wtorek, 25 maja 2021

Białe francuskie z siarczynami.

Dawno mnie tu nie było, trzeba coś napisać, jeśli chce się w przyszłym roku uczestniczyć w zlocie blogerów winnych😉 

Dużo miałem ostatnio rzeczy na głowie, może nie tak dużo, żeby nie pić wina, ale wystarczająco dużo, by o nim nie pisać. Tak przynajmniej tłumaczę moje lenistwo. Wpadłem między innymi na pomysł, jak tanim kosztem (w założeniu) napić się drogiego wina (w założeniu), bez proszenia się importerów  (czego akurat nigdy nie robię) i nie udając poczytnego blogera (choć staram się przeczytać, to co publikuję). Ale o tym innym razem, mam nadzieję, że Was zanęciłem i zachęciłem do zaglądania na tę stronę. To tu znajdzie się rozwiązanie tej zagadki.

Od czasu ostatniego wpisu wypiłem naprawdę sporo win, głównie czerwonych, bo to i okres jesienno-zimowo-wiosenny temu sprzyjał, a i moje preferencje co do wina w ogóle miały swoje znaczenie. Z białych to tak naprawdę pijam ostatnio tylko musujące, a i wśród musujących rośnie udział win różowych. To, co parę lat temu było nie do pomyślenia, teraz wydaje się być codziennością.

Do napisania tego tekstu skusiło mnie właśnie wino białe, w dodatku z odmiany, za którą niespecjalnie przepadam/przepadałem, a mianowicie chardonnay. Zapewne wielu z Was zawoła: jak to! A Chablis, a te szampany "blanc de blancs", których kiedyś nie rozumiałeś, a dziś niby kochasz? A te podłe "australijczyki" z Jacob's Creek, które były tanie, a jednak dobre, choć z chardonnay. Wszystko się zgadza, kto nie wie, co znaczy "kochać i nienawidzić" niech pierwszy rzuci kamieniem, byle w pustą butelkę, pełnej trochę szkoda, choćby tylko chardonnay w niej było zamknięte.

Tak to już jest, moi drodzy czytelnicy, że w winie nic nie jest oczywiste, nauki ścisłe nijak nie opiszą emocji, które towarzyszą piciu wina, a najbardziej podłe flaszki mogą kojarzyć się nam doskonale, ze względu na okoliczności, w których zostały spożyte. Czyż nie?

Wróćmy do wina, tytułowego "białego francuskiego z siarczynami", który to tytuł teraz mogę zastąpić pełnym cytatem z nalepki importera: "wino białe wytrawne wyprodukowane we Francji zawiera siarczyny" - interpunkcja oryginalna.

Wino z Burgundii, to może nieco lepiej brzmi, niż sama tylko Francja. Pochodzi z Domaine Chéne (mają nawet stronę internetową, obstawiam koniec lat 90-tych ubiegłego wieku, sama się nie aktualizuje, winiarze pracują raczej w piwnicy, niż "w sali komputerowej"), zostało wyprodukowane w apelacji Mâcon-Villages, co do której moje przekonanie jest takie, że produkuje się tam wina jeszcze całkiem przystępne cenowo,  a już zahaczające o wina z wyższej półki. W moim, współdzielonym z Ursynowem, Leclerku rzeczywiście stało najwyżej, choć nie kosztowało najwięcej. Biała Burgundia to głównie rzeczone chardonnay, choć dziś pisząc ten tekst wspomagam się winem z innej uprawianej tam odmiany - aligote. 

Trzeba jednak jakoś ten tekst zakończyć, bo robi się przydługawy. Wino z nielubianego szczepu wypiłem ze smakiem i wielką przyjemnością, uprawiając balkonową grządkę i słuchając ulubionej muzyki w nowych słuchawkach, a wszystko to w ciepłych promieniach zachodzącego słońca. Czułem się szczęśliwy. A czy to zasługa wina, czy okoliczności, jeden Bóg raczy wiedzieć.

Mnie cieszy to, że powstał z tego chociaż jakiś wpis.

niedziela, 22 listopada 2020

Tenuta Sant'Antonio, Amarone della Valpolicella, Campo dei Gigli, 2007.


Kusiło mnie to wino od dawna. To znaczy kusiło mnie, żeby się go w końcu pozbyć z moich zapasów i zrobić miejsce dla młodszych butelek, sam nie wiem dlaczego tak długo wytrzymało w chłodziarce. Co ciekawe, przynajmniej dla mnie, nie mogę znaleźć informacji o dacie zakupu, a w związku z tym także o jego cenie, a takie notatki prowadzę od 2010 roku. Prawdopodobne jest zatem i jest to  prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że dostałem to wino od żony na któreś urodziny, sam sporadycznie wydaję tyle pieniędzy na butelkę wina. Ile? Dowiecie się na końcu tekstu 🙂 

Po nalaniu do kieliszka wino wygląda naprawdę dobrze, było przechowywanie w pozycji poziomej przez cały czas jego u mnie obecności, wszelkie wytrącenia osadziły się zatem na ściance butelki, a do czaszy trafiło wino klarowne o barwie dość ciemnej z rubinową otoczką. Z wyglądu oceniłem je na dość młode.

W nosie mamy typowe dla amarone aromaty rodzynek (to z podsuszanych gron w celu skoncentrowania w nich cukru tłoczy się tego typu wino), skóry i drewnianej szuflady z przyprawami.

W ustach nadal mamy smak rodzynek, ale też świeżej (!) soczystej wiśni, pomieszanej ze słodką czereśnią, w końcówce zaś ujawnia się posmak gorzkiej czekolady.

Po trzynastu latach od zbioru winogron i pewnie jakichś dziesięciu obecności na rynku, wino prezentuje się naprawdę dobrze. Teoretycznie mamy tu przepis na wino nieśmiertelne, wszak zawiera dużo naturalnych „konserwantów”: 16% alkoholu, niemałą dawkę cukru resztkowego, doskonale wyczuwalną kwasowość i solidną taninę. To elementy, które długowieczności wina sprzyjają. Producent ocenia potencjał starzenia na jakieś 15-20 lat, ja piję wino, które wydaje się młodziutkie.

