niedziela, 29 marca 2020

Glen Carlou, Tortoise Hill 2013.


Dziś nie piszę o winie z Bordeaux, a z RPA, ale jego skład wyraźnie nawiązuje do bordoskich produktów. Powszechnie wiadomo, że w tym regionie Francji króluje mieszanka cabernet sauvignon i merlot, z niewielkim udziałem innych odmian, takich jak petit verdot, czy malbec. Moje dzisiejsze wino, to mieszanka tylko tych dwóch głównych odmian o równym udziale w kupażu. Skład wina to tylko punkt zaczepienia i nawiązanie do moich tekstów z ostatnich tygodni, ale tak naprawdę kupiłem je kilka dni temu po to, by sprawdzić w jakim stanie może być niedrogie wino z RPA, w dodatku zamknięte zakrętką, po upływie kilku ładnych lat od momentu wypuszczenia go na rynek. 

W nosie czuć nadal odświeżający aromat liści porzeczki z odrobiną nut balsamicznych, w ustach zaś niezmęczone ciemne owoce w tytoniowej otulinie, żywa kwasowość i wciąż wyraźna tanina. Jedynie kolor wina przy uważnej obserwacji może coś powiedzieć o wieku wina, ale próżno szukać tu jakichś wytrąceń.


Jestem mile zaskoczony tym winem, tym jak dzielnie przetrwało transport i kilkuletnie "półkowanie" w nie zawsze optymalnych warunkach. W dodatku mamy do czynienia z tanią, popularną linią win, obecnie już nieistniejącą, ale pokazującą potencjał producenta. Mam jeszcze w zanadrzu dużo droższą butelkę od Glen Carlou, której zawartość również można z łatwością podciągnąć pod bordoski blend, więc możecie spodziewać się jej recenzji na blogu.

Nie bójcie się próbować starszych (tanich) win w obawie przed nieudanym eksperymentem. To wszystko składa się na Wasze doświadczenia. Jestem teraz na etapie edukacji domowej moich dzieci, więc cytowanie klasyków przychodzi mi łatwo, a poniższy fragment jest autorstwa tego, który od wina raczej nie stronił: 
"Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
Że według bożego rozkazu:
Kto nie doznał goryczy ni razu,
Ten nie dozna słodyczy w niebie."
Prawdopodobnie trudno będzie Wam kupić to wino, ponieważ ta linia Glen Carlou nie jest kontynuowana, być może w którymś sklepie stacjonarnym Winestory są pojedyncze butelki, ale dziś - w czasie pandemii - trudno komuś polecać wyjście do sklepu z winami. #zostanwdomu 

wtorek, 24 marca 2020

Kwarantanna z Bordeaux w kieliszku.

Koronawirus. To w zasadzie jedyny temat, jaki wałkowany jest przez media, wszystkie stacje tv odpaliły liczniki zakażonych, oczywiście z uwzględnieniem zgonów. Prowadzenie statystyk utrudniają niektóre przypadki - lekarz, który popełnił samobójstwo chorował z powodu koronawirusa, ale to nie wirus go zabił, czy młoda rodząca kobieta zakażona wirusem, która umarła "tylko" na sepsę. Wyjątkowo często słyszy się słowo sepsa w przypadku zgonów w szpitalach, co bardziej mnie przeraża, niż sam koronawirus.

W pracy wprowadzono system rotacyjny z pozorami izolacji od innych współpracowników. Zaczęło się to u mnie od sześciu dni bez pracy, przez trzy dni będę pracować po 12 godzin, a potem znów 6 dni odrabiania lekcji w domu. Oczywiście z dziećmi, to ich prace domowe zlecane przez internet, chociaż mam poczucie, jakbym to ja był znów w podstawówce, w dodatku w dwóch klasach naraz. 

Po lekcjach (wysysają więcej energii niż praca) czas na relaks przed telewizorem i z kieliszkiem w ręku. Jak zauważyliście na blogu dominującym tematem są wina z Bordeaux, dzisiejszy wpis także będzie tego regionu dotyczył. Siedzenie w domu bez konieczności zajmowania się sprawami zewnętrznymi sprawia, że też zdecydowanie więcej czasu jest na samą celebrację picia win. Coraz częstszym akcesorium jest dekanter, bez niego nie odbyła się żadna domowa degustacja w mijającym tygodniu. A dekantacji, raczej w celu napowietrzenia win, niż oczyszczenia ich z osadu, poddałem zawartość trzech butelek.


Pierwszym winem było Château du Grand Soussans 2013 z apelacji gminnej Margaux. W Margaux znajduje się najwięcej winnic, które znalazły się słynnej klasyfikacji win z 1855 roku. Oczywiście wino, które próbowałem do niej nie należy, ale może i na nie skapnęła kropelka splendoru. Zobaczymy. Wg mojej rozkminki producentem tej etykiety jest Château Tayac na zamówienie Maison Bouey, dużego producenta i dystrybutora win we Francji i na świecie. Samo wino całkiem dobre i bardzo łatwe w picu. Wyjątkowo łagodne, ale na szczęście nie w stylu owocowego kompotu, tylko rasowego wina z wyraźnie zaznaczoną kwasowością, aksamitną taniną i wyraźnym owocem. Byłem zadowolony, choć miałem niedosyt taninowego pazura, być może kilka lat spędzonych w butelce sprawiło, że wino nabrało ogłady i miękkości, nie sposób odmówić mu elegancji. Cena też przyzwoita, wino kosztowało 59,99 zł. Jeśli chodzi to skład, to dominuje tu cabernet sauvignon (55%), w nieco mniejszej ilości merlot (40%) i odrobina petit verdot (5%), czyli to, czego możemy się spodziewać po lewym brzegu Żyrondy  


Taniny nie brakowało zaś w drugim winie - Château Laurensanne 2016 z apelacji Côtes du Burg. Tu była ona bardzo wyraźna, czego nawet w najmniejszym stopniu nie uznaję za wadę, jestem na takim etapie winnej przygody, że szorowanie taniny uznaję za perwersyjną przyjemność. Dekanter z czasem tę taninę wygładził, wino stało się łagodniejsze, a dobre wrażenie, jakie miałem zaraz po otwarciu wina, z czasem spotęgowało swoją moc. Cena bardzo przyzwoita - 38,99 zł. Co do składu, to trzeba było znów przeprowadzić małe śledztwo, co w przypadku win bordoskich jest niemal standardem, ale udało mi się wydobyć te cenne informacje: 65% merlot, 30% cabernet sauvignon i 5% malbec. Winnica należy zaś do rodziny Schweitzer - Vignobles Albert Schweitzer.


Najmniejsze wrażenie zrobiło wino ostatnie Château Beaumont 2017 z apelacji Haut-Médoc, ale tylko w tym sensie, że brakowało mu jakiejś szczególnej cechy, która mogłaby je jakoś specjalnie wyróżnić na tle innych.  Z drugiej strony bez sensu jest jednak zarzucać mu, że nie ma żadnej skazy, albo wyrazistego ozdobnika. To był naprawdę miły, grzeczny, nienaganny kompan podróży po świecie wina, w którego towarzystwie będziecie czuć się komfortowo. Wino najmłodsze z trzech opisanych, ale za to najdroższe - 74,99 zł. Angielska wersja strony internetowej producenta pomija w informacjach technicznych rocznik 2016 i degustowany przeze mnie rocznik 2017, ale można je odnaleźć w wersji francuskiej. W roczniku 2017 cabernet sauvignon stanowił 50% kupażu, merlot 48%, a petit verdot pozostałe 2%. 

W zasadzie wszystkie wina były fajne, podobały mi się, nie miałbym nic przeciwko temu, by jeszcze kiedyś do nich wrócić.

Wszystkie wina kupiłem w Leclerku na Ursynowie. 

sobota, 14 marca 2020

Château Barreyres 2016.


