wtorek, 26 listopada 2019

Barolo i Chianti w jednym stały domu.


Nawiązując do mojego poprzedniego tekstu dotyczącego win z Bordeaux, w którym przyznałem się do ulegania pokusie wydawania większych pieniędzy na wina z tego regionu (choć niekoniecznie otrzymywania za nie większych emocji), muszę dodać, że równie łatwo namówić mnie na Barolo oraz Chianti Classico. Niestety zbyt często daję się oczarować samej nazwie apelacji i przystępuję do kompulsywnych zakupów bez pogłębionej refleksji. Fakt, że w takich przypadkach także cena odgrywa istotną rolę, wszak nie ma tanich Barolo, a taka "okazja" na półce wyzwala zakupowy impuls, no bo chyba właśnie znaleźliśmy nasz złoty środek - jeszcze niezbyt drogo, a już całkiem dobrze. No niestety. Po otwarciu okazuje się, że jeszcze niezbyt dobrze, a już całkiem drogo.

Taki, zdawało mi się, celny strzał przytrafił mi się w osiedlowym sklepiku, w którym mityczne Barolo upolowałem za jedyne 99 zł. Apelacja wypisana eleganckim zawijasem, nazwa wina już mniej rzucająca się w oczy, za to nazwa producenta niemal w ogóle niedostrzegalna i opisana raczej kodem, niż nazwiskiem. Taki tam Włoch Anonim.


Wino prawdę mówiąc takie sobie, owszem do wypicia, ale nie po to kupuje się Barolo, żeby było tylko do wypicia. Dobrze, że się da, ale za 99 zł to jednak trochę za mało. Do wypicia to jest portugalskie Portas do Tejo, w promocji w pobliskim Tesco za 12,99 zł, ale jak się na nią nie załapiecie to regularna cena jest wyższa o jedyne 2 zł.


A propos Tesco, które wciąż nie wie, co ma ze sobą zrobić w naszym kraju, to jest to miejsce pełne magicznych promocji, często nawet udanych. A to biała Nowa Zelandia za 19,99 zł (całkiem, całkiem)...


...a to hiszpańska czerwona reserva za 14,99 zł (zupełnie przyzwoita)...


... a ostatnio nawet wspomniane wyżej Chianti Classico, w dodatku riserva i to dojrzała, bo chyba można tak powiedzieć o winie z rocznika 2011. No pokażcie mi drugą taką butelkę za 19.99 zł. To wino akurat w odróżnieniu od Barolo jest warte swojej ceny, pije się nieźle, a że z apelacyjnymi tuzami łączy je tylko nazwa, to taki nieistotny szczególik, na który można przymknąć oko. 


Tak więc drodzy czytelnicy, jeśli dotrwaliście do końca tego tekstu, to w nagrodę podzielę się z wami grubą refleksją: sławna apelacja dobrego wina sama nie uczyni. Co? Wiedzieliście to? A to przepraszam.

niedziela, 24 listopada 2019

Historyczne roczniki Bordeaux.


Rzadko ostatnio wychodzę na winne spotkania, chwile wolnego czasu staram się spędzać na spacerach prowadzących mnie raczej w stronę lasu, niż po ścieżkach Dionizosa. Nie zdziczałem jednak do końca i udałem się do siedziby Winicjatywy, gdzie Wojciech Bońkowski w ramach Szkoły Wina Winicjatywy zaprezentował baterię butelek z Bordeaux.


Wina zestawione zostały według klucza najlepszych roczników ostatnich lat, do przetestowania mieliśmy 12 butelek, przy czym pierwsza z nich zawierała w sobie wino białe, pozostałe zaś to wina czerwone.

Poniżej ich pełna lista:

Château Couhins Pessac-Leognan Blanc 2010
Château du Glana Saint-Julien Cru Bourgeois 2016
Château Grand Puy-Ducasse Pauillac 5ème Grand Cru Classé 2015
Château Brane Cantenac Margaux 2ème Grand Cru Classé 2010
Château Sociando-Mallet Haut-Médoc 2009
Château Chasse-Spleen Moulis Grand Cru Exceptionnel 2005
Château Montrose Saint-Estèphe 2ème Grand Cru Classé 2000
Château Lafon-Rochet Saint-Estèphe 4ème Grand Cru Classé 1996
Château Gruaud-Larose Saint-Julien 2ème Grand Cru Classé 1990
Château Léoville–Las Cases Saint-Julien 2ème Grand Cru Classé 1989
Château Sociando-Mallet Haut-Médoc 1985
Château Branaire-Ducru Saint-Julien 4ème Grand Cru Classé 1982

A tak prezentowały się na zdjęciach:



Na tę degustację wybrałem się z kilku powodów. Po pierwsze chciałem zmierzyć się z legendą Bordeaux. Dla mnie są to wina w jakiś sposób magiczne, ale właśnie za sprawą legendy, niż moich osobistych doświadczeń. Piłem wina z tego regionu Francji, ale rzadko kiedy były to wina z górnej półki, te potrafią kosztować naprawdę sporo. I to właśnie drugi powód mojej obecności na spotkaniu - możliwość spróbowania win o uznanym rodowodzie i przekonanie się, czy warte są swoich cen. Trzeci powód chyba był najważniejszy - próba odpowiedzenia sobie na pytanie, czy warto czekać tak długo na otwarcie butelki, wszak najstarsza z nich miała niemal 40 lat, wino powstało, gdy miałem 9 lat, czyli tyle, ile obecnie ma mój syn. 

Czas zatem na moje przemyślenia i wnioski. 

