Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czerwone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czerwone. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 marca 2023

Świąteczny prezent II.

Wiele wody upłynęło w rzekach polskich i niemieckich od czasu mojego ostatniego wpisu, który poświęciłem świątecznemu prezentowi otrzymanemu od Niemieckiego Instytutu Wina. Odgrażałem się, że wkrótce opiszę drugie z win, a owo “wkrótce” w tym wypadku trwało ponad 2 miesiące. Czas ten  był dla mnie niezwykle interesujący z różnych powodów (z których jednak wyłączyć muszę samo picie wina), a jednym z nich był niezwykle popularny temat sztucznej inteligencji w postaci ChatGPT. Ponieważ wspomniany opis wina chciałbym jednak zamieścić, a całym sobą czuję zażenowanie z powodu niedotrzymania obietnicy, postanowiłem zaprząc sztuczną inteligencję i sprawdzić jak ona się  “sprawdzi” w asystowaniu mi przy pisaniu tego wpisu. 

Informacje wygenerowane przez sztuczną inteligencję będą miały kolor czerwony,  czarny niech będzie wyróżnikiem mojej własnej “twórczości”.

Zacznijmy od tego, co to w ogóle jest za wino, w czym pomocne będą poniższe zdjęcia etykiety i kontretykiety.



Z etykiety dowiadujemy się, że producentem wina jest Weinhaus Franz Hahn, jest ono wytrawne, nosi nazwę “Linemops”, a powstało w regionie winiarskim Palatynat (Pfalz), który jest drugim pod względem wielkości po Rheinhessen. Kontretykieta dopowiada nam rocznik wina - 2019, adres producenta, zarówno fizyczny jak i internetowy (także w formie kodu QR), sugerowaną temperaturę serwowania oraz poziom alkoholu. Jest też oczywiście odrobina kontretykietowej literatury:

“Ecken und Kanten haben, eine Eigenschaft die Mensch und Wein interessant macht. Wir genießen unsere Ecken i Kanten und waren mutig genug es zu wagen, als junge Familie unserem Traum Leben einzuhauchen. Der fertige Traum befindet sich nun in ihrer Flasche.”

Google translator tłumaczy tych kilka zdań dość topornie:

“Ostre krawędzie, cecha, która sprawia, że ​​ludzie i wino są interesujący. Lubimy nasze kąty i krawędzie i byliśmy na tyle odważni, aby jako młoda rodzina odważyć się tchnąć życie w nasze marzenie. Skończony sen jest teraz w Twojej butelce.”

Ja niemieckiego nie znam, ale na podstawie próby Google napisałbym to tak:

“Wady i zalety są cechą interesujących ludzi i win. Lubimy naszą wyrazistą osobowość  i znaleźliśmy w sobie młodzieńczą odwagę, by tchnąć życie w nasze marzenia. Efekt ich realizacji wypełnia teraz Twoją butelkę.”

Mam nadzieję, że brzmi lepiej i nie wypacza oryginalnych słów autora tego tekstu. Jeśli sprawnie posługujecie się niemieckim, to zachęcam do umieszczenia własnego tłumaczenia w komentarzu.

Teraz czas zapytać o tłumaczenie sztuczną inteligencję. Jak sobie poradziła? Ano tak:

“Mieć kanty i zalety to cecha, która czyni ludzi i wino interesującymi. Cieszymy się naszymi zaletami i kantami oraz mieliśmy wystarczająco dużo odwagi, aby zrealizować nasze marzenie o stworzeniu życia jako młoda rodzina. Nasze ukończone marzenie znajduje się teraz w twojej butelce.”

Publikuję, nie oceniam ;)

Wydałem też ChatGPT polecenie napisania pięciu zdań o producencie i tu zostałem zaskoczony informacjami, których nie znalazłem na stronie internetowej.

“Franz Hahn był niemieckim producentem wina, który działał w latach 50-tych i 60-tych XX wieku. Znany był przede wszystkim z produkcji win z regionu Palatynatu w Niemczech.

Hahn był innowatorem w swojej dziedzinie i wprowadzał wiele nowych technik produkcji wina, takich jak chłodzenie fermentacji wina za pomocą sztucznego lodu.

Jego winnice były zawsze zlokalizowane na stokach gór, co pozwalało na uzyskanie najlepszego smaku wina dzięki wyższej ekspozycji na słońce i lepszemu drenażowi.

Wina produkowane przez Franza Hahna były cenione za swoją wyjątkową jakość i smak, a także za ich zdolność do starzenia się i poprawiania się z wiekiem.

Dzisiaj winiarstwo Hahna jest kontynuowane przez jego syna, który również produkuje wina o wysokiej jakości i zachowuje tradycyjne techniki produkcji wina wprowadzone przez jego ojca.”

Nie wiem ile w tym prawdy, a ile fałszu, ale pewne informacje o producencie (i polskim importerze) można znaleźć na FB Niemieckiego Instytutu Wina:

“Wina od Weinhaus Franz Hahn GmbH & Co. KG  zawitały do sklepów Wielkie Wina  w Poznaniu i w Warszawie. 

Para  młodych winiarzy Yvonne i Martin Hochdörffer przejęli tradycyjną winnicę Franz Hahn położoną w idyllicznym zakątku w  południowym Palatynacie w 2016 roku. Tradycja i nowoczesność idą tu w parze.  Najbardziej lubią pracę w piwnicy. Tutaj eksperymentują do woli z tradycyjnymi i nietypowymi odmianami winorośli, tworząc unikalne cuvées o nowoczesnym charakterze. Ich pasją są cuvées i starzenie win w beczkach.”

Chciałem sprawdzić, czy sztuczna inteligencja może za mnie opisać to konkretne wino, ale okazało się, że umie się z tego wykręcić, a w zamian zaserwuje kilka uwag ogólnych na temat win i warunków uprawy, które wpływają na ich jakość.

“Niestety, jako model językowy nie posiadam informacji o konkretnym winie Franz Hahn Linemops 2019. Nie mam dostępu do aktualnych informacji dotyczących win, takich jak ich smak, aromat i charakterystyka. Jednakże, mogę zaoferować ogólne informacje na temat win wina.

Ogólnie rzecz biorąc, wina są klasyfikowane na podstawie różnych czynników, takich jak rodzaj winorośli, pochodzenie, proces produkcji, a także rocznik. Wina rocznikowe oznaczają, że wina te zostały wyprodukowane z winogron zebrane w konkretnym roku.

Franz Hahn Linemops 2019 to wino, które zostało wyprodukowane w roku 2019. Jego smak, aromat i charakterystyka zależą od wielu czynników, takich jak rodzaj winorośli użyty do produkcji, warunki uprawy, pochodzenie i proces produkcji wina. Wina mogą mieć różne style i cechy, takie jak lekkość, średnią lub pełną pełnię ciała, wytrawność lub słodycz, a także nuty owocowe, przyprawowe lub ziołowe w smaku i aromacie.

Ostatecznie, opis wina Franz Hahn Linemops 2019 zależy od jego konkretnych cech, które najlepiej opisują winiarze lub specjaliści od wina, którzy degustowali je i oceniali.”

Dość zgrabnie, ale nie idealnie. Muszę sobie poradzić sam ;)

Wino z pewnością warte jest spróbowania. Nie znam dokładnego składu, ale jest ono wieloszczepowe, a o ile zdążyłem się zorientować to właśnie kupaże są konikiem producenta. Mnie cieszył na pewno niezbyt wysoki poziom alkoholu, gdyż ostatnio preferuję wina lżejsze. A czy wino pachniało/smakowało wiśnią, czereśnią, jeżyną czy inną tabaką, to już jest kwestia mniej istotna. Pamiętam, że znakomicie umilało mi wieczór z książką i na pewno jego lekkość w czytaniu nie przeszkadzała.

Serdecznie dziękuję Niemieckiemu Instytutowi Wina za udostępnienie wina do degustacji.

Więcej informacji o producencie znajdziecie na stronie https://weinhaus-franzhahn.de/


poniedziałek, 13 grudnia 2021

Wildeberg Wild House Pinotage 2020.


   Był taki czas, na początku mojej winnej przygody, że byłem zakochany w odmianie pinotage. Nie była to może miłość długotrwała, ale dość intensywna. Wówczas wystarczyło mi, że wino posiadało cechy wyróżniające je stanowczo od innych, a które były łatwe do zdefiniowania. Pinotage dawał takie możliwości. W kieliszku czarny jak smoła, pachnący asfaltem, rozgrzewający alkoholem jak koksownik w środku mroźnej zimy. Może nie były to wina najsmaczniejsze, ale za to wyraziste.  A wtedy to był dla mnie atut.