Dzisiaj wpis raczej krótki, nie zmęczycie się czytając, wypiłem dobre (jak zwykle moim zdaniem) wino i w zasadzie mógłbym na tym zakończyć tekst rekomendując Wam jedynie spróbowanie tej etykiety. Dla porządku dodam i w dodatku na początku, że to znów wino z Grupy Castel, co też dla wielu może być czynnikiem dyskwalifikującym. 

Mając chwilę na spokojną degustację odkopałem swój dekanter, przelałem do niego wino i odczekałem przynajmniej trzy kwadranse. Nie wiem, czy to zasługa li tylko dekantera, czy po prostu wino samo w sobie było dobre, w każdym razie pijąc je miałem przekonanie, że mam do czynienia z super zrównoważonym winem. Kwasowość, alkohol, owoc i tanina występowały w takich proporcjach, że tylko żal mnie ogarnął, że to zwykła butelka była, a nie magnum, jak w przypadku Château Tour Prignac.

Polecam!


wino: Château Barreyres, 2016.
pochodzenie: Francja, Bordeaux, Haut-Medoc AOC
odmiany: 51% merlot, 49% cabernet-sauvignon
alk.: 13,5%
cena: 59,99 zł za butelkę 0,75l (Leclerc Ursynów w Warszawie, 2020-03-06) 

niedziela, 8 marca 2020

Château Tour Prignac.

Jeszcze nie wiem czy ten trend się utrzyma, ale jak dotąd moja tegoroczna działalność na blogu krąży wokół win bordoskich. Nie zawsze jestem z nich zadowolony, ale mimo to chętnie kupuję kolejne butelki. Niektórzy czytelnicy zarzucają mi, że rozmieniam się na drobne kupując niedrogie (w domyśle słabe) wina z apelacji Bordeaux czy Bordeaux Superieur, zamiast dołożyć tych kilka dych i pić wina z mniejszych apelacji gminnych. Ja uważam, że w tej mojej winnej edukacji na wszystko jest czas, być może "marnując" teraz pieniądze na wina masowe, w przyszłości bardziej docenię te, które kosztują znacznie więcej. Zdarzało mi się pić już wina drogie, z dobrych roczników, z uznanych apelacji i cenionych zamków, ale moje marne doświadczenie nie pozwalało mi ich w pełni docenić, co zwykle prowadziło do rozczarowującej konkluzji: "i o co tyle hałasu?". Pozwólcie, że będę w tej kwestii pracował w swoim tempie. W swojej dziesięcioletniej blogerskiej "karierze" zbyt często skakałem z kwiatka na kwiatek, ucząc się raczej chaotycznie, bez odpowiedniego przygotowania i wymaganej w tym przypadku systematyczności. Być może to skupienie się na konkretnym regionie pozwoli mi na uporządkowanie wiedzy i doświadczeń przynajmniej na jednym polu. 


W dzisiejszym wpisie nawiążę do poprzedniej notatki na temat Château du Lort 2017. Nawiązanie będzie krótkie, chodzi o to, że gdy wybrałem się na kolejne zakupy do Leclerka, kilka dni po wypiciu du Lort, to na półce był już nowszy rocznik tego wina - 2018. Wino było bardziej owocowe od poprzedniego, mniej szorstkie, łagodniejsze w piciu, a przy okazji tańsze i to dość dużo. Oba kupowałem w cenach promocyjnych, przy czym to z rocznika 2017  kosztowało ok. 58 zł, a z rocznika 2018 już tylko ok. 40 zł. Różnica raczej spora. Podobnie rzecz się miała z innym winem, które pewnie opiszę w przyszłości - Chateau Ferrand (Pomerol) z rocznika 2016, które kupiłem za 119 zł, a rocznik 2017  (którego jeszcze nie kupiłem) pojawił się w cenie poniżej 100 zł. Jak będzie jeszcze na półce, kiedy wybiorę się na kolejne zakupy, to postaram się dokupić nowszy rocznik i zrobić degustację porównawczą.


Dziś jednak inne wino, w dodatku debiut u mnie na blogu, ale nie tyle samej etykiety, co formatu butelki. Po raz pierwszy kupiłem wino w butelce magnum, czyli o pojemności dwukrotnie większej od standardowej butelki 0,75 l. Wielokrotnie podczas różnych degustacji słyszałem, że wina sprzedawane w większych butelkach lepiej w nich dojrzewają, dłużej zachowują swoją dobrą formę. Wierzę na słowo, sam tego nie przetestowałem. W każdym razie wino, które w niej kupiłem pochodzi z winnicy Château Tour Prignac, która znajduje się w apelacji Medoc, czyli na lewym brzegu Żyrondy. W standardowej butelce widziałem ostatnio, ale też i kupowałem jakiś czas temu rocznik 2016. Natomiast to w butelce magnum pochodziło z rocznika 2007, czyli znacznie starszego. Skąd wziął się na półce akurat ten rocznik? Nie wszyscy go dobrze oceniali, może to niesprzedane zapasy, na które nie było dużego popytu. Hugh Jonson w swoim mini przewodniku na rok 2013 pisał tak: 

"Nędzne lato, potężny atak pleśni oznaczał trudny rok. Łatwe w piciu, ale niewiele win dobrze się zestarzeje. Bądź ostrożny w wyborze".

Zgoła inną ocenę daje portal Bordeaux.com:

"Udany rocznik. W tym roku odnotowano rekordowe nasłonecznienie we wrześniu i październiku, a także bardzo chłodne temperatury w nocy na przemian z ciepłymi dniami: mistrzowska równowaga aromatów!".

Bądź człowieku mądry i pisz bloga... Wine Enthusiasts w swym Vintage Charts już w 2014 roku rekomendował Medoc 2007 jako gotowy do picia, oceniając go przy okazji na 87/100 pkt. Decanter w swoim Bordeaux Vintage Guide ocenia Lewy Brzeg na 2.5/5 pkt., czyli raczej kiepsko, ale zwraca uwagę, że wina topowych zamków testowane ponownie w 2017 roku piły się dobrze. Tour Prignac to nie jest zamek topowy, ale to nie oznacza wcale, że należy mu odmówić ambicji. Wino było dobre, naprawdę, choć według mnie nie należy zwlekać z jego piciem. Intuicyjnie i podparty tylko niewielkim doświadczeniem, uważam że to jest czas tego wina. Można zauważyć jego ewolucję na podstawie barwy, aromatu, smaku, ale o schyłku życia, podkreślam - według mnie, mowy być nie może. Tak, ten zamek pił się dobrze.


wino: Château Tour Prignac, 2007
pochodzenie: Francja, Bordeaux, Medoc AOC
odmiany: 54% cabernet-sauvignon, 43% merlot, 2% cabernet franc, 1% malbec
alk.: 13%
cena: 120 zł za butelkę magnum 1,5l (Leclerc Ursynów w Warszawie)


poniedziałek, 17 lutego 2020

Château du Lort 2017.

Wyszło, za przeproszeniem, szydło z worka. Wszystkie wypite i opisane ostatnio przeze mnie butelki Bordeaux pochodzą z Grupy Castel. Widać ursynowski Leclerc, w którym w bordoszczaki się zaopatruję, znalazł sobie dostawcę wrzucającego hurtowo na półki całą swoją szeroką ofertę. Czego Castel nie ma w posiadaniu, to i tak Ci sprzeda, jako przedstawiciel handlowy naprawdę uznanych chateaux.


Ja w każdym razie piję kolejną butelkę bordeaux, tym razem z Zamku Lort, który należy do Grupy od 1984 roku, ale jego historia sięga XVII wieku, tak przynajmniej wyczytałem na tylnej etykiecie. Posiadłość zajmuje obszar 50 hektarów, z których obsadzonych winoroślą są 22 hektary. 