  1. Lubię wina z Bordeaux i je szanuję. Wina z bordoskich apelacji otwieram z większą atencją niż inne, ale mam też wobec nich większe oczekiwania. Zwykle trafiam na wina dobre, choć najczęściej wypijam je w poczuciu, że za wydane na nie pieniądze mogę kupić naprawdę świetne wina z innych krajów Starej Europy. Mimo tego pozornego zawodu nadal łatwiej przychodzi mi wydać 50 euro na Bordeaux, niż 25 euro na wina z innych regionów świata. Zagmatwane? No może trochę.
  2. Po degustacji starsze roczniki uważam za ciekawostkę, fajnie jest spróbować win, które są kamieniami milowymi będącymi odnośnikami do mojego własnego życia. Za każdym razem otwierając starszą butelkę staram się przypomnieć, co działo się w moim świecie z tamtych lat. Dobry powód do odświeżenia wspomnień, przejrzenia kilku starych fotografii. Jednak z ręką na sercu przyznaję, że w tej chwili więcej przyjemności daje mi picie win młodszych, co najwyżej kilkuletnich. 
  3. Czy warto czekać? Na to pytanie łatwiej jest odpowiedzieć, jeśli ma się do dyspozycji ogromne pieniądze i możliwość kupienia kilku skrzynek wina, tak by móc otworzyć co dwa lata butelkę z danego rocznika. Pomnóżmy to razy liczbę interesujących nas producentów i pomyślmy, że takie zakupy trzeba robić co rok. Nie wiem, czy wygrana w Lotto wystarczy… Jeśli więc nie mamy takich pieniędzy, to problem z głowy.
Zaraz po przyjściu z degustacji nie mogłem oprzeć się pokusie i otworzyłem jedną z butelek Bordeaux, jakie ostały się w mojej coraz skromniejszej kolekcji - Château Phélan Ségur 2009 z apelacji Saint-Estèphe.


Wypiłem ze smakiem, uważam, że było dobre, ale w najmniejszym nawet stopniu nie wpłynęło ono na ww. wnioski dotyczące Bordeaux. Niestety. Ale jeszcze jedną butelkę z chęcią bym wypił.

wtorek, 8 października 2019

Prosper Maufoux Cremant de Bourgogne.


To moje drugie podejście do tego musującego wina z Burgundii. Z pierwszym razem szukałem czegoś, co będzie mi przypominało wina z Szampanii, ale jakoś nie udało mi się zbliżyć do pierwowzoru. Oczywiście w świecie moich osobistych wyobrażeń, wszak wiadomo, że nie da się dokładnie i jednoznacznie opisać szampana, podobnie jak i każdego innego wina z jakiejkolwiek apelacji. Poruszamy się w świecie przez nas tworzonym i ocenianym przez pryzmat naszych własnych doświadczeń, cudze notatki pokazują jedynie kierunek poszukiwań, nie opisują zaś nigdy naszej osobistej, właściwej tylko nam, ścieżki prowadzącej przez winny świat. Nie powinienem w ogóle czynić założenia, że wino zrobione metodą tradycyjną, szampańską, ma być szampanem. Ono nie musi i nie może nim być. Jeśli wyjdę z takiego właśnie założenia, raczej nie powinienem się zawieść. Piję więc powoli, próbuję uciec od skojarzeń, ale one jednak uporczywie wracają. Więc jeśli mimo wszystko mam się nimi posłużyć opisując to wino, to atakuje ono podniebienie łagodnie jak prosecco, w końcówce atakuje kwasem, jak porządna cava, natomiast fakturą i perlistością może kojarzyć się z szampanem. Ale jest to cremant z Burgundii. Pozwólmy mu być sobą. Na zdrowie!




wino: Prosper Maufoux, Cremant de Bourgogne
pochodzenie: Francja, Burgundia
odmiany: pinot noir, chardonnay
alk.: 12%
cena: 70 zł (Winestory)


Wino kupiłem w sieci Winestory.

poniedziałek, 23 września 2019

Musujący weekend.

Przypominają mi się czasy, kiedy to z niechęcią spoglądałem na wina musujące, a ich degustacja nie była dla mnie najprzyjemniejszym przeżyciem. Dziś jest zupełnie odwrotnie, wina musujące pijam często i coraz większy jest ich udział w moim zakupowym koszyku. Szampany to może jeszcze nie są moje wina codzienne, ale cavy i cremanty już tak, prosecco chwilowo staram się omijać, choć nie unikam na siłę, zwłaszcza tych najbardziej wytrawnych.

Ostatnio uzupełniłem zapas win musujących, ale nie na długo, cztery wina poszły w czasie weekendu, jednak nie martwcie się tym, że uległem zgubnemu nałogowi, nie piłem sam.

Na pierwszy ogień poszła cava, którą miałem okazję pić już wcześniej, choć z innego rocznika, bo to akurat cava oznaczona rocznikiem, co wcale nie jest takie oczywiste. Sumarroca Cava Brut Reserva 2016 to wino na wskroś wytrawne, kwasowe, raczej kościste. Owoc spod znaku zielonego jabłka i śliwki mirabelki. Bardzo dobre, ale jak ktoś szuka w butelce lekkości i delikatnej słodyczy prosecco, to może być nieco zawiedziony tym winem.


Jako drugie wino do kieliszków trafił cremant z Alzacji od znanego producenta Wolfberger. O tych winach było swego czasu głośno w Polsce i mogły trafić do szerokiego grona odbiorców za sprawą Biedronki, która najpierw sprzedawała musującego Wolfbergera zrobionego z rieslinga, a w drugim rzucie wino zrobione z odmiany pinot gris. Oba wina, jak i resztę szerokiego portfolio widziałem ostatnio podczas krótkiego pobytu w Colmar, ale tam zaopatrzyłem się w wina spokojne i od innych producentów. Po powrocie do Polski nie mogłem się jednak oprzeć pokusie i kupiłem je w naszym ursynowskim Leclerku. Cena jego jest jednak znacznie wyższa niż ta w Colmar, o cenach Biedronki nawet nie wspomnę, musieli wówczas wynegocjować naprawdę dobrą ofertę od producenta, bo 29,99 zł na półce w owadzim markecie, to nawet nie była połowa ceny, za którą kupiłem wino w Leclerku. No ale nie o cenach miałem mówić, a o winie, które zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie. Było wytrawne, choć nieco mniej kwasowe niż Sumarroca, łagodniej obchodziło się z podniebieniem i wydawało się bardziej krągłe, bardziej pełne i bogatsze w owocowy komponent. Nie żałowaliśmy wydanych pieniędzy.