W piśmie o winie Ferment, nr 7 - zima 2018, Ewa Wieleżyńska zamieściła na temat Campo de Gigli notkę, tyle że opisywała rocznik 2012. Pozwolę sobie przytoczyć jej spostrzeżenia, mam nadzieję, że koledzy z Fermentu nie będą mieli mi tego za złe.

"Wino bynajmniej jeszcze nie takie stare, ale już porządnie ewoluowane. A ataku grzybowo-balsamiczne, potem rozwija aromaty śliwki i galaretki wiśniowej, by w końcu popaść w puddingowo-kokosową słodycz, równoważoną aromatami cedru, ściółki leśnej i jałowca. Zapach tego amarone szybko okazuje się znacznie ciekawszy niż smak. W ustach owoc już zetlał, cały czas mocno trzyma się natomiast beczka. Sprawy nie ratuje osobna jakby kwasowość. Wino jest słodkie, suche pozbawione świeżości. W końcówce ujawnia się w dodatku niedojrzałość owocu."

Ocena punktowa 88/100, czyli nie tak źle, w redakcyjnej skali podpada pod „wino dobre do bardzo dobrego” (84-89 pkt). 

Bardzo ładny opis, ja tak o winie pisać nie umiem, ale wrażenia z degustacji zgoła odmienne od moich, a mamy tu do czynienia z winem o 5 lat młodszym. Czy to kwestia słabszego rocznika, czy może słabszej butelki, trudno powiedzieć. Hugh Johnson pisze o roczniku 2012: „Amarone powinno być dobre”, zaś o roczniku 2007: „Niektóre wina świetne, ale potrzebna selekcja”. Wine Enthusiast ocenia oba roczniki na doskonałe, 92 pkt za 2012 i 93 za 2007, przy czym 2007 można już pić (choć warto jeszcze poczekać), a  z 2012 zdecydowanie nie warto się spieszyć.

Niezależnie od tych dywagacji, ja na koniec dodaję uwagę od siebie: wino bardzo mi smakowało. Cała reszta w tym przypadku zupełnie nie ma znaczenia. 


wino: Tenuta Sant'Antonio, Amarone della Valpolicella, Campo dei Gigli, 2007.
pochodzenie: Włochy, Veneto.
odmiany: corvina i corvinone 70%, rondinella 20%, croatina 5%, oseleta 5%
alk.: 16%
cena: 329 zł (aktualne roczniki w Winestory)

środa, 4 listopada 2020

Faustino V.


No dobra, dziś naprawdę krótka notka. Faustino V kupiłem podczas jesiennych Targów Wina w Leclercu, razem z kilkoma innymi winami i gdy "pochwaliłem się" zakupami na facebookowym profilu bloga, Dota z bloga On Egin Eta Topa (pozdrawiam!) stwierdziła, że to Faustino jest jednym ze słabszych produktów bodegi. Piję je pierwszy raz i niczego mu w moim mniemaniu nie brakuje. W porównaniu do raczej średniego Faustino VII, które można uważać za jedno z podstawowych win producenta (zrobione tylko z tempranillo, 6 miesięcy w beczce), Faustino V wyróżnia się na duży plus. Obok tempranillo mamy tu też mazuelo, a obie odmiany starzono w amerykańskim dębie przez co najmniej 18 miesięcy. Wyszło wino soczyste, łagodnie w piciu (szczególnie drugiego dnia), miłe dla podniebienia, z ładnym owocem i pikantną końcówką. 

Cena wydaje się dość wysoka, ja w promocji zapłaciłem za to wino 59,99 zł, a na sklepowych półkach regularna cena zbliża się raczej do poziomu 85-95 zł. Ja nie żałuję, że kupiłem. Jeśli macie jakieś doświadczenia z winami z Bodegas Faustino, dajcie znać!


wino: Bodegas Faustino, Faustino V Red Reserva, 2014
pochodzenie: Hiszpania, Rioja
odmiany: tempranillo, mazuelo
alk.: 13,5%
cena: 59,99 zł (Leclerc, październik 2020)


niedziela, 1 listopada 2020

Biały tydzień.


Kilku win w tym tygodniu spróbowałem, same białe, to smakowało mi najmniej, choć oczekiwania co do niego miałem spore. Być może za sprawą moich przyjaciół prowadzących blog "Nasz Świat Win" i często wypowiadających się o austriackich winach w samych superlatywach. Ja sam traktowałem do tej pory grüner weltlinera jak zamiennik sauvignon blanc - odmiany, którą bardzo lubię pić. Technicznie wino bez zarzutu, ale zupełnie bez werwy i wyrazu, moim zdaniem brakowało mu świeżości, jakiejś zadziorności, czegoś co mogłoby wyróżnić je z masy win, choć to wcale najtańsze nie było i pod kategorię win masowych raczej nie podpada. Podczas Targów Wina w ursynowskim Leclercu zapłaciłem za nie 49,99 zł. Jak dla mnie "TakieTamWinko", choć strona producenta kipi od pozytywnych ocen. Może nie mój styl, albo słabsza butelka, a może po prostu ja miałem słabszy dzień.

wino: Weingut Frank, Gruner Weltliner, 2019
pochodzenie: Austria, Weinviertel DAC
odmiany: 100% grüner weltliner
alk.: 12,5%




Podobną kwotę zapłaciłem za wino Weissburgunder Kabinett Trocken 2019 z Winegut Anselmann, a doznania zgoła odmienne. Przede wszystkim smaczne, wyraziste, z ładnym owocem odznaczającym się tropikalną słodyczą i cytrusową świeżością, może niezbyt długie na podniebieniu, ale zapadające na dłużej w pamięci i są to wspomnienia naprawdę miłe. Warto spróbować.

