wtorek, 27 października 2020

Marques de Reinosa, Garnacha 2018.


Dziś, a może nie tylko dziś, bo degustację rozłożyłem na dwa dni (wieczory), biorę na warsztat wino Marques de Reinosa Garnacha Private Collection 2018. Wino pochodzi z hiszpańskiego regionu Rioja i zrobione jest, jak sugeruje etykieta, z odmiany garnacha, ale nie tylko. W składzie podobno jest 91% szczepu garnacha, a 9% tempranillo, co odczytuję z nalepki importera, gdyż na stronie producenta próżno szukać informacji o tym winie - strona w ogóle o nim nie wspomina.  Wczytując się w głębiej w nalepkę importera możemy  znaleźć informację, że wino powstało dla sklepów Piccola Italia & Mediterraneo, choć przeglądając sieć znalazłem taką etykietę w zagranicznych sklepach internetowych. Studiując dalej kontr-etykietę producenta i nalepkę importera dowiadujemy się, że wino powstało ze starych krzewów uprawianych w winnicach  Autol (siedziba producenta) i dojrzewało przez 6 miesięcy na osadzie w  beczkach z dębu francuskiego. Produkcja limitowana.

Dąb rzeczywiście odcisnął piętno na tym winie, dawno już nie czułem w nosie tak wyraźnego aromatu prażonej na maśle kukurydzy, myślałem przez moment, że to syn przygotowuje się w kuchni do oglądania jakiegoś filmu. Jak już wino sobie odetchnie to ujawnia się jego owocowa natura, z przyjemną taniną i ładną kwasowością, a wszystko to oprószone pikantną przyprawą. Pije się to naprawdę fajnie (o ile ktoś lubi taki styl wina), szczególnie na drugi dzień, kiedy aromaty odbeczkowe stracą na intensywności. Polecane do sezonowanych szynek serrano i iberico, salami chorizo, pieczonych lub grillowanych mięs czerwonych i dziczyzny, a także do tradycyjnych regionalnych flaków. Niczego takiego nie miałem na podorędziu, zadowoliłem się (winem) pijąc je solo.


wino: Marques de Reinosa, Garnacha Ptivate Collection, 2018
pochodzenie: Hiszpania, Rioja
odmiany: 91% garnacha, 9% tempranillo
alk.: 14,5%
cena: 39,99 zł (Piccola Italia, październik 2020)


sobota, 24 października 2020

Winnica Jadwiga. Regent-Cabernet Cortis 2016.


Dziś w końcu wpis króciutki, taką mam nadzieję🙂

Pretekstem jest otwarcie wina z Winnicy Jadwiga, wina zrobionego z odmian regent i cabernet cortis, zebranych w 2016 roku. Co ciekawe, jest to pierwszy rocznik tego wina, kupiony w tym roku, ale nie w winnicy, choć miałem okazję zwiedzić ją podczas tegorocznych wakacji. Gwoli ścisłości to zwiedzałem nie tyle winnicę, co winiarnię i mały magazyn zrobionych w niej win. Z owego magazynu wspomnianego rocznika nie można już dostać, co miało być sprzedane, sprzedane zostało, jednym z kupców okazał się ursynowski Leclerc, ale wino dopiero teraz trafiło do sprzedaży. Dlaczego? Jak wspomniał mi podczas niedawnej rozmowy Maciek Nowicki - redaktor Fermentu i Winicjatywy, może być to reakcja na sugestię odbiorców polskiego wina czerwonego, że trafia ono na rynek zbyt młode, nie w pełni dojrzałe. Popyt jest spory, podaż niezbyt duża, wina znikają zbyt szybko i zbyt szybko są wypijane. W Leclerku naszym ursynowskim kochanym prowadzący dział z winami Francuz zna się na rzeczy i butelki przetrzymał.

Czy wyszło im to na lepsze, tego nie wiem, nie piłem ich w momencie wypuszczenia na rynek. Wiem za to na pewno, że bardziej smakował mi rocznik młodszy - 2018, który kupiłem właśnie podczas wizyty na miejscu. Piłem je (2018) z kilkoma osobami podczas spotkania rodzinnego, wszystkim smakowało, było ładnie ułożone i epatowało pijących ślicznym czereśniowym aromatem, którego próżno szukać w roczniku 2016, przynajmniej w mojej butelce, tu raczej owoc przykryty był grubą warstwą ziemi. Napowietrzanie w dekanterze na nic się zdało, wino nadal wydawało się ściśnięte i w niczym nie przypominało swego młodszego następcy. Kto wie (ja na pewno nie), może to jeszcze nie był dobry czas na otwarcie rocznika 2016. Jeśli macie jakieś doświadczenia w tej kwestii, chętnie się wsłucham w Wasze opowieści.



wino: Winnica Jadwiga. Regent-Cabernet Cortis 2016.
pochodzenie: Polska, woj. dolnośląskie, rejon Wzgórz Trzebnickich
odmiany: regent, cabernet cortis
alk.: 13%
cena: 79,99 zł w Leclerku (czerwiec, 2020). W winiarni kupicie je za 50 zł, w ich sklepie internetowym nieco drożej.

piątek, 23 października 2020

Plungerhead. Alexander Valley CS 2014.