Trzecim winem, które mieliśmy przyjemność pić (prawdziwą przyjemność, nie chodzi mi tylko o kurtuazyjny zwrot) było wino różowe pochodzące znad Doliny Loary, z apelacji Touraine. Podobnie jak poprzednie opisywane wina, tak i to wykonane zostało metodą tradycyjną, ale sama metoda nie gwarantuje jeszcze, że wina będą równie finezyjne, jak te z Szampanii. Można zaklinać rzeczywistość, ale prawda jest taka, że szampańskiemu wzorcowi wcale nie tak łatwo sprostać. Mimo to muszę powiedzieć, że nam się ono kojarzyło właśnie najbardziej z szampanami. Piłem to wino po raz drugi, za pierwszym razem próbowałem je w towarzystwie moich ursynowskich sąsiadów zdradzających ciągoty do wina (no dobra, to są ludzie z branży) i wszyscy, jak jeden mąż, choć były wśród nas i niewiasty, z uznaniem wyrażaliśmy się o tym winie. Z pewnością będę chciał je powtórzyć, choć upolowanie go nie jest łatwe, zbyt szybko znika ze sklepowej półki.


Czwartym i ostatnim winem był cremant z Burgundii, co do którego nasze oczekiwania były największe, zwłaszcza że i jego cena w tym zestawieniu była topowa. W charakterze przypominało ono jednak to, co oferowała tańsza cava. W żaden sposób nie chciałbym deprecjonować tego wina, ponieważ niewątpliwie było smaczne i fajnie zrobione, tyle że rozjechało się z naszymi oczekiwaniami. To wino również chciałbym powtórzyć, tyle że już bez obecności konkurencji i ze świeższą głową, wszak nadmiar wrażeń może czasem człowiekowi lekko pomieszać zmysły.



Wina Sumarroca Cava Brut Reserva 2016 i Prosper Maufoux Cremant de Bourgogne kupiłem w sieci Winestory, Wolfberger Cremant d'Alsace Pinot Gris oraz Blanc Foussy Grande Cuvee Brut 2015 kupiłem w Leclerku na warszawskim Ursynowie.

poniedziałek, 29 lipca 2019

Bodegas Luzón, Altos de Luzón 2013.


Wino Altos de Luzón trafiło do mnie z okazji Świąt Bożego narodzenia, o czym mogliście przeczytać wcześniej. Teraz przyszedł czas na jego wypicie. Czerwone wina niespecjalnie mnie przerażają w upały, choć przyznać muszę, że nie były one dokuczliwe w momencie, gdy otwierałem to wino. Z drugiej strony Hiszpanie też nie czekają na zimę czy późną jesień, żeby wychylić lampkę (czy poważny bloger powinien używać tego słowa?) wina, więc może trzeba skończyć z tymi bzdurami o kolorach wina i odpowiednich dla nich porach roku. Otworzyłem, bo miałem ochotę i tyle.


Wino pochodzi z rocznika 2013, czyli już trochę czasu spędziło w butelce, ale otwierając je nawet nie pomyślałem o tym, w jakim może być stanie. Jak się okazało wino miało formę młodzieńca, bez najmniejszych oznak zmęczenia. Winogrona, z których powstało, dojrzewały na 50-letnich krzewach trzech odmian: monastrell, cabernet sauvignon i tempranillo. Wszystkie odznaczają się sporą naturalną kwasowością, co w połączeniu z potężną dawką alkoholu i solidnymi taninami może tłumaczyć dobrą formę wina. Moim zdaniem, a mówię to jako amator na podstawie intuicji, a nie wiedzy, najlepsze lata ma ono jeszcze przed sobą. W ustach czuć solidną strukturę wina, kwasowość rzeczywiście gra tu pierwsze skrzypce, choć po chwili do głosu dochodzi też owoc - pozbawiona słodyczy czereśnia z lekkimi nutami przypraw i delikatną goryczką pestki.


Podsumowując - jest to wino z potencjałem, mam wrażenie, że wypiłem je za wcześnie, choć przecież długo czekało u mnie na swoją kolej, co z kolei zaczęło mnie już lekko mentalnie uwierać. Czuję, że trzeba będzie do tego wina jeszcze kiedyś wrócić. Być może trzeba będzie je wypić do jakiejś sugerowanej przez producenta potrawy. Wśród nich są między innymi dania z dzikiego ptactwa, niebieskich serów czy ryb takich jak łosoś czy tuńczyk. Jest jeszcze jedna sugestia: "roasted shoulder of kid", ale to akurat chyba sobie odpuszczę.


Bodegas Luzón, Altos de Luzon, 2013
pochodzenie: Hiszpania
apelacja: Jumilla DO
odmiany: 50% monastrell, 25% tempranillo, 25% Cabernet Sauvignon
alk.: 14,5%
cena: 97,99 zł (Centrum Wina, Winezja)


Wino otrzymałem do degustacji od ekipy Centrum Wina. Bardzo dziękuję!

czwartek, 11 lipca 2019

Lugana w Warszawie.

Ostatnio bardzo rzadko wybieram się na większe degustacje, głównie z braku czasu, ponieważ spotkania bardzo często odbywają się w takich godzinach, które kolidują z moją pracą. Zdarzają się wyjątki, w moim grafiku trafiają się „dziury” w środku tygodnia, a jeśli przy okazji degustacje/prezentacje odbywają się w godzinach „normalnej” pracy (czyli jest stosunkowo mała szansa, że będzie na niej tłoczno), wtedy szansa na moją obecność jest dość spora.

Od lewej: Wojciech Bońkowski, Carlo Veronese, Tomasz Prange-Barczyński
Tak właśnie było we wtorek 11.06.2019, kiedy do Polski trafili przedstawiciele Consorzio Tutela Lugana DOC, by zaprezentować wina z wymienionej w nazwie konsorcjum apelacji Lugana DOC. Gdyby zsumować liczbę przedstawicieli konsorcjum z liczbą pracowników organizatora imprezy, to okaże się, że na sali stanowili oni mniej więcej połowę zgromadzonych. Odczuwam w takiej chwili spore zażenowanie, goście przyjeżdżają do stolicy jednego z największych krajów europejskich, w której znajdują się setki restauracji, hoteli i winnych biznesów, spotykają raptem garstkę osób, z czego część to blogerzy-amatorzy, tacy jak ja, których wpływ na rynek wina w Polsce jest żaden. Z jednej strony fajnie być w kameralnym gronie osób próbujących bardzo ciekawe wina, ale niesmak (niezwiązany bynajmniej z winami) pozostaje.