W nosie lekko czuć budyń waniliowy, natomiast w ustach żwir, tanina, trochę goryczki. Bardziej kojarzy mi się to z merlotem niż cabernetem. I rzeczywiście, pierwsze skrzypce gra tu merlot (70%), bordoska przyprawa w postaci petit verdot to aż 20% kupażu; pozostała część to cabernet sauvignon. Nuty oddębowe obecne w nosie znajdują swe potwierdzenie także w ustach, moim zdaniem trochę przykrywają owoc, przynajmniej zaraz po otwarciu. Kwasowość ładnie zaznaczona. Rustykalny szyk - głosi hasło na stronie internetowej, coś w tym jest, na początku winu można przypisać cechy pewnej surowości, po chwili jednak nieco łagodnieje, do głosu dochodzi owoc, któremu ciągle towarzyszy solidna tanina. Warto pilnować odpowiedniej temperatury podania wina, gdyż z każdym nadmiarowym stopniem alkohol, którego tu nie brakuje (14%), daje o sobie znać.

Gdyby mój opis niewiele Wam mówił o rekomendacji tego wina to podpowiem, że Wine Enthusiast ocenia ten rocznik na 91/100 punktów, natomiast Decanter na 87/100 punktów.

Cena we wspomnianym wyżej Leclerku to ok. 58 zł za butelkę.

niedziela, 9 lutego 2020

Jadę dalej z tym Bordeaux.

Ostatni mój wpis dotyczył wina produkowanego rzeczywiście na masową skalę, mówi się często o takich, że są "przemysłowe", co komplementem zazwyczaj nie jest, choć ja, ze względu na techniczne wykształcenie, raczej z podziwem patrzę na skomputeryzowane procesy technologiczne i wcale mnie to nie razi. Zresztą nawet najbardziej wysublimowane algorytmy produkcji na nic się zdadzą, jeśli winogrona będą kiepskiej jakości, a jeśli będą dobre, to i komputery sobie z nimi poradzą nie gorzej niż człowiek. Ale ja nie o tym chyba chciałem dziś pisać, no może pośrednio, bo dwa wina, które piłem ostatnio, to z jednej strony wina koncernowe, a z drugiej strony jednak powstałe w pojedynczych zamkach i to chyba nie takich bardzo dużych.

Tymi winami są Château du Bousquet i Château du Goëlane. Obie marki należą do Grupy Castel, która jest jednym z największych graczy na rynku alkoholi nie tylko we Francji, ale na całym świecie. Firma produkuje masę win stołowych, ale w swym portfolio ma też wielu producentów przejętych z rynku i działających w zasadzie autonomicznie, choć pod zwierzchnictwem władz grupy. Nie są to zamki ze słynnej klasyfikacji Grand Cru (poza jednym, ale o tym później), obejmującej najlepsze wina z Medoc (i jedno z Graves), czyli lewego brzegu Żyrondy (i Garonny w przypadku Graves), gdyż większość bordoskich posiadłości z Grupy Castel mieści się na prawym brzegu Żyrondy. W 2011 roku grupa kupiła (na spółkę z japońską grupą Suntory) posiadłość Château Beychevelle, która jest klasyfikowanym Grand Cru (4. Klasa) w apelacji Saint-Julien.

Wróćmy jednak do win, które miałem przyjemność pić, a przyjemność tą potęgował fakt, że wina są w cenach raczej przystępnych, za oba zapłaciłem łącznie niewiele ponad 100 zł.

Zamek Goëlane.
ⓒ chateaux-castel.com
Château du Goëlane jest pierwszą posiadłością kupioną przez Grupę Castel, a miało to miejsce w roku 1957, nieco ponad 100 lat od powstania winnicy (1850). Zamek znajduje się w miejscowości Saint-Leon, w części Bordeaux nazywanej Entre-Deux-Mers (między dwoma morzami), ale nie między morzami ona leży, a między rzekami Garonna i Dordogne. Uprawia się tu głównie merlot - 75%, 23% cabernet sauvignon i 2% petit verdot i taki zapewne jest skład kupażu. Cabernet sauvignon uprawia się na najbardziej nasłonecznionych stokach, część merlot w podobnych warunkach, jednak część upraw tej odmiany znajduje się też w miejscach częściej pokrytych cieniem, co daje grona nieco mniejsze, o dużej koncentracji tanin. Odmiana petit verdot jest wykorzystywana w produkcji win w charakterze „przyprawy”, nadaje im intensywniejszy kolor, dodaje nieco ciała i alkoholu. Jeśli chodzi o samą apelację, czyli Bordeaux Supérieur, to jest to dobry kierunek poszukiwań tańszych win z regionu Bordeaux. Wina muszą leżakować przynajmniej 12 miesięcy w dębowych beczkach oraz muszą być zabutelkowane na terenie posiadłości. Każdego roku butelkuje się ok. 10% win oznaczonych nazwą tej apelacji, reszta to zwykłe Bordeaux (mówię tu o winach powstających w tych szerokich apelacjach obejmujących cały obszar Bordeaux).

Zamek Bousquet.
ⓒ chateaux-castel.com
Drugie wino, które piłem pochodzi z Château du Bousquet, która to posiadłość została kupiona przez Grupę Castel jako druga, w roku 1960. Winnica znajduje się niedaleko miejscowości Bourg, a wina są butelkowane w apelacji Cotes du Bourg. Odmiany są tu uprawiane w najstępujących proporcjach: 70 merlot, 20% cabernet sauvignon, 7% malbec i 3% cabernet franc. Malbec jest w tym przypadku stosowany w tym samym celu, co petit verdot w winie z Château du Goëlane. Obszar upraw zajmuje 65 hektarów ziemi, co przy średniej na poziomie 10 ha dla całej apelacji czyni z Château du Bousquet gracza dość dużego. Wino może powstawać zarówno w kadziach betonowych, jak i stalowych, dojrzewanie odbywa się w beczkach z dębu francuskiego (20% nowe beczki). 



Jak są te wina? Ogólnie rzecz ujmując należy powiedzieć, że dobre. Dobrze się je pije, przy czym warto pozwolić im trochę pooddychać. Jeśli ktoś pija wina z Bordeaux to natychmiast odczuje ten nieco surowy charakter dość młodego wina z tamtego regionu. Bousquet jest trochę bardziej owocowe, gładsze. Goëlane bardziej taniczne, chropowate, ale oba wypiłem z przyjemnością.

I czuję, że to nie jest koniec mojej przygody z Bordeaux.

czwartek, 16 stycznia 2020

Ch Rousseau 2017.


Idąc za ciosem i kontynuując temat tanich (w domyśle kiepskich) bordoszczaków dziś biorę na warsztat i swoje podniebienie wino, które kupiłem z nieukrywaną ciekawością mając z tyłu głowy ryzyko, jakie podejmuję. To tania butelka z Tesco, na etykiecie której widnieje nazwa Ch Rousseau. „Ch” być może ma wywoływać skojarzenie z Chateau, ale na rysunku żadnego zamku nie ma, jest za to budynek Opery w Bordeaux. Czy zatem wino aspiruje do miana dzieła na miarę utworów odgrywanych w murach tego budynku, czy raczej będzie „ch” warte? Zobaczę, a raczej spróbuję.

Czego się można spodziewać po tym winie? Opis na kontretykiecie sugeruje kierunek poszukiwań: wyszukany i elegancki nos prowadzący do owocowego, podkręconego przyprawą finału na podniebieniu, wykończonego nutką wanilii. Repertuar doznań reklamowany na koncertowym plakacie może jednak odbiegać od wykonania Rimskiego-Korsakowa przez reprezentacyjną orkiestrę Ochotniczej Straży Pożarnej, mam tego świadomość. Jako człowiek mediów znam się trochę na „prawdach” głoszonych w reklamach, z ostrożnością graniczącą z niewiarą podchodzę do takich sloganów. Ja osobiście oczekiwałbym cabernetowego kwasiorka, który by potęgował apetyt na steka, którego sobie z tej okazji przyrządziłem.

