czwartek, 11 lipca 2019

Lugana w Warszawie.

Ostatnio bardzo rzadko wybieram się na większe degustacje, głównie z braku czasu, ponieważ spotkania bardzo często odbywają się w takich godzinach, które kolidują z moją pracą. Zdarzają się wyjątki, w moim grafiku trafiają się „dziury” w środku tygodnia, a jeśli przy okazji degustacje/prezentacje odbywają się w godzinach „normalnej” pracy (czyli jest stosunkowo mała szansa, że będzie na niej tłoczno), wtedy szansa na moją obecność jest dość spora.

Od lewej: Wojciech Bońkowski, Carlo Veronese, Tomasz Prange-Barczyński
Tak właśnie było we wtorek 11.06.2019, kiedy do Polski trafili przedstawiciele Consorzio Tutela Lugana DOC, by zaprezentować wina z wymienionej w nazwie konsorcjum apelacji Lugana DOC. Gdyby zsumować liczbę przedstawicieli konsorcjum z liczbą pracowników organizatora imprezy, to okaże się, że na sali stanowili oni mniej więcej połowę zgromadzonych. Odczuwam w takiej chwili spore zażenowanie, goście przyjeżdżają do stolicy jednego z największych krajów europejskich, w której znajdują się setki restauracji, hoteli i winnych biznesów, spotykają raptem garstkę osób, z czego część to blogerzy-amatorzy, tacy jak ja, których wpływ na rynek wina w Polsce jest żaden. Z jednej strony fajnie być w kameralnym gronie osób próbujących bardzo ciekawe wina, ale niesmak (niezwiązany bynajmniej z winami) pozostaje.


Lugana DOC to apelacja (od 1967 roku), w której powstają tylko wina białe, oparte na odmianie winorośli o nazwie turbiana, wytwarzane w pięciu różnych stylach, o których napiszę za chwilę. Na mapie północnych Włoch apelację można łatwo odnaleźć, leży ona na południe od znanego i popularnego wśród turystów jeziora Garda i obejmuje tereny od obleganego Sirmione (północ apelacji) do Pozzolengo i Solferino (południe), na zachodzie apelacji leżą miejscowości Desenzano del Garda i Lonato, natomiast od wschodu zamyka apelację miasteczko Peschiera del Garda. W tej ostatniej miejscowości ma siedzibę Consorzio Tutela Lugana, mająca strzec interesów tutejszych winiarzy i promować ich produkty.


Co do samej odmiany turbiana, to można spotkać też w literaturze inne nazwy uprawianych tutaj gron, często mówi się o nich trebbiano, a dokładniej trebbiano di lugana, bo trebbiano niejedno ma przecież imię (czy może nazwisko), ale jeśli czytając do poduszki będziemy akurat zerkać do „Wine Grapes” Jancis Robinson, to być może, nim sen nas zmorzy, doczytamy, że chodzi o verdicchio bianco - dobrze znane w Marche, choć podobno jednak pochodzące z Veneto (Wenecja Euganejska). Skomplikowane? Może trochę, ale przejdźmy dalej, czas poznać style lugańskich win.

Jest ich pięć, choć pierwszy jest najpopularniejszy (90% produkcji) i jest nazywany po prostu Lugana. To wina o dość jasnej, słomkowej barwie, zwykle oszczędne w nosie, choć potrafią być bardzo aromatyczne, w zapachu kojarzą się z kwiatami. W ustach dość pełne i soczyste. Fermentacja odbywa się w kadziach stalowych, wina te zazwyczaj nie dojrzewają w beczkach, natomiast często zdarza się im stosunkowo długie dojrzewanie na osadzie.


Drugim stylem jest Lugana Superiore, gdzie dopuszcza się udział beczki w dojrzewaniu (przynajmniej rocznym) win. Przekłada się to na ich złożoność, kolor jest ciemniejszy, bardziej intensywny, w nosie pojawiają się nuty ziół i dojrzałych jabłek, a także przypraw i orzechów, w czym swój udział ma właśnie beczka.

Trzecim stylem jest Lugana Reserva. Wina dojrzewają przynajmniej 24 miesiące, z czego 6 miesięcy w butelce. Usta pełne, skoncentrowane, konkretne, w nosie zdarzają się aromaty dymne. Tymi winami już raczej nie chłodzimy się na tarasie (choć zakazu nie ma), ale można się nad nimi dłużej pochylić, warto dać im trochę czasu, by wraz z jego upływem cieszyć się ewolucją zapachów.

Styl numer cztery to wina z późnego zbioru - Lugana Vendemia Tardiva. Produkcja raczej niszowa, zwłaszcza że to najmłodszy rodzaj wina jaki pozwalają produkować przepisy apelacji, producentów można policzyć na palcach. Gronom pozwala się mocno dojrzewać (przejrzewać), zbiorów dokonuje się dopiero na przełomie października i listopada. Tego stylu nie znam, nie piłem, więc wiem tylko tyle, że jest naturalnie słodkie, choć nie tak bardzo jak wina tworzone metodą „passito”, czyli z wysuszonych na rodzynki (już po zbiorach) gron.

Za to miałem okazję spróbować, piątego i ostatniego stylu wina, choć piliśmy je jako pierwsze, bo to wina świetne na aperitif, mowa o winach z bąblami - Lugana Spumante. Mogą być one tworzone metodą tradycyjna (szampańską) czy też metodą Charmata (wtórna fermentacja nie w butelce, ale w kadzi), panuje tu dowolność. Liczy się to, że naturalna kwasowość zapewnia winom rześkość i świeżość, chociaż tym produkowanym metodą szampańską, długo dojrzewającym na osadzie, trudno odmówić złożoności i większej głębi. Tak czy owak, nie są to wina spotykane bardzo często, tak jak napisałem wcześniej, wszystkie  wina poza „zwykłą” Luganą, stanowią łącznie 10% produkcji.