Lugana DOC to apelacja (od 1967 roku), w której powstają tylko wina białe, oparte na odmianie winorośli o nazwie turbiana, wytwarzane w pięciu różnych stylach, o których napiszę za chwilę. Na mapie północnych Włoch apelację można łatwo odnaleźć, leży ona na południe od znanego i popularnego wśród turystów jeziora Garda i obejmuje tereny od obleganego Sirmione (północ apelacji) do Pozzolengo i Solferino (południe), na zachodzie apelacji leżą miejscowości Desenzano del Garda i Lonato, natomiast od wschodu zamyka apelację miasteczko Peschiera del Garda. W tej ostatniej miejscowości ma siedzibę Consorzio Tutela Lugana, mająca strzec interesów tutejszych winiarzy i promować ich produkty.


Co do samej odmiany turbiana, to można spotkać też w literaturze inne nazwy uprawianych tutaj gron, często mówi się o nich trebbiano, a dokładniej trebbiano di lugana, bo trebbiano niejedno ma przecież imię (czy może nazwisko), ale jeśli czytając do poduszki będziemy akurat zerkać do „Wine Grapes” Jancis Robinson, to być może, nim sen nas zmorzy, doczytamy, że chodzi o verdicchio bianco - dobrze znane w Marche, choć podobno jednak pochodzące z Veneto (Wenecja Euganejska). Skomplikowane? Może trochę, ale przejdźmy dalej, czas poznać style lugańskich win.

Jest ich pięć, choć pierwszy jest najpopularniejszy (90% produkcji) i jest nazywany po prostu Lugana. To wina o dość jasnej, słomkowej barwie, zwykle oszczędne w nosie, choć potrafią być bardzo aromatyczne, w zapachu kojarzą się z kwiatami. W ustach dość pełne i soczyste. Fermentacja odbywa się w kadziach stalowych, wina te zazwyczaj nie dojrzewają w beczkach, natomiast często zdarza się im stosunkowo długie dojrzewanie na osadzie.


Drugim stylem jest Lugana Superiore, gdzie dopuszcza się udział beczki w dojrzewaniu (przynajmniej rocznym) win. Przekłada się to na ich złożoność, kolor jest ciemniejszy, bardziej intensywny, w nosie pojawiają się nuty ziół i dojrzałych jabłek, a także przypraw i orzechów, w czym swój udział ma właśnie beczka.

Trzecim stylem jest Lugana Reserva. Wina dojrzewają przynajmniej 24 miesiące, z czego 6 miesięcy w butelce. Usta pełne, skoncentrowane, konkretne, w nosie zdarzają się aromaty dymne. Tymi winami już raczej nie chłodzimy się na tarasie (choć zakazu nie ma), ale można się nad nimi dłużej pochylić, warto dać im trochę czasu, by wraz z jego upływem cieszyć się ewolucją zapachów.

Styl numer cztery to wina z późnego zbioru - Lugana Vendemia Tardiva. Produkcja raczej niszowa, zwłaszcza że to najmłodszy rodzaj wina jaki pozwalają produkować przepisy apelacji, producentów można policzyć na palcach. Gronom pozwala się mocno dojrzewać (przejrzewać), zbiorów dokonuje się dopiero na przełomie października i listopada. Tego stylu nie znam, nie piłem, więc wiem tylko tyle, że jest naturalnie słodkie, choć nie tak bardzo jak wina tworzone metodą „passito”, czyli z wysuszonych na rodzynki (już po zbiorach) gron.

Za to miałem okazję spróbować, piątego i ostatniego stylu wina, choć piliśmy je jako pierwsze, bo to wina świetne na aperitif, mowa o winach z bąblami - Lugana Spumante. Mogą być one tworzone metodą tradycyjna (szampańską) czy też metodą Charmata (wtórna fermentacja nie w butelce, ale w kadzi), panuje tu dowolność. Liczy się to, że naturalna kwasowość zapewnia winom rześkość i świeżość, chociaż tym produkowanym metodą szampańską, długo dojrzewającym na osadzie, trudno odmówić złożoności i większej głębi. Tak czy owak, nie są to wina spotykane bardzo często, tak jak napisałem wcześniej, wszystkie  wina poza „zwykłą” Luganą, stanowią łącznie 10% produkcji.

To co warto powiedzieć o winach z Lugany, a w zasadzie o winach zrobionych z verdicchio vel turbiana aka trebbiano di lugana, że całkiem dobrze się starzeją i w ich przypadku pionowe degustacje roczników mają sens. Na degustacji najmłodszym rocznikiem był 2018, najstarszym 2012 (fakt, że reserva), a o żadnym nie można było powiedzieć, że jest zmęczone. Wręcz przeciwnie, młode ze starym mogłoby stawać w szranki i wynik nie byłby jednoznaczny. A i w konkurach być może młodsze nie byłoby lepsze od starszego, czym coraz częściej się pocieszam.

Od lewej: Robert Bartłomiej Dąbrowski, Mariusz Boguszewski
Będąc nie tak dawno temu na zupełnie innej degustacji w Winestory zauważyłem, że na półce stoi stoi sobie butelka Lugany z 2013 roku i zastanawiałem się wówczas nad jej świeżością, w kontekście degustacji win lugańskich. Dwa dni później, w lipcowym numerze Wine Enthusiast znalazłem infografikę dotyczącą roczników win włoskich, które najlepiej pić w 2019 roku. Przy nazwach Lugana i Soave Classico widniały liczby 2009 i 2010.

ⓒ Wine Enthusiast

To coś mówi o potencjale starzenia się tych białych win z okolic Gardy. Zasadnym jednakże jest zadanie pytania, czy sklepowa półka jest odpowiednim miejscem na tak długie przetrzymywanie dość wiekowego jednak rocznika. Zadałem pytanie centrali Wineonline, czy mają coś świeższego i tak w moje ręce wpadły dwie butelki -  jedna z rzeczonego i słabo rotującego rocznika 2013 i jedna z najświeższego chyba obecnie w sprzedaży rocznika 2017. Mówię o winach z Monte del Fra, producenta mającego swą siedzibę poza apelacją Lugana, ale wykorzystującego tu działkę w obrębie miejscowości Peschiera del Garda - tej w której siedzibę ma konsorcjum.