Zgodnie z zapowiedzią, dziś drugi i ostatni odcinek krótkiego cyklu, poświęconego winom urodzinowym. W poprzednim pisałem o Sagrantino Montefalco z 2008 roku, dziś notatka o młodszej butelce z Kalifornii, czyli winiarskiego Nowego Świata.  Wino dostałem w tym roku, w tym miesiącu, można powiedzieć, że jestem na bieżąco😉

No i co my tu mamy? Plungerhead to marka stworzona przez The Other Guys, a obecnie należąca do 3 Badge Beverage Corporation, ale tak naprawdę to odnoga winnego biznesu należącego do wywodzącej się od włoskich imigrantów rodziny Sebastiani, a ten konkretny projekt należy do Augusta Sebastiani (IV pokolenie). Początkowo miała być to firma handlująca winami, z czasem przekształciła się w producenta win ze skupowanych z konkretnych lokalizacji gron, dziś oprócz win produkuje się tu także inne alkohole. 


Wino Plungerhead zrobione z odmiany cabernet sauvignon uprawianej w winnicach położonych na terenie Alexander Valley, powstało tylko w dwóch rocznikach (2013 i 2014). Obecnie już się go tu chyba nie produkuje, a piszę "chyba", bo właśnie przestała działać strona "www.plungerheadwines.com" i nie mogę sprawdzić tego u źródła. Żeby sprawę trochę pokomplikować, choć nie wiem, czy to jest komuś potrzebne, to powiem, że powstają cenione cabernety z Alexander Valley, w Sebastiani Winery, ale firma już nie należy do Sebastianich, lecz została kupiona przez niejakiego Billa Folleya w 2008 roku, choć nadal nazywa się Sebastiani.

Czegoś nie rozumiecie? 😉 Może kiedyś się pokuszę i zrobię rozkminkę tych zależności na jakimś fajnym wykresie, dziś jednak zajmę się już swoim prezentem.

Ciekawostką jest plastikowe zamknięcie, które się w pierwszej fazie otwierania odrywa, aż zostaje łatwy do wyciągnięcia ręką korek (korek z nazwy, bo to plastikowe zamknięcie).




A samo wino? Pije się je fenomenalnie. Nie ulega wątpliwości, że jego charakter opiera się na dobrze wyczuwalnym, soczystym owocu - w tym wypadku słodkiej czereśni i nieco bardziej kwaśnej wiśni, w tle zaś można wyczuć nutkę gorzkiej czekolady. Taniny są mięciutkie, faktura wina gładka, alkohol (13,5%) ładnie wkomponowany w strukturę wina. 

Serdecznie dziękuję darczyńcy za to wino. Jak się pospieszycie, to może jeszcze uda się Wam się je kupić w Vive Le Vin. Kiedy byłem tam ostatni, były jeszcze trzy butelki na składzie.

czwartek, 22 października 2020

Czas na porządki.

Kto obserwował stronę bloga na >>> FB <<<, ten zauważył, że trochę butelek trafiło ostatnio do moich zapasów. Okazuje się, że łatwiej jest wina kupić niż wypić, a i z miejscem na butelki robi się przez to niewesoło. Dobry moment na kolejną akcję przeglądu i porządkowania zalegających w różnych miejscach flaszek. Bloga też przy okazji można zacząć porządkować, a raczej zasilać treścią dla wątpliwej sławy, bo czasy takie nastały w blogerskiej społeczności, że bardzo łatwo trafić na TOP 5 aktywnych blogów pisząc raptem 2 posty tygodniowo. To tyle na temat naszej winnej potęgi komunikacyjnej i jej wpływu na cokolwiek.

Czas zatem na krótkie (ale liczniejsze) notatki, dłuższych nikt nie czyta, zapewne okraszone zdjęciem, w tej kwestii nic się nie zmieniło. 

Październik to miesiąc moich urodzin, więc czyszczenie magazynów zacznę od win urodzinowych, czyli tych, które z tego właśnie powodu trafiły do moich zbiorów. Nie ma tego dużo, raptem dwie butelki (hej, co z Wami!), cykl nie będzie zbyt długi, ale zwolni się miejsce w chłodziarce na czekające w kolejce etykiety. Do roboty!

Na pierwszy ogień pójdzie wino, które w tej lodówce przeleżało przynajmniej 2 lata, a może i 4, nie pamiętam, czas leczy rany i zaciera wspomnienia, nawet te dobre, a prezent na urodziny jest raczej czymś dobrym. Tak czy owak urodzinowa butelka jest, ma już swoje lata, choć ode mnie dużo, dużo młodsza, tak mniej więcej cztery razy.


Firma rolnicza Scacciadiavoli, o której do tej pory nie słyszałem, ani tym bardziej nic z niej nie piłem, wyprodukowała wino w apelacji Montefalco Sagrantino, z którą też niewiele miałem w swym życiu wspólnego. Dobra okazja, żeby sięgnąć do literatury i czegoś się nauczyć w teorii, kieliszek z winem niech zaś służy poznaniu przez doświadczenie. 

Zacznijmy od geografii i nazwy apelacji Montefalco Sagrantino. Znajduje się ona w regionie Umbria, który od północnego zachodu graniczy ze świetnie znaną Polakom Toskanią, od południowego zachodu z regionem Lacjum (czyli tam, gdzie leży Rzym i Watykan), zaś od wschodu z Marche, zwanego w Polsce Marchią. Umbria dzieli się na dwie prowincje: Perugia i Terni, i właśnie w tej pierwszej znajduje się nasza apelacja, biorąca z jednej strony nazwę od gminy, w której się znajduje (Montefalco), a z drugiej od odmiany (sagrantino), z której produkuje się tu wina czerwone.