To co warto powiedzieć o winach z Lugany, a w zasadzie o winach zrobionych z verdicchio vel turbiana aka trebbiano di lugana, że całkiem dobrze się starzeją i w ich przypadku pionowe degustacje roczników mają sens. Na degustacji najmłodszym rocznikiem był 2018, najstarszym 2012 (fakt, że reserva), a o żadnym nie można było powiedzieć, że jest zmęczone. Wręcz przeciwnie, młode ze starym mogłoby stawać w szranki i wynik nie byłby jednoznaczny. A i w konkurach być może młodsze nie byłoby lepsze od starszego, czym coraz częściej się pocieszam.

Od lewej: Robert Bartłomiej Dąbrowski, Mariusz Boguszewski
Będąc nie tak dawno temu na zupełnie innej degustacji w Winestory zauważyłem, że na półce stoi stoi sobie butelka Lugany z 2013 roku i zastanawiałem się wówczas nad jej świeżością, w kontekście degustacji win lugańskich. Dwa dni później, w lipcowym numerze Wine Enthusiast znalazłem infografikę dotyczącą roczników win włoskich, które najlepiej pić w 2019 roku. Przy nazwach Lugana i Soave Classico widniały liczby 2009 i 2010.

ⓒ Wine Enthusiast

To coś mówi o potencjale starzenia się tych białych win z okolic Gardy. Zasadnym jednakże jest zadanie pytania, czy sklepowa półka jest odpowiednim miejscem na tak długie przetrzymywanie dość wiekowego jednak rocznika. Zadałem pytanie centrali Wineonline, czy mają coś świeższego i tak w moje ręce wpadły dwie butelki -  jedna z rzeczonego i słabo rotującego rocznika 2013 i jedna z najświeższego chyba obecnie w sprzedaży rocznika 2017. Mówię o winach z Monte del Fra, producenta mającego swą siedzibę poza apelacją Lugana, ale wykorzystującego tu działkę w obrębie miejscowości Peschiera del Garda - tej w której siedzibę ma konsorcjum.


Wina należą do tego najczęściej występującego gatunku, czyli „zwyczajna” Lugana. Na przestrzeni lat zmienił się kształt butelki, w której zamykane jest wino, ale obie zrobione są z ciemnego szkła, teoretycznie powinno to pomóc zachować je dłużej przy życiu, ale gwarancji nie ma. Podoba mi się wypukłe logo na szkle butelki rocznika 2017, która zyskuje w tym momencie kilka punktów na drodze do osiągnięcia szlachectwa. No, ale nie szkło jest najważniejsze, lecz zawartość butelki, przystąpmy zatem do degustacji.


Poza różnicą w wyglądzie butelek, widać wyraźnie jak odmiennie prezentują się one w kieliszkach. Barwa młodszego wina jest blada, jasno słomkowa, niemal platynowa. Rocznik 2013 jest wyraźnie ciemniejszy, głęboko żółty, łatwy do pomylenia z jabłkowym sokiem, oba wina są czyste, klarowne.

W nosie różnice są równie wyraziste - 2017 to aromaty kwiatowe złamane zapachem białych owoców, 2013 to pieczone jabłko, wosk, miód i trochę grzanki.


W ustach można znaleźć wspólny mianownik, jest nim odświeżająca, lekka goryczka w końcówce. Młodsze wino ma w sobie słodki element, który niejako współistnieje z tą goryczką, oba składniki są wyraźnie wyczuwalne jednocześnie. Do tego dochodzi solidna, mirabelkowa kwasowość i może ciut odstający alkohol. Jest go jednak mniej (jeśli wierzyć kontr-etykiecie) niż w roczniku 2013, ale mimo to starszy rocznik wydaje się lepiej poukładany, tu słodycz jest mniej wyczuwalna, nie ma tej pudrowej mdłości, która w roczniku 2017 była wyczuwalna, zwłaszcza zaraz po otwarciu. Oba wina bardzo ciekawie się zmieniają w kieliszku. W 2017 słodycz ulega jednak kwasowości, natomiast ewolucyjne nuty rocznika 2013 tracą na intensywności i odsłaniają sprężystą, młodzieńczą gibkość wina. 


Wszystko oczywiście zależy od preferencji i upodobań degustatora, ale ja jednak jestem skłonny lepiej ocenić rocznik 2013. Aromatycznie wydaje się być ciekawszy, usta są lepiej zrównoważone, struktura zaś nadal jest solidna, niemal nienaruszona. 

Trzeba przyznać rację prelegentom - Lugana potrafi być długowieczna i zaskakuje swym wigorem mimo upływu lat. A trzeba powiedzieć, że mamy do czynienia z winem raczej ze średniej półki. Będąc na Gardą spróbujcie jej koniecznie, być może nawet z risotto z żabą, do którego to dania Lugana smakuje ponoć wyśmienicie.


Dziękuję organizatorom wydarzenia za możliwość uczestnictwa w imprezie. Degustacja odbyła się w lokalu Winisfery przy ul. Chłodnej w Warszawie


Lista degustowanych win:
Olivini, Lugana DOC Spumante Brut, Metodo Classico, 2015
Citari, Lugana DOC Conchiglia, 2018
Zeni, Lugana DOC Margone, 2018
Bulgarini, Lugana DOC 010, 2018
Ca’Maiol, Lugana DOC Molin, 2017
Avanzi, Lugana DOC Riserva Borghetta, 2016
Zenato, Lugana DOC Riserva Sergio Zenato, 2016
Ca’ Dei Frati, Lugana DOC Riserva Brolettino, 2012

środa, 19 czerwca 2019

Winnica Gostchorze, GostArt, 2015.


To musujące wino wykonane metodą szampańską, choć nie pamiętam czy akurat ten rocznik, piłem na Zlocie Blogerów Winnych i doskonale je zapamiętałem po profilu aromatycznym, który zaraz po otwarciu butelki kojarzył mi się ze swojskim zapachem bigosu (mocno) oraz skórką od chleba (znacznie mniej intensywnie). W ustach bardzo wyraźna kwasowość, która konkuruje tu z wrażeniem tłustości wina. Bąbelki są bardzo drobne, doskonale wyczuwalne na języku, choć oko trzeba wytężyć, by się im dokładniej przyjrzeć.