Wina należą do tego najczęściej występującego gatunku, czyli „zwyczajna” Lugana. Na przestrzeni lat zmienił się kształt butelki, w której zamykane jest wino, ale obie zrobione są z ciemnego szkła, teoretycznie powinno to pomóc zachować je dłużej przy życiu, ale gwarancji nie ma. Podoba mi się wypukłe logo na szkle butelki rocznika 2017, która zyskuje w tym momencie kilka punktów na drodze do osiągnięcia szlachectwa. No, ale nie szkło jest najważniejsze, lecz zawartość butelki, przystąpmy zatem do degustacji.


Poza różnicą w wyglądzie butelek, widać wyraźnie jak odmiennie prezentują się one w kieliszkach. Barwa młodszego wina jest blada, jasno słomkowa, niemal platynowa. Rocznik 2013 jest wyraźnie ciemniejszy, głęboko żółty, łatwy do pomylenia z jabłkowym sokiem, oba wina są czyste, klarowne.

W nosie różnice są równie wyraziste - 2017 to aromaty kwiatowe złamane zapachem białych owoców, 2013 to pieczone jabłko, wosk, miód i trochę grzanki.


W ustach można znaleźć wspólny mianownik, jest nim odświeżająca, lekka goryczka w końcówce. Młodsze wino ma w sobie słodki element, który niejako współistnieje z tą goryczką, oba składniki są wyraźnie wyczuwalne jednocześnie. Do tego dochodzi solidna, mirabelkowa kwasowość i może ciut odstający alkohol. Jest go jednak mniej (jeśli wierzyć kontr-etykiecie) niż w roczniku 2013, ale mimo to starszy rocznik wydaje się lepiej poukładany, tu słodycz jest mniej wyczuwalna, nie ma tej pudrowej mdłości, która w roczniku 2017 była wyczuwalna, zwłaszcza zaraz po otwarciu. Oba wina bardzo ciekawie się zmieniają w kieliszku. W 2017 słodycz ulega jednak kwasowości, natomiast ewolucyjne nuty rocznika 2013 tracą na intensywności i odsłaniają sprężystą, młodzieńczą gibkość wina. 


Wszystko oczywiście zależy od preferencji i upodobań degustatora, ale ja jednak jestem skłonny lepiej ocenić rocznik 2013. Aromatycznie wydaje się być ciekawszy, usta są lepiej zrównoważone, struktura zaś nadal jest solidna, niemal nienaruszona. 

Trzeba przyznać rację prelegentom - Lugana potrafi być długowieczna i zaskakuje swym wigorem mimo upływu lat. A trzeba powiedzieć, że mamy do czynienia z winem raczej ze średniej półki. Będąc na Gardą spróbujcie jej koniecznie, być może nawet z risotto z żabą, do którego to dania Lugana smakuje ponoć wyśmienicie.


Dziękuję organizatorom wydarzenia za możliwość uczestnictwa w imprezie. Degustacja odbyła się w lokalu Winisfery przy ul. Chłodnej w Warszawie


Lista degustowanych win:
Olivini, Lugana DOC Spumante Brut, Metodo Classico, 2015
Citari, Lugana DOC Conchiglia, 2018
Zeni, Lugana DOC Margone, 2018
Bulgarini, Lugana DOC 010, 2018
Ca’Maiol, Lugana DOC Molin, 2017
Avanzi, Lugana DOC Riserva Borghetta, 2016
Zenato, Lugana DOC Riserva Sergio Zenato, 2016
Ca’ Dei Frati, Lugana DOC Riserva Brolettino, 2012

środa, 19 czerwca 2019

Winnica Gostchorze, GostArt, 2015.


To musujące wino wykonane metodą szampańską, choć nie pamiętam czy akurat ten rocznik, piłem na Zlocie Blogerów Winnych i doskonale je zapamiętałem po profilu aromatycznym, który zaraz po otwarciu butelki kojarzył mi się ze swojskim zapachem bigosu (mocno) oraz skórką od chleba (znacznie mniej intensywnie). W ustach bardzo wyraźna kwasowość, która konkuruje tu z wrażeniem tłustości wina. Bąbelki są bardzo drobne, doskonale wyczuwalne na języku, choć oko trzeba wytężyć, by się im dokładniej przyjrzeć.


Kontretykieta wspomina o kwiatowym bukiecie, ja jednak będę upierał się przy swoim opisie. Co więcej, chciałbym by rzeczywiście towarzyszyło dobremu bigosowi, ale obawiam się, że to nie tym razem, zawartość butelki znika w zbyt szybkim tempie. Z tego miejsca apeluję do czytelników mojego bloga, którzy przy okazji mieszkają w Warszawie, aby zabawili się w sygnalistów i dali mi znać, w którym sklepie mogę je sobie dokupić. Chcę przez to powiedzieć, że mi smakuje, choć dla wielu kapuściana nuta mogłaby się wydawać złą rekomendacją. Dla jasności dodam, że z czasem traci ona na intensywności, choć w tempie wolniejszym od prędkości ulatniania się wina z kieliszka (butelki).


Winnica Gostchorze, GostArt, 2015
wino musujące
Polska, Krosno Odrzańskie, woj. lubuskie
Odmiany: riesling, pinot gris, pinot blanc
Alk.: 11%
Cena: 51 zł (za ostatnią sztukę w sklepie Prosto z palety)

środa, 12 czerwca 2019

Clos Montebuena, Selección Particular, 2016


Hiszpańskie wina Clos Montebuena są moim zdaniem jednymi z najlepszych win, jakie możecie kupić w sieci Biedronka. Staram się pić je w miarę regularnie, testować kolejne pojawiające się na półkach roczniki, szczególnie te z linii reserva, które pojawiają się rzadziej, na pewno nie w każdym roczniku, przynajmniej nie w Biedronce. Byłem święcie przekonany, że notatki z ich degustacji zamieszczałem na blogu, ale próbując je odnaleźć natknąłem się tylko na jeden wpis wspominający o Clos Montebuena Reserva 2013. Dziwne. Kolejne wzmianki znalazłem na profilu FB mojego bloga, ale jestem przekonany, że piłem te wina częściej. Dowodów jednak nie ma, trudno.

Dziś wracam zatem do rocznika najświeższego, jaki można obecnie kupić, przy czym - nie wiem dlaczego - nazwa wina zmieniła się z Reserva na Selección Particular, wzór etykiety pozostał jednak niezmieniony. Strona internetowa od dawna nieaktualizowana, koncern Araex niespecjalnie przykłada się do publikowania świeżych danych na temat swoich win, nie pozostaje mi nic innego, jak odkorkować wino i osobiście sprawdzić, co zawiera butelka.