wino: Weingut Anselmann, Weissburgunder Kabinett Trocken, 2019
pochodzenie: Niemcy, Palatynat (Pfaltz)
odmiany: 100% weissburgunder (pinot blanc)
alk.: 13,0%




Kolejnym winem, o którym mogę powiedzieć, że jest bardzo ciekawe, to wino musujące z Chile. Z musiaków najczęściej kupuję sobie hiszpańską cavę i francuskie cremanty, rzadziej i mniej chętnie włoskie prosecco, jeszcze rzadziej, ale z prawdziwą przyjemnością francuskie szampany. Niemieckie sekty sporadycznie, zdarzyło mi się próbować też wina musujące z RPA, ale wino z Chile piłem chyba po raz pierwszy. Wino powstało z owoców z upraw organicznych, ma nawet polski certyfikat BIO, powstało zaś metodą tradycyjną, czyli taką, jaką produkuje się szampany. Można powiedzieć, że szampański jest także skład wina, zrobiono je z mieszanki pinot noir (15%) i chardonnay (85%). Brak mu może głębi i charakteru prawdziwego szampana, ale pije się je naprawdę dobrze. Czuję, że jeszcze nieraz do niego wrócę.

wino: Emiliana, Organic Sparkling Wine
pochodzenie: Chile, Casablanca Valley DO
odmiany: chardonnay (85%), pinot noir (15%)
alk.: 12,5%




Na końcu notatka o winie, które w upływającym tygodniu zrobiło na mnie największe wrażenie. To riesling z Nowej Zelandii, którego producentem jest Babich, firma założona ponad 100 lat temu przez imigrantów z Chorwacji. Wino pochodzi z regionu Marlborough, który my głównie kojarzymy z odmianami sauvignon blanc i ewentualnie pinot noir, rzadziej pijamy wina zrobione z innych uprawianych tam szczepów. Przy okazji należy powiedzieć, że nie jest to wino masowe, pochodzi z pojedynczej winnicy położonej w Dolinie Cowslip. W nosie łatwo wyczuwamy charakterystyczne dla rieslinga aromaty nafty, ale też pomarańczy i innych owoców cytrusowych, a wszystko to wzbogacone słodyczą cukru resztkowego. Znakomita równowaga, wino naprawdę sporej klasy. Polecam.

wino: Babich, Family Estates Cowslip Walley Riesling, 2017
pochodzenie: Nowa Zelandia, Marlborough
odmiany: 100% riesling
alk.: 12,5%

wtorek, 27 października 2020

Marques de Reinosa, Garnacha 2018.


Dziś, a może nie tylko dziś, bo degustację rozłożyłem na dwa dni (wieczory), biorę na warsztat wino Marques de Reinosa Garnacha Private Collection 2018. Wino pochodzi z hiszpańskiego regionu Rioja i zrobione jest, jak sugeruje etykieta, z odmiany garnacha, ale nie tylko. W składzie podobno jest 91% szczepu garnacha, a 9% tempranillo, co odczytuję z nalepki importera, gdyż na stronie producenta próżno szukać informacji o tym winie - strona w ogóle o nim nie wspomina.  Wczytując się w głębiej w nalepkę importera możemy  znaleźć informację, że wino powstało dla sklepów Piccola Italia & Mediterraneo, choć przeglądając sieć znalazłem taką etykietę w zagranicznych sklepach internetowych. Studiując dalej kontr-etykietę producenta i nalepkę importera dowiadujemy się, że wino powstało ze starych krzewów uprawianych w winnicach  Autol (siedziba producenta) i dojrzewało przez 6 miesięcy na osadzie w  beczkach z dębu francuskiego. Produkcja limitowana.

Dąb rzeczywiście odcisnął piętno na tym winie, dawno już nie czułem w nosie tak wyraźnego aromatu prażonej na maśle kukurydzy, myślałem przez moment, że to syn przygotowuje się w kuchni do oglądania jakiegoś filmu. Jak już wino sobie odetchnie to ujawnia się jego owocowa natura, z przyjemną taniną i ładną kwasowością, a wszystko to oprószone pikantną przyprawą. Pije się to naprawdę fajnie (o ile ktoś lubi taki styl wina), szczególnie na drugi dzień, kiedy aromaty odbeczkowe stracą na intensywności. Polecane do sezonowanych szynek serrano i iberico, salami chorizo, pieczonych lub grillowanych mięs czerwonych i dziczyzny, a także do tradycyjnych regionalnych flaków. Niczego takiego nie miałem na podorędziu, zadowoliłem się (winem) pijąc je solo.


wino: Marques de Reinosa, Garnacha Ptivate Collection, 2018
pochodzenie: Hiszpania, Rioja
odmiany: 91% garnacha, 9% tempranillo
alk.: 14,5%
cena: 39,99 zł (Piccola Italia, październik 2020)


sobota, 24 października 2020

Winnica Jadwiga. Regent-Cabernet Cortis 2016.


Dziś w końcu wpis króciutki, taką mam nadzieję🙂

Pretekstem jest otwarcie wina z Winnicy Jadwiga, wina zrobionego z odmian regent i cabernet cortis, zebranych w 2016 roku. Co ciekawe, jest to pierwszy rocznik tego wina, kupiony w tym roku, ale nie w winnicy, choć miałem okazję zwiedzić ją podczas tegorocznych wakacji. Gwoli ścisłości to zwiedzałem nie tyle winnicę, co winiarnię i mały magazyn zrobionych w niej win. Z owego magazynu wspomnianego rocznika nie można już dostać, co miało być sprzedane, sprzedane zostało, jednym z kupców okazał się ursynowski Leclerc, ale wino dopiero teraz trafiło do sprzedaży. Dlaczego? Jak wspomniał mi podczas niedawnej rozmowy Maciek Nowicki - redaktor Fermentu i Winicjatywy, może być to reakcja na sugestię odbiorców polskiego wina czerwonego, że trafia ono na rynek zbyt młode, nie w pełni dojrzałe. Popyt jest spory, podaż niezbyt duża, wina znikają zbyt szybko i zbyt szybko są wypijane. W Leclerku naszym ursynowskim kochanym prowadzący dział z winami Francuz zna się na rzeczy i butelki przetrzymał.