Wino rzeczywiście na samym początku wydaje się mocno kwaśne, ale po chwili to wrażenie przestaje mieć dominujący charakter. Nos jest całkowicie anonimowy, moje receptory zapachu okazały się nieczułe na tą rzekomą elegancję aromatów. Owoc raczej spod znaku zielonej papryki niż dojrzałych śliwek, wiśni czy czereśni, z którymi moglibyśmy kojarzyć porządne Bordeaux. Zaletą dla mnie była zaś niska zawartość alkoholu, 12,5% to dzisiaj rzadkość w czerwonych winach, ja lubię pić i się nie upijać. Taniny też skromne, wino pod tym względem jest raczej łagodne, przydałoby się mu trochę chłopskiej szorstkości. Wbrew pozorom, czyli temu niezbyt przychylnemu winu opisowi, uważam że jest całkiem, całkiem. Do zastosowań kulinarnych może być bardzo przydatne, mi z tym moim stekiem zagrało (znów ten muzyczny akcent) nienajgorzej, a i do oglądania serialu wieczorem okazało się cichym, przyjaznym kompanem, zupełnie nie przeszkadzającym w odbiorze głównej treści - reklamy pominąłem. Na wyżyny winiarstwa ta etykieta się nie wspięła, ale i upadek z poziomu, który reprezentowała bolesny nie był.


Ch Rousseau 2017
pochodzenie: Francja
apelacja: Bordeaux AOP
odmiany: ??? (stawiam na cabernet sauvignon z domieszką merlot)
alk.: 12,5%
cena: 19,99 zł w Tesco (kupiłem za własną gotówkę)



Wino wyprodukowane zostało przez GCF Group mającą swą siedzibę w Petersbach, która bynajmniej nie leży w Bordeaux, lecz w regionie Grand Est, którego stolicą jest Strasburg. Nalepka nad kontretykietą sugeruje jednak, że wino zabutelkowano w Landiras w regionie Nowa Akwitania, w departamencie Żyronda. W Polsce najbardziej rozpoznawalną marką grupy GCF jest chyba J.P. CHENET, wielu kojarzy pewnie też alzackie wina Artur Metz. Jak się okazuje należy do nich też marka Blanc Foussy, której wina zrobiły na mnie ostatnio duże wrażenie. GCF to duża grupa produkująca wina bardzo podstawowe na szeroką skalę, ale ma też w swym portfolio producentów butelkujących wina w prestiżowych apelacjach. 

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Niełatwy początek roku.

No, nie dostałem od Was zachęty do pisania, więc robię to z własnej woli i z tym pierwotnym poczuciem, które towarzyszyło mi na początku prowadzenia bloga, że robię to wyłącznie dla siebie. Może to i lepiej, robię to bez obciążenia i wolny od wszelkiej presji poza moją własną.

Początek roku nie obfitował w jakieś znakomite wina, wręcz przeciwnie, było raczej tak sobie. Moja żona, z racji zajmowanego stanowiska, otrzymuje czasem drobne świąteczne upominki od partnerów biznesowych, w zeszłym roku nie było tych prezentów zbyt dużo, widać 2019 nie był najłatwiejszym rokiem w interesach, a podobno 2020 ma być jeszcze trudniejszy, niemniej jednak coś tam „wpadło”. Zazwyczaj owe prezenty są później przekazywane w moje ręce, nie inaczej było tym razem, i tak oto przed moje oblicze trafiła butelka Bordeaux z dobrego rocznika 2015. Bordeaux, jak oczywiście wiecie, to nie jest gwarancja sukcesu w butelce, obok dobrych czy wręcz doskonałych  (i nieprzyzwoicie drogich) win, produkuje się tam morze win słabych i przeciętnych, o których wielu powiedziałoby, że mogłyby spłynąć Wisłą razem z nieczystościami będących efektem „nieudolnych rządów” (zygzakiem, zygzakiem) „afery Trzaskowskiego” (podwójnym zygzakiem, podwójnym zygzakiem). Ale istnieje też powiedzenie, że w słabym roczniku Bordeaux kupuj (jeśli cię stać) od najlepszych producentów, w dobrym możesz kupować od każdego. Można tym powiedzeniem się sugerować, ale nie należy też zbytnio brać go do serca. Francuzom udaje się spartolić wina nawet w najlepszych rocznikach, czego przykładem wydaje się być (oczywiście moim zdaniem) ów prezent. Może trochę przesadzam i mam zbyt wygórowane oczekiwania, ale jednak Bordeaux i dobry rocznik te moje oczekiwania jakoś usprawiedliwiają.


Chateau La Graula 2015 to wino wyprodukowane przez J.P. & M. Bessette na zamówienie firmy handlującej winami MTVins i należy do szerokiej apelacji Bordeaux Supérieur AOP, w której powstają raczej wina codzienne, niż butelki wybitne. Jest mieszanką odmian merlot, cabernet franc i cabernet sauvignon, na papierze wygląda to nawet dobrze, natomiast usta mówią coś zupełnie innego. Przygaszony owoc i struktura, która bardziej opiera się na alkoholu (14,5%), niż na kwasowości, a do tego jakieś fabryczne aromaty i rozczarowanie gotowe. Wyobrażam sobie, że mogłoby lepiej wypaść w zestawieniu z jedzeniem, wszak to wino raczej stołowe, ale ja piłem je solo. Może na tym polegał mój błąd, może trzeba było je sparować z polecanymi potrawami: czerwonymi i białymi mięsami, czy serami. Może trzeba było dać mu dłużej pooddychać i wrócić do niego następnego dnia. Może byłoby lepiej. Może…


Jak to zwykle bywa, znów czuję się Bordeaux rozczarowany i znów mam ochotę butelkę Bordeaux kupić. Dziwne? Też mi się tak wydaje.


Chateau La Graula, 2015
pochodzenie: Francja
apelacja: Bordeaux Supérieur AOP
odmiany: merlot (60%), cabernet franc (25%), cabernet sauvignon (15%)
alk.: 14,5%
cena: 39,99 zł w sklepach Kondrat Wina Wybrane (bieżący rocznik 2016)

wtorek, 31 grudnia 2019

Na koniec roku.

Nie udało mi się w tym roku dostarczyć na blogu jakości, więc może jeszcze w ostatnim dniu roku (2019) pójdę na ilość i zamieszczę krótki wpis okraszony kilkoma zdjęciami flaszek. 

Trzeci rok z rzędu spędzam czas między świętami Bożego Narodzenia, a Nowym Rokiem na południu Polski, w znanym hotelu, który upodobali sobie sportowcy, a szczególnie kadry narodowe popularnych dziedzin sportu. Hotel ten leży w odosobnionym miejscu, poza niezłej jakości bazą noclegową jest tu mocno rozbudowana infrastruktura ukierunkowana na aktywność sportowców amatorów i sportowców zawodowych. W kwestii „sportu", który uprawiam na tym blogu jest dość marnie. W restauracji czy barze jest kilka propozycji win od znanego dostawcy dla rynku HoReCa, ale znając ceny tych win w sklepie firmowym nie mam ochoty trzykrotnie przepłacać za wina ze średniej półki, a tym bardziej za te droższe, których ceny są już podawane w tysiącach złotych. 

Ratunkiem dla winomaniaka, za jakiego - być może niesłusznie - się uważam, jest mały i jedyny sklepik z lokalnymi pamiątkami, ale też miodami (w tym pitnymi), nalewkami oraz winami. Oferta sprowadza się tylko do jednego producenta - Przeworskich Winnic, o których już Wam kiedyś wspominałem. Wieczorami, po zakończonych aktywnościach naprawdę sportowych, miałem okazję spróbować tych przeworskich specjałów, wypiłem dwa wina białe, jedno różowe, a także dwa czerwone.