A jest moim zdaniem całkiem nieźle. Często narzeka się na przebeczkowanie win z Riojy, ale w tym wypadku nie mogę marudzić, nuty odbeczkowe nie przeszkadzają w odbiorze tego ładnie poukładanego wina, z wyraźnie zaznaczonym owocem i przyjemną, wyraźną, lecz gładką taniną. Także alkohol „nie odstaje”, co zdarzało się w przeszłości, choć w większym stopniu dotyczyło to raczej tańszej (niebieskiej) etykiety Montebuena. Bardzo przyjemnie piło mi się to wino i wydaje mi się, że jest jednym z lepszych roczników, jakie można było kupić w Polsce.

Odgrażałem się, choć dziś już nie mam pewności, czy wyartykułowałem to na zewnątrz, czy może tylko w sobie, że kupię więcej butelek z danego rocznika i potrzymam w piwnicy na przyszłość. Do tej pory mi się nie udawało, ale dziś naprawdę mam ochotę to zrobić.


Clos Montebuena, Selección Particular, 2016
Hiszpania, Rioja Alavesa
odmiany: 100% temparnillo
alk.: 14%
cena: 29,99 zł (Biedronka)



wtorek, 4 czerwca 2019

Gnarly Head, Old Vine Zinfandel, 2016


Porównując ofertę win Gnarly Head w Centrum Wina z tym, co można znaleźć na stronie producenta, to przyznać trzeba, że prezentuje się ona dość skromnie. Raptem trzy wina, w tym jedno ze starszą etykietą - Gnarly Head Pinot Noir, odbiegającą od nowego wzoru oraz Gnarly Head Viognier, którego nie udało mi się już na stronie producenta odnaleźć. W moje ręce trafiło jednak trzecie wino z tej listy - Gnarly Head Old Vine Zinfandel 2016, które i w internecie, i na sklepowej półce wygląda podobnie. Jak wskazuje nazwa, wino zrobione jest z odmiany zinfandel (we Włoszech występującej jako primitivo, a w Chorwacji jako crljenak kaštelanski lub tribidrag), przy czym wiek winorośli waha się między 35 a 80 lat, stąd oznaczenie Old Vine. Odmiana zinfandel jest odmianą wysokocukrową, więc jeśli podczas fermentacji drożdże przerobią cały cukier, to powstaje wino o sporej zawartości alkoholu, jeśli zaś wino jest mniej alkoholowe, to zazwyczaj lepiej wyczuwalny w nim jest cukier resztkowy. Być może przez taki, a nie inny charakter Polacy tak bardzo kochają primitivo i zinfandele - tu nie ma złej opcji, lubimy by było mocno, lubimy by było słodko, idealnie jakby dało się to pogodzić w jednej butelce.

Postanowiłem sprawdzić na własnym organizmie, co ze mną zrobi butelka starego zinfandela, co obiecywałem Wam opisując wino 3 Finger Jack. Tak mi się przynajmniej zdaje. Liczyłem na podobne doznania, ale wiecie już doskonale z innego mojego tekstu o The Big Top Zinfandel, że wina z tego samego szczepu, tego samego regionu i tego samego rocznika nie muszą być do siebie podobne, co więcej mogą się od siebie znacząco różnić. Wszystko zależy od umiejętności poszczególnych winiarzy i decyzji jakie podejmują w winnicy i „na zakładzie”. Krótko mówiąc, ci od 3 Finger Jack’a dali radę, ci od The Big Top Zinfandel nie bardzo. Otwierając butelkę Gnarly Head miałem nadzieję na emocje, jakich dostarczył mi awanturnik z Dzikiego Zachodu.

Niestety, krzepkie mięśnie, zadziorność i ostre rysy 3 Finger Jacka robią o wiele lepsze wrażenie niż wiotka postura, gładko wypudrowana twarz i waniliowa perfuma charakteryzująca wino Gnarly Head. Ciekawa etykieta przyciąga wzrok i kusi by wino kupić, ale wnętrze butelki wypełnione zostało mdłym, słodkawym płynem o niezbyt wyszukanych aromatach i dość wątłej strukturze. Co ciekawe, wino to ma dość dobre opinie, wielu osobom smakuje i jest nawet wychwalane. Widać ludzie lubią takie słodkie pluszaki. Ja chciałem napisać, że raczej się nie skuszę na drugą butelkę, ale zmieniłem zdanie. Obiecałem sobie, że sięgnę jeszcze po pinot noir od tego producenta, więc przy okazji kupię jeszcze raz zinfandela. Jedna butelka może zmylić, ale druga powinna potwierdzić moje odczucia i wtedy wszystko będzie jasne. Albo im zaprzeczyć i zrobi się ciekawie. Pożyjemy, zobaczymy!


Gnarly Head Old Vine Zinfandel, 2016
USA, Kalifornia, Lodi AVA
odmiany: 100% zinfandel
alk.: 14,5%
cena: 79 zł (Centrum Wina, Winezja.pl)


sobota, 6 kwietnia 2019

Adega Monte Branco.


Przyznam się Wam, nie pamiętam, czy po raz pierwszy, czy może się powtarzam, ale lubię wina czerwone bardziej niż białe, o różowych nie wspominając. Mam w zwyczaju również zostawiać to co najlepsze na koniec, więc z werwą rozprawiłem się z zapasami białego wina (różowe kupuję sporadycznie i raczej na zalegają w moim składziku), by móc podciągać z największą przyjemnością tylko wina czerwone. Tak też przez ostatnich kilka dni czy nawet tygodni było, ale przesyłka z Amazis.net zaburzyła ten, zdawałoby się już ustabilizowany, stan rzeczy, bo kartonie znalazłem po jednym winie z każdego koloru: białe, różowe i czerwone. To nowość w portfolio poznańskiego importera, wina z Adega Monte Branco, winiarni na czele której stoi Luís Louro, syn innego portugalskiego producenta wina - Miguela Louro (Quinta do Mouro).

Próbki, które otrzymałem, należą do linii Alento, która ma prezentować charakter typowych odmian uprawianych w regionie Alentejo. Wszystkie wina, łącznie z czerwonym przeznaczone są do szybkiego wypicia. Nie chodzi mi o szybkie opróżnianie butelki w bramie, ale o wypicie jej w niedługim czasie po zabutelkowaniu.