Czy wyszło im to na lepsze, tego nie wiem, nie piłem ich w momencie wypuszczenia na rynek. Wiem za to na pewno, że bardziej smakował mi rocznik młodszy - 2018, który kupiłem właśnie podczas wizyty na miejscu. Piłem je (2018) z kilkoma osobami podczas spotkania rodzinnego, wszystkim smakowało, było ładnie ułożone i epatowało pijących ślicznym czereśniowym aromatem, którego próżno szukać w roczniku 2016, przynajmniej w mojej butelce, tu raczej owoc przykryty był grubą warstwą ziemi. Napowietrzanie w dekanterze na nic się zdało, wino nadal wydawało się ściśnięte i w niczym nie przypominało swego młodszego następcy. Kto wie (ja na pewno nie), może to jeszcze nie był dobry czas na otwarcie rocznika 2016. Jeśli macie jakieś doświadczenia w tej kwestii, chętnie się wsłucham w Wasze opowieści.



wino: Winnica Jadwiga. Regent-Cabernet Cortis 2016.
pochodzenie: Polska, woj. dolnośląskie, rejon Wzgórz Trzebnickich
odmiany: regent, cabernet cortis
alk.: 13%
cena: 79,99 zł w Leclerku (czerwiec, 2020). W winiarni kupicie je za 50 zł, w ich sklepie internetowym nieco drożej.

piątek, 23 października 2020

Plungerhead. Alexander Valley CS 2014.


Zgodnie z zapowiedzią, dziś drugi i ostatni odcinek krótkiego cyklu, poświęconego winom urodzinowym. W poprzednim pisałem o Sagrantino Montefalco z 2008 roku, dziś notatka o młodszej butelce z Kalifornii, czyli winiarskiego Nowego Świata.  Wino dostałem w tym roku, w tym miesiącu, można powiedzieć, że jestem na bieżąco😉

No i co my tu mamy? Plungerhead to marka stworzona przez The Other Guys, a obecnie należąca do 3 Badge Beverage Corporation, ale tak naprawdę to odnoga winnego biznesu należącego do wywodzącej się od włoskich imigrantów rodziny Sebastiani, a ten konkretny projekt należy do Augusta Sebastiani (IV pokolenie). Początkowo miała być to firma handlująca winami, z czasem przekształciła się w producenta win ze skupowanych z konkretnych lokalizacji gron, dziś oprócz win produkuje się tu także inne alkohole. 


Wino Plungerhead zrobione z odmiany cabernet sauvignon uprawianej w winnicach położonych na terenie Alexander Valley, powstało tylko w dwóch rocznikach (2013 i 2014). Obecnie już się go tu chyba nie produkuje, a piszę "chyba", bo właśnie przestała działać strona "www.plungerheadwines.com" i nie mogę sprawdzić tego u źródła. Żeby sprawę trochę pokomplikować, choć nie wiem, czy to jest komuś potrzebne, to powiem, że powstają cenione cabernety z Alexander Valley, w Sebastiani Winery, ale firma już nie należy do Sebastianich, lecz została kupiona przez niejakiego Billa Folleya w 2008 roku, choć nadal nazywa się Sebastiani.

Czegoś nie rozumiecie? 😉 Może kiedyś się pokuszę i zrobię rozkminkę tych zależności na jakimś fajnym wykresie, dziś jednak zajmę się już swoim prezentem.

Ciekawostką jest plastikowe zamknięcie, które się w pierwszej fazie otwierania odrywa, aż zostaje łatwy do wyciągnięcia ręką korek (korek z nazwy, bo to plastikowe zamknięcie).




A samo wino? Pije się je fenomenalnie. Nie ulega wątpliwości, że jego charakter opiera się na dobrze wyczuwalnym, soczystym owocu - w tym wypadku słodkiej czereśni i nieco bardziej kwaśnej wiśni, w tle zaś można wyczuć nutkę gorzkiej czekolady. Taniny są mięciutkie, faktura wina gładka, alkohol (13,5%) ładnie wkomponowany w strukturę wina. 

Serdecznie dziękuję darczyńcy za to wino. Jak się pospieszycie, to może jeszcze uda się Wam się je kupić w Vive Le Vin. Kiedy byłem tam ostatni, były jeszcze trzy butelki na składzie.

czwartek, 22 października 2020

Czas na porządki.

Kto obserwował stronę bloga na >>> FB <<<, ten zauważył, że trochę butelek trafiło ostatnio do moich zapasów. Okazuje się, że łatwiej jest wina kupić niż wypić, a i z miejscem na butelki robi się przez to niewesoło. Dobry moment na kolejną akcję przeglądu i porządkowania zalegających w różnych miejscach flaszek. Bloga też przy okazji można zacząć porządkować, a raczej zasilać treścią dla wątpliwej sławy, bo czasy takie nastały w blogerskiej społeczności, że bardzo łatwo trafić na TOP 5 aktywnych blogów pisząc raptem 2 posty tygodniowo. To tyle na temat naszej winnej potęgi komunikacyjnej i jej wpływu na cokolwiek.

Czas zatem na krótkie (ale liczniejsze) notatki, dłuższych nikt nie czyta, zapewne okraszone zdjęciem, w tej kwestii nic się nie zmieniło. 

Październik to miesiąc moich urodzin, więc czyszczenie magazynów zacznę od win urodzinowych, czyli tych, które z tego właśnie powodu trafiły do moich zbiorów. Nie ma tego dużo, raptem dwie butelki (hej, co z Wami!), cykl nie będzie zbyt długi, ale zwolni się miejsce w chłodziarce na czekające w kolejce etykiety. Do roboty!