Co wiemy o szczepie sagrantino? Najważniejszy dla odbioru win z tej odmiany jest fakt, że są one bardzo taniczne, zawierają więcej garbników, niż słynący z ich poziomu tannat, a w porównaniu z doskonale znanym wszystkim cabernetem sauvignon, mają ich nawet dwa razy więcej. Duży poziom garbników, znaczny poziom alkoholu (moje wino ma go aż 15%) oraz wysoka kwasowość są czynnikami, które sprzyjają długowieczności win, jednak wina młode mogą być z tych samych powodów dość trudne w odbiorze, choć oczywiście wszystko zależy od konkretnego przypadku. W nosie możemy spodziewać się czerwonych owoców, ze śliwką i wiśnią na czele, a także nut ziemistych i przyprawowych (cynamon). Jak będzie w przypadku mojego wina okaże się za chwilę.

Co wiemy o producencie? Początki winnicy sięgają końca XIX wieku, ale obecni właściciele - rodzina Pambuffetti - mają ją w swoich rękach od 1954 roku, obecnie zarządza nią czwarte już pokolenie Pambuffettich. Rocznie powstaje tu ok. 250 tysięcy butelek wina, nasadzenia zajmują ok. 40 hektarów, przy czym oprócz sagrantino uprawia się tu również sangiovese i merlot, a z odmian białych chardonnay, trebbiano oraz grechetto. Producent nie ogranicza się tylko do win czerwonych, powstają tu wina białe i różowe, także w wersji musującej.

Co wiemy o produkcji tego wina? Zbiory przeprowadza się od połowy października do jego końca - sagrantino jest odmianą późno dojrzewającą. Fermentacja trwa 3-4 tygodnie i odbywa się w 100-hektolitrowych (10 000 litrów) zbiornikach wykonanych z dębu francuskiego. Później 50% wina dojrzewa przez 24 miesiące w zbiornikach z dębu francuskiego, a 50% w beczkach (15% nowych), również z dębu francuskiego. Po tym czasie następuje butelkowanie i przez kolejny rok wino leżakuje w piwnicach, dopiero po trzech latach od zbioru winogron trafia na rynek. 

Najwyższy czas na degustację 🙂

Wino ma kolor raczej ciemny, ale już lekko tracący na intensywności i przesuwający barwną dominantę od głębokiego granatu w stronę blaknącej powoli czerwieni. W nosie dominuje głównie skóra przyprószona lekko cynamonem i mokrą ziemią. W ustach próżno szukać soczystego i świeżego owocu, jeśli już to raczej owoc suszony, ale nadal dominują tu nuty skóry i pikantnych przypraw.  Tanina jest bardzo mocno wyczuwalna i wraz z solidną kwasowością tworzy wciąż mocną strukturę. Alkohol straszy swym poziomem bardziej na etykiecie niż na podniebieniu. Co do ogólnego charakteru wina, to dla mnie jest to coś pomiędzy mocno okraszoną beczką Rioją, a winami z Piemontu zrobionymi z bogatego w kwas i garbnik nebbiolo.

Chętnie spróbowałbym młodszego rocznika tego wina dla porównania. Wydaje mi się, że to w mojej butelce jest już raczej dojrzałe i choć nadal pręży muskuły, to zaczyna mu powoli brakować młodzieńczego wigoru.

 

czwartek, 15 października 2020

Winnica Turnau.

Ten rok z pewnością może się zapisać w historii mojego bloga (i mediów społecznościowych z nim powiązanych), jako rok, w którym polskie winnice wyraźnie zaznaczyły swoją obecność. Podczas wakacyjnego urlopu, kiedy restrykcje związane z koronawirusem straciły nieco na intensywności, miałem okazję odwiedzić kilku polskich producentów win. Nie był to wcale mój pomysł, a żony, która znajduje sporą przyjemność w planowaniu wakacji w ścisłej tajemnicy tak, by każdy członek (what?!?) rodziny miał niespodziankę i są to niespodzianki prawdziwe, a nie typu „spodziewam się niezapowiedzianej kontroli”. 🙂

W tym wpisie nie powiem Wam o wszystkich odwiedzonych przeze mnie winnicach, ale wspomnę słówko o tej, którą już na pewno dobrze znają wszyscy polscy winomaniacy, bo w jej dobrze pojmowanym interesie leżało zakomunikowanie wszystkim zainteresowanym faktu jej istnienia. To nie jest romantyczne przedsięwzięcie osoby, która dorobiła się (lub nie) w innych gałęziach gospodarki i jest gotowa na poświęcenie części zarobionego kapitału na hobbystyczne zaangażowanie się w produkcję wina, będącą odskocznią od korporacyjnego życia i wolną od trosk "pracą na swoim”. 

Winnica Turnau to profesjonalnie zaplanowane przedsięwzięcie, będące raczej uzupełnieniem dotychczasowej działalności rolniczej o kolejny produkt, który właśnie zyskuje w Polsce na popularności i daje szansę na godziwy zarobek, niż projekt będący w założeniu odskocznią od dotychczasowego, nudnego i mało satysfakcjonującego życia, mający w końcu „zagwarantować" szczęście przez zrzucenie kajdan korpo-niewolnictwa. To biznesowe podejście do uprawy winorośli i produkcji wina oraz budowania bazy turystycznej łatwo daje się zauważyć  w samym obejściu, natomiast w zawartości butelek procentuje zaś zaangażowanie twórcy samych win, którym jest Frank Faust - niemiecki winiarz na co dzień pracujący u siebie, czyli w Weingut Faust.