Kontretykieta wspomina o kwiatowym bukiecie, ja jednak będę upierał się przy swoim opisie. Co więcej, chciałbym by rzeczywiście towarzyszyło dobremu bigosowi, ale obawiam się, że to nie tym razem, zawartość butelki znika w zbyt szybkim tempie. Z tego miejsca apeluję do czytelników mojego bloga, którzy przy okazji mieszkają w Warszawie, aby zabawili się w sygnalistów i dali mi znać, w którym sklepie mogę je sobie dokupić. Chcę przez to powiedzieć, że mi smakuje, choć dla wielu kapuściana nuta mogłaby się wydawać złą rekomendacją. Dla jasności dodam, że z czasem traci ona na intensywności, choć w tempie wolniejszym od prędkości ulatniania się wina z kieliszka (butelki).


Winnica Gostchorze, GostArt, 2015
wino musujące
Polska, Krosno Odrzańskie, woj. lubuskie
Odmiany: riesling, pinot gris, pinot blanc
Alk.: 11%
Cena: 51 zł (za ostatnią sztukę w sklepie Prosto z palety)

środa, 12 czerwca 2019

Clos Montebuena, Selección Particular, 2016


Hiszpańskie wina Clos Montebuena są moim zdaniem jednymi z najlepszych win, jakie możecie kupić w sieci Biedronka. Staram się pić je w miarę regularnie, testować kolejne pojawiające się na półkach roczniki, szczególnie te z linii reserva, które pojawiają się rzadziej, na pewno nie w każdym roczniku, przynajmniej nie w Biedronce. Byłem święcie przekonany, że notatki z ich degustacji zamieszczałem na blogu, ale próbując je odnaleźć natknąłem się tylko na jeden wpis wspominający o Clos Montebuena Reserva 2013. Dziwne. Kolejne wzmianki znalazłem na profilu FB mojego bloga, ale jestem przekonany, że piłem te wina częściej. Dowodów jednak nie ma, trudno.

Dziś wracam zatem do rocznika najświeższego, jaki można obecnie kupić, przy czym - nie wiem dlaczego - nazwa wina zmieniła się z Reserva na Selección Particular, wzór etykiety pozostał jednak niezmieniony. Strona internetowa od dawna nieaktualizowana, koncern Araex niespecjalnie przykłada się do publikowania świeżych danych na temat swoich win, nie pozostaje mi nic innego, jak odkorkować wino i osobiście sprawdzić, co zawiera butelka.

A jest moim zdaniem całkiem nieźle. Często narzeka się na przebeczkowanie win z Riojy, ale w tym wypadku nie mogę marudzić, nuty odbeczkowe nie przeszkadzają w odbiorze tego ładnie poukładanego wina, z wyraźnie zaznaczonym owocem i przyjemną, wyraźną, lecz gładką taniną. Także alkohol „nie odstaje”, co zdarzało się w przeszłości, choć w większym stopniu dotyczyło to raczej tańszej (niebieskiej) etykiety Montebuena. Bardzo przyjemnie piło mi się to wino i wydaje mi się, że jest jednym z lepszych roczników, jakie można było kupić w Polsce.

Odgrażałem się, choć dziś już nie mam pewności, czy wyartykułowałem to na zewnątrz, czy może tylko w sobie, że kupię więcej butelek z danego rocznika i potrzymam w piwnicy na przyszłość. Do tej pory mi się nie udawało, ale dziś naprawdę mam ochotę to zrobić.


Clos Montebuena, Selección Particular, 2016
Hiszpania, Rioja Alavesa
odmiany: 100% temparnillo
alk.: 14%
cena: 29,99 zł (Biedronka)



wtorek, 4 czerwca 2019

Gnarly Head, Old Vine Zinfandel, 2016


Porównując ofertę win Gnarly Head w Centrum Wina z tym, co można znaleźć na stronie producenta, to przyznać trzeba, że prezentuje się ona dość skromnie. Raptem trzy wina, w tym jedno ze starszą etykietą - Gnarly Head Pinot Noir, odbiegającą od nowego wzoru oraz Gnarly Head Viognier, którego nie udało mi się już na stronie producenta odnaleźć. W moje ręce trafiło jednak trzecie wino z tej listy - Gnarly Head Old Vine Zinfandel 2016, które i w internecie, i na sklepowej półce wygląda podobnie. Jak wskazuje nazwa, wino zrobione jest z odmiany zinfandel (we Włoszech występującej jako primitivo, a w Chorwacji jako crljenak kaštelanski lub tribidrag), przy czym wiek winorośli waha się między 35 a 80 lat, stąd oznaczenie Old Vine. Odmiana zinfandel jest odmianą wysokocukrową, więc jeśli podczas fermentacji drożdże przerobią cały cukier, to powstaje wino o sporej zawartości alkoholu, jeśli zaś wino jest mniej alkoholowe, to zazwyczaj lepiej wyczuwalny w nim jest cukier resztkowy. Być może przez taki, a nie inny charakter Polacy tak bardzo kochają primitivo i zinfandele - tu nie ma złej opcji, lubimy by było mocno, lubimy by było słodko, idealnie jakby dało się to pogodzić w jednej butelce.

Postanowiłem sprawdzić na własnym organizmie, co ze mną zrobi butelka starego zinfandela, co obiecywałem Wam opisując wino 3 Finger Jack. Tak mi się przynajmniej zdaje. Liczyłem na podobne doznania, ale wiecie już doskonale z innego mojego tekstu o The Big Top Zinfandel, że wina z tego samego szczepu, tego samego regionu i tego samego rocznika nie muszą być do siebie podobne, co więcej mogą się od siebie znacząco różnić. Wszystko zależy od umiejętności poszczególnych winiarzy i decyzji jakie podejmują w winnicy i „na zakładzie”. Krótko mówiąc, ci od 3 Finger Jack’a dali radę, ci od The Big Top Zinfandel nie bardzo. Otwierając butelkę Gnarly Head miałem nadzieję na emocje, jakich dostarczył mi awanturnik z Dzikiego Zachodu.