Na pierwszy ogień pójdzie wino, które w tej lodówce przeleżało przynajmniej 2 lata, a może i 4, nie pamiętam, czas leczy rany i zaciera wspomnienia, nawet te dobre, a prezent na urodziny jest raczej czymś dobrym. Tak czy owak urodzinowa butelka jest, ma już swoje lata, choć ode mnie dużo, dużo młodsza, tak mniej więcej cztery razy.


Firma rolnicza Scacciadiavoli, o której do tej pory nie słyszałem, ani tym bardziej nic z niej nie piłem, wyprodukowała wino w apelacji Montefalco Sagrantino, z którą też niewiele miałem w swym życiu wspólnego. Dobra okazja, żeby sięgnąć do literatury i czegoś się nauczyć w teorii, kieliszek z winem niech zaś służy poznaniu przez doświadczenie. 

Zacznijmy od geografii i nazwy apelacji Montefalco Sagrantino. Znajduje się ona w regionie Umbria, który od północnego zachodu graniczy ze świetnie znaną Polakom Toskanią, od południowego zachodu z regionem Lacjum (czyli tam, gdzie leży Rzym i Watykan), zaś od wschodu z Marche, zwanego w Polsce Marchią. Umbria dzieli się na dwie prowincje: Perugia i Terni, i właśnie w tej pierwszej znajduje się nasza apelacja, biorąca z jednej strony nazwę od gminy, w której się znajduje (Montefalco), a z drugiej od odmiany (sagrantino), z której produkuje się tu wina czerwone.

Co wiemy o szczepie sagrantino? Najważniejszy dla odbioru win z tej odmiany jest fakt, że są one bardzo taniczne, zawierają więcej garbników, niż słynący z ich poziomu tannat, a w porównaniu z doskonale znanym wszystkim cabernetem sauvignon, mają ich nawet dwa razy więcej. Duży poziom garbników, znaczny poziom alkoholu (moje wino ma go aż 15%) oraz wysoka kwasowość są czynnikami, które sprzyjają długowieczności win, jednak wina młode mogą być z tych samych powodów dość trudne w odbiorze, choć oczywiście wszystko zależy od konkretnego przypadku. W nosie możemy spodziewać się czerwonych owoców, ze śliwką i wiśnią na czele, a także nut ziemistych i przyprawowych (cynamon). Jak będzie w przypadku mojego wina okaże się za chwilę.

Co wiemy o producencie? Początki winnicy sięgają końca XIX wieku, ale obecni właściciele - rodzina Pambuffetti - mają ją w swoich rękach od 1954 roku, obecnie zarządza nią czwarte już pokolenie Pambuffettich. Rocznie powstaje tu ok. 250 tysięcy butelek wina, nasadzenia zajmują ok. 40 hektarów, przy czym oprócz sagrantino uprawia się tu również sangiovese i merlot, a z odmian białych chardonnay, trebbiano oraz grechetto. Producent nie ogranicza się tylko do win czerwonych, powstają tu wina białe i różowe, także w wersji musującej.

Co wiemy o produkcji tego wina? Zbiory przeprowadza się od połowy października do jego końca - sagrantino jest odmianą późno dojrzewającą. Fermentacja trwa 3-4 tygodnie i odbywa się w 100-hektolitrowych (10 000 litrów) zbiornikach wykonanych z dębu francuskiego. Później 50% wina dojrzewa przez 24 miesiące w zbiornikach z dębu francuskiego, a 50% w beczkach (15% nowych), również z dębu francuskiego. Po tym czasie następuje butelkowanie i przez kolejny rok wino leżakuje w piwnicach, dopiero po trzech latach od zbioru winogron trafia na rynek. 

Najwyższy czas na degustację 🙂

Wino ma kolor raczej ciemny, ale już lekko tracący na intensywności i przesuwający barwną dominantę od głębokiego granatu w stronę blaknącej powoli czerwieni. W nosie dominuje głównie skóra przyprószona lekko cynamonem i mokrą ziemią. W ustach próżno szukać soczystego i świeżego owocu, jeśli już to raczej owoc suszony, ale nadal dominują tu nuty skóry i pikantnych przypraw.  Tanina jest bardzo mocno wyczuwalna i wraz z solidną kwasowością tworzy wciąż mocną strukturę. Alkohol straszy swym poziomem bardziej na etykiecie niż na podniebieniu. Co do ogólnego charakteru wina, to dla mnie jest to coś pomiędzy mocno okraszoną beczką Rioją, a winami z Piemontu zrobionymi z bogatego w kwas i garbnik nebbiolo.

Chętnie spróbowałbym młodszego rocznika tego wina dla porównania. Wydaje mi się, że to w mojej butelce jest już raczej dojrzałe i choć nadal pręży muskuły, to zaczyna mu powoli brakować młodzieńczego wigoru.

 

czwartek, 15 października 2020

Winnica Turnau.

Ten rok z pewnością może się zapisać w historii mojego bloga (i mediów społecznościowych z nim powiązanych), jako rok, w którym polskie winnice wyraźnie zaznaczyły swoją obecność. Podczas wakacyjnego urlopu, kiedy restrykcje związane z koronawirusem straciły nieco na intensywności, miałem okazję odwiedzić kilku polskich producentów win. Nie był to wcale mój pomysł, a żony, która znajduje sporą przyjemność w planowaniu wakacji w ścisłej tajemnicy tak, by każdy członek (what?!?) rodziny miał niespodziankę i są to niespodzianki prawdziwe, a nie typu „spodziewam się niezapowiedzianej kontroli”. 🙂

W tym wpisie nie powiem Wam o wszystkich odwiedzonych przeze mnie winnicach, ale wspomnę słówko o tej, którą już na pewno dobrze znają wszyscy polscy winomaniacy, bo w jej dobrze pojmowanym interesie leżało zakomunikowanie wszystkim zainteresowanym faktu jej istnienia. To nie jest romantyczne przedsięwzięcie osoby, która dorobiła się (lub nie) w innych gałęziach gospodarki i jest gotowa na poświęcenie części zarobionego kapitału na hobbystyczne zaangażowanie się w produkcję wina, będącą odskocznią od korporacyjnego życia i wolną od trosk "pracą na swoim”. 