Kiedy kilka lat temu próbowałem pierwszy raz win z Winnicy Turnau, prezentowanych w Warszawie w Vinotece 13, nie byłem jakoś szczególnie nimi zauroczony, przeszkadzał mi w nich wyraźny cukier resztkowy, wina w większości były butelkowane jako półwytrawne.

Dziś jestem już po degustacji kilku nowszych butelek z roczników 2018 i 2019 i nie było takiej, która by mnie rozczarowała. Rose 2019 wypiłem jeszcze w Baniewicach, część wieczorem, część następnego dnia w ramach śniadania i było to śniadanie naprawdę udane.

Mimo tego, że Rose jest półwytrawne, to cukier nie jest w stanie wyrwać się z objęć wyraźnej kwasowości i całość zrobiła wówczas na mnie bardzo dobre wrażenie, choć niewątpliwie miały w tym swój udział "okoliczności przyrody" i wakacyjny luz.

Prawdziwą petardą okazał się wypity już w domu Riesling 2018 i nie wiem, czy to nie dobry moment w historii tego bloga, by skończyć wreszcie z narracją o mojej niechęci do win zrobionych z tej cenionej odmiany. Ten bardzo wszechstronny szczep pozwala tworzyć wina w tak wielu wersjach stylistycznych, że nigdy nie potrafiłem ich jakoś sensownie usystematyzować, co zapewne było przyczyną moich równie mnogich frustracji. Dziś precyzyjne szufladkowanie win nie ma dla mnie dużego znaczenia, liczy się już tylko mniejsza, lub większa satysfakcja z ich picia, a w przypadku Rieslinga od Turnauów była ona naprawdę spora. Znakomity, dojrzały, tropikalny owoc w rześkiej, kwasowej otulinie doprawiony naftową nutką aromatyczną pozostawił w mojej głowie trwały ślad.

W ostatnich dniach wypiłem zaś Solaris 2019, w którym urzekła mnie jego cytrusowa świeżość, a także dojrzały owoc gruszki i brzoskwini oraz delikatny cukier zatopiony w oleistej strukturze. Alkohol dał o sobie znać, ale bardziej już w głowie niż na podniebieniu, nie był jednak źródłem złego samopoczucie, a jedynie dobrego nastroju i równie udanych wspomnień.






poniedziałek, 5 października 2020

Złapać Boga za nogi.


Sporo żeśmy się kiedyś nasłuchali o edukacyjnej roli dyskontów i ich zaangażowaniu w promocję wina w Polsce, mistrzowie sommelierstwa ryzykowali swoje twarze i autorytety, by nieść oświaty winnej kaganek pomiędzy podtapianymi piwem i wódą obywatelami RP, także blogerom mojego pokroju ta oświeceniowa misja się nie powiodła, skoro takie wina, jak Cave des Vignerons de Pfaffenheim Alsace Riesling Pfaff, muszą być obrażane kolejnymi przecenami.

31 października 2016 roku Wojtek Bońkowski pisał o roczniku 2015 tego wina, jako o dość udanym i wartym spróbowania, zwłaszcza za cenę 29,90 zł za butelkę. To dobra cena, kiedy byłem przez moment w Alzacji w 2019 roku, trzeba się było nachodzić, żeby znaleźć coś w podobnej cenie. Może poza Colmar byłoby łatwiej. W 2020 roku Biedronka wyprzedaje wino z rocznika 2016 nie za 29,99 zł, nie za 25,99 zł, jak sugerują naklejki na szyjce butelki, ale za 19,99 zł. Jeżeli za niemal trzy dychy Pfaff było winem godnym polecenia, to 19,99 zł wydaje się być ceną rewelacyjną. Mówię to ja, który za rieslingami nigdy nie przepadał, a dziś mam w sobie to zadowolenie człowieka, który właśnie zrobił interes życia. Ci bardziej pobożni mogą coś napomknąć o łapaniu Boga za nagi. Rasowy riesling z charakterystycznymi nutami naftowymi w nosie i świeżą kwasowością w ustach, uniwersalny w kuchni i orzeźwiający poza nią - wypijany solo. To nie jest najlepszy riesling świata, ale dajcie mi lepszego za tę cenę, może Was nie ozłocę, ale wesprę dobrym słowem. Czekam na kontr-propozycję w komentarzach.


wino: Pfaff Riesling 2016
pochodzenie: Francja, Alzacja
apelacja: Alsace AOC
producent: spółdzielnia La Cave des Vignerons de Pfaffenheim
odmiany: 100% riesling
alk.: 12,5%
cena: 19,99 zł (Biedronka, 2020-09-03)

poniedziałek, 28 września 2020

W morzu sauvignon blanc.


Kilkanaście dni temu, podczas robienia zakupów spożywczych w Tesco, moją uwagę zwróciły stojące na półkach butelki Sauvignon Blanc. Trzy etykiety pochodziły z Nowej Zelandii, a dwie z Chile. Rzecz jasna nie były to wina drogie, ich cena zawierała się w przedziale 19,99 zł - 29,99 zł, stwierdziłem, że zaryzykuję. Kupiłem wszystkie, w końcu czego można się tu obawiać, sauvignon blanc lubię, te z Nowej Zelandii szczególnie, w dodatku wszystkie pochodziły z popularnego i lubianego regionu Marlborough. Białe Chile aż tak bardzo mnie nie pociąga(ło), ale warto mieć rozeznanie nawet w tym przedziale cenowym, więc dla celów porównawczych również je musiałem umieścić w koszyku. Cały zestaw kosztował mnie raptem 124,95 zł, nic, tylko się cieszyć.