Niestety, krzepkie mięśnie, zadziorność i ostre rysy 3 Finger Jacka robią o wiele lepsze wrażenie niż wiotka postura, gładko wypudrowana twarz i waniliowa perfuma charakteryzująca wino Gnarly Head. Ciekawa etykieta przyciąga wzrok i kusi by wino kupić, ale wnętrze butelki wypełnione zostało mdłym, słodkawym płynem o niezbyt wyszukanych aromatach i dość wątłej strukturze. Co ciekawe, wino to ma dość dobre opinie, wielu osobom smakuje i jest nawet wychwalane. Widać ludzie lubią takie słodkie pluszaki. Ja chciałem napisać, że raczej się nie skuszę na drugą butelkę, ale zmieniłem zdanie. Obiecałem sobie, że sięgnę jeszcze po pinot noir od tego producenta, więc przy okazji kupię jeszcze raz zinfandela. Jedna butelka może zmylić, ale druga powinna potwierdzić moje odczucia i wtedy wszystko będzie jasne. Albo im zaprzeczyć i zrobi się ciekawie. Pożyjemy, zobaczymy!


Gnarly Head Old Vine Zinfandel, 2016
USA, Kalifornia, Lodi AVA
odmiany: 100% zinfandel
alk.: 14,5%
cena: 79 zł (Centrum Wina, Winezja.pl)


sobota, 6 kwietnia 2019

Adega Monte Branco.


Przyznam się Wam, nie pamiętam, czy po raz pierwszy, czy może się powtarzam, ale lubię wina czerwone bardziej niż białe, o różowych nie wspominając. Mam w zwyczaju również zostawiać to co najlepsze na koniec, więc z werwą rozprawiłem się z zapasami białego wina (różowe kupuję sporadycznie i raczej na zalegają w moim składziku), by móc podciągać z największą przyjemnością tylko wina czerwone. Tak też przez ostatnich kilka dni czy nawet tygodni było, ale przesyłka z Amazis.net zaburzyła ten, zdawałoby się już ustabilizowany, stan rzeczy, bo kartonie znalazłem po jednym winie z każdego koloru: białe, różowe i czerwone. To nowość w portfolio poznańskiego importera, wina z Adega Monte Branco, winiarni na czele której stoi Luís Louro, syn innego portugalskiego producenta wina - Miguela Louro (Quinta do Mouro).

Próbki, które otrzymałem, należą do linii Alento, która ma prezentować charakter typowych odmian uprawianych w regionie Alentejo. Wszystkie wina, łącznie z czerwonym przeznaczone są do szybkiego wypicia. Nie chodzi mi o szybkie opróżnianie butelki w bramie, ale o wypicie jej w niedługim czasie po zabutelkowaniu.


Alento Branco 2017 jest mieszanką odmian arinto (50%), antão vaz (40%) oraz roupeiro (10%). Jest czyste, blado słomkowe i dość oleiste. Nos, zwłaszcza przy winie zbyt chłodnym jest dość oszczędny, w miarę wzrastania temperatury pojawiają się najpierw nuty gruszki, potem trochę moreli i jasnych śliwek. Kwasowość wyraźnie zaznaczona, w końcówce pojawia się nuta goryczki. Wino pije się bardzo dobrze, brak mu może jakiegoś wyraźnego rysu, jest przez to nieco anonimowe, ale ogólnie pozostawia dobre wrażenie.


Alento Rose 2017 jest mieszanką odmian aragonez (85%) oraz touriga nacional (15%). Tego wina bałem się najbardziej znając moją "miłość" do win różowych. Zupełnie niepotrzebnie. Nie wiem zresztą, czy to nie jest dobry moment, by nie zmienić swego nastawienia do rose. Fraza definiująca wina różowe jako "ni to białe, ni czerwone" jest tak banalna, że aż głupio mi przyznać się do jej używania, czy wręcz nadużywania. Do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. W każdym razie pijąc to smaczne wino o delikatnym truskawkowym posmaku, doszedłem do wniosku, że nie wiem dlaczego nie lubię win różowych i w zasadzie nie ma powodu, by pielęgnować swoje uprzedzenia.


Alento Tinto 2017 jest mieszanką odmian aragonez (40%), trincadeira (40%), alicante bouschet (10%) oraz touriga nacional (10%). Po pierwszej próbce tego wina zaświtała mi od razu myśl, że wino jest bardzo neutralne i bezpieczne w piciu. Nie brakuje mu owocu, taniny są nawet mocne, ale jednocześnie dość miękkie. Kwasowość trzyma wino w ryzach, natomiast alkohol, którego jest dość sporo, ukrywa się całkiem skutecznie. Pije się to dobrze, choć znów trudno mówić o jakiejś oryginalności i wyjątkowości, trzeba natomiast pamiętać, że mamy do czynienia z winami, których cena zbliżona jest do 30 zł.


Za niecałe 100 zł otrzymujemy zestaw przyzwoitych, ładnie zrobionych win. Białe sprawdzi się doskonale podczas leniwego spędzania czasu na tarasie, czerwone będzie znakomitym winem do obiadu, natomiast różowe umili filmowy wieczór przed telewizorem w towarzystwie ulubionych przekąsek. Dla mnie ma to sens.

Dziękuję Amazis.net za udostępnienie win do degustacji.

czwartek, 21 lutego 2019

Redentore Prosecco Millesimato 2018.


Wino o barwie blado-słomkowej, bardzo pieniste, z drobnymi, eleganckimi bąblami. W smaku dominuje dojrzała, choć kwaśna mirabelka mieszająca się z soczystą papierówką, w nosie podobne. Cukier, o ile go wyczujecie, nie powinien przeszkadzac. Jeśli dobrze pamiętam, to Millesimato piłem kilkukrotnie, zawsze umieszczając je po stronie tych bardziej udanych prosecco. Ta druga strona jest niestety liczniejsza, nawet obiecałem sobie wstrzemięźliwość w zakupach tego popularnego gatunku win. Ale Redentore przyniosła żona i przekazała mężowi z życzeniami zdrowia, więc piję za zdrowie jej i swoje.