    Dziś mam w kieliszku wino zgoła inne, choć wykonane z tej samej odmiany, no i oczywiście z tego samego kraju, bo trzeba wiedzieć, że pinotage to wino-wizytówka RPA. Wild House Pinotage z Wildeberg Winery jest w barwie dość ciemne, ale nie smoliste, w nosie dominują dojrzałe leśne owoce, zyskujące na intensywności już w ustach, gdzie dodatkowym atutem (owoców, nie ust, choć...) jest ich soczystość i świeżość podkręcona wyraźną kwasowością. Alkoholu jest nawet sporo, ale nie czuć go, chyba że jako iloczyn humoru i przyjemności rosnącej z każdym wychylonym kieliszkiem. Dymne, asfaltowe nuty są tu już tylko mglistym wspomnieniem piekła,  delikatnym kopniakiem kierującym w stronę przeciwną, w stronę mocy, ale jednak jasnej.


wino:
Wildeberg, Wild House Pinotage 2020.
pochodzenie: RPA, W.O. Western Cape.
odmiany: 100% pinotage
alk.: 14,0%
importer: Vive Le Vin

Wino kupiłem za własne pieniądze, ale z należytym weteranowi rabatem blogerskim ;)

niedziela, 22 listopada 2020

Tenuta Sant'Antonio, Amarone della Valpolicella, Campo dei Gigli, 2007.


Kusiło mnie to wino od dawna. To znaczy kusiło mnie, żeby się go w końcu pozbyć z moich zapasów i zrobić miejsce dla młodszych butelek, sam nie wiem dlaczego tak długo wytrzymało w chłodziarce. Co ciekawe, przynajmniej dla mnie, nie mogę znaleźć informacji o dacie zakupu, a w związku z tym także o jego cenie, a takie notatki prowadzę od 2010 roku. Prawdopodobne jest zatem i jest to  prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że dostałem to wino od żony na któreś urodziny, sam sporadycznie wydaję tyle pieniędzy na butelkę wina. Ile? Dowiecie się na końcu tekstu 🙂 

Po nalaniu do kieliszka wino wygląda naprawdę dobrze, było przechowywanie w pozycji poziomej przez cały czas jego u mnie obecności, wszelkie wytrącenia osadziły się zatem na ściance butelki, a do czaszy trafiło wino klarowne o barwie dość ciemnej z rubinową otoczką. Z wyglądu oceniłem je na dość młode.

W nosie mamy typowe dla amarone aromaty rodzynek (to z podsuszanych gron w celu skoncentrowania w nich cukru tłoczy się tego typu wino), skóry i drewnianej szuflady z przyprawami.

W ustach nadal mamy smak rodzynek, ale też świeżej (!) soczystej wiśni, pomieszanej ze słodką czereśnią, w końcówce zaś ujawnia się posmak gorzkiej czekolady.

Po trzynastu latach od zbioru winogron i pewnie jakichś dziesięciu obecności na rynku, wino prezentuje się naprawdę dobrze. Teoretycznie mamy tu przepis na wino nieśmiertelne, wszak zawiera dużo naturalnych „konserwantów”: 16% alkoholu, niemałą dawkę cukru resztkowego, doskonale wyczuwalną kwasowość i solidną taninę. To elementy, które długowieczności wina sprzyjają. Producent ocenia potencjał starzenia na jakieś 15-20 lat, ja piję wino, które wydaje się młodziutkie.

W piśmie o winie Ferment, nr 7 - zima 2018, Ewa Wieleżyńska zamieściła na temat Campo de Gigli notkę, tyle że opisywała rocznik 2012. Pozwolę sobie przytoczyć jej spostrzeżenia, mam nadzieję, że koledzy z Fermentu nie będą mieli mi tego za złe.

"Wino bynajmniej jeszcze nie takie stare, ale już porządnie ewoluowane. A ataku grzybowo-balsamiczne, potem rozwija aromaty śliwki i galaretki wiśniowej, by w końcu popaść w puddingowo-kokosową słodycz, równoważoną aromatami cedru, ściółki leśnej i jałowca. Zapach tego amarone szybko okazuje się znacznie ciekawszy niż smak. W ustach owoc już zetlał, cały czas mocno trzyma się natomiast beczka. Sprawy nie ratuje osobna jakby kwasowość. Wino jest słodkie, suche pozbawione świeżości. W końcówce ujawnia się w dodatku niedojrzałość owocu."

Ocena punktowa 88/100, czyli nie tak źle, w redakcyjnej skali podpada pod „wino dobre do bardzo dobrego” (84-89 pkt). 

Bardzo ładny opis, ja tak o winie pisać nie umiem, ale wrażenia z degustacji zgoła odmienne od moich, a mamy tu do czynienia z winem o 5 lat młodszym. Czy to kwestia słabszego rocznika, czy może słabszej butelki, trudno powiedzieć. Hugh Johnson pisze o roczniku 2012: „Amarone powinno być dobre”, zaś o roczniku 2007: „Niektóre wina świetne, ale potrzebna selekcja”. Wine Enthusiast ocenia oba roczniki na doskonałe, 92 pkt za 2012 i 93 za 2007, przy czym 2007 można już pić (choć warto jeszcze poczekać), a  z 2012 zdecydowanie nie warto się spieszyć.

Niezależnie od tych dywagacji, ja na koniec dodaję uwagę od siebie: wino bardzo mi smakowało. Cała reszta w tym przypadku zupełnie nie ma znaczenia. 


wino: Tenuta Sant'Antonio, Amarone della Valpolicella, Campo dei Gigli, 2007.
pochodzenie: Włochy, Veneto.
odmiany: corvina i corvinone 70%, rondinella 20%, croatina 5%, oseleta 5%
alk.: 16%
cena: 329 zł (aktualne roczniki w Winestory)

środa, 4 listopada 2020

Faustino V.


No dobra, dziś naprawdę krótka notka. Faustino V kupiłem podczas jesiennych Targów Wina w Leclercu, razem z kilkoma innymi winami i gdy "pochwaliłem się" zakupami na facebookowym profilu bloga, Dota z bloga On Egin Eta Topa (pozdrawiam!) stwierdziła, że to Faustino jest jednym ze słabszych produktów bodegi. Piję je pierwszy raz i niczego mu w moim mniemaniu nie brakuje. W porównaniu do raczej średniego Faustino VII, które można uważać za jedno z podstawowych win producenta (zrobione tylko z tempranillo, 6 miesięcy w beczce), Faustino V wyróżnia się na duży plus. Obok tempranillo mamy tu też mazuelo, a obie odmiany starzono w amerykańskim dębie przez co najmniej 18 miesięcy. Wyszło wino soczyste, łagodnie w piciu (szczególnie drugiego dnia), miłe dla podniebienia, z ładnym owocem i pikantną końcówką. 

Cena wydaje się dość wysoka, ja w promocji zapłaciłem za to wino 59,99 zł, a na sklepowych półkach regularna cena zbliża się raczej do poziomu 85-95 zł. Ja nie żałuję, że kupiłem. Jeśli macie jakieś doświadczenia z winami z Bodegas Faustino, dajcie znać!


wino: Bodegas Faustino, Faustino V Red Reserva, 2014
pochodzenie: Hiszpania, Rioja
odmiany: tempranillo, mazuelo
alk.: 13,5%
cena: 59,99 zł (Leclerc, październik 2020)


wtorek, 27 października 2020

Marques de Reinosa, Garnacha 2018.


Dziś, a może nie tylko dziś, bo degustację rozłożyłem na dwa dni (wieczory), biorę na warsztat wino Marques de Reinosa Garnacha Private Collection 2018. Wino pochodzi z hiszpańskiego regionu Rioja i zrobione jest, jak sugeruje etykieta, z odmiany garnacha, ale nie tylko. W składzie podobno jest 91% szczepu garnacha, a 9% tempranillo, co odczytuję z nalepki importera, gdyż na stronie producenta próżno szukać informacji o tym winie - strona w ogóle o nim nie wspomina.  Wczytując się w głębiej w nalepkę importera możemy  znaleźć informację, że wino powstało dla sklepów Piccola Italia & Mediterraneo, choć przeglądając sieć znalazłem taką etykietę w zagranicznych sklepach internetowych. Studiując dalej kontr-etykietę producenta i nalepkę importera dowiadujemy się, że wino powstało ze starych krzewów uprawianych w winnicach  Autol (siedziba producenta) i dojrzewało przez 6 miesięcy na osadzie w  beczkach z dębu francuskiego. Produkcja limitowana.

Dąb rzeczywiście odcisnął piętno na tym winie, dawno już nie czułem w nosie tak wyraźnego aromatu prażonej na maśle kukurydzy, myślałem przez moment, że to syn przygotowuje się w kuchni do oglądania jakiegoś filmu. Jak już wino sobie odetchnie to ujawnia się jego owocowa natura, z przyjemną taniną i ładną kwasowością, a wszystko to oprószone pikantną przyprawą. Pije się to naprawdę fajnie (o ile ktoś lubi taki styl wina), szczególnie na drugi dzień, kiedy aromaty odbeczkowe stracą na intensywności. Polecane do sezonowanych szynek serrano i iberico, salami chorizo, pieczonych lub grillowanych mięs czerwonych i dziczyzny, a także do tradycyjnych regionalnych flaków. Niczego takiego nie miałem na podorędziu, zadowoliłem się (winem) pijąc je solo.


wino: Marques de Reinosa, Garnacha Ptivate Collection, 2018
pochodzenie: Hiszpania, Rioja
odmiany: 91% garnacha, 9% tempranillo
alk.: 14,5%
cena: 39,99 zł (Piccola Italia, październik 2020)


sobota, 24 października 2020

Winnica Jadwiga. Regent-Cabernet Cortis 2016.