Cóż, zacznę ten wpis od podsumowania: było cholernie nudno. Wszystkie sauvignon blanc z NZ były niemal identyczne, zrobione wg tego samego wzorca, oszczędne w nosie, ubogie w ustach, nieco zielone, surowe. Niemniej jednak muszę przyznać, że piło się je całkiem dobrze. Ich mankamentem była w zasadzie tylko ta powtarzalność, urozmaicenia można było szukać jedynie w projektach etykiet. Na ich tle wina z Chile wydawały się być produktami z wyższej półki cenowej. Jeszcze kilka lat temu drażnił mnie ich przegotowany owoc podbity nadmiernym cukrem resztkowym, dziś cechowały się znacznie lepszą równowagą. Tropikalne, lecz świeże owoce ładnie komponowały się z wyraźną, ale stonowaną kwasowością, piło się to wyraźnie lepiej niż Nową Zelandię, choć nadal próżno było szukać w chilijskich winach czegoś oryginalnego. Były to po prostu niezłe wina do niezobowiązującego popijania. Na ich tle Nowa Zelandia z oferty Tesco wydawała się nieco pustawa i rozwodniona, choć (jak wspomniałem wcześniej) w żadnym wypadku nie były to wina niesmaczne. Jedna butelka na taras - OK, ale trzy to już przesada, a jak dodamy do tego jeszcze dwie butelki z Chile, to można mieć już tego morza przeciętności naprawdę dość. Ja w każdym razie będę rozglądać się za czymś innym, a dla was polecam zdrowy rozsądek, po jednej butelce z każdego kraju powinno być w sam raz.


Podsumowanie zakupów:

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Winnica Jura, Pet-Nat 2018.


Nie będę udawać, że jestem specjalistą od Pet-Natów, win które są chyba obecnie na szczycie listy poszukiwań polskich winomaniaków, choć nie wykluczam, że to jakaś ogólnoświatowa tendencja, która zapewne rozpoczęła się znacznie wcześniej niż u nas. Ja sam po raz pierwszy spróbowałem tego typu win dopiero w tym roku, podczas kameralnego spotkania blogerów, odbywającego się pod hasłem "Schadzki Winopisarzy". Były to Integrale Frizzante - białe wino z Włoch (które zresztą sam przyniosłem) oraz  różowe wino z Moraw - Syfany Vavrinec. Na podstawie dwóch wypitych kieliszków, fakt, że nieco głębszych, nie jestem w stanie napisać na ich temat dużo więcej ponad to, że mi smakowały, a tańczące na podniebieniu bąbelki wprawiły mnie w dobry nastrój. No, ale też rozbudziły ciekawość i siłą rzeczy wepchnęły na nowy tor winnych przygód.

Czym jest Pet-Nat, poza tym, że jest dla mnie kompletną nowością? Pet-Nat to skrót od francuskiego wyrażenia pétillant-naturel, co oznacza "musujące [wino] naturalnie". To naturalne musowanie bierze się stąd, że do butelek wlewa się wina jeszcze pracujące, w których nie zakończyła się fermentacja pierwotna. Butelki takie zamyka się kapslem, a same wina oczywiście nie są klarowane, a więc mamy do czynienia z nieprzerwanym dojrzewaniem na osadzie. Zabiegi te w założeniu mają zapewnić winu młodzieńczą świeżość i bąbelki z jednej strony, z drugiej zaś aromatyczno-smakowy pozór wina już dojrzałego. Aspekt wizualny siłą rzeczy jest przy ocenie takiego wina pomijany, mętność w "normalnym" winie byłaby uznana za jego wadę.

Ten ostatni element zniechęcił moją żonę do spróbowania Pet-Nata z Winnicy Jura - wina, które znalazło się w zestawie, jaki kupiłem w internetowym sklepie producenta. Uznała, że woli jednak krystaliczną czystość swojego ulubionego prosecco czy hiszpańskiej cavy, co z jednej strony mnie nieco zmartwiło, ale z drugiej zapewniło mi przecież całą butelkę wina, którym nie musiałem się z nikim dzielić.

Pijąc tego Pet-Nata miałem wrażenie, że jest to mieszanka zwykłego białego wina zmieszanego z jabłkowym cydrem i zaprawionego lekko esencją pomarańczową. Ten pomarańczowy aromat w połączeniu z zapachem pieczonego jabłka dominował w nosie, ale i przekładał się na smak wina. Wyraźny cukier resztkowy nie zamulił wina, wydawało się ono rześkie do samego końca, niezła równowaga jest na pewno atutem tego wina. 

Przyznaję, wino mi się podobało, ale jakoś specjalnie nie skradło mego serca. Niemniej jednak będę starał się wracać do niego w przyszłych rocznikach, jak na razie nie widzę powodu, by nie kibicować polskim winom, zwłaszcza musującym - bąble od kilku ładnych lat władają moim sercem.

Na zakończenie dodam, że wino oficjalnie kosztuje 70 zł, w moim zestawie wyszło znacznie taniej, gdyż średnia ceny butelki nie przekroczyła 50 zł. Dla porządku dodam, że ten Pet-Nat powstał w 100% z odmiany hibernal i jest winem półwytrawnym.