Czuję się całkiem dobrze.


De Stefani, Redentore Prosecco Brut Millesimato 2018
odmiany: 100% glera,
alk.: 11%
importer: M&P Pavlina



poniedziałek, 24 grudnia 2018

The Big Top Zinfandel.


Być może pamiętacie mój wpis o winie 3 Finger Jack, kalifornijskim zinfandelu z Lodi, które to wino wzięło swą nazwę od pewnego awanturnika z Dzikiego Zachodu. To było wino zadziorne, charakterne, ale ogólnie rzecz biorąc bardzo przyzwoite, umilające spędzony z nim czas.

Dziś wracam z kolejnym zinfandelami, w czas co prawda świąteczny, ale o żadnym parowaniu win z jedzeniem mowy nie będzie. Mowa zresztą też będzie krótka, bo wina które miałem okazję spróbować nie są raczej warte szczególnej uwagi. Jeśli chodzi o etykietę, to wyglądają niemal identyczne, różną się tylko liczbą wskazującą rocznik zbiorów winogron. W kieliszku różnice są znacznie większe.

Rocznik 2015 jest mega zabity deską, ale to tak, że winopijcy narzekający na często przebeczkowane wina hiszpańskie, z przyjemnością do nich wrócą, zachwycając się przy okazji ich delikatnością. Tu dębowe wióry zagłuszają dramatyczny krzyk rozpaczy wędzonej śliwki próbującej dotrzeć jakoś do podniebienia, ale efekt tych starań jest dość marny. W dodatku posmak dębiny bardzo długo utrzymuje się w ustach i naprawdę nie jest to przyjemne. Kwasowość w średnich rejestrach, tanina też obecna, choć teraz nie wiem za bardzo, gdzie szukać jej źródeł.

Rocznik 2016 to zupełnie inna para kaloszy. Tu mamy wino owocowe, o dość przyjemnym aromacie, w smaku nieco przypominające wiśniowy kompot. Oprócz tego kawa i przyprawy, dębina też obecna, ale w znacznie mniejszym natężeniu. Ogólnie wrażenie znacznie lepsze, ale daleki jestem od emocjonowania się tym winem. Zły policjant, na tle bardzo złego policjanta, wydaje się być policjantem dobrym, choć to nie do końca prawda. W przypadku obu win przeszkadza też gorzka końcówka i wysoka zawartość alkoholu (14,0% - 2015; 14,5% - 2016). No, ale taki urok odmiany zinfandel/primitivo, trzeba to zaakceptować.

Rocznik 2016 wydaje się w tym przypadku lepszym wyborem, ale jeśli miałbym Wam coś zasugerować, to może jednak poszukajcie zinfandeli gdzie indziej. Ja płaciłem za wina ok. 50 zł za butelkę (Rossmann), ale znalazłem też tańsze oferty z przedziału 35-40 zł, więc jeśli chcecie to proszę bardzo. Ale nie mówcie potem, że nie ostrzegałem.

środa, 19 grudnia 2018

Grzeczny chłopiec.

Miła świąteczna niespodzianka trafiła do mnie od Ambry SA - właściciela sieci sklepów Centrum Wina (w tym tego obok mojej pracy, choć zakładam, że nie powstał tylko dla mnie 😉) oraz sklepu internetowego Winezja (w którym miałem okazję i przyjemność robić zakupy nie raz). Niespodzianka przyjemna podwójnie, bo ktoś jednak przeczytał (nie twierdzę, że z przyjemnością) moje blogowe wpisy i selekcja win wydaje się być wcale nieprzypadkowa.


Jak się pewnie domyślacie Manzanilla La Jaca będzie dla mnie materiałem edukacyjnym pogłębiającym moją wiedzę na temat Sherry, natomiast Altos de Luzón trafia w mój gust ze względu na zawartość odmian innych, niż powszechnie występujące w Hiszpanii tempranillo; tu pierwsze skrzypce odgrywa monastrell (znany gdzie indziej, jako mourvèdre), a tempranillo wraz z cabernet sauvignon zajmują pozycję na pozór wycofaną, choć w gruncie rzeczy nie mniej ważną. Kupaże - tu nieodmiennie podzielam zdanie Franka Smuldersa - często bywają lepsze od win jednoodmianowych, choć i w tym przypadku nie zamierzam tracić energii na budowanie okopów, z których chyłkiem będę musiał w razie czego czmychać. Degustacje win będą dla nich najlepszym sprawdzianem, a prawda o nich, choćby niewygodna, lepsza od lukrowanego kłamstwa.

Dziękując Ambrze za życzenie chciałbym odwdzięczyć się jej, ale i innym miłośnikom wina, tym samym: wszystkiego najlepszego z okazji świąt Bożego Narodzenia i oby w Nowym - 2019 - Roku moglibyśmy pić wina takie, na jakie mamy ochotę.

środa, 12 grudnia 2018

Lidl na grudzień.

Pierwszym prezentem otrzymanym w tegoroczne Mikołajki była przesyłka z dwoma winami z Lidla, będącymi zwiastunem nowej, grudniowej oferty alkoholi. Nie piszę win, bo w katalogu są i inne napitki; wódki chwilowo interesują mnie średnio, ale whisky warte są rozważenia, może trzeba będzie pochylić się na rozbudową działu skok w bok. ;)


W kartoniku dwa wina - Aglianico del Vulture z Włoch oraz Vinho Verde z Portugalii.


Może trochę dziwić obecność Vinho Verde w grudniowej ofercie, wszak wina te pijamy zwykle latem. Ze względu na swój lekki charakter, delikatne musowanie na podniebieniu i zaznaczoną kwasowość chętnie są one wypijane na tarasach podczas zażywania kąpieli słonecznych. Encostas de Caiz jest zatem wspomnieniem lata, ale wspomnieniem bardzo przyjemnym, wino "wchodzi" elegancko, choć nie ma się co z tym śpieszyć, sporo alkoholu (ale świetnie kryjącego się pod owocem) może zakręcić w głowie. Kwasowość nie jest wyśrubowana, cukier resztkowy obecny, wszystko w niezłej równowadze, nie mam się do czego przyczepić. Wypiłem ze smakiem.