Wina produkuje pan Dariusz Rosół, a ich nazwy biorą się od imion członków rodziny, przy czym wina białe noszą imiona żeńskie, natomiast różowe i czerwone imiona męskie.

Rodzinę pana Dariusza poznawałem w tym roku rozpoczynając od Agnieszki i Zofii.


Agnieszka (żona Dariusza) według opisu jest: pachnąca, stanowcza, potrafi zaskakiwać, łagodna wieczorem, rześka rankiem. Wino nazwane jej imieniem jest półwytrawne, zawiera 12% alkoholu, zrobiono je z odmiany solaris z 10% domieszką rieslinga. Cukier resztkowy na poziomie 11 g/l, a kwasowość 5,7 g/l.


Druga w kolejności była Zofia - mama pana Dariusza, którą scharakteryzował tak: konkretna, zdecydowana, z wiekiem łagodnieje i bardzo zyskuje na jakości. Wino zaś jest wytrawne, zawiera 11,5% alkoholu, zrobione zostało z odmian seyval blanc oraz bianca. Cukier resztkowy 2 g/l, a kwasowość 6 g/l.




Trzeci i piąty był Maciej, przy czym trzeci był koloru czerwonego, piąty zaś różowego. Maciej jest synem pana Dariusza: ambitny, trochę surowy, potrzeba do niego cierpliwości, wie jak pokazać swoje walory. Oba wina zrobione zostały z odmian zweigelt i pinot noir, czerwone jest wytrawne, zawiera 12,5% alkoholu, cukier resztkowy 2,5 g/l, kwasowość 6,5 g/l. Maciej różowy jest półwytrawny, ma 12% alkoholu, 8,5 g/l cukru, kwasowość na tym samym poziomie co w winie czerwonym.


Czwartym winem był Jacek. W rodzinie pana Dariusza jest jego bratem: młody – trochę kapryśny, z wiekiem dobrze rokuje, dobrze się starzeje, potrafi słuchać. W winie Jacek jest dornfelderem, jest wytrawny i ma 12,5% alkoholu. Cukru ma 2,5 g/l, a równoważy go kwasowość na poziomie 5,6 g/l.

Tym razem najbardziej mi smakowały wina białe, oba całkiem dobre i postawiłbym je na jednym poziomie. Na niższej półce umieściłbym Macieja, ale czerwonego, a także Jacka. Najmniej pasował mi Maciej różowy, więc w hierarchii umieszczam go jeszcze trochę niżej, ale z pewnością nie jest to półka najniższa i sporo oddalona od podłogi.

Podobno od tego roku pan Dariusz ma zamiar produkować wina musujące, co bardzo mnie cieszy, być może będzie mi dane ich spróbować, czas pokaże. Tymczasem życzę Wam wszystkiego najlepszego w Nowy Roku, a Wy mi życzcie więcej zapału do pisania. Startuję z niskiej bazy, więc szansa na to jest spora 🙂

wtorek, 26 listopada 2019

Barolo i Chianti w jednym stały domu.


Nawiązując do mojego poprzedniego tekstu dotyczącego win z Bordeaux, w którym przyznałem się do ulegania pokusie wydawania większych pieniędzy na wina z tego regionu (choć niekoniecznie otrzymywania za nie większych emocji), muszę dodać, że równie łatwo namówić mnie na Barolo oraz Chianti Classico. Niestety zbyt często daję się oczarować samej nazwie apelacji i przystępuję do kompulsywnych zakupów bez pogłębionej refleksji. Fakt, że w takich przypadkach także cena odgrywa istotną rolę, wszak nie ma tanich Barolo, a taka "okazja" na półce wyzwala zakupowy impuls, no bo chyba właśnie znaleźliśmy nasz złoty środek - jeszcze niezbyt drogo, a już całkiem dobrze. No niestety. Po otwarciu okazuje się, że jeszcze niezbyt dobrze, a już całkiem drogo.

Taki, zdawało mi się, celny strzał przytrafił mi się w osiedlowym sklepiku, w którym mityczne Barolo upolowałem za jedyne 99 zł. Apelacja wypisana eleganckim zawijasem, nazwa wina już mniej rzucająca się w oczy, za to nazwa producenta niemal w ogóle niedostrzegalna i opisana raczej kodem, niż nazwiskiem. Taki tam Włoch Anonim.


Wino prawdę mówiąc takie sobie, owszem do wypicia, ale nie po to kupuje się Barolo, żeby było tylko do wypicia. Dobrze, że się da, ale za 99 zł to jednak trochę za mało. Do wypicia to jest portugalskie Portas do Tejo, w promocji w pobliskim Tesco za 12,99 zł, ale jak się na nią nie załapiecie to regularna cena jest wyższa o jedyne 2 zł.


A propos Tesco, które wciąż nie wie, co ma ze sobą zrobić w naszym kraju, to jest to miejsce pełne magicznych promocji, często nawet udanych. A to biała Nowa Zelandia za 19,99 zł (całkiem, całkiem)...


...a to hiszpańska czerwona reserva za 14,99 zł (zupełnie przyzwoita)...


... a ostatnio nawet wspomniane wyżej Chianti Classico, w dodatku riserva i to dojrzała, bo chyba można tak powiedzieć o winie z rocznika 2011. No pokażcie mi drugą taką butelkę za 19.99 zł. To wino akurat w odróżnieniu od Barolo jest warte swojej ceny, pije się nieźle, a że z apelacyjnymi tuzami łączy je tylko nazwa, to taki nieistotny szczególik, na który można przymknąć oko. 


Tak więc drodzy czytelnicy, jeśli dotrwaliście do końca tego tekstu, to w nagrodę podzielę się z wami grubą refleksją: sławna apelacja dobrego wina sama nie uczyni. Co? Wiedzieliście to? A to przepraszam.

niedziela, 24 listopada 2019

Historyczne roczniki Bordeaux.


Rzadko ostatnio wychodzę na winne spotkania, chwile wolnego czasu staram się spędzać na spacerach prowadzących mnie raczej w stronę lasu, niż po ścieżkach Dionizosa. Nie zdziczałem jednak do końca i udałem się do siedziby Winicjatywy, gdzie Wojciech Bońkowski w ramach Szkoły Wina Winicjatywy zaprezentował baterię butelek z Bordeaux.


Wina zestawione zostały według klucza najlepszych roczników ostatnich lat, do przetestowania mieliśmy 12 butelek, przy czym pierwsza z nich zawierała w sobie wino białe, pozostałe zaś to wina czerwone.

Poniżej ich pełna lista:

Château Couhins Pessac-Leognan Blanc 2010
Château du Glana Saint-Julien Cru Bourgeois 2016
Château Grand Puy-Ducasse Pauillac 5ème Grand Cru Classé 2015
Château Brane Cantenac Margaux 2ème Grand Cru Classé 2010
Château Sociando-Mallet Haut-Médoc 2009
Château Chasse-Spleen Moulis Grand Cru Exceptionnel 2005
Château Montrose Saint-Estèphe 2ème Grand Cru Classé 2000
Château Lafon-Rochet Saint-Estèphe 4ème Grand Cru Classé 1996
Château Gruaud-Larose Saint-Julien 2ème Grand Cru Classé 1990
Château Léoville–Las Cases Saint-Julien 2ème Grand Cru Classé 1989
Château Sociando-Mallet Haut-Médoc 1985
Château Branaire-Ducru Saint-Julien 4ème Grand Cru Classé 1982

A tak prezentowały się na zdjęciach:



Na tę degustację wybrałem się z kilku powodów. Po pierwsze chciałem zmierzyć się z legendą Bordeaux. Dla mnie są to wina w jakiś sposób magiczne, ale właśnie za sprawą legendy, niż moich osobistych doświadczeń. Piłem wina z tego regionu Francji, ale rzadko kiedy były to wina z górnej półki, te potrafią kosztować naprawdę sporo. I to właśnie drugi powód mojej obecności na spotkaniu - możliwość spróbowania win o uznanym rodowodzie i przekonanie się, czy warte są swoich cen. Trzeci powód chyba był najważniejszy - próba odpowiedzenia sobie na pytanie, czy warto czekać tak długo na otwarcie butelki, wszak najstarsza z nich miała niemal 40 lat, wino powstało, gdy miałem 9 lat, czyli tyle, ile obecnie ma mój syn. 