środa, 17 czerwca 2020

Dwór Sanna, Regent 2016.


Po moich nielicznych doświadczeniach z polskimi winami, ale i po lekturze internetowych recenzji innych winopijców po nie sięgających, gotów byłbym zaryzykować tezę, że białe wina spokojnie wytrzymują międzynarodową konkurencję, coraz modniejsze rodzime wina różowe już są w światowej czołówce, a tylko te ziemisto-buraczane czerwienie ciągną nasze winiarstwo w dół. Może narażę się na śmieszność (a może nawet na politowanie), ale mi ten profil aromatyczno-smakowy polskich czerwonych wydaje się interesujący i najzwyczajniej w świecie mi pasuje. Smakowały mi Polonezy z Biedronki i Polki z Lidla, podobał mi się Krojcig ze swym Regentem.

Ostatnio też sięgnąłem po butelkę regenta z Winnicy Dworu Sanna oczekując tych naszych, dobrze mi znanych, polskich smaków. A tu zupełne zaskoczenie, bo w kieliszku co prawda niemal czarne wino, ale smak kojarzący mi się momentalnie z Rioją, która ma jednak nieco jaśniejszą barwę. Mówię serio, pełne owocu wino, nabite nieco beczką, ale z przyjemną taniną i mocno wyczuwalną, solidną kwasowością. Wąchałem, cmokałem, siorbałem, przełykałem, a i wypluć się zdarzyło, ale wrażenie wciąż pozostawało to samo. Jak nic, ktoś przelał cranzę do butelki :) Zdziwienie, ale i radość, bo ja Rioję lubię, a i beczkę w niej również. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko się cieszyć, bo choć charakter wina zdecydowanie inny od moich dotychczasowych doświadczeń, to jednak ten smak jest takim, jakiego często szukam w czerwonym winie. Do tego dobry stek i pełnia szczęścia w zasięgu ręki. I portfela.

Dobra robota Sanno! Dziękuję!

Wino kupiłem wysyłkowo od producenta.

niedziela, 31 maja 2020

Podsumowanie miesiąca, maj 2020.

Powiedzmy sobie szczerze, podsumowanie maja nie będzie spektakularne. Regularny wpis na blogu był tylko jeden, może trochę więcej działo się na Instagramie, ale powodów do dumy szukać próżno. Czasu na degustacje za dużo nie było, sam nie wiem dlaczego, w końcu pracowałem nie więcej niż zwykle, dokładnie tyle samo miałem czasu wolnego. Widać z tego, a wspominałem już chyba o tym wcześniej, bardziej uzależniony jestem od kupowania, niż od picia. Cóż zrobić, wszystko przede mną, wybaczcie!

Niemniej jednak w ostatnim dniu miesiąca udało mi się otworzyć wino, nawet dwa, co więcej - oba polskie. Powiedzmy że tak właśnie wygląda mój patriotyzm. Ale za nim o tym powiem, to może trochę statystyki, wszak ten wpis ma właśnie temu służyć.

W tym miesiącu na wina przeznaczyłem 10,39% moich zarobków. Najtańsze wino kosztowało 14,99 zł, najdroższe 139,99 zł. Najbliżej miałem do Tesco i Leclerka i tam wina kupowałem osobiście, Mondovino mieści się w Warszawie, ale w tym wypadku wino zostało do mnie dostarczone, podobnie jak wina z Winnicy Miłosz czy Winnicy Jura (rejony znacznie odleglejsze). To kolejny miesiąc, w którym wspierałem polskich producentów, jak zapewne pamiętacie, w kwietniu kupowałem wina z polskiej Winnicy Sanna.

Udział poszczególnych dostawców w ogólnych wydatkach wyglądał następująco:
 Importer/dostawca/sklep      % wydatków na wino
 Winnica Miłosz 30,45%
 Winnica Jura 23,24%
 Mondovino 19,68%
Leclerc 18,10%
Tesco 8,53%

W tym miesiącu od importerów i dystrybutorów nie otrzymałem żadnego wina do recenzji.

Teraz mogę wrócić do win, którymi mogłem zamknąć wieczór i cały miesiąc, a były to wina, które zrobiły na mnie naprawdę dobre wrażenie. Oba pochodzą z Polski.


Pierwszym z nich było wino musujące (metoda tradycyjna) z Winnicy Miłosz - Grempler Sekt Zweigelt Blanc de Noir. Świetnie prezentowało się w kieliszku, miało kolor, który trudno mi jednoznacznie określić, ale moje skojarzenia oscylowały między kolorem łososiowym, bladą miedzią czy czerwonym złotem. W ustach wino było bardzo rześkie, o dobrze wyczuwalnej kwasowości, według producenta jest ono ekstra wytrawne, ja miałem wrażenie, że pozostała w nim odrobina cukru. Na podniebieniu dobrze wyczuwalne owoce, które mi kojarzyły się z morelą, jabłkiem (świeżym i pieczonym) oraz brzoskwinią. Bardzo fajne, smaczne wino - polecam, choć cena jest dość wysoka - 110 zł za butelkę 0,75 l.