Aglianico del Vulture ma lekko truskawkowy i trochę nieczysty nos. W ustach herbaciane taniny i posmak wiśniowej pestki. Kwasowość jest, z owocem średnio, ale źródła smaku znów trzeba szukać wśród wiśni i czereśni. Teraz wydaje się spełniać rolę raczej wina stołowego, gastronomicznego, bardziej towarzyszącego w tle, niż występującego jako gwóźdź programu. Ale nie jest też gwoździem do trumny ;) Mam wrażenie, że ma potencjał do dalszego rozwoju i być może rozwinie się za jakiś czas. 20 zł za butelkę to może być okazja, by tanio kupić karton win i wrzucić do piwniczki. W razie czego strata niewielka, a kto wie, czy w przyszłości przemysłowe wino (grona z południa Włoch, fabryka działa na północy, w Bardolino nad Gardą) nie okaże się przynoszącą zwrot inwestycją.

W katalogu znalazło się kilka win, których chętnie bym spróbował. Na myśl przychodzi mi kerner z Alto Adige, sauvignon i cabernet franc z Doliny Loary, no i oczywiście wina musujące: prosecco, cremanty i szampany - tych nigdy za wiele. 


Wina do degustacji otrzymałem od Lidl Polska. Dziękuję!

niedziela, 9 grudnia 2018

Ziarno Sherry.

Z ziarnem, jak to ziarnem, nie zawsze wiadomo, czy padnie na podatny grunt, czy w ogóle wykiełkuje, a jeśli już, to czy będzie miało odpowiednie warunki do wzrostu. Jeśli ktoś rozrzucał je wokół mnie, to mógł być pewien, że plony nie będą wyższe od tych zrodzonych przypadkiem na asfalcie. Długo unikałem tematu Sherry mając zresztą na jej temat mylne wyobrażenia. Mój opór chyba jednak nieco zmalał, gdzieś w tym twardym podłożu pojawiła się rysa, pęknięcie, w wyrwie chyba jeszcze za wcześnie mówić. W każdym razie w szczelinie tej zamajaczyła się drobna forma życia, z początku ledwie widoczna, ale uparcie wzrastająca w kierunku światła. Teraz jest już ostrzej zarysowana, z każdym dniem przybierająca konkretne kształty. Warto chyba jej poświęcić chwilę, przytrzymać przy życiu, a może nawet zacząć pielęgnować. Zaczynam przygodę z Sherry, jeśli chcecie, to mi kibicujcie, ja chciałbym tylko podziękować za trud siania Andrzejowi Daszkiewiczowi. Kilka słów, zamienionych na afterku po ostatnim zlocie winnej blogosfery, których być może nawet nie pamięta, miały moc potrafiącą naruszyć jedność monolitu. 

Dziś na temat samych win mądrzyć się nie będę, bo nie mogę. Wszak jeszcze nic nie wiem. Ale etykiety już zamieszczam.



poniedziałek, 3 grudnia 2018

Czerwona Portugalia z Biedronki.

Od opublikowania krótkich recenzji dwóch win białych z portugalskiej promocji w Biedronce minął już niemal miesiąc, więc istnieje spore prawdopodobieństwo, że ze znalezieniem flaszek z okolic Lizbony będziecie mieć mały problem, choć z doświadczenia wiem, że tu i ówdzie można je zawsze znaleźć. Wystarczy trochę pochodzić i poszukać, a czy warto poświęcić na to swój czas - to już jest kwestia osobna. Historycznie rzecz ujmując można powiedzieć, że butelki z Portugalii na półkach Biedronki potrafią zaskakiwać, zarówno jakością jak i cenami, nieraz mogliśmy się przekonać, że w ofercie znajdują się etykiety, które u innych importerów kosztują znacznie więcej.

Opiniami na temat otrzymanych od Jeronimo Martins Polska win dzieliłem się już na swoim profilu na Instagramie, kto go śledzi zna już moje o nich zdanie, dziś więc tylko "cytaty", za to wszystkie razem, może komuś się do czegoś przydadzą.





Podsumowując, mi chyba najbardziej podobało się wino najtańsze z tej czwórki - Reserva do Monte, najmniej zaś te, które pojawia się dość regularnie w ofercie Biedronki, czyli Quinta das Setencostas. Colossal też daje radę, choć mnie nie powalił, natomiast Palha Canas wydawało mi się winem dość wymagającym, nieco zbyt masywnym i sprawiającym mi jakąś tam trudność w piciu, ale chętnie bym je widział w stałej ofercie, z przyjemnością wstawiałbym poszczególne roczniki do swojego składzika, mam wrażenie, że tkwi w tym winie spory potencjał, który może dać niezłe efekty po kilku latach spędzonych w zapomnieniu.

Wina otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci Biedronka. Dziękuję!

niedziela, 25 listopada 2018

Kolonics, Nagy-Somlói Juhfark 2016.


"Somló jest winem mędrców, którzy nauczyli się największej wiedzy - spokoju."

Béla Hamvas

Taki cytat znajdziemy na kontr-etykiecie wina Nagy-Somlói Juhfark, które powstaje w winiarni Kolonics na Węgrzech, a które mam przyjemność gościć w moim kieliszku. Ja węgierskiego nie znam, posiłkowałem się tłumaczem Google, ale książkę Hamvasa „Filozofia wina” mam (w tłumaczeniu Tadeusza Olszańskiego) i tam ten cytat brzmi nieco inaczej:

"Jest winem mędrców, ludzi, którzy posiedli najważniejszą życiową wiedzę – pogodę ducha."