Alento Branco 2017 jest mieszanką odmian arinto (50%), antão vaz (40%) oraz roupeiro (10%). Jest czyste, blado słomkowe i dość oleiste. Nos, zwłaszcza przy winie zbyt chłodnym jest dość oszczędny, w miarę wzrastania temperatury pojawiają się najpierw nuty gruszki, potem trochę moreli i jasnych śliwek. Kwasowość wyraźnie zaznaczona, w końcówce pojawia się nuta goryczki. Wino pije się bardzo dobrze, brak mu może jakiegoś wyraźnego rysu, jest przez to nieco anonimowe, ale ogólnie pozostawia dobre wrażenie.


Alento Rose 2017 jest mieszanką odmian aragonez (85%) oraz touriga nacional (15%). Tego wina bałem się najbardziej znając moją "miłość" do win różowych. Zupełnie niepotrzebnie. Nie wiem zresztą, czy to nie jest dobry moment, by nie zmienić swego nastawienia do rose. Fraza definiująca wina różowe jako "ni to białe, ni czerwone" jest tak banalna, że aż głupio mi przyznać się do jej używania, czy wręcz nadużywania. Do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. W każdym razie pijąc to smaczne wino o delikatnym truskawkowym posmaku, doszedłem do wniosku, że nie wiem dlaczego nie lubię win różowych i w zasadzie nie ma powodu, by pielęgnować swoje uprzedzenia.


Alento Tinto 2017 jest mieszanką odmian aragonez (40%), trincadeira (40%), alicante bouschet (10%) oraz touriga nacional (10%). Po pierwszej próbce tego wina zaświtała mi od razu myśl, że wino jest bardzo neutralne i bezpieczne w piciu. Nie brakuje mu owocu, taniny są nawet mocne, ale jednocześnie dość miękkie. Kwasowość trzyma wino w ryzach, natomiast alkohol, którego jest dość sporo, ukrywa się całkiem skutecznie. Pije się to dobrze, choć znów trudno mówić o jakiejś oryginalności i wyjątkowości, trzeba natomiast pamiętać, że mamy do czynienia z winami, których cena zbliżona jest do 30 zł.


Za niecałe 100 zł otrzymujemy zestaw przyzwoitych, ładnie zrobionych win. Białe sprawdzi się doskonale podczas leniwego spędzania czasu na tarasie, czerwone będzie znakomitym winem do obiadu, natomiast różowe umili filmowy wieczór przed telewizorem w towarzystwie ulubionych przekąsek. Dla mnie ma to sens.

Dziękuję Amazis.net za udostępnienie win do degustacji.

czwartek, 21 lutego 2019

Redentore Prosecco Millesimato 2018.


Wino o barwie blado-słomkowej, bardzo pieniste, z drobnymi, eleganckimi bąblami. W smaku dominuje dojrzała, choć kwaśna mirabelka mieszająca się z soczystą papierówką, w nosie podobne. Cukier, o ile go wyczujecie, nie powinien przeszkadzac. Jeśli dobrze pamiętam, to Millesimato piłem kilkukrotnie, zawsze umieszczając je po stronie tych bardziej udanych prosecco. Ta druga strona jest niestety liczniejsza, nawet obiecałem sobie wstrzemięźliwość w zakupach tego popularnego gatunku win. Ale Redentore przyniosła żona i przekazała mężowi z życzeniami zdrowia, więc piję za zdrowie jej i swoje.

Czuję się całkiem dobrze.


De Stefani, Redentore Prosecco Brut Millesimato 2018
odmiany: 100% glera,
alk.: 11%
importer: M&P Pavlina



poniedziałek, 24 grudnia 2018

The Big Top Zinfandel.


Być może pamiętacie mój wpis o winie 3 Finger Jack, kalifornijskim zinfandelu z Lodi, które to wino wzięło swą nazwę od pewnego awanturnika z Dzikiego Zachodu. To było wino zadziorne, charakterne, ale ogólnie rzecz biorąc bardzo przyzwoite, umilające spędzony z nim czas.

Dziś wracam z kolejnym zinfandelami, w czas co prawda świąteczny, ale o żadnym parowaniu win z jedzeniem mowy nie będzie. Mowa zresztą też będzie krótka, bo wina które miałem okazję spróbować nie są raczej warte szczególnej uwagi. Jeśli chodzi o etykietę, to wyglądają niemal identyczne, różną się tylko liczbą wskazującą rocznik zbiorów winogron. W kieliszku różnice są znacznie większe.

Rocznik 2015 jest mega zabity deską, ale to tak, że winopijcy narzekający na często przebeczkowane wina hiszpańskie, z przyjemnością do nich wrócą, zachwycając się przy okazji ich delikatnością. Tu dębowe wióry zagłuszają dramatyczny krzyk rozpaczy wędzonej śliwki próbującej dotrzeć jakoś do podniebienia, ale efekt tych starań jest dość marny. W dodatku posmak dębiny bardzo długo utrzymuje się w ustach i naprawdę nie jest to przyjemne. Kwasowość w średnich rejestrach, tanina też obecna, choć teraz nie wiem za bardzo, gdzie szukać jej źródeł.

Rocznik 2016 to zupełnie inna para kaloszy. Tu mamy wino owocowe, o dość przyjemnym aromacie, w smaku nieco przypominające wiśniowy kompot. Oprócz tego kawa i przyprawy, dębina też obecna, ale w znacznie mniejszym natężeniu. Ogólnie wrażenie znacznie lepsze, ale daleki jestem od emocjonowania się tym winem. Zły policjant, na tle bardzo złego policjanta, wydaje się być policjantem dobrym, choć to nie do końca prawda. W przypadku obu win przeszkadza też gorzka końcówka i wysoka zawartość alkoholu (14,0% - 2015; 14,5% - 2016). No, ale taki urok odmiany zinfandel/primitivo, trzeba to zaakceptować.

Rocznik 2016 wydaje się w tym przypadku lepszym wyborem, ale jeśli miałbym Wam coś zasugerować, to może jednak poszukajcie zinfandeli gdzie indziej. Ja płaciłem za wina ok. 50 zł za butelkę (Rossmann), ale znalazłem też tańsze oferty z przedziału 35-40 zł, więc jeśli chcecie to proszę bardzo. Ale nie mówcie potem, że nie ostrzegałem.