Drugim winem, które umilało mi ostatni wieczór majowy, był Muscaris 2018 z Winnicy Dworu Sanna. Muscaris jest krzyżówką odmian muskat i solaris, kontr-etykieta mówi jeszcze o domieszce johannitera. Jest to wino niezwykle aromatyczne - jeśli lubicie muskaty czy gewurtraminery, to jest ono dla Was. Moje pierwsze skojarzenie to Torres Vina Esmeralda - hiszpańskie wino, które zrobione jest z odmiany muscat of alexandria z domieszką (15%) gewurztraminera. To chyba dobrze, że polskie wina kojarzą się ze światowymi, dobrze znanymi markami i w dodatku wcale nie pozostają w ich cieniu. Cena, niestety, dość wysoka - 80 zł, choć ja kupowałem z Winnicy Dworu Sanna zestaw 6 win, więc mnie butelka wina kosztowała średnio niecałe 64 zł. Wino sprawiło mi naprawdę sporą przyjemność, nie żałuję ani jednej wydanej na nie złotówki.

Na koniec porcja majowych wpisów z Instagrama:


Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Mariusz Boguszewski (@mboguszewski)

wtorek, 26 maja 2020

Glen Carlou, Petite Classique, 2018.


Sam nie wiem kiedy zleciał ten miesiąc, trzeba już myśleć o jego podsumowaniu, a na blogu ani jednego nowego wpisu. Coś tam się działo na Facebooku, coś na Instagramie, ale tutaj - jak w rolnictwie - susza. By utrzymać przy życiu ten kanał komunikacji z Wami, postanowiłem nasączyć się winem z RPA, które okazało się pożywką całkiem przyzwoitą.

W poprzednim wpisie wspomniałem Wam o lekko korkowym winie Glen Carlou Grand Classique 2016, które charakteryzowało się całkiem ciekawym składem, wyraźnie nawiązującym do blendów bordoskich. Wczoraj i dziś w kieliszku miałem wino, które nazwą i składem również wskazuje swe źródło inspiracji. Petite Classique 2018 jest mniej bogate niż Grand Classique, jeśli chodzi o liczbę wykorzystanych w kupażu odmian, mamy tu jedynie merlota i malbeka, zakładam, że w równych proporcjach. Wino jest nowością w ofercie Glen Carlou, dziś na stronach internetowych producenta próżno szukać informacji na temat tego wina. Mam nadzieję, że w tej ofercie utrzyma się dłużej, moim zdaniem ma zadatki, aby być winem poważniejszym, niż sugerowałaby to jego nieco pieszczotliwa nazwa.

Wino wydaje się dość kwasowe, pobudzające apetyt, ja momentalnie poczułem chęć zjedzenia czegoś. Steka tym razem pod ręką nie miałem, musiałem zadowolić się pieczonym żeberkiem i muszę przyznać, że była to dobra kombinacja. Tak było wczoraj, dziś Glen Carlou popijam solo i utwierdzam się w przekonaniu, że zostawienie go na później było strzałem w dziesiątkę. Wino zachowało swój intensywny aromat, przy czym odbeczkowe nuty wanilii zniknęły, za to owoc ujawnił się w całej swej krasie. Także kwasowość wydawała mi się nieco mniej dokuczliwa, za to do głosu doszła przyjemna tanina. Wino drugiego dnia wydało mi się dużo bardziej zrównoważone.

Prawdę mówiąc jestem bardzo ciekaw, jak to wino będzie się zachowywało w przyszłości. Jest zamykane zakrętką, ale tego się nie boję, Tortoise Hill 2013 od tego samego producenta również było zakręcane i dobrze zniosło próbę czasu. Z pewnością jeszcze wrócę do tego wina.

Wino kupiłem w sieci Winestory, cena ok. 50 zł za butelkę 0,75l.

czwartek, 30 kwietnia 2020

Podsumowanie miesiąca, kwiecień 2020.


Ten wpis pierwotnie miał opisywać Glen Carlou Grand Classique 2016 - wino, które kupiłem w Winestory (21.03.2020 ) i które powinno dobrze wpisywać się w mono-tematykę tego bloga, jeśli przyjrzeć się wpisom z 2020 roku. Grand Classique to swego rodzaju hołd oddany winom bordoskim - jest kupażem czerwonych odmian uprawianych w tym bodaj najbardziej rozpoznawalnym winiarskim regionie Francji. To, że na renomę win francuskich składają się nie tylko Bordeaux, Burgundia i Szampania to oczywista oczywistość dla osób interesujących się tym tematem, być może kiedyś wrócę do tego zagadnienia, ale dziś pozostańmy jeszcze przy Bordeaux, przynajmniej na chwilę, bo jak wspomniałem wyżej oraz w tytule, charakter tego wpisu będzie nieco inny od dotychczasowych, a najprawdopodobniej stanie się cyklem, który zwiększy transparentność tego bloga, choć nigdy (chyba) z tym problemu nie było. Przynajmniej dla tych, którzy wpisy czytali od początku do końca.