Dziś w końcu wpis króciutki, taką mam nadzieję🙂

Pretekstem jest otwarcie wina z Winnicy Jadwiga, wina zrobionego z odmian regent i cabernet cortis, zebranych w 2016 roku. Co ciekawe, jest to pierwszy rocznik tego wina, kupiony w tym roku, ale nie w winnicy, choć miałem okazję zwiedzić ją podczas tegorocznych wakacji. Gwoli ścisłości to zwiedzałem nie tyle winnicę, co winiarnię i mały magazyn zrobionych w niej win. Z owego magazynu wspomnianego rocznika nie można już dostać, co miało być sprzedane, sprzedane zostało, jednym z kupców okazał się ursynowski Leclerc, ale wino dopiero teraz trafiło do sprzedaży. Dlaczego? Jak wspomniał mi podczas niedawnej rozmowy Maciek Nowicki - redaktor Fermentu i Winicjatywy, może być to reakcja na sugestię odbiorców polskiego wina czerwonego, że trafia ono na rynek zbyt młode, nie w pełni dojrzałe. Popyt jest spory, podaż niezbyt duża, wina znikają zbyt szybko i zbyt szybko są wypijane. W Leclerku naszym ursynowskim kochanym prowadzący dział z winami Francuz zna się na rzeczy i butelki przetrzymał.

Czy wyszło im to na lepsze, tego nie wiem, nie piłem ich w momencie wypuszczenia na rynek. Wiem za to na pewno, że bardziej smakował mi rocznik młodszy - 2018, który kupiłem właśnie podczas wizyty na miejscu. Piłem je (2018) z kilkoma osobami podczas spotkania rodzinnego, wszystkim smakowało, było ładnie ułożone i epatowało pijących ślicznym czereśniowym aromatem, którego próżno szukać w roczniku 2016, przynajmniej w mojej butelce, tu raczej owoc przykryty był grubą warstwą ziemi. Napowietrzanie w dekanterze na nic się zdało, wino nadal wydawało się ściśnięte i w niczym nie przypominało swego młodszego następcy. Kto wie (ja na pewno nie), może to jeszcze nie był dobry czas na otwarcie rocznika 2016. Jeśli macie jakieś doświadczenia w tej kwestii, chętnie się wsłucham w Wasze opowieści.



wino: Winnica Jadwiga. Regent-Cabernet Cortis 2016.
pochodzenie: Polska, woj. dolnośląskie, rejon Wzgórz Trzebnickich
odmiany: regent, cabernet cortis
alk.: 13%
cena: 79,99 zł w Leclerku (czerwiec, 2020). W winiarni kupicie je za 50 zł, w ich sklepie internetowym nieco drożej.

czwartek, 22 października 2020

Czas na porządki.

Kto obserwował stronę bloga na >>> FB <<<, ten zauważył, że trochę butelek trafiło ostatnio do moich zapasów. Okazuje się, że łatwiej jest wina kupić niż wypić, a i z miejscem na butelki robi się przez to niewesoło. Dobry moment na kolejną akcję przeglądu i porządkowania zalegających w różnych miejscach flaszek. Bloga też przy okazji można zacząć porządkować, a raczej zasilać treścią dla wątpliwej sławy, bo czasy takie nastały w blogerskiej społeczności, że bardzo łatwo trafić na TOP 5 aktywnych blogów pisząc raptem 2 posty tygodniowo. To tyle na temat naszej winnej potęgi komunikacyjnej i jej wpływu na cokolwiek.

Czas zatem na krótkie (ale liczniejsze) notatki, dłuższych nikt nie czyta, zapewne okraszone zdjęciem, w tej kwestii nic się nie zmieniło. 

Październik to miesiąc moich urodzin, więc czyszczenie magazynów zacznę od win urodzinowych, czyli tych, które z tego właśnie powodu trafiły do moich zbiorów. Nie ma tego dużo, raptem dwie butelki (hej, co z Wami!), cykl nie będzie zbyt długi, ale zwolni się miejsce w chłodziarce na czekające w kolejce etykiety. Do roboty!

Na pierwszy ogień pójdzie wino, które w tej lodówce przeleżało przynajmniej 2 lata, a może i 4, nie pamiętam, czas leczy rany i zaciera wspomnienia, nawet te dobre, a prezent na urodziny jest raczej czymś dobrym. Tak czy owak urodzinowa butelka jest, ma już swoje lata, choć ode mnie dużo, dużo młodsza, tak mniej więcej cztery razy.


Firma rolnicza Scacciadiavoli, o której do tej pory nie słyszałem, ani tym bardziej nic z niej nie piłem, wyprodukowała wino w apelacji Montefalco Sagrantino, z którą też niewiele miałem w swym życiu wspólnego. Dobra okazja, żeby sięgnąć do literatury i czegoś się nauczyć w teorii, kieliszek z winem niech zaś służy poznaniu przez doświadczenie. 

Zacznijmy od geografii i nazwy apelacji Montefalco Sagrantino. Znajduje się ona w regionie Umbria, który od północnego zachodu graniczy ze świetnie znaną Polakom Toskanią, od południowego zachodu z regionem Lacjum (czyli tam, gdzie leży Rzym i Watykan), zaś od wschodu z Marche, zwanego w Polsce Marchią. Umbria dzieli się na dwie prowincje: Perugia i Terni, i właśnie w tej pierwszej znajduje się nasza apelacja, biorąca z jednej strony nazwę od gminy, w której się znajduje (Montefalco), a z drugiej od odmiany (sagrantino), z której produkuje się tu wina czerwone.

Co wiemy o szczepie sagrantino? Najważniejszy dla odbioru win z tej odmiany jest fakt, że są one bardzo taniczne, zawierają więcej garbników, niż słynący z ich poziomu tannat, a w porównaniu z doskonale znanym wszystkim cabernetem sauvignon, mają ich nawet dwa razy więcej. Duży poziom garbników, znaczny poziom alkoholu (moje wino ma go aż 15%) oraz wysoka kwasowość są czynnikami, które sprzyjają długowieczności win, jednak wina młode mogą być z tych samych powodów dość trudne w odbiorze, choć oczywiście wszystko zależy od konkretnego przypadku. W nosie możemy spodziewać się czerwonych owoców, ze śliwką i wiśnią na czele, a także nut ziemistych i przyprawowych (cynamon). Jak będzie w przypadku mojego wina okaże się za chwilę.

Co wiemy o producencie? Początki winnicy sięgają końca XIX wieku, ale obecni właściciele - rodzina Pambuffetti - mają ją w swoich rękach od 1954 roku, obecnie zarządza nią czwarte już pokolenie Pambuffettich. Rocznie powstaje tu ok. 250 tysięcy butelek wina, nasadzenia zajmują ok. 40 hektarów, przy czym oprócz sagrantino uprawia się tu również sangiovese i merlot, a z odmian białych chardonnay, trebbiano oraz grechetto. Producent nie ogranicza się tylko do win czerwonych, powstają tu wina białe i różowe, także w wersji musującej.

Co wiemy o produkcji tego wina? Zbiory przeprowadza się od połowy października do jego końca - sagrantino jest odmianą późno dojrzewającą. Fermentacja trwa 3-4 tygodnie i odbywa się w 100-hektolitrowych (10 000 litrów) zbiornikach wykonanych z dębu francuskiego. Później 50% wina dojrzewa przez 24 miesiące w zbiornikach z dębu francuskiego, a 50% w beczkach (15% nowych), również z dębu francuskiego. Po tym czasie następuje butelkowanie i przez kolejny rok wino leżakuje w piwnicach, dopiero po trzech latach od zbioru winogron trafia na rynek. 

Najwyższy czas na degustację 🙂

Wino ma kolor raczej ciemny, ale już lekko tracący na intensywności i przesuwający barwną dominantę od głębokiego granatu w stronę blaknącej powoli czerwieni. W nosie dominuje głównie skóra przyprószona lekko cynamonem i mokrą ziemią. W ustach próżno szukać soczystego i świeżego owocu, jeśli już to raczej owoc suszony, ale nadal dominują tu nuty skóry i pikantnych przypraw.  Tanina jest bardzo mocno wyczuwalna i wraz z solidną kwasowością tworzy wciąż mocną strukturę. Alkohol straszy swym poziomem bardziej na etykiecie niż na podniebieniu. Co do ogólnego charakteru wina, to dla mnie jest to coś pomiędzy mocno okraszoną beczką Rioją, a winami z Piemontu zrobionymi z bogatego w kwas i garbnik nebbiolo.

Chętnie spróbowałbym młodszego rocznika tego wina dla porównania. Wydaje mi się, że to w mojej butelce jest już raczej dojrzałe i choć nadal pręży muskuły, to zaczyna mu powoli brakować młodzieńczego wigoru.

