscowych etykiet.  

I tak oto dochodzimy do butelki, którą otworzyłem już w Polsce - z racji prowadzenia auta spożywanie alkoholu podczas wyjazdu było ograniczone do minimum, do ilości iście aptecznych i konsumowanych jedynie prozdrowotnie (😉).


Hungaria - poza nazwą kraju - to marka znanego (choć nie dla mnie) producenta Törley, specjalizująca się w produkcji win musujących. By poznać z czym mam do czynienia, sięgnąłem po "Wina Europy" - przewodnik z 2009 autorstwa panów Bońkowskiego i Bieńczyka, by przeczytać w nim, że Törley to:

„Najbardziej znane węgierskie 'szampańskie' należące do niemieckiego giganta Henkell & Sohnlein. Dużo różnych etykiet, powszechnie dostępnych od supermarketów po dworcowe bary. Jakość droższych win przyzwoita, jeśli akurat na Węgrzech potrzebujemy wina z bąbelkami.”

Ja bąbelki lubię, węgierskich wiele nie piłem, więc skusiłem się bez wahania, choć od razu zaznaczam, że to nie jedyna butelka wina węgierskiego, którą ze sobą przywiozłem do kraju.

Na stronie „Czasu Wina” znalazłem zaś wpis Wojciecha Gogolińskiego na temat producenta musiaków, który pozwolę sobie tu przytoczyć:

„Najstarsza i najsłynniejsza węgierska wytwórnia win musujących, założona w roku 1882 w Budafok (dziś to Budapeszt, wówczas wzniesienie w pobliżu Budy) przez Józsefa Törleya, praktykującego wcześniej w szampańskim Reims u Roederera i Delbecka.

Należy dziś do niemieckiego giganta Henkell & Co. Gruppe, a jego oficjalna nazwa brzmi Törley Sektkellerei Kft.

Posiada wykute w wapieniu piwnice o długości około 20 kilometrów, które są zaopatrywane przez owoce z własnych winnic o powierzchni 820 hektarów, leżące w regionie Etyek. Skupuje też gotowe wina z Włoch, Hiszpanii i wielu innych krajów. W ofercie firmy znajduje się niezliczona liczba rodzajów win musujących, wytwarzanych głównie metodą zbiornikową, ale też i szampańską. Już w latach 30. ub. wieku (po okresie światowego kryzysu) wytwarzano tu 2 mln flaszek. Dziś jest tego ponad 15 mln butelek. Najbardziej znane marki: Törley, BB, Walton i François.”

Te 15 milionów dotyczy jednak wina spokojnego. Producent podaje, że wina musującego produkuje nawet 21,5 mln butelek.

Wsród nich znalazła się moja Hungaria Grande Cuvee Brut, która rzekomo wykonana została metodą szampańską - powtórna fermentacja w butelce. Jakich gron użyto do zrobienia tego wina doprawdy nie wiem, a i producent na swych stronach internetowych skąpi informacji na ten temat. Dowiadujemy się jedynie, że to "prawdziwy Don Juan skryty za subtelną elegancją", cokolwiek miałoby to znaczyć. Producent poleca je jako aperitif lub jako towarzysza owoców morza.


Cechą tego wina jest kwasowa struktura i wytrawność, mniejszy nacisk położono tu na ekspresję owocu, co rzeczywiście może je predestynować do jedzenia przyrządzonego ze skorupiaków, choć ja wypiłem je solo - taki mocno przedłużony aperitif 😉. Wino dobre, słowa złego nie powiem, warto spróbować, choć do szampanów droga daleka, bliżej mu pewnie do niedrogiej Cavy.


Ceny nie podaję, bo nie pamiętam, ale z pewnością nie było drogie - podejrzewam zakres 30-40 zł za butelkę.