Winnica Turnau to profesjonalnie zaplanowane przedsięwzięcie, będące raczej uzupełnieniem dotychczasowej działalności rolniczej o kolejny produkt, który właśnie zyskuje w Polsce na popularności i daje szansę na godziwy zarobek, niż projekt będący w założeniu odskocznią od dotychczasowego, nudnego i mało satysfakcjonującego życia, mający w końcu „zagwarantować" szczęście przez zrzucenie kajdan korpo-niewolnictwa. To biznesowe podejście do uprawy winorośli i produkcji wina oraz budowania bazy turystycznej łatwo daje się zauważyć  w samym obejściu, natomiast w zawartości butelek procentuje zaś zaangażowanie twórcy samych win, którym jest Frank Faust - niemiecki winiarz na co dzień pracujący u siebie, czyli w Weingut Faust.

Kiedy kilka lat temu próbowałem pierwszy raz win z Winnicy Turnau, prezentowanych w Warszawie w Vinotece 13, nie byłem jakoś szczególnie nimi zauroczony, przeszkadzał mi w nich wyraźny cukier resztkowy, wina w większości były butelkowane jako półwytrawne.

Dziś jestem już po degustacji kilku nowszych butelek z roczników 2018 i 2019 i nie było takiej, która by mnie rozczarowała. Rose 2019 wypiłem jeszcze w Baniewicach, część wieczorem, część następnego dnia w ramach śniadania i było to śniadanie naprawdę udane.

Mimo tego, że Rose jest półwytrawne, to cukier nie jest w stanie wyrwać się z objęć wyraźnej kwasowości i całość zrobiła wówczas na mnie bardzo dobre wrażenie, choć niewątpliwie miały w tym swój udział "okoliczności przyrody" i wakacyjny luz.

Prawdziwą petardą okazał się wypity już w domu Riesling 2018 i nie wiem, czy to nie dobry moment w historii tego bloga, by skończyć wreszcie z narracją o mojej niechęci do win zrobionych z tej cenionej odmiany. Ten bardzo wszechstronny szczep pozwala tworzyć wina w tak wielu wersjach stylistycznych, że nigdy nie potrafiłem ich jakoś sensownie usystematyzować, co zapewne było przyczyną moich równie mnogich frustracji. Dziś precyzyjne szufladkowanie win nie ma dla mnie dużego znaczenia, liczy się już tylko mniejsza, lub większa satysfakcja z ich picia, a w przypadku Rieslinga od Turnauów była ona naprawdę spora. Znakomity, dojrzały, tropikalny owoc w rześkiej, kwasowej otulinie doprawiony naftową nutką aromatyczną pozostawił w mojej głowie trwały ślad.

W ostatnich dniach wypiłem zaś Solaris 2019, w którym urzekła mnie jego cytrusowa świeżość, a także dojrzały owoc gruszki i brzoskwini oraz delikatny cukier zatopiony w oleistej strukturze. Alkohol dał o sobie znać, ale bardziej już w głowie niż na podniebieniu, nie był jednak źródłem złego samopoczucie, a jedynie dobrego nastroju i równie udanych wspomnień.






poniedziałek, 5 października 2020

Złapać Boga za nogi.


Sporo żeśmy się kiedyś nasłuchali o edukacyjnej roli dyskontów i ich zaangażowaniu w promocję wina w Polsce, mistrzowie sommelierstwa ryzykowali swoje twarze i autorytety, by nieść oświaty winnej kaganek pomiędzy podtapianymi piwem i wódą obywatelami RP, także blogerom mojego pokroju ta oświeceniowa misja się nie powiodła, skoro takie wina, jak Cave des Vignerons de Pfaffenheim Alsace Riesling Pfaff, muszą być obrażane kolejnymi przecenami.

31 października 2016 roku Wojtek Bońkowski pisał o roczniku 2015 tego wina, jako o dość udanym i wartym spróbowania, zwłaszcza za cenę 29,90 zł za butelkę. To dobra cena, kiedy byłem przez moment w Alzacji w 2019 roku, trzeba się było nachodzić, żeby znaleźć coś w podobnej cenie. Może poza Colmar byłoby łatwiej. W 2020 roku Biedronka wyprzedaje wino z rocznika 2016 nie za 29,99 zł, nie za 25,99 zł, jak sugerują naklejki na szyjce butelki, ale za 19,99 zł. Jeżeli za niemal trzy dychy Pfaff było winem godnym polecenia, to 19,99 zł wydaje się być ceną rewelacyjną. Mówię to ja, który za rieslingami nigdy nie przepadał, a dziś mam w sobie to zadowolenie człowieka, który właśnie zrobił interes życia. Ci bardziej pobożni mogą coś napomknąć o łapaniu Boga za nagi. Rasowy riesling z charakterystycznymi nutami naftowymi w nosie i świeżą kwasowością w ustach, uniwersalny w kuchni i orzeźwiający poza nią - wypijany solo. To nie jest najlepszy riesling świata, ale dajcie mi lepszego za tę cenę, może Was nie ozłocę, ale wesprę dobrym słowem. Czekam na kontr-propozycję w komentarzach.


wino: Pfaff Riesling 2016
pochodzenie: Francja, Alzacja
apelacja: Alsace AOC
producent: spółdzielnia La Cave des Vignerons de Pfaffenheim
odmiany: 100% riesling
alk.: 12,5%
cena: 19,99 zł (Biedronka, 2020-09-03)

poniedziałek, 28 września 2020

W morzu sauvignon blanc.