 

wtorek, 26 maja 2020

Glen Carlou, Petite Classique, 2018.


Sam nie wiem kiedy zleciał ten miesiąc, trzeba już myśleć o jego podsumowaniu, a na blogu ani jednego nowego wpisu. Coś tam się działo na Facebooku, coś na Instagramie, ale tutaj - jak w rolnictwie - susza. By utrzymać przy życiu ten kanał komunikacji z Wami, postanowiłem nasączyć się winem z RPA, które okazało się pożywką całkiem przyzwoitą.

W poprzednim wpisie wspomniałem Wam o lekko korkowym winie Glen Carlou Grand Classique 2016, które charakteryzowało się całkiem ciekawym składem, wyraźnie nawiązującym do blendów bordoskich. Wczoraj i dziś w kieliszku miałem wino, które nazwą i składem również wskazuje swe źródło inspiracji. Petite Classique 2018 jest mniej bogate niż Grand Classique, jeśli chodzi o liczbę wykorzystanych w kupażu odmian, mamy tu jedynie merlota i malbeka, zakładam, że w równych proporcjach. Wino jest nowością w ofercie Glen Carlou, dziś na stronach internetowych producenta próżno szukać informacji na temat tego wina. Mam nadzieję, że w tej ofercie utrzyma się dłużej, moim zdaniem ma zadatki, aby być winem poważniejszym, niż sugerowałaby to jego nieco pieszczotliwa nazwa.

Wino wydaje się dość kwasowe, pobudzające apetyt, ja momentalnie poczułem chęć zjedzenia czegoś. Steka tym razem pod ręką nie miałem, musiałem zadowolić się pieczonym żeberkiem i muszę przyznać, że była to dobra kombinacja. Tak było wczoraj, dziś Glen Carlou popijam solo i utwierdzam się w przekonaniu, że zostawienie go na później było strzałem w dziesiątkę. Wino zachowało swój intensywny aromat, przy czym odbeczkowe nuty wanilii zniknęły, za to owoc ujawnił się w całej swej krasie. Także kwasowość wydawała mi się nieco mniej dokuczliwa, za to do głosu doszła przyjemna tanina. Wino drugiego dnia wydało mi się dużo bardziej zrównoważone.

Prawdę mówiąc jestem bardzo ciekaw, jak to wino będzie się zachowywało w przyszłości. Jest zamykane zakrętką, ale tego się nie boję, Tortoise Hill 2013 od tego samego producenta również było zakręcane i dobrze zniosło próbę czasu. Z pewnością jeszcze wrócę do tego wina.

Wino kupiłem w sieci Winestory, cena ok. 50 zł za butelkę 0,75l.

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Fleur de Pédesclaux, Pauillac, 2015


No cóż, znów Bordeaux.

Jestem od czasu do czasu namawiany przez moich czytelników do zakupu nieco droższych butelek od tych, które ostatnio opisywałem, a których cena zawierała się w przedziale mniej więcej 30-85 zł. Łatwo mówić, gdy namawia się kogoś do wydania pieniędzy nie ze swojej kieszeni, niemniej jednak i mi ta myśl nieraz świtała w głowie, żeby wyskoczyć ponad granicę 100-150 zł i poszukać wrażeń w tym rejonie cenowym.

Na początku marca bieżącego roku kupiłem w Leclerku na Ursynowie butelkę Fleur de Pédesclaux, drugiego wina z Château Pédesclaux, który to zamek znalazł się w słynnej klasyfikacji Grand Cru win bordoskich z roku 1855 (5. klasa). Sami się już na pewno domyślacie, że wraz z butelką do domu wdarły się spore emocje, które studziłem przez kilka tygodni, by na spokojnie zająć się degustacją wina. W ruch znów poszedł dekanter, a po kilku kwadransach wino znalazło się w kieliszku. Czy dekantacja była potrzebna, czy wino, które sam producent poleca pić jako młode, wymagało tego zabiegu? Nie wiem, ale zrobiłem to.

Na początku wino czarowało wspaniałym kwiatowym aromatem i miękkością na podniebieniu, ale z każdym kolejnym kieliszkiem stawało się takie... zwyczajne. Owoc tracił na intensywności, aromaty stawały się nieco przygaszone, zupełnie blade. Miałem wrażenie, że nie odbiega znacząco jakością od chociażby tych win z Grupy Castel, które opisywałem dla Was wcześniej. Powiem więcej, tamte sprawiały mi więcej przyjemności.

Muszę tu powiedzieć, że ja nie należę do grupy, którą określa się jako "label drinkers", nie daję forów za nazwę. Mówię jak jest, mnie to wino specjalnie nie zachwyciło, a biorąc pod uwagę fakt, że kosztowało niemal 140 zł, wydaje mi się przeszacowane. Ale, tu jednak muszę przyznać się do swojej słabości, prawdopodobnie nie zniechęci mnie to do sięgnięcia po kolejne butelki Pédesclaux, zwłaszcza że i pierwsze wino ma dla mnie cenę jeszcze akceptowalną. Nie jako wino codzienne, ale okazję do ponownej próby znajdę się z łatwością.

Jeśli piliście Pédesclaux, zostawcie po sobie znak w komentarzu, ja zaś wypiję resztką Wasze zdrowie.


wino: Château Pédesclaux, Fleur de Pédesclaux 2015.
pochodzenie: Francja, Bordeaux, Pauillac AOC
odmiany: merlot 74%, cabernet sauvignon 20%, petit verdot 6%
alk.: 13%
cena: 139.99 zł za butelkę 0,75l (Leclerc Ursynów w Warszawie, 2020-03-04)

niedziela, 29 marca 2020

Glen Carlou, Tortoise Hill 2013.


Dziś nie piszę o winie z Bordeaux, a z RPA, ale jego skład wyraźnie nawiązuje do bordoskich produktów. Powszechnie wiadomo, że w tym regionie Francji króluje mieszanka cabernet sauvignon i merlot, z niewielkim udziałem innych odmian, takich jak petit verdot, czy malbec. Moje dzisiejsze wino, to mieszanka tylko tych dwóch głównych odmian o równym udziale w kupażu. Skład wina to tylko punkt zaczepienia i nawiązanie do moich tekstów z ostatnich tygodni, ale tak naprawdę kupiłem je kilka dni temu po to, by sprawdzić w jakim stanie może być niedrogie wino z RPA, w dodatku zamknięte zakrętką, po upływie kilku ładnych lat od momentu wypuszczenia go na rynek. 

W nosie czuć nadal odświeżający aromat liści porzeczki z odrobiną nut balsamicznych, w ustach zaś niezmęczone ciemne owoce w tytoniowej otulinie, żywa kwasowość i wciąż wyraźna tanina. Jedynie kolor wina przy uważnej obserwacji może coś powiedzieć o wieku wina, ale próżno szukać tu jakichś wytrąceń.


Jestem mile zaskoczony tym winem, tym jak dzielnie przetrwało transport i kilkuletnie "półkowanie" w nie zawsze optymalnych warunkach. W dodatku mamy do czynienia z tanią, popularną linią win, obecnie już nieistniejącą, ale pokazującą potencjał producenta. Mam jeszcze w zanadrzu dużo droższą butelkę od Glen Carlou, której zawartość również można z łatwością podciągnąć pod bordoski blend, więc możecie spodziewać się jej recenzji na blogu.

Nie bójcie się próbować starszych (tanich) win w obawie przed nieudanym eksperymentem. To wszystko składa się na Wasze doświadczenia. Jestem teraz na etapie edukacji domowej moich dzieci, więc cytowanie klasyków przychodzi mi łatwo, a poniższy fragment jest autorstwa tego, który od wina raczej nie stronił: 
"Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
Że według bożego rozkazu:
Kto nie doznał goryczy ni razu,
Ten nie dozna słodyczy w niebie."
Prawdopodobnie trudno będzie Wam kupić to wino, ponieważ ta linia Glen Carlou nie jest kontynuowana, być może w którymś sklepie stacjonarnym Winestory są pojedyncze butelki, ale dziś - w czasie pandemii - trudno komuś polecać wyjście do sklepu z winami. #zostanwdomu 

wtorek, 24 marca 2020

Kwarantanna z Bordeaux w kieliszku.

Koronawirus. To w zasadzie jedyny temat, jaki wałkowany jest przez media, wszystkie stacje tv odpaliły liczniki zakażonych, oczywiście z uwzględnieniem zgonów. Prowadzenie statystyk utrudniają niektóre przypadki - lekarz, który popełnił samobójstwo chorował z powodu koronawirusa, ale to nie wirus go zabił, czy młoda rodząca kobieta zakażona wirusem, która umarła "tylko" na sepsę. Wyjątkowo często słyszy się słowo sepsa w przypadku zgonów w szpitalach, co bardziej mnie przeraża, niż sam koronawirus.

W pracy wprowadzono system rotacyjny z pozorami izolacji od innych współpracowników. Zaczęło się to u mnie od sześciu dni bez pracy, przez trzy dni będę pracować po 12 godzin, a potem znów 6 dni odrabiania lekcji w domu. Oczywiście z dziećmi, to ich prace domowe zlecane przez internet, chociaż mam poczucie, jakbym to ja był znów w podstawówce, w dodatku w dwóch klasach naraz. 

Po lekcjach (wysysają więcej energii niż praca) czas na relaks przed telewizorem i z kieliszkiem w ręku. Jak zauważyliście na blogu dominującym tematem są wina z Bordeaux, dzisiejszy wpis także będzie tego regionu dotyczył. Siedzenie w domu bez konieczności zajmowania się sprawami zewnętrznymi sprawia, że też zdecydowanie więcej czasu jest na samą celebrację picia win. Coraz częstszym akcesorium jest dekanter, bez niego nie odbyła się żadna domowa degustacja w mijającym tygodniu. A dekantacji, raczej w celu napowietrzenia win, niż oczyszczenia ich z osadu, poddałem zawartość trzech butelek.


Pierwszym winem było Château du Grand Soussans 2013 z apelacji gminnej Margaux. W Margaux znajduje się najwięcej winnic, które znalazły się słynnej klasyfikacji win z 1855 roku. Oczywiście wino, które próbowałem do niej nie należy, ale może i na nie skapnęła kropelka splendoru. Zobaczymy. Wg mojej rozkminki producentem tej etykiety jest Château Tayac na zamówienie Maison Bouey, dużego producenta i dystrybutora win we Francji i na świecie. Samo wino całkiem dobre i bardzo łatwe w picu. Wyjątkowo łagodne, ale na szczęście nie w stylu owocowego kompotu, tylko rasowego wina z wyraźnie zaznaczoną kwasowością, aksamitną taniną i wyraźnym owocem. Byłem zadowolony, choć miałem niedosyt taninowego pazura, być może kilka lat spędzonych w butelce sprawiło, że wino nabrało ogłady i miękkości, nie sposób odmówić mu elegancji. Cena też przyzwoita, wino kosztowało 59,99 zł. Jeśli chodzi to skład, to dominuje tu cabernet sauvignon (55%), w nieco mniejszej ilości merlot (40%) i odrobina petit verdot (5%), czyli to, czego możemy się spodziewać po lewym brzegu Żyrondy  


Taniny nie brakowało zaś w drugim winie - Château Laurensanne 2016 z apelacji Côtes du Burg. Tu była ona bardzo wyraźna, czego nawet w najmniejszym stopniu nie uznaję za wadę, jestem na takim etapie winnej przygody, że szorowanie taniny uznaję za perwersyjną przyjemność. Dekanter z czasem tę taninę wygładził, wino stało się łagodniejsze, a dobre wrażenie, jakie miałem zaraz po otwarciu wina, z czasem spotęgowało swoją moc. Cena bardzo przyzwoita - 38,99 zł. Co do składu, to trzeba było znów przeprowadzić małe śledztwo, co w przypadku win bordoskich jest niemal standardem, ale udało mi się wydobyć te cenne informacje: 65% merlot, 30% cabernet sauvignon i 5% malbec. Winnica należy zaś do rodziny Schweitzer - Vignobles Albert Schweitzer.


Najmniejsze wrażenie zrobiło wino ostatnie Château Beaumont 2017 z apelacji Haut-Médoc, ale tylko w tym sensie, że brakowało mu jakiejś szczególnej cechy, która mogłaby je jakoś specjalnie wyróżnić na tle innych.  Z drugiej strony bez sensu jest jednak zarzucać mu, że nie ma żadnej skazy, albo wyrazistego ozdobnika. To był naprawdę miły, grzeczny, nienaganny kompan podróży po świecie wina, w którego towarzystwie będziecie czuć się komfortowo. Wino najmłodsze z trzech opisanych, ale za to najdroższe - 74,99 zł. Angielska wersja strony internetowej producenta pomija w informacjach technicznych rocznik 2016 i degustowany przeze mnie rocznik 2017, ale można je odnaleźć w wersji francuskiej. W roczniku 2017 cabernet sauvignon stanowił 50% kupażu, merlot 48%, a petit verdot pozostałe 2%. 

W zasadzie wszystkie wina były fajne, podobały mi się, nie miałbym nic przeciwko temu, by jeszcze kiedyś do nich wrócić.

Wszystkie wina kupiłem w Leclerku na Ursynowie. 

sobota, 14 marca 2020

Château Barreyres 2016.


Dzisiaj wpis raczej krótki, nie zmęczycie się czytając, wypiłem dobre (jak zwykle moim zdaniem) wino i w zasadzie mógłbym na tym zakończyć tekst rekomendując Wam jedynie spróbowanie tej etykiety. Dla porządku dodam i w dodatku na początku, że to znów wino z Grupy Castel, co też dla wielu może być czynnikiem dyskwalifikującym. 

Mając chwilę na spokojną degustację odkopałem swój dekanter, przelałem do niego wino i odczekałem przynajmniej trzy kwadranse. Nie wiem, czy to zasługa li tylko dekantera, czy po prostu wino samo w sobie było dobre, w każdym razie pijąc je miałem przekonanie, że mam do czynienia z super zrównoważonym winem. Kwasowość, alkohol, owoc i tanina występowały w takich proporcjach, że tylko żal mnie ogarnął, że to zwykła butelka była, a nie magnum, jak w przypadku Château Tour Prignac.

Polecam!


wino: Château Barreyres, 2016.
pochodzenie: Francja, Bordeaux, Haut-Medoc AOC
odmiany: 51% merlot, 49% cabernet-sauvignon
alk.: 13,5%
cena: 59,99 zł za butelkę 0,75l (Leclerc Ursynów w Warszawie, 2020-03-06) 

niedziela, 8 marca 2020

Château Tour Prignac.

Jeszcze nie wiem czy ten trend się utrzyma, ale jak dotąd moja tegoroczna działalność na blogu krąży wokół win bordoskich. Nie zawsze jestem z nich zadowolony, ale mimo to chętnie kupuję kolejne butelki. Niektórzy czytelnicy zarzucają mi, że rozmieniam się na drobne kupując niedrogie (w domyśle słabe) wina z apelacji Bordeaux czy Bordeaux Superieur, zamiast dołożyć tych kilka dych i pić wina z mniejszych apelacji gminnych. Ja uważam, że w tej mojej winnej edukacji na wszystko jest czas, być może "marnując" teraz pieniądze na wina masowe, w przyszłości bardziej docenię te, które kosztują znacznie więcej. Zdarzało mi się pić już wina drogie, z dobrych roczników, z uznanych apelacji i cenionych zamków, ale moje marne doświadczenie nie pozwalało mi ich w pełni docenić, co zwykle prowadziło do rozczarowującej konkluzji: "i o co tyle hałasu?". Pozwólcie, że będę w tej kwestii pracował w swoim tempie. W swojej dziesięcioletniej blogerskiej "karierze" zbyt często skakałem z kwiatka na kwiatek, ucząc się raczej chaotycznie, bez odpowiedniego przygotowania i wymaganej w tym przypadku systematyczności. Być może to skupienie się na konkretnym regionie pozwoli mi na uporządkowanie wiedzy i doświadczeń przynajmniej na jednym polu. 


W dzisiejszym wpisie nawiążę do poprzedniej notatki na temat Château du Lort 2017. Nawiązanie będzie krótkie, chodzi o to, że gdy wybrałem się na kolejne zakupy do Leclerka, kilka dni po wypiciu du Lort, to na półce był już nowszy rocznik tego wina - 2018. Wino było bardziej owocowe od poprzedniego, mniej szorstkie, łagodniejsze w piciu, a przy okazji tańsze i to dość dużo. Oba kupowałem w cenach promocyjnych, przy czym to z rocznika 2017  kosztowało ok. 58 zł, a z rocznika 2018 już tylko ok. 40 zł. Różnica raczej spora. Podobnie rzecz się miała z innym winem, które pewnie opiszę w przyszłości - Chateau Ferrand (Pomerol) z rocznika 2016, które kupiłem za 119 zł, a rocznik 2017  (którego jeszcze nie kupiłem) pojawił się w cenie poniżej 100 zł. Jak będzie jeszcze na półce, kiedy wybiorę się na kolejne zakupy, to postaram się dokupić nowszy rocznik i zrobić degustację porównawczą.


Dziś jednak inne wino, w dodatku debiut u mnie na blogu, ale nie tyle samej etykiety, co formatu butelki. Po raz pierwszy kupiłem wino w butelce magnum, czyli o pojemności dwukrotnie większej od standardowej butelki 0,75 l. Wielokrotnie podczas różnych degustacji słyszałem, że wina sprzedawane w większych butelkach lepiej w nich dojrzewają, dłużej zachowują swoją dobrą formę. Wierzę na słowo, sam tego nie przetestowałem. W każdym razie wino, które w niej kupiłem pochodzi z winnicy Château Tour Prignac, która znajduje się w apelacji Medoc, czyli na lewym brzegu Żyrondy. W standardowej butelce widziałem ostatnio, ale też i kupowałem jakiś czas temu rocznik 2016. Natomiast to w butelce magnum pochodziło z rocznika 2007, czyli znacznie starszego. Skąd wziął się na półce akurat ten rocznik? Nie wszyscy go dobrze oceniali, może to niesprzedane zapasy, na które nie było dużego popytu. Hugh Jonson w swoim mini przewodniku na rok 2013 pisał tak: 

"Nędzne lato, potężny atak pleśni oznaczał trudny rok. Łatwe w piciu, ale niewiele win dobrze się zestarzeje. Bądź ostrożny w wyborze".

Zgoła inną ocenę daje portal Bordeaux.com:

"Udany rocznik. W tym roku odnotowano rekordowe nasłonecznienie we wrześniu i październiku, a także bardzo chłodne temperatury w nocy na przemian z ciepłymi dniami: mistrzowska równowaga aromatów!".

Bądź człowieku mądry i pisz bloga... Wine Enthusiasts w swym Vintage Charts już w 2014 roku rekomendował Medoc 2007 jako gotowy do picia, oceniając go przy okazji na 87/100 pkt. Decanter w swoim Bordeaux Vintage Guide ocenia Lewy Brzeg na 2.5/5 pkt., czyli raczej kiepsko, ale zwraca uwagę, że wina topowych zamków testowane ponownie w 2017 roku piły się dobrze. Tour Prignac to nie jest zamek topowy, ale to nie oznacza wcale, że należy mu odmówić ambicji. Wino było dobre, naprawdę, choć według mnie nie należy zwlekać z jego piciem. Intuicyjnie i podparty tylko niewielkim doświadczeniem, uważam że to jest czas tego wina. Można zauważyć jego ewolucję na podstawie barwy, aromatu, smaku, ale o schyłku życia, podkreślam - według mnie, mowy być nie może. Tak, ten zamek pił się dobrze.


wino: Château Tour Prignac, 2007
pochodzenie: Francja, Bordeaux, Medoc AOC
odmiany: 54% cabernet-sauvignon, 43% merlot, 2% cabernet franc, 1% malbec
alk.: 13%
cena: 120 zł za butelkę magnum 1,5l (Leclerc Ursynów w Warszawie)


poniedziałek, 17 lutego 2020

Château du Lort 2017.

Wyszło, za przeproszeniem, szydło z worka. Wszystkie wypite i opisane ostatnio przeze mnie butelki Bordeaux pochodzą z Grupy Castel. Widać ursynowski Leclerc, w którym w bordoszczaki się zaopatruję, znalazł sobie dostawcę wrzucającego hurtowo na półki całą swoją szeroką ofertę. Czego Castel nie ma w posiadaniu, to i tak Ci sprzeda, jako przedstawiciel handlowy naprawdę uznanych chateaux.


Ja w każdym razie piję kolejną butelkę bordeaux, tym razem z Zamku Lort, który należy do Grupy od 1984 roku, ale jego historia sięga XVII wieku, tak przynajmniej wyczytałem na tylnej etykiecie. Posiadłość zajmuje obszar 50 hektarów, z których obsadzonych winoroślą są 22 hektary. 

W nosie lekko czuć budyń waniliowy, natomiast w ustach żwir, tanina, trochę goryczki. Bardziej kojarzy mi się to z merlotem niż cabernetem. I rzeczywiście, pierwsze skrzypce gra tu merlot (70%), bordoska przyprawa w postaci petit verdot to aż 20% kupażu; pozostała część to cabernet sauvignon. Nuty oddębowe obecne w nosie znajdują swe potwierdzenie także w ustach, moim zdaniem trochę przykrywają owoc, przynajmniej zaraz po otwarciu. Kwasowość ładnie zaznaczona. Rustykalny szyk - głosi hasło na stronie internetowej, coś w tym jest, na początku winu można przypisać cechy pewnej surowości, po chwili jednak nieco łagodnieje, do głosu dochodzi owoc, któremu ciągle towarzyszy solidna tanina. Warto pilnować odpowiedniej temperatury podania wina, gdyż z każdym nadmiarowym stopniem alkohol, którego tu nie brakuje (14%), daje o sobie znać.

Gdyby mój opis niewiele Wam mówił o rekomendacji tego wina to podpowiem, że Wine Enthusiast ocenia ten rocznik na 91/100 punktów, natomiast Decanter na 87/100 punktów.

Cena we wspomnianym wyżej Leclerku to ok. 58 zł za butelkę.

niedziela, 9 lutego 2020

Jadę dalej z tym Bordeaux.

Ostatni mój wpis dotyczył wina produkowanego rzeczywiście na masową skalę, mówi się często o takich, że są "przemysłowe", co komplementem zazwyczaj nie jest, choć ja, ze względu na techniczne wykształcenie, raczej z podziwem patrzę na skomputeryzowane procesy technologiczne i wcale mnie to nie razi. Zresztą nawet najbardziej wysublimowane algorytmy produkcji na nic się zdadzą, jeśli winogrona będą kiepskiej jakości, a jeśli będą dobre, to i komputery sobie z nimi poradzą nie gorzej niż człowiek. Ale ja nie o tym chyba chciałem dziś pisać, no może pośrednio, bo dwa wina, które piłem ostatnio, to z jednej strony wina koncernowe, a z drugiej strony jednak powstałe w pojedynczych zamkach i to chyba nie takich bardzo dużych.

Tymi winami są Château du Bousquet i Château du Goëlane. Obie marki należą do Grupy Castel, która jest jednym z największych graczy na rynku alkoholi nie tylko we Francji, ale na całym świecie. Firma produkuje masę win stołowych, ale w swym portfolio ma też wielu producentów przejętych z rynku i działających w zasadzie autonomicznie, choć pod zwierzchnictwem władz grupy. Nie są to zamki ze słynnej klasyfikacji Grand Cru (poza jednym, ale o tym później), obejmującej najlepsze wina z Medoc (i jedno z Graves), czyli lewego brzegu Żyrondy (i Garonny w przypadku Graves), gdyż większość bordoskich posiadłości z Grupy Castel mieści się na prawym brzegu Żyrondy. W 2011 roku grupa kupiła (na spółkę z japońską grupą Suntory) posiadłość Château Beychevelle, która jest klasyfikowanym Grand Cru (4. Klasa) w apelacji Saint-Julien.

Wróćmy jednak do win, które miałem przyjemność pić, a przyjemność tą potęgował fakt, że wina są w cenach raczej przystępnych, za oba zapłaciłem łącznie niewiele ponad 100 zł.

Zamek Goëlane.
ⓒ chateaux-castel.com
Château du Goëlane jest pierwszą posiadłością kupioną przez Grupę Castel, a miało to miejsce w roku 1957, nieco ponad 100 lat od powstania winnicy (1850). Zamek znajduje się w miejscowości Saint-Leon, w części Bordeaux nazywanej Entre-Deux-Mers (między dwoma morzami), ale nie między morzami ona leży, a między rzekami Garonna i Dordogne. Uprawia się tu głównie merlot - 75%, 23% cabernet sauvignon i 2% petit verdot i taki zapewne jest skład kupażu. Cabernet sauvignon uprawia się na najbardziej nasłonecznionych stokach, część merlot w podobnych warunkach, jednak część upraw tej odmiany znajduje się też w miejscach częściej pokrytych cieniem, co daje grona nieco mniejsze, o dużej koncentracji tanin. Odmiana petit verdot jest wykorzystywana w produkcji win w charakterze „przyprawy”, nadaje im intensywniejszy kolor, dodaje nieco ciała i alkoholu. Jeśli chodzi o samą apelację, czyli Bordeaux Supérieur, to jest to dobry kierunek poszukiwań tańszych win z regionu Bordeaux. Wina muszą leżakować przynajmniej 12 miesięcy w dębowych beczkach oraz muszą być zabutelkowane na terenie posiadłości. Każdego roku butelkuje się ok. 10% win oznaczonych nazwą tej apelacji, reszta to zwykłe Bordeaux (mówię tu o winach powstających w tych szerokich apelacjach obejmujących cały obszar Bordeaux).

Zamek Bousquet.
ⓒ chateaux-castel.com
Drugie wino, które piłem pochodzi z Château du Bousquet, która to posiadłość została kupiona przez Grupę Castel jako druga, w roku 1960. Winnica znajduje się niedaleko miejscowości Bourg, a wina są butelkowane w apelacji Cotes du Bourg. Odmiany są tu uprawiane w najstępujących proporcjach: 70 merlot, 20% cabernet sauvignon, 7% malbec i 3% cabernet franc. Malbec jest w tym przypadku stosowany w tym samym celu, co petit verdot w winie z Château du Goëlane. Obszar upraw zajmuje 65 hektarów ziemi, co przy średniej na poziomie 10 ha dla całej apelacji czyni z Château du Bousquet gracza dość dużego. Wino może powstawać zarówno w kadziach betonowych, jak i stalowych, dojrzewanie odbywa się w beczkach z dębu francuskiego (20% nowe beczki). 



Jak są te wina? Ogólnie rzecz ujmując należy powiedzieć, że dobre. Dobrze się je pije, przy czym warto pozwolić im trochę pooddychać. Jeśli ktoś pija wina z Bordeaux to natychmiast odczuje ten nieco surowy charakter dość młodego wina z tamtego regionu. Bousquet jest trochę bardziej owocowe, gładsze. Goëlane bardziej taniczne, chropowate, ale oba wypiłem z przyjemnością.

I czuję, że to nie jest koniec mojej przygody z Bordeaux.

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Niełatwy początek roku.

No, nie dostałem od Was zachęty do pisania, więc robię to z własnej woli i z tym pierwotnym poczuciem, które towarzyszyło mi na początku prowadzenia bloga, że robię to wyłącznie dla siebie. Może to i lepiej, robię to bez obciążenia i wolny od wszelkiej presji poza moją własną.

Początek roku nie obfitował w jakieś znakomite wina, wręcz przeciwnie, było raczej tak sobie. Moja żona, z racji zajmowanego stanowiska, otrzymuje czasem drobne świąteczne upominki od partnerów biznesowych, w zeszłym roku nie było tych prezentów zbyt dużo, widać 2019 nie był najłatwiejszym rokiem w interesach, a podobno 2020 ma być jeszcze trudniejszy, niemniej jednak coś tam „wpadło”. Zazwyczaj owe prezenty są później przekazywane w moje ręce, nie inaczej było tym razem, i tak oto przed moje oblicze trafiła butelka Bordeaux z dobrego rocznika 2015. Bordeaux, jak oczywiście wiecie, to nie jest gwarancja sukcesu w butelce, obok dobrych czy wręcz doskonałych  (i nieprzyzwoicie drogich) win, produkuje się tam morze win słabych i przeciętnych, o których wielu powiedziałoby, że mogłyby spłynąć Wisłą razem z nieczystościami będących efektem „nieudolnych rządów” (zygzakiem, zygzakiem) „afery Trzaskowskiego” (podwójnym zygzakiem, podwójnym zygzakiem). Ale istnieje też powiedzenie, że w słabym roczniku Bordeaux kupuj (jeśli cię stać) od najlepszych producentów, w dobrym możesz kupować od każdego. Można tym powiedzeniem się sugerować, ale nie należy też zbytnio brać go do serca. Francuzom udaje się spartolić wina nawet w najlepszych rocznikach, czego przykładem wydaje się być (oczywiście moim zdaniem) ów prezent. Może trochę przesadzam i mam zbyt wygórowane oczekiwania, ale jednak Bordeaux i dobry rocznik te moje oczekiwania jakoś usprawiedliwiają.


Chateau La Graula 2015 to wino wyprodukowane przez J.P. & M. Bessette na zamówienie firmy handlującej winami MTVins i należy do szerokiej apelacji Bordeaux Supérieur AOP, w której powstają raczej wina codzienne, niż butelki wybitne. Jest mieszanką odmian merlot, cabernet franc i cabernet sauvignon, na papierze wygląda to nawet dobrze, natomiast usta mówią coś zupełnie innego. Przygaszony owoc i struktura, która bardziej opiera się na alkoholu (14,5%), niż na kwasowości, a do tego jakieś fabryczne aromaty i rozczarowanie gotowe. Wyobrażam sobie, że mogłoby lepiej wypaść w zestawieniu z jedzeniem, wszak to wino raczej stołowe, ale ja piłem je solo. Może na tym polegał mój błąd, może trzeba było je sparować z polecanymi potrawami: czerwonymi i białymi mięsami, czy serami. Może trzeba było dać mu dłużej pooddychać i wrócić do niego następnego dnia. Może byłoby lepiej. Może…


Jak to zwykle bywa, znów czuję się Bordeaux rozczarowany i znów mam ochotę butelkę Bordeaux kupić. Dziwne? Też mi się tak wydaje.


Chateau La Graula, 2015
pochodzenie: Francja
apelacja: Bordeaux Supérieur AOP
odmiany: merlot (60%), cabernet franc (25%), cabernet sauvignon (15%)
alk.: 14,5%
cena: 39,99 zł w sklepach Kondrat Wina Wybrane (bieżący rocznik 2016)

wtorek, 31 grudnia 2019

Na koniec roku.

Nie udało mi się w tym roku dostarczyć na blogu jakości, więc może jeszcze w ostatnim dniu roku (2019) pójdę na ilość i zamieszczę krótki wpis okraszony kilkoma zdjęciami flaszek. 

Trzeci rok z rzędu spędzam czas między świętami Bożego Narodzenia, a Nowym Rokiem na południu Polski, w znanym hotelu, który upodobali sobie sportowcy, a szczególnie kadry narodowe popularnych dziedzin sportu. Hotel ten leży w odosobnionym miejscu, poza niezłej jakości bazą noclegową jest tu mocno rozbudowana infrastruktura ukierunkowana na aktywność sportowców amatorów i sportowców zawodowych. W kwestii „sportu", który uprawiam na tym blogu jest dość marnie. W restauracji czy barze jest kilka propozycji win od znanego dostawcy dla rynku HoReCa, ale znając ceny tych win w sklepie firmowym nie mam ochoty trzykrotnie przepłacać za wina ze średniej półki, a tym bardziej za te droższe, których ceny są już podawane w tysiącach złotych. 

Ratunkiem dla winomaniaka, za jakiego - być może niesłusznie - się uważam, jest mały i jedyny sklepik z lokalnymi pamiątkami, ale też miodami (w tym pitnymi), nalewkami oraz winami. Oferta sprowadza się tylko do jednego producenta - Przeworskich Winnic, o których już Wam kiedyś wspominałem. Wieczorami, po zakończonych aktywnościach naprawdę sportowych, miałem okazję spróbować tych przeworskich specjałów, wypiłem dwa wina białe, jedno różowe, a także dwa czerwone.

Wina produkuje pan Dariusz Rosół, a ich nazwy biorą się od imion członków rodziny, przy czym wina białe noszą imiona żeńskie, natomiast różowe i czerwone imiona męskie.

Rodzinę pana Dariusza poznawałem w tym roku rozpoczynając od Agnieszki i Zofii.


Agnieszka (żona Dariusza) według opisu jest: pachnąca, stanowcza, potrafi zaskakiwać, łagodna wieczorem, rześka rankiem. Wino nazwane jej imieniem jest półwytrawne, zawiera 12% alkoholu, zrobiono je z odmiany solaris z 10% domieszką rieslinga. Cukier resztkowy na poziomie 11 g/l, a kwasowość 5,7 g/l.


Druga w kolejności była Zofia - mama pana Dariusza, którą scharakteryzował tak: konkretna, zdecydowana, z wiekiem łagodnieje i bardzo zyskuje na jakości. Wino zaś jest wytrawne, zawiera 11,5% alkoholu, zrobione zostało z odmian seyval blanc oraz bianca. Cukier resztkowy 2 g/l, a kwasowość 6 g/l.




Trzeci i piąty był Maciej, przy czym trzeci był koloru czerwonego, piąty zaś różowego. Maciej jest synem pana Dariusza: ambitny, trochę surowy, potrzeba do niego cierpliwości, wie jak pokazać swoje walory. Oba wina zrobione zostały z odmian zweigelt i pinot noir, czerwone jest wytrawne, zawiera 12,5% alkoholu, cukier resztkowy 2,5 g/l, kwasowość 6,5 g/l. Maciej różowy jest półwytrawny, ma 12% alkoholu, 8,5 g/l cukru, kwasowość na tym samym poziomie co w winie czerwonym.


Czwartym winem był Jacek. W rodzinie pana Dariusza jest jego bratem: młody – trochę kapryśny, z wiekiem dobrze rokuje, dobrze się starzeje, potrafi słuchać. W winie Jacek jest dornfelderem, jest wytrawny i ma 12,5% alkoholu. Cukru ma 2,5 g/l, a równoważy go kwasowość na poziomie 5,6 g/l.

Tym razem najbardziej mi smakowały wina białe, oba całkiem dobre i postawiłbym je na jednym poziomie. Na niższej półce umieściłbym Macieja, ale czerwonego, a także Jacka. Najmniej pasował mi Maciej różowy, więc w hierarchii umieszczam go jeszcze trochę niżej, ale z pewnością nie jest to półka najniższa i sporo oddalona od podłogi.

Podobno od tego roku pan Dariusz ma zamiar produkować wina musujące, co bardzo mnie cieszy, być może będzie mi dane ich spróbować, czas pokaże. Tymczasem życzę Wam wszystkiego najlepszego w Nowy Roku, a Wy mi życzcie więcej zapału do pisania. Startuję z niskiej bazy, więc szansa na to jest spora 🙂

wtorek, 26 listopada 2019

Barolo i Chianti w jednym stały domu.


Nawiązując do mojego poprzedniego tekstu dotyczącego win z Bordeaux, w którym przyznałem się do ulegania pokusie wydawania większych pieniędzy na wina z tego regionu (choć niekoniecznie otrzymywania za nie większych emocji), muszę dodać, że równie łatwo namówić mnie na Barolo oraz Chianti Classico. Niestety zbyt często daję się oczarować samej nazwie apelacji i przystępuję do kompulsywnych zakupów bez pogłębionej refleksji. Fakt, że w takich przypadkach także cena odgrywa istotną rolę, wszak nie ma tanich Barolo, a taka "okazja" na półce wyzwala zakupowy impuls, no bo chyba właśnie znaleźliśmy nasz złoty środek - jeszcze niezbyt drogo, a już całkiem dobrze. No niestety. Po otwarciu okazuje się, że jeszcze niezbyt dobrze, a już całkiem drogo.

Taki, zdawało mi się, celny strzał przytrafił mi się w osiedlowym sklepiku, w którym mityczne Barolo upolowałem za jedyne 99 zł. Apelacja wypisana eleganckim zawijasem, nazwa wina już mniej rzucająca się w oczy, za to nazwa producenta niemal w ogóle niedostrzegalna i opisana raczej kodem, niż nazwiskiem. Taki tam Włoch Anonim.


Wino prawdę mówiąc takie sobie, owszem do wypicia, ale nie po to kupuje się Barolo, żeby było tylko do wypicia. Dobrze, że się da, ale za 99 zł to jednak trochę za mało. Do wypicia to jest portugalskie Portas do Tejo, w promocji w pobliskim Tesco za 12,99 zł, ale jak się na nią nie załapiecie to regularna cena jest wyższa o jedyne 2 zł.


A propos Tesco, które wciąż nie wie, co ma ze sobą zrobić w naszym kraju, to jest to miejsce pełne magicznych promocji, często nawet udanych. A to biała Nowa Zelandia za 19,99 zł (całkiem, całkiem)...


...a to hiszpańska czerwona reserva za 14,99 zł (zupełnie przyzwoita)...


... a ostatnio nawet wspomniane wyżej Chianti Classico, w dodatku riserva i to dojrzała, bo chyba można tak powiedzieć o winie z rocznika 2011. No pokażcie mi drugą taką butelkę za 19.99 zł. To wino akurat w odróżnieniu od Barolo jest warte swojej ceny, pije się nieźle, a że z apelacyjnymi tuzami łączy je tylko nazwa, to taki nieistotny szczególik, na który można przymknąć oko. 


Tak więc drodzy czytelnicy, jeśli dotrwaliście do końca tego tekstu, to w nagrodę podzielę się z wami grubą refleksją: sławna apelacja dobrego wina sama nie uczyni. Co? Wiedzieliście to? A to przepraszam.

poniedziałek, 29 lipca 2019

Bodegas Luzón, Altos de Luzón 2013.


Wino Altos de Luzón trafiło do mnie z okazji Świąt Bożego narodzenia, o czym mogliście przeczytać wcześniej. Teraz przyszedł czas na jego wypicie. Czerwone wina niespecjalnie mnie przerażają w upały, choć przyznać muszę, że nie były one dokuczliwe w momencie, gdy otwierałem to wino. Z drugiej strony Hiszpanie też nie czekają na zimę czy późną jesień, żeby wychylić lampkę (czy poważny bloger powinien używać tego słowa?) wina, więc może trzeba skończyć z tymi bzdurami o kolorach wina i odpowiednich dla nich porach roku. Otworzyłem, bo miałem ochotę i tyle.


Wino pochodzi z rocznika 2013, czyli już trochę czasu spędziło w butelce, ale otwierając je nawet nie pomyślałem o tym, w jakim może być stanie. Jak się okazało wino miało formę młodzieńca, bez najmniejszych oznak zmęczenia. Winogrona, z których powstało, dojrzewały na 50-letnich krzewach trzech odmian: monastrell, cabernet sauvignon i tempranillo. Wszystkie odznaczają się sporą naturalną kwasowością, co w połączeniu z potężną dawką alkoholu i solidnymi taninami może tłumaczyć dobrą formę wina. Moim zdaniem, a mówię to jako amator na podstawie intuicji, a nie wiedzy, najlepsze lata ma ono jeszcze przed sobą. W ustach czuć solidną strukturę wina, kwasowość rzeczywiście gra tu pierwsze skrzypce, choć po chwili do głosu dochodzi też owoc - pozbawiona słodyczy czereśnia z lekkimi nutami przypraw i delikatną goryczką pestki.


Podsumowując - jest to wino z potencjałem, mam wrażenie, że wypiłem je za wcześnie, choć przecież długo czekało u mnie na swoją kolej, co z kolei zaczęło mnie już lekko mentalnie uwierać. Czuję, że trzeba będzie do tego wina jeszcze kiedyś wrócić. Być może trzeba będzie je wypić do jakiejś sugerowanej przez producenta potrawy. Wśród nich są między innymi dania z dzikiego ptactwa, niebieskich serów czy ryb takich jak łosoś czy tuńczyk. Jest jeszcze jedna sugestia: "roasted shoulder of kid", ale to akurat chyba sobie odpuszczę.


Bodegas Luzón, Altos de Luzon, 2013
pochodzenie: Hiszpania
apelacja: Jumilla DO
odmiany: 50% monastrell, 25% tempranillo, 25% Cabernet Sauvignon
alk.: 14,5%
cena: 97,99 zł (Centrum Wina, Winezja)


Wino otrzymałem do degustacji od ekipy Centrum Wina. Bardzo dziękuję!

wtorek, 4 czerwca 2019

Gnarly Head, Old Vine Zinfandel, 2016


Porównując ofertę win Gnarly Head w Centrum Wina z tym, co można znaleźć na stronie producenta, to przyznać trzeba, że prezentuje się ona dość skromnie. Raptem trzy wina, w tym jedno ze starszą etykietą - Gnarly Head Pinot Noir, odbiegającą od nowego wzoru oraz Gnarly Head Viognier, którego nie udało mi się już na stronie producenta odnaleźć. W moje ręce trafiło jednak trzecie wino z tej listy - Gnarly Head Old Vine Zinfandel 2016, które i w internecie, i na sklepowej półce wygląda podobnie. Jak wskazuje nazwa, wino zrobione jest z odmiany zinfandel (we Włoszech występującej jako primitivo, a w Chorwacji jako crljenak kaštelanski lub tribidrag), przy czym wiek winorośli waha się między 35 a 80 lat, stąd oznaczenie Old Vine. Odmiana zinfandel jest odmianą wysokocukrową, więc jeśli podczas fermentacji drożdże przerobią cały cukier, to powstaje wino o sporej zawartości alkoholu, jeśli zaś wino jest mniej alkoholowe, to zazwyczaj lepiej wyczuwalny w nim jest cukier resztkowy. Być może przez taki, a nie inny charakter Polacy tak bardzo kochają primitivo i zinfandele - tu nie ma złej opcji, lubimy by było mocno, lubimy by było słodko, idealnie jakby dało się to pogodzić w jednej butelce.

Postanowiłem sprawdzić na własnym organizmie, co ze mną zrobi butelka starego zinfandela, co obiecywałem Wam opisując wino 3 Finger Jack. Tak mi się przynajmniej zdaje. Liczyłem na podobne doznania, ale wiecie już doskonale z innego mojego tekstu o The Big Top Zinfandel, że wina z tego samego szczepu, tego samego regionu i tego samego rocznika nie muszą być do siebie podobne, co więcej mogą się od siebie znacząco różnić. Wszystko zależy od umiejętności poszczególnych winiarzy i decyzji jakie podejmują w winnicy i „na zakładzie”. Krótko mówiąc, ci od 3 Finger Jack’a dali radę, ci od The Big Top Zinfandel nie bardzo. Otwierając butelkę Gnarly Head miałem nadzieję na emocje, jakich dostarczył mi awanturnik z Dzikiego Zachodu.

Niestety, krzepkie mięśnie, zadziorność i ostre rysy 3 Finger Jacka robią o wiele lepsze wrażenie niż wiotka postura, gładko wypudrowana twarz i waniliowa perfuma charakteryzująca wino Gnarly Head. Ciekawa etykieta przyciąga wzrok i kusi by wino kupić, ale wnętrze butelki wypełnione zostało mdłym, słodkawym płynem o niezbyt wyszukanych aromatach i dość wątłej strukturze. Co ciekawe, wino to ma dość dobre opinie, wielu osobom smakuje i jest nawet wychwalane. Widać ludzie lubią takie słodkie pluszaki. Ja chciałem napisać, że raczej się nie skuszę na drugą butelkę, ale zmieniłem zdanie. Obiecałem sobie, że sięgnę jeszcze po pinot noir od tego producenta, więc przy okazji kupię jeszcze raz zinfandela. Jedna butelka może zmylić, ale druga powinna potwierdzić moje odczucia i wtedy wszystko będzie jasne. Albo im zaprzeczyć i zrobi się ciekawie. Pożyjemy, zobaczymy!


Gnarly Head Old Vine Zinfandel, 2016
USA, Kalifornia, Lodi AVA
odmiany: 100% zinfandel
alk.: 14,5%
cena: 79 zł (Centrum Wina, Winezja.pl)