środa, 19 grudnia 2018

Grzeczny chłopiec.

Miła świąteczna niespodzianka trafiła do mnie od Ambry SA - właściciela sieci sklepów Centrum Wina (w tym tego obok mojej pracy, choć zakładam, że nie powstał tylko dla mnie 😉) oraz sklepu internetowego Winezja (w którym miałem okazję i przyjemność robić zakupy nie raz). Niespodzianka przyjemna podwójnie, bo ktoś jednak przeczytał (nie twierdzę, że z przyjemnością) moje blogowe wpisy i selekcja win wydaje się być wcale nieprzypadkowa.


Jak się pewnie domyślacie Manzanilla La Jaca będzie dla mnie materiałem edukacyjnym pogłębiającym moją wiedzę na temat Sherry, natomiast Altos de Luzón trafia w mój gust ze względu na zawartość odmian innych, niż powszechnie występujące w Hiszpanii tempranillo; tu pierwsze skrzypce odgrywa monastrell (znany gdzie indziej, jako mourvèdre), a tempranillo wraz z cabernet sauvignon zajmują pozycję na pozór wycofaną, choć w gruncie rzeczy nie mniej ważną. Kupaże - tu nieodmiennie podzielam zdanie Franka Smuldersa - często bywają lepsze od win jednoodmianowych, choć i w tym przypadku nie zamierzam tracić energii na budowanie okopów, z których chyłkiem będę musiał w razie czego czmychać. Degustacje win będą dla nich najlepszym sprawdzianem, a prawda o nich, choćby niewygodna, lepsza od lukrowanego kłamstwa.

Dziękując Ambrze za życzenie chciałbym odwdzięczyć się jej, ale i innym miłośnikom wina, tym samym: wszystkiego najlepszego z okazji świąt Bożego Narodzenia i oby w Nowym - 2019 - Roku moglibyśmy pić wina takie, na jakie mamy ochotę.

środa, 12 grudnia 2018

Lidl na grudzień.

Pierwszym prezentem otrzymanym w tegoroczne Mikołajki była przesyłka z dwoma winami z Lidla, będącymi zwiastunem nowej, grudniowej oferty alkoholi. Nie piszę win, bo w katalogu są i inne napitki; wódki chwilowo interesują mnie średnio, ale whisky warte są rozważenia, może trzeba będzie pochylić się na rozbudową działu skok w bok. ;)


W kartoniku dwa wina - Aglianico del Vulture z Włoch oraz Vinho Verde z Portugalii.


Może trochę dziwić obecność Vinho Verde w grudniowej ofercie, wszak wina te pijamy zwykle latem. Ze względu na swój lekki charakter, delikatne musowanie na podniebieniu i zaznaczoną kwasowość chętnie są one wypijane na tarasach podczas zażywania kąpieli słonecznych. Encostas de Caiz jest zatem wspomnieniem lata, ale wspomnieniem bardzo przyjemnym, wino "wchodzi" elegancko, choć nie ma się co z tym śpieszyć, sporo alkoholu (ale świetnie kryjącego się pod owocem) może zakręcić w głowie. Kwasowość nie jest wyśrubowana, cukier resztkowy obecny, wszystko w niezłej równowadze, nie mam się do czego przyczepić. Wypiłem ze smakiem.


Aglianico del Vulture ma lekko truskawkowy i trochę nieczysty nos. W ustach herbaciane taniny i posmak wiśniowej pestki. Kwasowość jest, z owocem średnio, ale źródła smaku znów trzeba szukać wśród wiśni i czereśni. Teraz wydaje się spełniać rolę raczej wina stołowego, gastronomicznego, bardziej towarzyszącego w tle, niż występującego jako gwóźdź programu. Ale nie jest też gwoździem do trumny ;) Mam wrażenie, że ma potencjał do dalszego rozwoju i być może rozwinie się za jakiś czas. 20 zł za butelkę to może być okazja, by tanio kupić karton win i wrzucić do piwniczki. W razie czego strata niewielka, a kto wie, czy w przyszłości przemysłowe wino (grona z południa Włoch, fabryka działa na północy, w Bardolino nad Gardą) nie okaże się przynoszącą zwrot inwestycją.

W katalogu znalazło się kilka win, których chętnie bym spróbował. Na myśl przychodzi mi kerner z Alto Adige, sauvignon i cabernet franc z Doliny Loary, no i oczywiście wina musujące: prosecco, cremanty i szampany - tych nigdy za wiele. 


Wina do degustacji otrzymałem od Lidl Polska. Dziękuję!

niedziela, 9 grudnia 2018

Ziarno Sherry.

Z ziarnem, jak to ziarnem, nie zawsze wiadomo, czy padnie na podatny grunt, czy w ogóle wykiełkuje, a jeśli już, to czy będzie miało odpowiednie warunki do wzrostu. Jeśli ktoś rozrzucał je wokół mnie, to mógł być pewien, że plony nie będą wyższe od tych zrodzonych przypadkiem na asfalcie. Długo unikałem tematu Sherry mając zresztą na jej temat mylne wyobrażenia. Mój opór chyba jednak nieco zmalał, gdzieś w tym twardym podłożu pojawiła się rysa, pęknięcie, w wyrwie chyba jeszcze za wcześnie mówić. W każdym razie w szczelinie tej zamajaczyła się drobna forma życia, z początku ledwie widoczna, ale uparcie wzrastająca w kierunku światła. Teraz jest już ostrzej zarysowana, z każdym dniem przybierająca konkretne kształty. Warto chyba jej poświęcić chwilę, przytrzymać przy życiu, a może nawet zacząć pielęgnować. Zaczynam przygodę z Sherry, jeśli chcecie, to mi kibicujcie, ja chciałbym tylko podziękować za trud siania Andrzejowi Daszkiewiczowi. Kilka słów, zamienionych na afterku po ostatnim zlocie winnej blogosfery, których być może nawet nie pamięta, miały moc potrafiącą naruszyć jedność monolitu. 

Dziś na temat samych win mądrzyć się nie będę, bo nie mogę. Wszak jeszcze nic nie wiem. Ale etykiety już zamieszczam.