Kilkanaście dni temu, podczas robienia zakupów spożywczych w Tesco, moją uwagę zwróciły stojące na półkach butelki Sauvignon Blanc. Trzy etykiety pochodziły z Nowej Zelandii, a dwie z Chile. Rzecz jasna nie były to wina drogie, ich cena zawierała się w przedziale 19,99 zł - 29,99 zł, stwierdziłem, że zaryzykuję. Kupiłem wszystkie, w końcu czego można się tu obawiać, sauvignon blanc lubię, te z Nowej Zelandii szczególnie, w dodatku wszystkie pochodziły z popularnego i lubianego regionu Marlborough. Białe Chile aż tak bardzo mnie nie pociąga(ło), ale warto mieć rozeznanie nawet w tym przedziale cenowym, więc dla celów porównawczych również je musiałem umieścić w koszyku. Cały zestaw kosztował mnie raptem 124,95 zł, nic, tylko się cieszyć.


Cóż, zacznę ten wpis od podsumowania: było cholernie nudno. Wszystkie sauvignon blanc z NZ były niemal identyczne, zrobione wg tego samego wzorca, oszczędne w nosie, ubogie w ustach, nieco zielone, surowe. Niemniej jednak muszę przyznać, że piło się je całkiem dobrze. Ich mankamentem była w zasadzie tylko ta powtarzalność, urozmaicenia można było szukać jedynie w projektach etykiet. Na ich tle wina z Chile wydawały się być produktami z wyższej półki cenowej. Jeszcze kilka lat temu drażnił mnie ich przegotowany owoc podbity nadmiernym cukrem resztkowym, dziś cechowały się znacznie lepszą równowagą. Tropikalne, lecz świeże owoce ładnie komponowały się z wyraźną, ale stonowaną kwasowością, piło się to wyraźnie lepiej niż Nową Zelandię, choć nadal próżno było szukać w chilijskich winach czegoś oryginalnego. Były to po prostu niezłe wina do niezobowiązującego popijania. Na ich tle Nowa Zelandia z oferty Tesco wydawała się nieco pustawa i rozwodniona, choć (jak wspomniałem wcześniej) w żadnym wypadku nie były to wina niesmaczne. Jedna butelka na taras - OK, ale trzy to już przesada, a jak dodamy do tego jeszcze dwie butelki z Chile, to można mieć już tego morza przeciętności naprawdę dość. Ja w każdym razie będę rozglądać się za czymś innym, a dla was polecam zdrowy rozsądek, po jednej butelce z każdego kraju powinno być w sam raz.


Podsumowanie zakupów:

poniedziałek, 22 czerwca 2020

Winnica Jura, Pet-Nat 2018.


Nie będę udawać, że jestem specjalistą od Pet-Natów, win które są chyba obecnie na szczycie listy poszukiwań polskich winomaniaków, choć nie wykluczam, że to jakaś ogólnoświatowa tendencja, która zapewne rozpoczęła się znacznie wcześniej niż u nas. Ja sam po raz pierwszy spróbowałem tego typu win dopiero w tym roku, podczas kameralnego spotkania blogerów, odbywającego się pod hasłem "Schadzki Winopisarzy". Były to Integrale Frizzante - białe wino z Włoch (które zresztą sam przyniosłem) oraz  różowe wino z Moraw - Syfany Vavrinec. Na podstawie dwóch wypitych kieliszków, fakt, że nieco głębszych, nie jestem w stanie napisać na ich temat dużo więcej ponad to, że mi smakowały, a tańczące na podniebieniu bąbelki wprawiły mnie w dobry nastrój. No, ale też rozbudziły ciekawość i siłą rzeczy wepchnęły na nowy tor winnych przygód.

Czym jest Pet-Nat, poza tym, że jest dla mnie kompletną nowością? Pet-Nat to skrót od francuskiego wyrażenia pétillant-naturel, co oznacza "musujące [wino] naturalnie". To naturalne musowanie bierze się stąd, że do butelek wlewa się wina jeszcze pracujące, w których nie zakończyła się fermentacja pierwotna. Butelki takie zamyka się kapslem, a same wina oczywiście nie są klarowane, a więc mamy do czynienia z nieprzerwanym dojrzewaniem na osadzie. Zabiegi te w założeniu mają zapewnić winu młodzieńczą świeżość i bąbelki z jednej strony, z drugiej zaś aromatyczno-smakowy pozór wina już dojrzałego. Aspekt wizualny siłą rzeczy jest przy ocenie takiego wina pomijany, mętność w "normalnym" winie byłaby uznana za jego wadę.

Ten ostatni element zniechęcił moją żonę do spróbowania Pet-Nata z Winnicy Jura - wina, które znalazło się w zestawie, jaki kupiłem w internetowym sklepie producenta. Uznała, że woli jednak krystaliczną czystość swojego ulubionego prosecco czy hiszpańskiej cavy, co z jednej strony mnie nieco zmartwiło, ale z drugiej zapewniło mi przecież całą butelkę wina, którym nie musiałem się z nikim dzielić.

Pijąc tego Pet-Nata miałem wrażenie, że jest to mieszanka zwykłego białego wina zmieszanego z jabłkowym cydrem i zaprawionego lekko esencją pomarańczową. Ten pomarańczowy aromat w połączeniu z zapachem pieczonego jabłka dominował w nosie, ale i przekładał się na smak wina. Wyraźny cukier resztkowy nie zamulił wina, wydawało się ono rześkie do samego końca, niezła równowaga jest na pewno atutem tego wina. 

Przyznaję, wino mi się podobało, ale jakoś specjalnie nie skradło mego serca. Niemniej jednak będę starał się wracać do niego w przyszłych rocznikach, jak na razie nie widzę powodu, by nie kibicować polskim winom, zwłaszcza musującym - bąble od kilku ładnych lat władają moim sercem.

Na zakończenie dodam, że wino oficjalnie kosztuje 70 zł, w moim zestawie wyszło znacznie taniej, gdyż średnia ceny butelki nie przekroczyła 50 zł. Dla porządku dodam, że ten Pet-Nat powstał w 100% z odmiany hibernal i jest winem półwytrawnym.

środa, 17 czerwca 2020

Dwór Sanna, Regent 2016.