Do win węgierskich przywiezionych z wyjazdu pewnie jeszcze wrócę. Wkrótce także wpisy o innych krajach i flaszkach (kupionych w ciemno) z nich pochodzących. Bądźcie na nasłuchu 🙂

ps. (2018-06-05) Dostałem info od Michała, który rezyduje na codzień na Węgrzech, a przy okazji jest też autorem bloga "Niewinne podróże", że odmiany z których powstało wino to: chardonnay, királyleányka i pinot noir. Dzięki, Michale!

poniedziałek, 31 lipca 2017

Baixabén Albariño 2013


Kilka dni temu wypiłem kolejne, po Paco&Lola, wino z Rías Baixas. Baixabén Albariño 2013 to wino raczej surowe, kościste, bardzo kwasowe. Od razu pomyślałem sobie o zupie rybnej, o której też wspomniałem poprzednio. Ponieważ została mi jej porcja, postanowiłem jeszcze raz sprawdzić to połączenie. Tym razem zupa nie dała rady zdominować wina, wręcz przeciwnie, odniosłem wrażenie, że tutaj rządzi albariño. Ale uważam, że ten mariaż był lepszy od poprzedniego. Producent poleca to wino do gotowanych skorupiaków, ryby w soli, czy białych mięs.

Wino mimo swego wieku wydaje się bardzo świeże, młode, mam wrażenie, że upływ czasu mu nie straszny, choć podręcznikowo albariño powinno być wypite w przeciągu dwóch lat od zabutelkowania. Cena przystępna, jedynie 25 zł. Może warto kupić więcej?


Adega Rubén, Baixabén Albariño 2013
DO Rías Baixas, Hiszpania

odmiany: albariño (90%), treixadura (10%)
alk.: 12%
cena: 24,99 zł - Leclerc Ursynów, Warszawa


ps. Po dwóch dniach od otwarcia w winie pojawił się zapach kojarzący mi się z aromatami win mocno utlenionych. Przypominał trochę pieczone jabłko, ale jakby nadpsute. Nie bardzo mi się to podobało, odeszła mi ochota na kolejny kieliszek, więc jeszcze dokładnie przemyślę zakup kolejnych butelek.  

wtorek, 25 października 2016

Inama.

Trudne słowo na dziś: prokrastynacja. Poznałem je mając lat tyle, ile mam, a przy okazji uświadomiłem sobie, że towarzyszyło mi przez całe życie. I wszystko wskazuje, że niewiele się w tej kwestii zmieni. Taka już moja natura.

Dlaczego o tym mówię? Ponieważ wspominam dziś wina Inama, które miałem okazję i przyjemność próbować w Wino&Friends... niemal 3 miesiące temu. To dobre wina, a nawet bardzo dobre, warto mówić o nich często i bez zwłoki, przykro mi, że mi się nie udało. Wizytówką tej winnicy są wina Soave Classico, ale z całą pewnością ciekawostką w ofercie jest kupaż odmian carmenere (70%) i merlot (30%). Dla mnie o tyle ciekawy, że carmenere w ogóle nie kojarzyłem z Włochami, a okazuje się, że mieszanie tej odmiany z merlotem czy cabernet sauvignon jest popularną praktyką w rejonie Colli Berici. Podczas degustacji tego wina od razu przyszedł mi do głowy pomysł parowania go z grillowanym mięsem, a to za sprawą solidnych tanin i wyraźnie zaznaczonej kwasowości. Być może właśnie dlatego tak długo nie pisałem o winach Inama. Zwyczajnie czekałem na odpowiedni moment, by móc połączyć stek z antrykotu z Carmenere Più.

Jedyne czerwone wino podczas degustacji, ale nie miałem wątpliwości.
Musiałem je kupić. 

Tak jak lubię. Stek z antrykotu i grillowane warzywa.

I trzeba Wam wiedzieć, że było to połączenie udane. Do steka wypiłem raptem kieliszek wina, reszta czekała na dokończenie jeszcze dwa dni i ten czas dobrze winu zrobił. Kwas złagodniał, taniny z nieco szorstkich zmieniły się w bardziej aksamitne i naprawdę przyjemnie było kontemplować je solo. Zdecydowanie polecam!