Czas zatem na moje przemyślenia i wnioski. 

  1. Lubię wina z Bordeaux i je szanuję. Wina z bordoskich apelacji otwieram z większą atencją niż inne, ale mam też wobec nich większe oczekiwania. Zwykle trafiam na wina dobre, choć najczęściej wypijam je w poczuciu, że za wydane na nie pieniądze mogę kupić naprawdę świetne wina z innych krajów Starej Europy. Mimo tego pozornego zawodu nadal łatwiej przychodzi mi wydać 50 euro na Bordeaux, niż 25 euro na wina z innych regionów świata. Zagmatwane? No może trochę.
  2. Po degustacji starsze roczniki uważam za ciekawostkę, fajnie jest spróbować win, które są kamieniami milowymi będącymi odnośnikami do mojego własnego życia. Za każdym razem otwierając starszą butelkę staram się przypomnieć, co działo się w moim świecie z tamtych lat. Dobry powód do odświeżenia wspomnień, przejrzenia kilku starych fotografii. Jednak z ręką na sercu przyznaję, że w tej chwili więcej przyjemności daje mi picie win młodszych, co najwyżej kilkuletnich. 
  3. Czy warto czekać? Na to pytanie łatwiej jest odpowiedzieć, jeśli ma się do dyspozycji ogromne pieniądze i możliwość kupienia kilku skrzynek wina, tak by móc otworzyć co dwa lata butelkę z danego rocznika. Pomnóżmy to razy liczbę interesujących nas producentów i pomyślmy, że takie zakupy trzeba robić co rok. Nie wiem, czy wygrana w Lotto wystarczy… Jeśli więc nie mamy takich pieniędzy, to problem z głowy.
Zaraz po przyjściu z degustacji nie mogłem oprzeć się pokusie i otworzyłem jedną z butelek Bordeaux, jakie ostały się w mojej coraz skromniejszej kolekcji - Château Phélan Ségur 2009 z apelacji Saint-Estèphe.


Wypiłem ze smakiem, uważam, że było dobre, ale w najmniejszym nawet stopniu nie wpłynęło ono na ww. wnioski dotyczące Bordeaux. Niestety. Ale jeszcze jedną butelkę z chęcią bym wypił.

wtorek, 8 października 2019

Prosper Maufoux Cremant de Bourgogne.


To moje drugie podejście do tego musującego wina z Burgundii. Z pierwszym razem szukałem czegoś, co będzie mi przypominało wina z Szampanii, ale jakoś nie udało mi się zbliżyć do pierwowzoru. Oczywiście w świecie moich osobistych wyobrażeń, wszak wiadomo, że nie da się dokładnie i jednoznacznie opisać szampana, podobnie jak i każdego innego wina z jakiejkolwiek apelacji. Poruszamy się w świecie przez nas tworzonym i ocenianym przez pryzmat naszych własnych doświadczeń, cudze notatki pokazują jedynie kierunek poszukiwań, nie opisują zaś nigdy naszej osobistej, właściwej tylko nam, ścieżki prowadzącej przez winny świat. Nie powinienem w ogóle czynić założenia, że wino zrobione metodą tradycyjną, szampańską, ma być szampanem. Ono nie musi i nie może nim być. Jeśli wyjdę z takiego właśnie założenia, raczej nie powinienem się zawieść. Piję więc powoli, próbuję uciec od skojarzeń, ale one jednak uporczywie wracają. Więc jeśli mimo wszystko mam się nimi posłużyć opisując to wino, to atakuje ono podniebienie łagodnie jak prosecco, w końcówce atakuje kwasem, jak porządna cava, natomiast fakturą i perlistością może kojarzyć się z szampanem. Ale jest to cremant z Burgundii. Pozwólmy mu być sobą. Na zdrowie!




wino: Prosper Maufoux, Cremant de Bourgogne
pochodzenie: Francja, Burgundia
odmiany: pinot noir, chardonnay
alk.: 12%
cena: 70 zł (Winestory)


Wino kupiłem w sieci Winestory.

poniedziałek, 23 września 2019

Musujący weekend.

Przypominają mi się czasy, kiedy to z niechęcią spoglądałem na wina musujące, a ich degustacja nie była dla mnie najprzyjemniejszym przeżyciem. Dziś jest zupełnie odwrotnie, wina musujące pijam często i coraz większy jest ich udział w moim zakupowym koszyku. Szampany to może jeszcze nie są moje wina codzienne, ale cavy i cremanty już tak, prosecco chwilowo staram się omijać, choć nie unikam na siłę, zwłaszcza tych najbardziej wytrawnych.

Ostatnio uzupełniłem zapas win musujących, ale nie na długo, cztery wina poszły w czasie weekendu, jednak nie martwcie się tym, że uległem zgubnemu nałogowi, nie piłem sam.

Na pierwszy ogień poszła cava, którą miałem okazję pić już wcześniej, choć z innego rocznika, bo to akurat cava oznaczona rocznikiem, co wcale nie jest takie oczywiste. Sumarroca Cava Brut Reserva 2016 to wino na wskroś wytrawne, kwasowe, raczej kościste. Owoc spod znaku zielonego jabłka i śliwki mirabelki. Bardzo dobre, ale jak ktoś szuka w butelce lekkości i delikatnej słodyczy prosecco, to może być nieco zawiedziony tym winem.


Jako drugie wino do kieliszków trafił cremant z Alzacji od znanego producenta Wolfberger. O tych winach było swego czasu głośno w Polsce i mogły trafić do szerokiego grona odbiorców za sprawą Biedronki, która najpierw sprzedawała musującego Wolfbergera zrobionego z rieslinga, a w drugim rzucie wino zrobione z odmiany pinot gris. Oba wina, jak i resztę szerokiego portfolio widziałem ostatnio podczas krótkiego pobytu w Colmar, ale tam zaopatrzyłem się w wina spokojne i od innych producentów. Po powrocie do Polski nie mogłem się jednak oprzeć pokusie i kupiłem je w naszym ursynowskim Leclerku. Cena jego jest jednak znacznie wyższa niż ta w Colmar, o cenach Biedronki nawet nie wspomnę, musieli wówczas wynegocjować naprawdę dobrą ofertę od producenta, bo 29,99 zł na półce w owadzim markecie, to nawet nie była połowa ceny, za którą kupiłem wino w Leclerku. No ale nie o cenach miałem mówić, a o winie, które zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie. Było wytrawne, choć nieco mniej kwasowe niż Sumarroca, łagodniej obchodziło się z podniebieniem i wydawało się bardziej krągłe, bardziej pełne i bogatsze w owocowy komponent. Nie żałowaliśmy wydanych pieniędzy.


Trzecim winem, które mieliśmy przyjemność pić (prawdziwą przyjemność, nie chodzi mi tylko o kurtuazyjny zwrot) było wino różowe pochodzące znad Doliny Loary, z apelacji Touraine. Podobnie jak poprzednie opisywane wina, tak i to wykonane zostało metodą tradycyjną, ale sama metoda nie gwarantuje jeszcze, że wina będą równie finezyjne, jak te z Szampanii. Można zaklinać rzeczywistość, ale prawda jest taka, że szampańskiemu wzorcowi wcale nie tak łatwo sprostać. Mimo to muszę powiedzieć, że nam się ono kojarzyło właśnie najbardziej z szampanami. Piłem to wino po raz drugi, za pierwszym razem próbowałem je w towarzystwie moich ursynowskich sąsiadów zdradzających ciągoty do wina (no dobra, to są ludzie z branży) i wszyscy, jak jeden mąż, choć były wśród nas i niewiasty, z uznaniem wyrażaliśmy się o tym winie. Z pewnością będę chciał je powtórzyć, choć upolowanie go nie jest łatwe, zbyt szybko znika ze sklepowej półki.