Po moich nielicznych doświadczeniach z polskimi winami, ale i po lekturze internetowych recenzji innych winopijców po nie sięgających, gotów byłbym zaryzykować tezę, że białe wina spokojnie wytrzymują międzynarodową konkurencję, coraz modniejsze rodzime wina różowe już są w światowej czołówce, a tylko te ziemisto-buraczane czerwienie ciągną nasze winiarstwo w dół. Może narażę się na śmieszność (a może nawet na politowanie), ale mi ten profil aromatyczno-smakowy polskich czerwonych wydaje się interesujący i najzwyczajniej w świecie mi pasuje. Smakowały mi Polonezy z Biedronki i Polki z Lidla, podobał mi się Krojcig ze swym Regentem.

Ostatnio też sięgnąłem po butelkę regenta z Winnicy Dworu Sanna oczekując tych naszych, dobrze mi znanych, polskich smaków. A tu zupełne zaskoczenie, bo w kieliszku co prawda niemal czarne wino, ale smak kojarzący mi się momentalnie z Rioją, która ma jednak nieco jaśniejszą barwę. Mówię serio, pełne owocu wino, nabite nieco beczką, ale z przyjemną taniną i mocno wyczuwalną, solidną kwasowością. Wąchałem, cmokałem, siorbałem, przełykałem, a i wypluć się zdarzyło, ale wrażenie wciąż pozostawało to samo. Jak nic, ktoś przelał cranzę do butelki :) Zdziwienie, ale i radość, bo ja Rioję lubię, a i beczkę w niej również. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko się cieszyć, bo choć charakter wina zdecydowanie inny od moich dotychczasowych doświadczeń, to jednak ten smak jest takim, jakiego często szukam w czerwonym winie. Do tego dobry stek i pełnia szczęścia w zasięgu ręki. I portfela.

Dobra robota Sanno! Dziękuję!

Wino kupiłem wysyłkowo od producenta.

niedziela, 31 maja 2020

Podsumowanie miesiąca, maj 2020.

Powiedzmy sobie szczerze, podsumowanie maja nie będzie spektakularne. Regularny wpis na blogu był tylko jeden, może trochę więcej działo się na Instagramie, ale powodów do dumy szukać próżno. Czasu na degustacje za dużo nie było, sam nie wiem dlaczego, w końcu pracowałem nie więcej niż zwykle, dokładnie tyle samo miałem czasu wolnego. Widać z tego, a wspominałem już chyba o tym wcześniej, bardziej uzależniony jestem od kupowania, niż od picia. Cóż zrobić, wszystko przede mną, wybaczcie!

Niemniej jednak w ostatnim dniu miesiąca udało mi się otworzyć wino, nawet dwa, co więcej - oba polskie. Powiedzmy że tak właśnie wygląda mój patriotyzm. Ale za nim o tym powiem, to może trochę statystyki, wszak ten wpis ma właśnie temu służyć.

W tym miesiącu na wina przeznaczyłem 10,39% moich zarobków. Najtańsze wino kosztowało 14,99 zł, najdroższe 139,99 zł. Najbliżej miałem do Tesco i Leclerka i tam wina kupowałem osobiście, Mondovino mieści się w Warszawie, ale w tym wypadku wino zostało do mnie dostarczone, podobnie jak wina z Winnicy Miłosz czy Winnicy Jura (rejony znacznie odleglejsze). To kolejny miesiąc, w którym wspierałem polskich producentów, jak zapewne pamiętacie, w kwietniu kupowałem wina z polskiej Winnicy Sanna.

Udział poszczególnych dostawców w ogólnych wydatkach wyglądał następująco:
 Importer/dostawca/sklep      % wydatków na wino
 Winnica Miłosz 30,45%
 Winnica Jura 23,24%
 Mondovino 19,68%
Leclerc 18,10%
Tesco 8,53%

W tym miesiącu od importerów i dystrybutorów nie otrzymałem żadnego wina do recenzji.

Teraz mogę wrócić do win, którymi mogłem zamknąć wieczór i cały miesiąc, a były to wina, które zrobiły na mnie naprawdę dobre wrażenie. Oba pochodzą z Polski.


Pierwszym z nich było wino musujące (metoda tradycyjna) z Winnicy Miłosz - Grempler Sekt Zweigelt Blanc de Noir. Świetnie prezentowało się w kieliszku, miało kolor, który trudno mi jednoznacznie określić, ale moje skojarzenia oscylowały między kolorem łososiowym, bladą miedzią czy czerwonym złotem. W ustach wino było bardzo rześkie, o dobrze wyczuwalnej kwasowości, według producenta jest ono ekstra wytrawne, ja miałem wrażenie, że pozostała w nim odrobina cukru. Na podniebieniu dobrze wyczuwalne owoce, które mi kojarzyły się z morelą, jabłkiem (świeżym i pieczonym) oraz brzoskwinią. Bardzo fajne, smaczne wino - polecam, choć cena jest dość wysoka - 110 zł za butelkę 0,75 l.


Drugim winem, które umilało mi ostatni wieczór majowy, był Muscaris 2018 z Winnicy Dworu Sanna. Muscaris jest krzyżówką odmian muskat i solaris, kontr-etykieta mówi jeszcze o domieszce johannitera. Jest to wino niezwykle aromatyczne - jeśli lubicie muskaty czy gewurtraminery, to jest ono dla Was. Moje pierwsze skojarzenie to Torres Vina Esmeralda - hiszpańskie wino, które zrobione jest z odmiany muscat of alexandria z domieszką (15%) gewurztraminera. To chyba dobrze, że polskie wina kojarzą się ze światowymi, dobrze znanymi markami i w dodatku wcale nie pozostają w ich cieniu. Cena, niestety, dość wysoka - 80 zł, choć ja kupowałem z Winnicy Dworu Sanna zestaw 6 win, więc mnie butelka wina kosztowała średnio niecałe 64 zł. Wino sprawiło mi naprawdę sporą przyjemność, nie żałuję ani jednej wydanej na nie złotówki.

Na koniec porcja majowych wpisów z Instagrama:


Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Mariusz Boguszewski (@mboguszewski)