Dzięki takim winom każde przedpołudnie może być cudowne.
Popołudnie i wieczór też.

Pozostałe wina również były świetne. Vin Soave i Vigneti di Foscarino, to udane Soave Classico, przy czym to drugie fermentowało w beczce (używanej). Jeśli ktoś nie toleruje, czy może zwyczajnie nie przepada za beczkowanymi winami białymi, z pewnością doceni podstawowe Vin Soave, charakteryzujące się świeżością w nosie i owocowością w ustach.

Vulcaia Sauvignon i Chardonnay były dla mnie o tyle ciekawe, że na 100% pomyliłbym je w degustacji w ciemno. Sauvignon kojarzyło mi się jednoznacznie z chardonnay, chardonnay z sauvignon blanc, więc po raz kolejny przekonałem się, że wiedza teoretyczna wiedzą, a praktyka potrafi takiego amatora, jak ja, skutecznie wywieść w pole. Na pocieszenie pozostaje niewątpliwy fakt, że wina były po prostu smaczne, by nie powiedzieć pyszne.

Z białych win Vin Soave smakowało mi najbardziej.

Piotr Chełchowski, właściciel Kropel Wina, importer win Inama;
najwyraźniej przez nie uświęcony :)

Świetna włoska biel. W tym wypadku Vin Soave.

Ceny win może nie należą do najniższych, ale z pewnością nie są to produkty pospolite, zdecydowanie interesujące i warte wysupłania pieniędzy, choćby na specjalne okazje. Czy za te pieniądze można kupić wyjątkowe emocje? Być może, ale wszystko zależy od Was i Waszego podniebienia, i to Wy musicie odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Wina degustowałem dzięki uprzejmości importera - Piotra Chełchowskiego oraz właściciela Wine&Friends - Adama Wojdy. Vin Soave i Carmenere Più kupiłem w Whisky and Wine Place.

sobota, 15 października 2016

Icardi Rousori Dolcetto d'Alba 2013


Piję ze smakiem, czytam z zainteresowaniem. Wina Icardi znam, lubię i wcale nierzadko do nich wracam - zawsze z przyjemnością, nigdy z rozczarowaniem. Powinienem napisać o tym winie wcześniej, w ramach Winnych Wtorków, ale czasu mało, zaległości dużo, dziś wolę poczytać z sensem, niż pisać bez.

sobota, 24 października 2015

Taste Italy 2015.

22 października w warszawskim Hotelu La Regina odbyła się degustacja win włoskich Taste Italy. 


Impreza była zamknięta, przeznaczona dla branży winiarskiej, obecni w Warszawie producenci poszukiwali (poszukują) w Polsce partnerów biznesowych. Ja, jak wiecie, nie zajmuję się importem, ale skorzystałem z okazji, aby wysłuchać wykładu Wojtka Bońkowskiego - eksperta znającego włoskie winiarstwo na wylot. Takie prelekcje, połączone oczywiście z degustacją, to najlepsze lekcje dla takich amatorów jak ja, znacznie istotniejsze od okazji do przemieszczania się w ekspresowym tempie między stolikami wystawców. 

Spróbowaliśmy 7 win z różnych apelacji i regionów Włoch: Barberę d'Asti, Langhe Nebbiolo i Barolo z Piemontu, Brunello di Montalcino z Toskanii, Brindisi Rosso i Primitivo di Manduria z Apulii, a na samym końcu Amarone della Vapolicella z Veneto. Porównawcza degustacja, na którą raczej rzadko decydujemy się w warunkach domowych, to doskonała okazja, aby móc w jednej chwili spróbować kilku, czasem kilkunastu win, by wychwycić ich specyfikę i odnotować różnice (podbieństwa) pomiędzy nimi. Przy okazji trudno przecenić profesjonalny komentarz prowadzącego takie spotkanie. Tego możecie mi pozazdrościć, dla Was na pociechę mam kilka ilustracji tego arcyciekawego przedpołudnia.