Czwartym i ostatnim winem był cremant z Burgundii, co do którego nasze oczekiwania były największe, zwłaszcza że i jego cena w tym zestawieniu była topowa. W charakterze przypominało ono jednak to, co oferowała tańsza cava. W żaden sposób nie chciałbym deprecjonować tego wina, ponieważ niewątpliwie było smaczne i fajnie zrobione, tyle że rozjechało się z naszymi oczekiwaniami. To wino również chciałbym powtórzyć, tyle że już bez obecności konkurencji i ze świeższą głową, wszak nadmiar wrażeń może czasem człowiekowi lekko pomieszać zmysły.



Wina Sumarroca Cava Brut Reserva 2016 i Prosper Maufoux Cremant de Bourgogne kupiłem w sieci Winestory, Wolfberger Cremant d'Alsace Pinot Gris oraz Blanc Foussy Grande Cuvee Brut 2015 kupiłem w Leclerku na warszawskim Ursynowie.

poniedziałek, 29 lipca 2019

Bodegas Luzón, Altos de Luzón 2013.


Wino Altos de Luzón trafiło do mnie z okazji Świąt Bożego narodzenia, o czym mogliście przeczytać wcześniej. Teraz przyszedł czas na jego wypicie. Czerwone wina niespecjalnie mnie przerażają w upały, choć przyznać muszę, że nie były one dokuczliwe w momencie, gdy otwierałem to wino. Z drugiej strony Hiszpanie też nie czekają na zimę czy późną jesień, żeby wychylić lampkę (czy poważny bloger powinien używać tego słowa?) wina, więc może trzeba skończyć z tymi bzdurami o kolorach wina i odpowiednich dla nich porach roku. Otworzyłem, bo miałem ochotę i tyle.


Wino pochodzi z rocznika 2013, czyli już trochę czasu spędziło w butelce, ale otwierając je nawet nie pomyślałem o tym, w jakim może być stanie. Jak się okazało wino miało formę młodzieńca, bez najmniejszych oznak zmęczenia. Winogrona, z których powstało, dojrzewały na 50-letnich krzewach trzech odmian: monastrell, cabernet sauvignon i tempranillo. Wszystkie odznaczają się sporą naturalną kwasowością, co w połączeniu z potężną dawką alkoholu i solidnymi taninami może tłumaczyć dobrą formę wina. Moim zdaniem, a mówię to jako amator na podstawie intuicji, a nie wiedzy, najlepsze lata ma ono jeszcze przed sobą. W ustach czuć solidną strukturę wina, kwasowość rzeczywiście gra tu pierwsze skrzypce, choć po chwili do głosu dochodzi też owoc - pozbawiona słodyczy czereśnia z lekkimi nutami przypraw i delikatną goryczką pestki.


Podsumowując - jest to wino z potencjałem, mam wrażenie, że wypiłem je za wcześnie, choć przecież długo czekało u mnie na swoją kolej, co z kolei zaczęło mnie już lekko mentalnie uwierać. Czuję, że trzeba będzie do tego wina jeszcze kiedyś wrócić. Być może trzeba będzie je wypić do jakiejś sugerowanej przez producenta potrawy. Wśród nich są między innymi dania z dzikiego ptactwa, niebieskich serów czy ryb takich jak łosoś czy tuńczyk. Jest jeszcze jedna sugestia: "roasted shoulder of kid", ale to akurat chyba sobie odpuszczę.


Bodegas Luzón, Altos de Luzon, 2013
pochodzenie: Hiszpania
apelacja: Jumilla DO
odmiany: 50% monastrell, 25% tempranillo, 25% Cabernet Sauvignon
alk.: 14,5%
cena: 97,99 zł (Centrum Wina, Winezja)


Wino otrzymałem do degustacji od ekipy Centrum Wina. Bardzo dziękuję!

czwartek, 11 lipca 2019

Lugana w Warszawie.

Ostatnio bardzo rzadko wybieram się na większe degustacje, głównie z braku czasu, ponieważ spotkania bardzo często odbywają się w takich godzinach, które kolidują z moją pracą. Zdarzają się wyjątki, w moim grafiku trafiają się „dziury” w środku tygodnia, a jeśli przy okazji degustacje/prezentacje odbywają się w godzinach „normalnej” pracy (czyli jest stosunkowo mała szansa, że będzie na niej tłoczno), wtedy szansa na moją obecność jest dość spora.

Od lewej: Wojciech Bońkowski, Carlo Veronese, Tomasz Prange-Barczyński
Tak właśnie było we wtorek 11.06.2019, kiedy do Polski trafili przedstawiciele Consorzio Tutela Lugana DOC, by zaprezentować wina z wymienionej w nazwie konsorcjum apelacji Lugana DOC. Gdyby zsumować liczbę przedstawicieli konsorcjum z liczbą pracowników organizatora imprezy, to okaże się, że na sali stanowili oni mniej więcej połowę zgromadzonych. Odczuwam w takiej chwili spore zażenowanie, goście przyjeżdżają do stolicy jednego z największych krajów europejskich, w której znajdują się setki restauracji, hoteli i winnych biznesów, spotykają raptem garstkę osób, z czego część to blogerzy-amatorzy, tacy jak ja, których wpływ na rynek wina w Polsce jest żaden. Z jednej strony fajnie być w kameralnym gronie osób próbujących bardzo ciekawe wina, ale niesmak (niezwiązany bynajmniej z winami) pozostaje.


Lugana DOC to apelacja (od 1967 roku), w której powstają tylko wina białe, oparte na odmianie winorośli o nazwie turbiana, wytwarzane w pięciu różnych stylach, o których napiszę za chwilę. Na mapie północnych Włoch apelację można łatwo odnaleźć, leży ona na południe od znanego i popularnego wśród turystów jeziora Garda i obejmuje tereny od obleganego Sirmione (północ apelacji) do Pozzolengo i Solferino (południe), na zachodzie apelacji leżą miejscowości Desenzano del Garda i Lonato, natomiast od wschodu zamyka apelację miasteczko Peschiera del Garda. W tej ostatniej miejscowości ma siedzibę Consorzio Tutela Lugana, mająca strzec interesów tutejszych winiarzy i promować ich produkty.


Co do samej odmiany turbiana, to można spotkać też w literaturze inne nazwy uprawianych tutaj gron, często mówi się o nich trebbiano, a dokładniej trebbiano di lugana, bo trebbiano niejedno ma przecież imię (czy może nazwisko), ale jeśli czytając do poduszki będziemy akurat zerkać do „Wine Grapes” Jancis Robinson, to być może, nim sen nas zmorzy, doczytamy, że chodzi o verdicchio bianco - dobrze znane w Marche, choć podobno jednak pochodzące z Veneto (Wenecja Euganejska). Skomplikowane? Może trochę, ale przejdźmy dalej, czas poznać style lugańskich win.

Jest ich pięć, choć pierwszy jest najpopularniejszy (90% produkcji) i jest nazywany po prostu Lugana. To wina o dość jasnej, słomkowej barwie, zwykle oszczędne w nosie, choć potrafią być bardzo aromatyczne, w zapachu kojarzą się z kwiatami. W ustach dość pełne i soczyste. Fermentacja odbywa się w kadziach stalowych, wina te zazwyczaj nie dojrzewają w beczkach, natomiast często zdarza się im stosunkowo długie dojrzewanie na osadzie.