Pełnię pogody ducha miałem jeszcze kilka lat temu, teraz troszkę zakłóca mi ją jedna nieciekawa persona, która chciałaby władzy nad rządem dusz. Na szczęście wracam na wygodne i bezpieczne ścieżki spokoju i póki dusza tkwi jeszcze w moim ciele, to owemu uzurpatorowi powodów do satysfakcji nie dam. Za to „w mordę mogę dać, mogę” - to cytat z innej bajki, ale komplementarny do poprzedniego. Na tym zabawę cytatami bym zakończył.


Niestety o winie za wiele nie powiem, bo co można powiedzieć o juhfarku na podstawie jednej wypitej w całości butelki i odrobiny wina w kieliszku na szerszej degustacji, która to odrobina zachowała w mej głowie nieco trwalszy i chyba lepszy ślad.


To co zapisałem na temat Juhfark 2016 z Kolonics Pinceszet to tylko kilka słów: wino mocne, kwasowe, o oszczędnych aromatach, surowe, twarde jak kamień. Kłóci się to z wrażeniami Hamvasa, który pisze o oszałamiających aromatach, ale to bardzo dobrze. To znaczy, że przygoda z juhfarkiem dla mnie się nie skończyła. Ona się dopiero zaczyna.

środa, 21 listopada 2018

3 Finger Jack, Old Vine Zinfandel 2015.


Wszystko zaczęło się od newslettera od California Wines Polska, w którym znalazła się informacja na temat tegorocznych zbiorów w Kalifornii. Wynikało z niego, że wszystko jest super i hiper, i winiarze wraz z winogrodnikami kalifornijskimi są przeszczęśliwi i mega zadowoleni z rocznika 2018. To znowu kazało mi się zastanowić, jak wygląda na moim blogu temat win z tamtej części świata i okazało się, że braki są. Pojawiła się myśl, żeby lukę w wiedzy (czy doświadczeniu) uzupełnić. Zapytałem zatem na facebookowym profilu mojego bloga, czy subskrybenci i czytelnicy moich marnych treści są w stanie polecić mi coś dobrego z Kalifornii w cenie do 100 zł za butelkę i okazało się, że temat bardzo ożył i dostałem kilka sugestii. Zanim zdążyłem zrobić listę win wartych zainteresowania, dostałem informację z centrali Centrum Wina ("centrala Was ocali"), że w sklepie CW obok mojej pracy mogę odebrać materiał dydaktyczny mogący ułatwić mi rozważania na temat win kalifornijskich, a ściślej mówiąc win z odmiany zinfandel pochodzących z apalacji AVA Lodi. B. prezydent nie ostrzegł mnie, by "nie iść tą drogą", postanowiłem zatem skorzystać z propozycji i odebrałem butelkę wina 3 Finger Jack Old Vine Zinfandel 2015. Ponieważ nie mam w zwyczaju brać win "na blogera", to zwykle w takim wypadku dokonuję w placówce dydaktycznej zakupów dodatkowych materiałów do badań i tego dnia dokupiłem jeszcze Gnarly Head Old Vine Zinfandel 2016. Kilka dni później zaopatrzyłem się jeszcze w innym sklepie w zinfandele ze starych krzewów uprawianych w Lodi - The Big Top Old Vine Zinfandel w dwóch rocznikach: 2015 i 2016.

Mając zatem już nad czym pracować, zaczynam od wina najdroższego w tym zestawie, czyli tytułowego 3 Finger Jack'a z rocznika 2015. Marka ta należy do większego producenta Delicato Family Vineyards mającego swoją siedzibę w miejscowości Manteca, leżącą na południe od Lodi, gdzieś na południowych przedmieściach Stockton. Do ich portfolio należy również wspomniane przeze mnie wyżej Gnarly Head, oraz kilka innych marek importowanych przez Centrum Wina. 3 Finger Jack to rewolwerowiec i awanturnik z czasów kalifornijskiej Gorączki Złota z połowy XIX wieku, kiedy to tłumy ściągały w okolice San Francisco w poszukiwaniu złota i lepszego życia. Ściągał też i Jack, ale raczej daninę od posiadających złoty kruszec handlarzy i górników. Taki Janosik, tyle że łupiąc bogatych nie bardzo troszczył się o los biednych. Tyle legenda, przejdźmy do wina.

3 Finger Jack z rocznika 2015 zrobiony jest z odmiany zinfandel, grona rosną na starych krzewach, których wiek sięga nawet 110 lat. Skąd dokładnie pochodzą grona i czy rzeczywiście rodzą je tak stare krzewy - tego nie byłem w stanie ustalić ze 100% dokładnością. Na pewno pochodzą z apelacji AVA Lodi, ale jeśli założyć, że z należącej do Delicato winnicy Clay Station położonej w Lodi to... gdzie to dokładnie jest? Otóż Clay Station jest częścią Borden Ranch, należącą do podapelacji o nazwie, a jakże, AVA Borden Ranch. Z tutejszych winorośli korzystają Delicato, Woodbridge by Robert Mondavi oraz Sutter Home. Tyle z detektywistycznych dociekań, z których tak naprawdę nic nie wynika, bo równie dobrze 3 Finger Jack mógł być zrobiony z owoców kupionych od innych winogrodników z Lodi i to moim zdaniem jest bliższe prawdy. Strona poświęcona winu milczy na ten temat, zwłaszcza że opisuje 3 Finger Jacka z rocznika 2016, który jest już zrobiony z odmiany... cabernet sauvignon.

Z technicznych rzeczy trzeba powiedzieć, że wino fermentowało w stalowych kadziach w niskich temperaturach, by nadać mu świeżość i zachować owocowy charakter, po czym trafiło na 12 miesięcy do beczek z dębu amerykańskiego i francuskiego. Cukier zamienił się w alkohol dość skutecznie, zostało go w winie niewiele (2g/l), za to alkoholu jest aż 14,5%.

W kieliszku wino prezentuje się bardzo dobrze, ma ciemno rubinowy kolor, jest czyste i ładnie połyskujące.

W nosie czuć dębinę, dym, ziemię, przyprawy, w tym także wanilię.