Dookoła Włoch.

Pierwsze wino już w kieliszku (Langhe Nebbiolo).

Wojtka Bońkowskiego nie trzeba przedstawiać winomaniakom.
Miłośnikom Chopina też nie ;)

Chleb i wino to podstawa egzystencji. Kto czytał Biblię ten wie.

No to siup!

Uprzejmie dziękuję Taste ITaly Gawęda, Trzaskalska Sp.j. za możliwość wzięcia udziału w seminarium. Do zobaczenia w przyszłości! 

piątek, 5 czerwca 2015

Vigin Noemy Barbaresco 2007


W czerwcu 2012 kupiłem w Winestory dwie butelki barbaresco z winiarni Vigin. Była to wyprzedaż, importer zrezygnował ze współpracy z producentem. Pierwszą butelkę wypiłem w październiku 2012 i byłem bardzo zadowolony z jakości i smaku tego wina. Druga dotrwała do czerwca 2015. Kolor zmienił się, stał się już mocno ceglasty, ale wino wciąż było czyste, bez najmniejszego śladu wytrąceń i osadu. Wysoka kwasowość, sporo alkoholu (14,5%), solidne garbniki - to istotne czynniki wpływające na jego żywotność. Mam wrażenie, że wino było w pełni sił, choć miało już niemal 8 lat - pochodziło z rocznika 2007. W najnowszym przewodniku Hugh Johnsona (na rok 2015) czytamy, że barolo i barbaresco z tego rocznika możemy spokojnie pić w tym roku i jeszcze przez najbliższych 10 lat. Na zdrowie!


--------------------------------------------------------------
Vigin Noemy 2007
Barbaresco DOCG
odmiana: 100% nebbiolo (z winnic położonych
w czterech miejscowościach: Barbaresco, Treiso,
Neive i San Rocco Seno d'Elvio)
alk. 14,5%
cena: 49 zł (wyprzedaż, Winestory, czerwiec 2012)
--------------------------------------------------------------

czwartek, 26 lutego 2015

Z linii frontu #2.

No i jest klawo!
Atak na konsumentów wina i winnych blogerów przeprowadziła znów Biedronka, na pewno już słyszeliście o najnowszej promocji win z Portugalii, a może nawet coś wypiliście. Piliście? Ja niewiele, raptem dwie butelki białego wina: znane już z biedronkowych półek Loios (Joao Portugal Ramos) z najświeższego rocznika oraz Vinho Verde, też jakby dobrze znane, choć znów z nową etykietą (sieci Pingo Doce, takiej portugalskiej Biedronki).

"Podawać do: ryb z kremowym sosem, gotowanych warzyw, drobiu, lasagni."

"Podawać do: sałatek, owoców morza, delikatnych i chudych ryb, serów kozich."

Oba wina moim zdaniem mają podobny charakter, są raczej kwasowe, nie epatują owocowością, są lekkie, przy czym vinho verde wydaje się bardziej rześkie ze względu na drobne bąbelki tańczące zgrabnie na języku. Z tej dwójki wolałbym właśnie verde, ale Loios żadnej krzywdy mi nie zrobił, do grillowanego łososia pasował jak ulał.

Warto się zapoznać z treścią tej broszury.
Bardziej od win ucieszyła mnie broszura firmowana przez Biedronkę i Magazyn Wino, w całości poświęcona winiarstwu portugalskiemu. Znajdują się w niej informacje na temat regionów winiarskich Portugalii oraz lokalnych odmian winorośli w nich uprawianych. Nie zabrakło tu oczywiście informacji na temat win dostępnych w promocji, choć mnie najbardziej ucieszył rozdział poświęcony parowaniu wina i jedzenia. Tego typu wiedzy nigdy nie za dużo, polecam lekturę.