Drugim stylem jest Lugana Superiore, gdzie dopuszcza się udział beczki w dojrzewaniu (przynajmniej rocznym) win. Przekłada się to na ich złożoność, kolor jest ciemniejszy, bardziej intensywny, w nosie pojawiają się nuty ziół i dojrzałych jabłek, a także przypraw i orzechów, w czym swój udział ma właśnie beczka.

Trzecim stylem jest Lugana Reserva. Wina dojrzewają przynajmniej 24 miesiące, z czego 6 miesięcy w butelce. Usta pełne, skoncentrowane, konkretne, w nosie zdarzają się aromaty dymne. Tymi winami już raczej nie chłodzimy się na tarasie (choć zakazu nie ma), ale można się nad nimi dłużej pochylić, warto dać im trochę czasu, by wraz z jego upływem cieszyć się ewolucją zapachów.

Styl numer cztery to wina z późnego zbioru - Lugana Vendemia Tardiva. Produkcja raczej niszowa, zwłaszcza że to najmłodszy rodzaj wina jaki pozwalają produkować przepisy apelacji, producentów można policzyć na palcach. Gronom pozwala się mocno dojrzewać (przejrzewać), zbiorów dokonuje się dopiero na przełomie października i listopada. Tego stylu nie znam, nie piłem, więc wiem tylko tyle, że jest naturalnie słodkie, choć nie tak bardzo jak wina tworzone metodą „passito”, czyli z wysuszonych na rodzynki (już po zbiorach) gron.

Za to miałem okazję spróbować, piątego i ostatniego stylu wina, choć piliśmy je jako pierwsze, bo to wina świetne na aperitif, mowa o winach z bąblami - Lugana Spumante. Mogą być one tworzone metodą tradycyjna (szampańską) czy też metodą Charmata (wtórna fermentacja nie w butelce, ale w kadzi), panuje tu dowolność. Liczy się to, że naturalna kwasowość zapewnia winom rześkość i świeżość, chociaż tym produkowanym metodą szampańską, długo dojrzewającym na osadzie, trudno odmówić złożoności i większej głębi. Tak czy owak, nie są to wina spotykane bardzo często, tak jak napisałem wcześniej, wszystkie  wina poza „zwykłą” Luganą, stanowią łącznie 10% produkcji.

To co warto powiedzieć o winach z Lugany, a w zasadzie o winach zrobionych z verdicchio vel turbiana aka trebbiano di lugana, że całkiem dobrze się starzeją i w ich przypadku pionowe degustacje roczników mają sens. Na degustacji najmłodszym rocznikiem był 2018, najstarszym 2012 (fakt, że reserva), a o żadnym nie można było powiedzieć, że jest zmęczone. Wręcz przeciwnie, młode ze starym mogłoby stawać w szranki i wynik nie byłby jednoznaczny. A i w konkurach być może młodsze nie byłoby lepsze od starszego, czym coraz częściej się pocieszam.

Od lewej: Robert Bartłomiej Dąbrowski, Mariusz Boguszewski
Będąc nie tak dawno temu na zupełnie innej degustacji w Winestory zauważyłem, że na półce stoi stoi sobie butelka Lugany z 2013 roku i zastanawiałem się wówczas nad jej świeżością, w kontekście degustacji win lugańskich. Dwa dni później, w lipcowym numerze Wine Enthusiast znalazłem infografikę dotyczącą roczników win włoskich, które najlepiej pić w 2019 roku. Przy nazwach Lugana i Soave Classico widniały liczby 2009 i 2010.

ⓒ Wine Enthusiast

To coś mówi o potencjale starzenia się tych białych win z okolic Gardy. Zasadnym jednakże jest zadanie pytania, czy sklepowa półka jest odpowiednim miejscem na tak długie przetrzymywanie dość wiekowego jednak rocznika. Zadałem pytanie centrali Wineonline, czy mają coś świeższego i tak w moje ręce wpadły dwie butelki -  jedna z rzeczonego i słabo rotującego rocznika 2013 i jedna z najświeższego chyba obecnie w sprzedaży rocznika 2017. Mówię o winach z Monte del Fra, producenta mającego swą siedzibę poza apelacją Lugana, ale wykorzystującego tu działkę w obrębie miejscowości Peschiera del Garda - tej w której siedzibę ma konsorcjum.


Wina należą do tego najczęściej występującego gatunku, czyli „zwyczajna” Lugana. Na przestrzeni lat zmienił się kształt butelki, w której zamykane jest wino, ale obie zrobione są z ciemnego szkła, teoretycznie powinno to pomóc zachować je dłużej przy życiu, ale gwarancji nie ma. Podoba mi się wypukłe logo na szkle butelki rocznika 2017, która zyskuje w tym momencie kilka punktów na drodze do osiągnięcia szlachectwa. No, ale nie szkło jest najważniejsze, lecz zawartość butelki, przystąpmy zatem do degustacji.


Poza różnicą w wyglądzie butelek, widać wyraźnie jak odmiennie prezentują się one w kieliszkach. Barwa młodszego wina jest blada, jasno słomkowa, niemal platynowa. Rocznik 2013 jest wyraźnie ciemniejszy, głęboko żółty, łatwy do pomylenia z jabłkowym sokiem, oba wina są czyste, klarowne.

W nosie różnice są równie wyraziste - 2017 to aromaty kwiatowe złamane zapachem białych owoców, 2013 to pieczone jabłko, wosk, miód i trochę grzanki.


W ustach można znaleźć wspólny mianownik, jest nim odświeżająca, lekka goryczka w końcówce. Młodsze wino ma w sobie słodki element, który niejako współistnieje z tą goryczką, oba składniki są wyraźnie wyczuwalne jednocześnie. Do tego dochodzi solidna, mirabelkowa kwasowość i może ciut odstający alkohol. Jest go jednak mniej (jeśli wierzyć kontr-etykiecie) niż w roczniku 2013, ale mimo to starszy rocznik wydaje się lepiej poukładany, tu słodycz jest mniej wyczuwalna, nie ma tej pudrowej mdłości, która w roczniku 2017 była wyczuwalna, zwłaszcza zaraz po otwarciu. Oba wina bardzo ciekawie się zmieniają w kieliszku. W 2017 słodycz ulega jednak kwasowości, natomiast ewolucyjne nuty rocznika 2013 tracą na intensywności i odsłaniają sprężystą, młodzieńczą gibkość wina. 


Wszystko oczywiście zależy od preferencji i upodobań degustatora, ale ja jednak jestem skłonny lepiej ocenić rocznik 2013. Aromatycznie wydaje się być ciekawszy, usta są lepiej zrównoważone, struktura zaś nadal jest solidna, niemal nienaruszona. 

Trzeba przyznać rację prelegentom - Lugana potrafi być długowieczna i zaskakuje swym wigorem mimo upływu lat. A trzeba powiedzieć, że mamy do czynienia z winem raczej ze średniej półki. Będąc na Gardą spróbujcie jej koniecznie, być może nawet z risotto z żabą, do którego to dania Lugana smakuje ponoć wyśmienicie.


Dziękuję organizatorom wydarzenia za możliwość uczestnictwa w imprezie. Degustacja odbyła się w lokalu Winisfery przy ul. Chłodnej w Warszawie


Lista degustowanych win:
Olivini, Lugana DOC Spumante Brut, Metodo Classico, 2015
Citari, Lugana DOC Conchiglia, 2018
Zeni, Lugana DOC Margone, 2018
Bulgarini, Lugana DOC 010, 2018
Ca’Maiol, Lugana DOC Molin, 2017
Avanzi, Lugana DOC Riserva Borghetta, 2016
Zenato, Lugana DOC Riserva Sergio Zenato, 2016
Ca’ Dei Frati, Lugana DOC Riserva Brolettino, 2012