W ustach też się sporo dzieje: czekolada, czarne jagody, borówka, wędzona śliwka, ale niezbyt słodka, końcówka wręcz goryczkowa. Tanina za to gładziutka, kwasowość wyraźnie obecna, choć nie dominuje na podniebieniu. Ciekawa jest ta wytrawność, we włoskich winach z odmiany primitivo, jakie miałem okazję pić, cukier był jednak lepiej wyczuwalny, wygładzał nieco wino, umilał je mniej wyrobionym podniebieniom. Tu mamy do czynienia z pewną surowością, którą zapewne charakteryzował się prawdziwy 3 Finger Jack. Być może budził przez to respekt, być może wzbudzał przerażenie, ale nie wątpię, że za tym wszystkim szła także ciekawość i pociąg do awanturniczego, bezkompromisowego stylu bycia balansującego na krawędzi życia i śmierci. Pijąc starego, mocnego zinfandela pewnie życiem nie ryzykujemy, ale ciągoty do małej awanturki wykluczyć nie można.


Wino do degustacji otrzymałem z Centrum Wina. Dziękuję!

poniedziałek, 12 listopada 2018

Tydzień tempranillo.

Ubiegły tydzień obfitował w emocje związane z 100. rocznicą odzyskania niepodległości przez Polskę na bardzo wielu polach. Działo się co nieco w kulturze, sporo w polityce, także w winnej blogosferze nie zabrakło polskich wątków, kto żyw otwierał polskie wino (i polskie Świętomarcińskie) i stawiał obok gęsiny (bo na św. Marcina...), wszak dwie tradycje łączyły się w całość jednego dnia. Sam nie wiem, co w tym dniu jest ważniejsze: flaga biało-czerwona, wino, czy gęś (choć Polacy nie gęsi...). Tak czy owak ja w dzień świąteczny pracowałem dla ludu zupełnie jak święty Marcin, obie ręce zajęte robotą, to flagą nie pomachałem, wina na zakładzie pić nie mogłem, a i gęsi nie miał kto przyrządzić, bo lepsza połowa na zagranicznych wojażach czas spędzała (i też służbowo). Niedziela zatem zbyt uroczysta nie była, za to kilka dni ją poprzedzających spędziłem na degustacji win hiszpańskich, co wpisało się w celebrowanie Międzynarodowego Dnia Tempranillo (8 listopada), przy czym moja zabawa trwała aż trzy dni: w wigilię święta, w święto właściwe i w poświąteczne poprawiny.

Tyle wstępu, teraz czas na wina:







Podsumowując: Coto de Imaz Gran Reserva 2010 polecam z całego serca dziś i pewnie jeszcze przez kilka lat będzie Was cieszyć; z Beronia Reserva 2013 możecie się jeszcze wstrzymać z piciem, ale można robić zapasy na przyszłość; Vega del Rio Reserva 2010 trzyma się świetnie (przynajmniej taka była moja butelka), alkohol może trochę dać się we znaki, ale dekantacja i dłuższe napowietrzanie dobrze mu zrobią, a Wam dadzą więcej radości.

środa, 7 listopada 2018

Biała Portugalia z Biedronki.

W Biedronce promocja win portugalskich, pochodzących głównie z okolic Lizbony, zagłębia licznych spółdzielni winiarskich, w tym tak potężnych jak Casa Santos Lima, która wzięła na swoje barki zapełnienie półek owadziego marketu, choć dla porządku dodam, że nie wszystkie promocyjne wina pochodziły od tego producenta. W otrzymanej od Jeronimo Martins Polska przesyłce znalazły się 2 wina białe, oba pochodzące z szerokiej apelacji VR Lisboa i na nich dziś skupię swoją uwagę. Pozostałe 4 wina (czerwone) będą musiały chwilę poczekać.


Companhia das Quintas, Quinta de Pancas Branco 2017
Skład: 50% arinto, 30% chardonnay, 20% vital. Cena: 15,99 zł.
Dość cienkie i pustawe, struktura kwasowo-alkoholowa raczej solidna, ale brakuje wypełnienia owocem, nos też mocno średni, mało intrygujący. Być może z jedzeniem będzie nieco lepsze, producent poleca je do ryb, owoców morza, sałatek. Przy dipach na bazie musztardy i cytryny to może mieć sens. Polecam raczej na rozbudzenie apetytu, niż kontemplacji problemów tego świata, tudzież tych bardziej odległych. Picie wina solo raczej nie wprawiało mnie w dobry nastrój, za to jego obraz uległ znacznej zmianie w towarzystwie pieczonej kaczki podanej z kiszoną kapustą. Kwasowość wina świetnie wtedy neutralizowała tłuszcz z kaczki, natomiast kwaśna kapusta ekstrahowała i podbijała słodycz wina. Uznaję to za dobrą kompozycję.


Casa Santos Lima, Colossal Reserva Branco 2017
Skład: chardonnay, arinto. Cena: 19,99 zł.
Trochę przypomina w charakterze poprzednie wino, ale na liście obecności zabrakło odmiany vital, zaproszono za to jeszcze trochę i tak nazbyt obecnego alkoholu, a całość okraszono beczką, w której dojrzewała 1/4 wina. Wydaje się ono bogatsze, ale nieznacznie, ledwo dopełnione owocem, lecz nie pod korek, tylko najwyżej nieco powyżej dna. Solo wydaje się nieco lepsze, ale to trochę tak, jakby pokazywać palcem (nieładnie) które mniej złe.

Dochodzę jednak do wniosku, że oba są raczej predestynowane do kuchni, a nie na salony i tam powinny szukać swej szansy. W takim przypadku cena jest atutem, lepiej do gara wylać 20 złotych niż 80. Trochę oczywiście ironizuję, ale to wino rzeczywiście gastronomiczne, producent poleca je do sałat, makaronów i owoców morza, czyli... znów nic oryginalnego. Proponuję eksperymenty w kuchni, chętnie poczytam o Waszych w niej sukcesach.


Wina otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska. Dziękuję!