Wróćmy do wspomnianego Glen Carlou, a zwłaszcza do jego składu, bo w nim jest rozwiązanie zagadki dotyczącej obecności wina z RPA w tematyce Bordeaux. Mamy tu 25% cabernet sauvignon, 25% malbec i 25% cabernet franc, a na dokładkę 13% merlot i 12% petit verdot. Odmiany te występują w winach bordoskich, choć z pewnością w innych proporcjach. Dwie główne odmiany win z Bordeaux (któryś z czerwonych cabernetów i merlot) stanowią zazwyczaj 85-95% kupażu, pozostałe zaś (petit verdot i malbec) to tylko „przyprawy” wzbogacające czy podkręcające charakter danej posiadłości. W winie z RPA uwagę zwraca stosunkowo duży udział malbeka, kosztem merlot i któregoś z cabernetów, ale fakt pozostaje faktem, że wszystkie wymienione odmiany mają zastosowanie w Bordeaux i dlatego Grand Classique miało znaleźć swoje miejsce na łamach tego bloga. Wino okazało się jednak lekko korkowe (naprawdę lekko), więc ocena moja mogłaby być tym faktem zaburzona, a ponieważ nie chciałbym z tego powodu skreślać wina - z Glen Carlou mam naprawdę dobre skojarzenia - postanowiłem zmienić temat tego wpisu. Co do samego wina pewien jestem, że chciałbym powtórzyć jego degustację, wada korkowa była na tyle nieuciążliwa, że wypiłem je do końca, ale właściwą oceną zostawię sobie na inną okazję.

Jeśli zaś chodzi o tytułowe podsumowanie, to chciałbym (i mam nadzieję, że w tym postanowieniu wytrwam) w ostatnim dniu miesiąca zamieszczać statystykę zakupów oraz listę wpisów w mediach społecznościowych dotyczących spróbowanych win, bo nie o wszystkich zdegustowanych winach wspominam na blogu.  

Kwiecień to pierwszy pełny miesiąc obostrzeń spowodowanych epidemią COVID-19, które znacząco wpłynęły na branżę gastronomiczno-winiarską, w poczuciu solidarności, którą na swój sposób wyraziłem w tym wpisie, dokonywałem sukcesywnie zakupów w swoich ulubionych sklepach, ale pojawiły się też i zupełnie nowe źródła dostaw, o których u mnie jeszcze nie czytaliście.

Od tych nowości zacznę. Pierwszy nowy zestaw, w jaki zainwestowałem swoje pieniądze, pochodził z Mondovino, a zachęcił mnie do niego facebookowy film Roberta Komosy, miłośnika dobrej kuchni, win i chyba życia w ogóle, poświęcony autorskiej selekcji o intrygującej nazwie „WTF?”. Roberta obserwuję w mediach społecznościowych, gdzie można zauważyć jego niespożytą energię w poznawaniu gastronomicznego świata i propagowaniu stylu życia nastawionego na kulinarne przyjemności. Czasami drażnią mnie techniczne niedostatki jego produkcji, ale ja pracuję od niemal ćwierćwiecza w mediach opłacających koncesje na profesjonalne nadawanie, więc mam wrażliwe oko i ucho na niedoskonałości w tym względzie. Podziwiam jednak jego upór w realizowaniu własnych pomysłów i w tym wypadku traktuję go jako niedoścignionego lidera.

Drugi zestaw, który mogę zaliczyć do nowości, to karton win z Dworu Sanna. To wymierny efekt "Festiwalu Polskie Wino online”, inicjatywy, która dobrze pokazuje, że można z sukcesem funkcjonować w warunkach pewnych ograniczeń. To zresztą otwiera spore możliwości, bo wbrew pozorom takie inicjatywy pozwolą w przyszłości dotrzeć do znacznie większej liczby odbiorców niż obecnie. Wystarczy spojrzeć chociażby na takie projekty jak ten Citibanku i Karola Okrasy. Karol mógłby stworzyć warsztaty w realnym świecie dla kilkunastu, czy kilkudziesięciu osób. Dzięki temu, że produkty do jego kulinarnych poczynań dostajemy pod drzwi i możemy uczestniczyć online w kursie gotowania, którego odbiorcami mogą być już nawet tysiące osób, paradoksalnie trudno nie docenić efektu skali, jaki nakładają pozorne ograniczenia. To się dzieje na naszych oczach.

Moimi „tradycyjnymi” dostawcami win - nie za darmo, lecz za moje pieniądze, za to najczęściej z rabatem - byli w tym miesiącu: Winestory, M&P Wina i Alkohole Świata, Leclerc, Tesco i Odido. Poniżej kilka realnych liczb, które rabaty (lub ich brak) uwzględniają, są zatem prawdziwym odzwierciedleniem poniesionych przeze mnie kosztów. Lubiący matematykę będą mogli sobie oszacować na tej podstawie kwoty, których w sposób jawny nie pokazuję.

W kwietniu na wina wydałem 14,45% mojej miesięcznej pensji i w tym przypadku muszę dodać, że zazwyczaj aż tyle na wina nie wydaję, jest to efekt akcji wspierających pomioty z wina żyjące.

W kwietniu najdroższe wino (0,75l) kosztowało 149,99 zł, najtańsze zaś 1,00 zł, ale odrzucając tę ostatnią cenę jako mocno promocyjną i będącą jedynie śladem dla księgowości, należy przyjąć, że najtańsze wino kosztowało 11,99 zł.

Udział poszczególnych dostawców w ogólnych wydatkach wyglądał następująco:

 Importer/dostawca/sklep     % wydatków na wino
 M&P Wina i Alkohole Świata 34,71%
 Dwór Sanna 20,72%
 Leclerc 14,29%
 Mondovino 10,58%
 Winestory/Wineonline 8,42%
 Tesco 7,74%
 Odido 3,54%


W tym miesiącu od importerów i dystrybutorów nie otrzymałem żadnego wina do recenzji.

Kwietniowe wpisy na blogu pod tym linkiem.

Kwietniowe recenzje na Instagramie: