Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 lipca 2018

The Guild. Shiraz 2016.


Usta osoby patrzącej na etykietę i kontretykietę tego wina mogą wykrzywić się w grymas dezaprobaty albo mimowolny uśmiech - w zależności od poczucia humoru. Jeśli nie podchodzicie do wina nazbyt poważnie, to zapewne znajdziecie się w tej drugiej grupie. Zabiegi marketingowców mają przykuć uwagę konsumenta i moim zdaniem robią to dobrze, mnie w każdym razie to przekonuje. Ale to od zawartości butelki zależy czy uśmiech na twarzy będzie miał trwały charakter, czy będziecie zmuszeni przejść do obozu malkontentów. Grupa zapaleńców w różnym wieku i różnym poziomie doświadczenia bawi się butelkowanie winnego płynu mającego odzwierciedlać nie terroir, ale własną osobowość. Kluczowe słowo to „zabawa”. Winiarze liczą na łut szczęścia, przebłysk geniuszu, ale przede wszystkim dobry efekt eksperymentów.


Historia może i ciekawa, ale założę się o drugą butelkę, że nieprawdziwa. Trzeba po prostu parę cystern shiraza zabutelkować (w tym wypadku w Holandii), ładnie opakować i sprzedać. Taki biznes.

Liczyłem, że The Guild przełamie złą passę, w ostatnich tygodniach piłem kilkukrotnie wina z odmiany shiraz/syrah, żadne z nich mnie nie zachwyciło. Podobnie było i tym razem. Nie żeby było złe. Po prostu przelatuje przez gardło i nie pozostawia po sobie żadnych wartych zapamiętania wrażeń. Faktoria Win poleca je do posiłku, najlepiej do grillowanych mięs. To dobry kierunek, mamy do czynienia z winem stricte stołowym i tam jest jego miejsce.


The Guild. Shiraz, 2016.
miejsce pochodzenia: Australia
odmiany: 100% shiraz
alk.: 14,0%
Cena: 24,99 zł


Dziękuję Faktorii Win za udostępnienie wina do degustacji.

wtorek, 26 czerwca 2018

Cool Woods z Australii.

ⓒ Thorn-Clarke
Nie pamiętam, czy Wam kiedyś o tym wspominałem, jeśli tak, to wybaczcie, ale zdarza mi się kupować butelki w krakowskim Domu Wina. W zasadzie kupuję tam wina trochę nie z własnej woli, lecz za sprawą niezwykle efektywnej pani od sprzedaży, która dzwoniąc do mnie potrafi naprawdę zamieszać mi w głowie. Ostatnio stałem się nieco bardziej asertywny i trenując posługiwanie się słowem „nie” skutecznie jej odmawiam. Chociaż uczciwie dodam, że rezygnując niedawno z kupna win z argentyńskiej Salty miałem jednak głębokie poczucie żalu. Ale nie o winach z Argentyny dziś chcę napisać, ale tych z Australii. Też na A i równie daleko.

Wina z Australii trafiły do mnie właśnie za sprawą pani Mirosławy z Domu Wina, która „wcisnęła” mi zestaw 6 flaszek. Takich zestawów kupiłem już kilka, jeśli nie kilkanaście, średnia cena wynosi ok. 45-50 zł za butelkę, czyli wcale niemało. Problem polega na tym - takie jest moje odczucie, które wzmacnia się z każdym kolejnym zestawem  - że tylko dwa są naprawdę warte tej ceny, kolejne dwa są dość dobre i nawet mając świadomość, że kosztowały nieco za dużo, to w sumie nie można się do nich przyczepić. No i ostatnie dwa wina, które z pewnością są przeszacowanie, niewarte swojej ceny, które trudno polecać z czystym sercem, nawet jeśli są całkiem pijalne.

Zestaw australijski był skomponowany z win produkowanych przez Thorn-Clarke - wytwórnię, która oprócz bogatej listy win sygnowanych własną marką produkuje wina bardziej masowe, wytwarzane z gron z własnych upraw i skupowanych od innych winogrodników. Takimi winami są wina Cool Woods, które ostatnio wyciągnąłem z kartonu, choć od ich zakupu minął niemal rok. 

Pierwsze z nich - Cool Woods Sauvignon Blanc z 2016 roku było nawet ciekawe, choć miałem wrażenie, że to dzięki zbyt szybkiemu utlenieniu zyskało na atrakcyjności i w sumie nie wiem, czy należy to uznać za dobrą cechę wina, czy może jego oryginalną wadę. Tak czy owak, potwierdzam to, co napisałem wyżej, mimo naciąganych nieco zalet, nie jest to wino warte swojej ceny.



Z Cool Woods Shiraz 2015 było już zupełnie nieciekawie, by nie powiedzieć nudno. Wino tylko poprawne, choć przy tej cenie można i trzeba oczekiwać więcej. Z ręką na sercu mówię/piszę, że zamiast tego wina lepiej kupić w supermarkecie dwie butelki Jacob’s Creek z podstawowej linii, albo szarpnąć się na linię „reserva”, która i tak pewnie wyjdzie taniej, a pozostawia znacznie lepsze wrażenia na podniebieniu.



Cool Wood Cabernet Sauvignon 2016 ratuje nieco sytuację, ale w tym sensie, że w ogóle przypomina cabernet sauvignon. Nieźle daje radę jako proste wino stołowe, raczej takie, które popija się podczas obiadu, niż będące materiałem na oryginalny pairing z wykwintnym daniem. Mogę jeszcze raz dodać (choć wiem, że to zaczyna być nudne), że w promocyjnym zestawie wydaje się drogie, jak na swoje możliwości, a w sklepie Domu Wina cena jest jeszcze wyższa.



Wyrażając te niezbyt pochlebne opinie o winach Cool Woods żywię jednocześnie nadzieję, że pozostałe dwa wina z zestawu, okażą się tymi najlepszymi, tymi za które warto zapłacić i które dają satysfakcję podczas picia.


Tak właśnie było z Pinot Grigio 2016 z linii Eden Valley (niedostępnej obecnie na stronie producenta), które piłem z ogromną przyjemnością.


Ale o tym w przyszłości, mam nadzieję - niedalekiej. 

poniedziałek, 23 listopada 2015

Świeżutkie chardonnay.

Dawno, dawno temu, w rozmowie z Martą Wrześniewską z Winicjatywy stwierdziłem, że dla mnie wina Jacob’s Creek (a byliśmy po kolacji, gdzie prezentowano te wina) to wybór bezpieczny. To znaczy taki, że amatorzy wina spod znaku JC wypiją ze smakiem, a profesjonaliści nie znajdą dostatecznego powodu, aby wylać je do zlewu. Było to co prawda zanim Jacob’s Creek wprowadził na polski rynek koszmarki w stylu semi-sweet Merlot Shiraz czy semi-dry Shiraz Grenache, ale odrzucając te dwa przypadki gotów jestem podtrzymać swoje zdanie. Zwłaszcza kiedy mam do czynienia z młodym, świeżym, w pełni wytrawnym chardonnay z 2015 roku. 


To wcale nie taki częsty widok, żeby butelki młodego białego wina stały na półkach polskich sklepów, a przecież powinno się je pić właśnie za młodu. Ostatnio widziałem w Tesco Vinho Verde z dwóch roczników: 2012 i 2011 - ktoś tam chyba oszalał. Ale wróćmy do naszego Chardonnay Classic 2015: wino pachnie melonem i cytrusami, w ustach jest bardzo rześkie i smaczne, ma też delikatne nuty beczkowe, co trochę mnie zdziwiło, bo myślałem, że wina tak masowo produkowane dojrzewają tylko i wyłącznie w stalowych tankach i już. Otóż nie. To stuprocentowe chardonnay jest blendem (tak, tak) gron winifikowanych we wspomnianych wyżej stalowych kadziach, ale winogrona z niektórych parceli mają też przedłużony kontakt z drożdżami, część wina przechodzi dodatkowo fermentację jabłkowo-mlekową, a jeszcze inna partia dojrzewa przez moment w dębie francuskim. Potem dopiero winemaker decyduje o proporcjach kupażu, jaki ostatecznie trafia do butelek. A trafił całkiem niezły. Dość powiedzieć, że akurat to chardonnay smakuje znacznie lepiej, niż Chardonnay Reserve 2013 z Adelaide Hills, w którym ktoś zamordował owoc beczką.


Pamiętam, że w 2011 roku wyszło im wino o wiele zgrabniejsze, owszem beczkowe, ale to dojrzały owoc i limonkowa świeżość grały w nim pierwsze skrzypce.

Wino Jacob’s Creek Chardonnay Classic 2015 jest ogólnodostępne, ja swoją butelkę kupiłem w sieci Małpka Express za 28,99 zł, natomiast Jacob’s Creek Chardonnay Reserve 2013 kupiłem w ursynowskim Leclerku za 37,34 zł.

niedziela, 25 stycznia 2015

Znakomite wina z Barossy.

Spotkaliśmy się ostatnio w warszawskiej Winosferze w grupce działającej pod szyldem „Winne blogi” by zdegustować kilka win z południowo-wschodniej Australii. Każdy z nas przyniósł po dwa wina i zaczęła się nasza zabawa. Zabawa zabawą, ale zawsze w takim przypadku występuje, jawnie lub nieco skrywany, element konkurencji. Jak wypadnie moje wino? Będzie lepsze od wina sąsiada? A może będzie najlepsze ze wszystkich? Jeśli najlepsze nie będzie to wmawiamy sobie, że to jedynie zabawa. Jeśli zaś wygra, wtedy z pewnością okażemy dumę i podkreślimy swoje zwycięstwo.

Robert (winiacz.com), Mariusz (pisanewinem.pl) i Tomasz (tomaszkoleckimajewicz.pl)
foto: Olaf Kuziemka/powinowaci.pl
Mogłem poczuć dumę. Przyniosłem ze sobą dwa wina (riesling i shiraz, ale dziś skupię się na tym drugim) od uznanego producenta z Barossy Petera Lehmanna. Peter nie tak dawno zmarł, firma należąca ostatnio do Hess Familly przeszła w całości w ręce Casella Family Brands, właściciela Yellow Tail. Jak będzie wyglądać przyszłość producenta to się okaże, w każdym razie wina, które przyniosłem, powstały jeszcze za życia Petera, choć nie on czuwał nad nimi osobiście, a Andrew Wigan. Wigan pracował wcześniej z Lehmannem dla innego uznanego producenta z Barossy - Saltram. W 1979 roku Lehmann poszedł na swoje, a wraz z nim kilku współpracowników. Wigan od samego początku aż do teraz pełni funkcję głównego winemakera. Jeśli nowy właściciel go zatrzyma i da taką swobodę, jaką zapewniał Peter Lehmann, to o wina nie ma się co martwić. Czas pokaże jak będzie.

foto: Olaf Kuziemka/powinowaci.pl
Futures Shiraz z 2009 okazał się jednym z najlepszych win tej degustacji. Aksamitne, gładkie, pełne owocu, ze świetnymi taninami i kwasowością, która sprawia, że wino w ustach żyje.

Drugie wino, które wprawiło nas w zachwyt, przyniósł Tomek Kolecki-Majewicz. Był to Jacob’s Creek, ale na pewno nie ten, jaki znacie z półek w sklepach w Polsce. To Centenary Hill Shiraz, również z rocznika 2009.

foto: Olaf Kuziemka/powinowaci.pl
Mega owoc ze sporą dawką nut pikantnych, z pięknie zaokrąglonymi taninami i delikatnym muśnięciem beczki. Dla Tomka było to wino wieczoru, dla mnie mój shiraz od Lehmanna, ale nie pobiliśmy się o swoje racje. Przewagą mojego wina było to, że jest ono dostępne w Polsce dzięki Winestory (89 zł), natomiast Jacob’s Creek (Pernod Ricard) nie zdecydował się wprowadzić Centenary Hill Shiraz (przynajmniej na razie) do sprzedaży w Polsce, ale gdyby tak się stało, cena byłaby bliska poziomu 200 zł.

Zachęcam do przeczytania innych wpisów dotyczących win z Australii.

piątek, 16 stycznia 2015

Jacob’s Creek Shiraz Grenache 2013 semi dry.

Minęło sporo czasu odkąd pisałem o półsłodkim winie JC Merlot-Shiraz 2013 i być może ta czasowa odległość nie sprzyja porównywaniu win, ale odniosłem wrażenie, że półwytrawny blend Shiraz Grenache smakuje dokładnie tak samo. W każdym razie wrażenia z picia miałem bardzo podobne, wino nie podobało mi się i nie chciałbym go pić jeszcze raz. Nie dlatego, że jest bardzo złe (nie jest), ale dlatego, że nie wpasowuje się w mój gust, który jak wiadomo, jest cechą indywidualną.


Przekonany jednak jestem, że może mieć ono swoich zwolenników; kilka tygodni temu usłyszałem, jak kolega z pracy wspominał dość miły weekend, w czasie którego „wypił winko i było całkiem niezłe, nawet niezbyt kwaśne”. Jeśli to wystarcza, żeby przekonać się do wina, to Jacob’s Creek z nowej serii może być jego przyjacielem. Ja dla siebie wybrałbym raczej towarzystwo wytrawnych Jacobsów, szczególnie tych z serii Reserve, być może w przyszłości jeszcze z innych linii, którymi cieszą się konsumenci w innych krajach.

I jeszcze na koniec, żeby być uczciwym wobec siebie i wobec tego wina muszę powiedzieć, że z wątróbką drobiową duszoną w maderze, to wino ładnie współgrało. Słodycz madery i podsmażonej cebuli dobrze łączyła się ze słodyczą wina i wrażenie najgorsze nie było. Nie tak dobre jak połączenie z maderą, ale jednak niezłe.

Houk, rzekłem.

Wino otrzymałem do degustacji od importera. Dziękuję!

niedziela, 30 listopada 2014

Jacob's Creek Sauvignon Blanc 2014.


Przyszedł czas na drugie wino z nowej serii Jacob's Creek adresowanej na nasz rynek, o której pisałem w poprzednim poście na temat win tego producenta. Na szybko mogę powiedzieć Wam, że gdybym miał wybierać między tym Sauvignon Blanc 2014 (semi dry), a tamtym Merlot-Shiraz 2013 (semi sweet), to nie zastanawiałbym się dłużej niż sekundę, a może nawet nie zastanawiałbym się wcale, tylko porwał butelkę wypełnioną sauvignon. Nie żeby to była jakaś rewelacja, ale jest to po prostu wino, które jest smaczne i bez problemu daje się pić. Mój serdeczny kolega Gabriel (ten od Trzech Dych) wpadł nawet w zachwyt pijąc to wino, ja jestem nieco oszczędniejszy w okazywaniu takiego entuzjazmu, ale bardzo podoba mi się mirabelkowy charakter tego wina. Czy w ogóle można gdzieś dostać mirabelki? Nie ma w nim może takiej świeżości i żyletkowej kwasowości jaką znamy z sauvignon blanc z nowozelandzkiego Marlborough, ale w tej butelce zamknięty jest urok i smak małych, żółtych, dojrzałych śliwek, pełnych słodyczy i kwaskowatych zarazem.

Tak oto Australijczycy zrobili na polski rynek wino o naszym, swojskim charakterze. Wypijmy zatem ich zdrowie!

-------------------------------------------------------------
Jacob's Creek Sauvignon Blanc 2014 (semi dry)
odmiana: 100% sauvignon blanc
alk.: 11,5%
-------------------------------------------------------------

Wino do degustacji otrzymałem od importera. Dziękuję! 

poniedziałek, 3 listopada 2014

Paringa Estate.


Jedno spojrzenie na "Encyklopedię wina australijskiego" Jamesa Halliday'a - nawet nie do środka, wystarczy zmierzyć okiem grubość książki - powinno przekonać niedowiarków, że wina z Australii to historie, których nie opowiedzą supermarketowe butelki z "Creek" w nazwie. Chociaż Jacob's Creek coś tam by pewnie zagaił :)

Wina te nie dają pełnego obrazu winiarstwa australijskiego, choć bez wątpienia są jego wstydliwym elementem. Żeby mieć o nim jakieś pojęcie, trzeba jednak udać się do sklepów specjalistycznych i wyciągnąć z portfela nieco więcej niż przysłowiowe 30 PLN. Nie oszukujmy się, dobre australijskie wina kosztują naprawdę niemało i trzeba mieć hopla na ich punkcie, by kupować etykiety po 150 zł i więcej. Dużo łatwiej przychodzi nam wydawanie takich pieniędzy na wina francuskie i włoskie, może nieco trudniej na hiszpańskie. Australia także nie wydaje się priorytetem.

Degustacja win Paringa Estate, którą przeprowadził Maciej Świetlik z Wines United w Wine Corner pokazała zebranym potencjał drzemiący w winach australijskich. Paringa Estate ma stosunkowo niedługą historię, niecałe 30 lat, z czego pierwszych dziesięć to była działalność na pół gwizdka. Nauczyciel Lindsay McCall pracował wówczas na pełny etat w szkole, dopiero po przejściu na emeryturę w pełni poświęcił się winom. Najwięcej serca winiarz wkłada w chardonnay oraz pinot noir i shiraz, oprócz tego powstaje tu trochę win z viognier i pinot gris.

Mieliśmy okazję spróbować pięciu win z dwóch linii produktowych: tańsza z nich nosi nazwę Peninsula, droższa zaś Estate.

14,5% alkoholu potrafi człowieka rozgrzać, choć na alkoholowy nos nie można
w żadnym wypadku narzekać. Podobnie rzecz się ma z beczką, której obecność czuć
wyraźnie, ale nie zabija ona wina, lecz podkreśla jego szlachetność. Podobała mi się
świeżość tego wina. Cena: 89 zł. 

Wino pozycjonowane wyżej i znacznie droższe, choć nie wydaje mi się dużo
lepsze od poprzedniego, mimo staranniejszej selekcji winogron. Wyższa kwasowość,
trochę więcej beczki, ale jakby mniej w nim równowagi. Cena 159 zł. 

Bardzo smaczne Pinot Noir o nieco ziemistym charakterze, ale też sporej dozie
czerwonych owoców (porzeczka, truskawka). Bliżej mu do burgundzkich krewnych
niż tych z Chile, z którymi miałem ostatnio do czynienia. Cena: 99 zł.

Piękne, soczyste wino o sporej koncentracji. Tu widać wyraźnie różnicę klas
pomiędzy liniami produktowymi. Takie pyszne wino chciałoby się pić częściej,
ale cena jest niezłym straszakiem: 279 zł.

Po shiraz można było spodziewać się jakiegoś ciężkiego potwora, a tu mamy
eleganckie jasne wino pełne owocu, o ciekawym ziołowym nosie wzbogaconym
o kwiatowe niuanse, o które można podejrzewać odrobinę (5%) viognier dodanego
już na etapie fermentacji. Zaskakująco świeże wino. Cena: 89 zł.

Niewątpliwie dobre wina, nie bez przyczyny są łowcami nagród. Warto pić takie wina częściej, choć trzeba mieć świadomość, że to to hobby (nałóg) dość drogie. Wypada tylko powtórzyć to, o czym już jakiś czas temu na blogu wspominałem: lepiej wypić mniej dobrego wina, niż męczyć się litrami słabego. 

Wina degustowałem dzięki Winicjatywie, Wines United i Wine Corner. Dziękuję!

środa, 15 stycznia 2014

Słówko o Australii.

Już chciałem napisać jakiś tekst kąśliwy na moich przyjaciół z winnej blogosfery - mam na myśli tych nagrodzonych w konkursach - bo coś ostatnio się opierdzielają i jak raz na miesiąc coś skrobną to robi się z tego już święto. Na szczęście się opamiętałem, bo sam lepszy w tej kwestii nie jestem, a dla czytelników to może nawet i lepiej. 

Sam zresztą postanowiłem więcej czasu poświęcić czytaniu niż pisaniu, nie sam z siebie rzecz jasna, ale po obrazowym fragmencie "Drugiego Dziennika" Pilcha:
Co to za gusło, żeby - jak się pisze - nie czytać? Malarz, gdy maluje, obrazów nie ogląda? Rzeźbiarz rzeźb unika, a jak pomnik w dali spostrzeże - śmiertelnie przerażony, iż artyzm jego wtórnością skażony zostanie - w przeciwną stronę spiernicza, aż się kurzy? [...] Żeby napisać dobrą powieść, opowiadanie czy inny sonet, trzeba takie rzeczy czytać, czytać i jeszcze raz czytać.
No to czytam, czytam i czytam, nawet na otwieranie flaszek czasu nie mam, bo ledwo starcza go na pracę, życie osobiste i odrobinę snu. Skoro na blogach posucha to kupiłem polecaną przez Winicjatywę "Encyklopedię wina australijskiego" Jamesa Halliday'a, by dowiedzieć się o winach z antypodów nieco więcej ponad to, co można wywnioskować z przeglądu sklepowych półek. Przy okazji przejrzałem swój składzik pod kątem obecności jakiejś zapomnianej butelki z Australii i... znalazłem.


Było to  wino Terra Barossa Cuvée 2007 wyprodukowane przez Thorn-Clarke Wines, skomponowane z odmian shiraz (53%), petit verdot (14%) i cabernet sauvignon (33%). Do dojrzewania użyto beczek z dębu amerykańskiego i francuskiego, w których wino spędziło 12 miesięcy. Co do zawartości alkoholu to dane na etykiecie nie są spójne z informacjami zamieszczonymi w internecie, w każdym razie czy wino ma 14,0% czy 14,5% nie ma to specjalnie znaczenia - potrafi człowieka podstępnie sponiewierać. Podstępnie, bo tego alkoholu na podniebieniu nie czuć. Wg winemakera, którym jest David Clarke wino pasuje do ravioli z bazyliowym pesto i suszonymi pomidorami, co mogę potwierdzić, natomiast nie bardzo pasowało do suszonej szynki wieprzowej, choć tragedii nie było.


Skoro jest wino i jest encyklopedia, to może warto sprawdzić, czy wspomina ona coś o producencie. Owszem, wspomina:
Thorn-Clarke Wines (zał. w 1987 r.), winiarnia w Barossa Valley, wysoce udane przedsięwzięcie Davida i Cheryl Clarke'ów (z domu Thorn) i ich syna Sama, który jest dyrektorem zarządzającym. [...] Winogrona z najlepszych kwater najczęściej są zostawiane do wyrobu wina z etykietą Thorn-Clarke, co bez wątpliwości tłumaczy imponujące zdobycze winiarni - złote medale i liczne trofea - na pokazach win w Australii, z National Wine Show włącznie.
Mi to wino bardzo smakowało, okazało się, że zupełnie niepotrzebnie podchodziłem do niego jak pies do jeża i przekładałem z miejsca na miejsce odsuwając w czasie degustację (powiedzmy szczerze - konsumpcję). Po prostu nieufnie podchodziłem do butelki, które pochodziła z zestawu 6 win skomponowanych przez krakowski Dom Wina, który kupiłem za niecałe 200 zł.

wtorek, 15 października 2013

Winne Wtorki #61.

Winne Wtorki, a w zasadzie ich temat, czyli szeroko pojęta Australia, to dobry pretekst, by otworzyć butelkę, którą być może kojarzycie z akcji "The Label Project". Zabrakło trochę szczęścia, a może też i wiedzy, w każdym razie wówczas ominął mnie wyjazd do Australii. Z analizy różnych zdarzeń z mojego życia mogę być jednak pewien, że to tylko lekka "obsuwa", małe przesunięcie w czasie, zajawka przyszłych zdarzeń.

Ale jesteśmy tu i teraz, dla mnie zadanie do wykonania jest takie: odkorkować butelkę australijskiego caberneta i sprawdzić, jak się sprawy mają. "Odkorkować" to trochę na wyrost powiedziane, butelka ma klasyczną zakrętkę, rozwiązanie które bardzo mnie jara, często ułatwia życie, choć niektórzy puryści takiej butelki z półki by nie wzięli. Dla nich dobra wiadomość jest taka, że na polskich półkach mojego dzisiejszego wina nie znajdą.


Chodzi o Jacob's Creek Cabernet Sauvignon z linii Reserve. Możecie napić się świetnego Chardonnay z tej serii, bardzo dobrego Shiraz, ale Caberneta z najlepszego dla tego szczepu miejsca w Australii, czyli Coonawarry po prostu nie dostaniecie w legalnej, polskiej dystrybucji. A co macie do stracenia? Pokłady świeżego owocu spod znaku lekko cierpkiej wiśni, do tego zgrabne, wyraziste, herbaciane taniny, alkohol świetnie ukryty. Wyrazista kwasowość zaostrza apetyt, więc jeśli przywieziecie sobie to wino z zagranicy, postarajcie się dobrać do niego jakiś godny posiłek. Może stek z kangura? A może moussaka, którą proponuje Veronica Zahra - specjalistka Jacob's Creek od dobierania potraw do win. Pozostawiam to Waszej decyzji, Waszemu instynktowi. Ja się na tym nie znam. Mogę tylko eksperymentować...

Żałuję, że w Polsce reprezentacja linii Reserve jest tak skromna. Oprócz wspomnianych wcześniej Shiraz i Chardonnay oraz opisywanego Cabernet Sauvignon, Australijczycy produkują jeszcze Sauvignon Blanc, Riesling, Pinot Noir i Merlot. Mam nadzieję, że i my będziemy mogli kiedyś ich spróbować. Mam nadzieję, że wcześniej niż pojadę do Australii. A może nie? Może lepiej spróbować ich na miejscu?

---------------------------------------------------------------------------------
Jacob's Creek Reserve
Cabernet Sauvignon Coonawarra, 2010
alk. 14%
----------------------------------------------------------------------------------

Wino otrzymałem do degustacji od Pernod Ricard Polska. Dziękuję!

----------------------------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #61 na podniebieniach innych blogerów
----------------------------------------------------------------------------------
----------------------------------------------------------------------------------

środa, 3 lipca 2013

Jack Rabbit i reszta.

Tak jak zapowiedziałem, tak uczyniłem. Postarałem się o konkurentów dla otrzymanego od Żabki wina Jack Rabbit, by przetestować dla Was popularne wina, które ja nazywam "imprezowymi". Jak się sprzedaje seria Jack Rabbit, tego jeszcze nie wiemy, ale plany są ambitne, Żabka chce sprzedawać je w liczbie 5 mln butelek rocznie. Jack Rabbit ma stawić czoła dobrze znanym u nas winom Carlo Rossi (CEDC), które od lat okupują pierwsze miejsce tabeli najlepiej sprzedających się win. Na popularności zyskują też wina El Sol (Ambra), ale ich sprzedaż w Polsce jest o rząd wielkości mniejsza. Jak Żabka sobie poradzi z tym wyzwaniem czas pokaże, dziś zobaczymy, jak wypadnie ich Sauvignon Blanc w starciu z konkurentami.

Jack Rabbit i spółka.
Już na starcie marka win Jack Rabbit, ma pewną przewagę, jeśli chodzi o cenę. Carlo Rossi California White kosztuje 16,99 zł (Real), El Sol Australia jeszcze więcej - 17,99 zł (Real). Żabka za swoje wina żąda jedynie 14,99 zł. Niby różnica niewielka, ale w praktyce oznacza, że zamiast czterech butelek El Sol, możemy mieć pięć butelek Jack Rabbit. Po za tym, tylko wino z Żabki ma wymienioną nazwę szczepu, oraz rocznik, z którego pochodzą grona. El Sol i Carlo Rossi to wina mieszane i co jest w środku i w jakich proporcjach, jeden Bóg raczy wiedzieć. Zatem kolejny plus dla Jack Rabbit.

Jack Rabbit zamykany jest zakrętką, reszta plastikowym korkiem.
Przypuszczam jednak, że kwestia szczepu i rocznika dla większości konsumentów tych win nie ma żadnego znaczenia, liczy się cena i smak. O cenach już coś powiedziałem, przejdźmy zatem do oceny (subiektywnej) smaku.

Tak jak się można było spodziewać, sauvignon blanc z Chile wyróżniało się na tle konkurentów, miało odmienny charakter, pozostałe dwa bazują raczej na innych szczepach. Ale to też nie było sauvignon takie, jakie lubię. Za mało wyraziste, trochę wygładzone, choć z większą (dużo większą) niż konkurencja kwasowością. El Sol jest w ogóle jakieś dziwne, jakieś sztuczne, ale można w nim wyczuć fajne nuty białych porzeczek i agrestu, jest trochę kwasu, ale i sporo słodyczy. Niestety pozostawia w ustach posmak popiołu z papierosów. I to nie jest fajne. Carlo Rossi nie jest takie złe, jakby to mogło wynikać z powszechnej opinii krytyków. Wydaje się nieco rozwodnione, ma niewiele alkoholu, ale jest czyste, pachnie i smakuje nie najgorzej - jabłkami i żółtymi śliwkami. Jack Rabbit jest winem najbardziej… winnym i w tym sensie warto dać mu plusa, owocu jest tu jednak niewiele, zielone nuty typowe dla sauvignon blanc, choć rozpoznawalne, są raczej blade, ukryte, mało wyraźne. Jest też winem bardzo wytrawnym, wymaga nieco bardziej wyrobionego podniebienia. Dla niedzielnych, rzadko pijących amatorów wina może okazać się dość trudne. Konkurencyjne wina piją się łatwiej, bo są mniej kwaśne, by nie powiedzieć wprost: mają więcej cukru.

Drugie podejście do win zrobiłem dobę później. Ponieważ wrażenia były podobne do tych z dnia poprzedniego mogłem pokusić się o stworzenie rankingu win imprezowych. Rankingu, który mocno mnie zadziwił, muszę dodać. Otóż najbardziej pijalnym, łatwym i przyjemnym winem okazało się… Carlo Rossi. Dość rześkie, o wyczuwalnych nutach jabłek i cytrusów robiło dość dobre (na tle konkurencji) wrażenie. Jack Rabbit atakował agresywną kwasowością, która odbierała nieco przyjemność picia, owoc był słaby, specjalnych plusów (poza tymi wymienionymi we wstępie) nie zauważyłem. Mimo pokładanych w nim nadziei spada na trzecie miejsce rankingu. Niespodzianką okazał się El Sol ze względu na swój dość oryginalny smak i łatwość picia (to wino miało najwięcej słodyczy w sobie). Drugiego dnia posmaku popiołu nie wyczuwałem i wino wydało mi się całkiem, całkiem.

Daleki jestem od rekomendowania któregokolwiek z tych win. Jeśli jednak będziecie na niezobowiązującej imprezce, a do wyboru będą tylko takie wina, to pamiętajcie, że ten diabeł, czyli Carlo Rossi, nie jest aż tak straszny, jak go niektórzy malują. Ale jeżeli wybieracie się z wizytą do kogoś, kto się dobrze orientuje w winach, to zabierzcie raczek króliczka, jest trudniejszy w piciu, ale ma najwięcej charakteru.

Swoją drogą ciekaw jestem jak smakuje Jack Rabbit Chardonnay. Przypuszczam, że jego styl znacznie lepiej pasowałby do testowanych przeze mnie win i ranking mógłby wyglądać nieco inaczej. Postaram się to sprawdzić przy jakiejś okazji.

Wino Jack Rabbit otrzymałem w prezencie od importera. Wina Carlo Rossi i El Sol kupiłem w supermarkecie Real.

czwartek, 30 maja 2013

Jacob's Creek Shiraz Reserve.

Butelka shiraz'a z Jacob's Creek jest ze mną już dobre pół roku, a może i więcej, czyli od czasu The Label Project. Czekała cierpliwie na swoją kolej, aż pojawiła się odpowiednia okazja, aby ją skonsumować. 15 maja w Warszawie gościła Veronica Zahra, która w Jacob's Creek jest główną macherką (w tym dobrym sensie) od kuchni. W hotelu InterContinental, w restauracji Karola Okrasy "Platter" miałem przyjemność uczestniczyć w kolacji, której menu stworzył ten właśnie duet. Do wyśmienitych potraw serwowano oczywiście wina Jacob's Creek. Część z nich już dobrze znamy. Musujące wino zrobione z chardonnay i pinot noir jest dostępne w każdym lepszym supermarkecie. Prawdę mówiąc lepiej mi ono smakuje podczas takich kolacji, niż pite w domu, ale mam do niego pewien sentyment. Chardonnay z serii Reserve też już zdążyłem poznać, lubię ten rozpoznawalny beczkowy charakter wina okraszonego słodkim melonem, ale nie pozbawionym przy okazji sporej dawki kwasu.
mat. Jacob's Creek Australia.

Nowością było inne charonnay, z linii Super Premium noszące nazwę Reeves Point™. W pierwszej chwili wydaje się bardzo podobne do chardonnay Reserve, ale o ile pieczona ryba baramundi świetnie współgrała z Reeves Point™ Chardonnay, to Reserve zmieniło się przy niej w wodę. Niezłe doświadczenie.


Podczas kolacji serwowano także pity właśnie przeze mnie Shiraz Reserve, nieco mentolowy, ale też bardzo owocowy i solidnie kwasowy. Dobrze "wchodzi" solo, ale prosi się o coś do przegryzienia. Do czego je piliśmy zobaczycie na zdjęciu na końcu tego wpisu.

Kolejną nowością był kupaż szczepów shiraz i cabernet sauvignon z linii Super Premium o nazwie Johann™.
mat. Jacob's Creek Australia.

Kawał porządnego wina podany do fileta z kangura. Prawdę mówiąc nie wiem, co lepsze, kangur, czy wino. W każdym razie łatwiej będzie zdobyć w naszym kraju mięso kangurze, ponieważ wina z serii Super Premium nie będą sprowadzane do Polski. Niska produkcja i cena przekraczająca 200 zł nie dają żadnych szans na obecność tych win na naszym rynku.

Mam nadzieję, że nieco lepiej będzie z serią Reserve. Oprócz dostępnych w Polsce chardonnay i shiraz (cena ok. 50 zł), w Australii można dostać jeszcze cabernet sauvignon, sauvignon blanc, riesling i pinot noir. No, ale z tego, co wiem na ten manewr się nie zanosi. Ale jak będziemy masowo kupować to, co już jest, to kto wie. W każdym razie zachęcam do spróbowania tych win.

A oto program kolacji:

W kolacji uczestniczyłem na zaproszenie Pernod Ricard Polska, właściciela marki Jacob's Creek. Dziękuję!

niedziela, 30 grudnia 2012

Grudniowe prezenty.

Grudzień, to miesiąc prezentów, dla mnie miesiąc szczególnie obfity, zwłaszcza w wina. Najpierw dotarła do mnie przesyłka z Lidla z trzema świątecznymi butelkami, które zdążyłem do owych świąt wypić, choć początek miesiąca, przez drobną zapaść na zdrowiu, piciu win nie sprzyjał. O Sauternes, alzackim pinot gris i Graves możecie poczytać w moich wcześniejszych wpisach. Potem były winno-wtorkowe Mikołajki i butelka, którą dostałem od Mateusza, jednego z autorów Winnych Przygód. I była to flaszka (przepraszam winnych wrażliwców) bardzo fajna. Później było już nieco gorzej. Na marginesie wspomnianych wyżej Mikołajków (Mikołajek?), dzięki hojności Centrum Wina i aktywności Gabriela z DoTrzechDych.pl trafiła do mnie butelka sauvignon blanc z Australii.


Wypiłem już trochę sauvignon blanc, głównie z Nowej Zelandii (bardzo lubię), z Francji niewiele (więc się nie wypowiadam), może nieco więcej z Chile, ale te zazwyczaj nie wzbudzały zachwytu. SB z Australii miałem okazję pić po raz pierwszy i za to swoim Mikołajom serdecznie dziękuję. Wino dość charakterystyczne, więc jest z nim dokładnie tak, jak już kilkukrotnie wspominałem na blogu: mi smakuje (bo świeże, bo trawiasto-pokrzywowe, bo przyzwoicie kwasowe), mojej żonie nie smakuje (bo dość kwaśne, no i "kocie siuśki"). Prawdę mówiąc nie jest to poziom mojego ulubionego sauvignon blanc, czyli nowozelandzkiego Silverlake'a, postawiłbym je raczej po stronie tych butelek z Chile. Nie chcę powiedzieć, że Chile w swym ogóle jest jakieś złe, chyba po prostu skąpiłem pieniędzy na porządne butelki, uważając że supermarketowa półka będzie OK. Zazwyczaj nie była. Zresztą mam jakiś irracjonalny problem z kupowaniem win białych droższych niż 50 zł. Większe kwoty wolę wydać na wina czerwone. Co ciekawe, problem ten nie dotyczy win musujących (głównie przecież białych) i tu limity finansowe mnie jakoś nie obowiązują. Ale wróćmy jeszcze do australijskiego wina. Można je kupić za niecałe trzydzieści złotych, więc jest to właśnie taki supermarketowy poziom cenowy. W tej cenie trudno spodziewać się rewelacji, dostajemy raczej przeciętne wina stołowe i takim tagiem (modne słowo, dość często posługuje się nim ostatnio laureat nagrody Nike) oznaczyłbym otrzymane sauvignon blanc.

Jeśli jesteśmy przy Australii to wspomnę o jeszcze jednym prezencie, choć nie jestem pewien, czy aby grudniowym. W każdym razie był to prezent od mojej żony - australijski shiraz Yellow Tail, też supermarketowy i też raczej przeciętny. Mój serdeczny przyjaciel, autor bloga "Swoją drogą", pisał o tym winie bardzo dobrze, ale ja jego entuzjazmu raczej bym nie podzielił. Owszem, daje się pić, ale emocji żadnych to wino we mnie nie wzbudziło. Do obiadu w sam raz, ale nic więcej.


Końcówka grudnia też okazała się przyjemna i też za sprawą prezentu. Pamiętacie The Label Project? Przeżyłem fajną przygodę związaną z tym konkursem i choć go nie wygrałem (zwycięzca w nagrodę wyjeżdża do Australii), to miałem okazję spróbowania win Jacob's Creek z linii Reserva (świetne Chardonnay, Shiraz i Cabernet Sauvignon). Marką Jacob's Creek opiekuje się w naszym kraju polski oddział Pernod Ricard, który nie zapomina o uczestnikach konkursu, dzięki czemu mogliśmy uczestniczyć w świetnej kolacji z sommelierem JC - Chrisem Morrisonem, a teraz, w świąteczno-noworocznym okresie otrzymałem skrzyneczkę z winami Campo Viejo, które również znajdują się pod skrzydłami Pernod Ricard.


Czuję, że rok 2013 rozpocznie się dla mnie od górnego C, czego i Wam, drodzy czytelnicy, serdecznie życzę w Nowym Roku. Oby był równie dobry jak 2012!

sobota, 1 grudnia 2012

Roczniki zatopione w masie.

Zdaje się, że już kiedyś wspominałem wam o tym, że jeśli widzę dwa roczniki tego samego wina stojące na półce obok siebie, to nie ma bata, muszę kupić dwie flaszki. Tak było z chardonnay Jacob's Creek (seria Classic - dajcie mi znać, gdzie w Wa-wie mogę kupić Reserva). Obok siebie w Tesco stały butelki z 2011 i 2012 roku.  Oczywiście największą pokusą był rocznik 2012, a więc najświeższy jaki można kupić. O ile dobrze pamiętam, do tej pory piłem dwa wina z 2012 roku, przy czym pierwsze - Don Adelio Ariano z Urugwaju - było wyjątkowo nijakie. Takie odniosłem wrażenie przelewając je przez siebie, nie wzbudzało żadnych emocji, nie pozostawiło żadnych wspomnień (dobrze, że robiłem notatki).

Oczywiście może się wydawać, że porównywanie roczników win produkowanych w milionach butelek zupełnie pozbawione jest sensu. Komputery kontrolują wszystko, dozują co trzeba, podwyższają (a może obniżają) temperaturę procesów produkcji i na koniec dają sygnał do butelkowania. Wszystko po to, by produkt był taki, jaki znają i jakiego oczekują wierni klienci.


A jednak. Rocznik 2012 sprawiał mi więcej frajdy (tzn. jeszcze więcej), niż 2011. Moc orzeźwiających cytrusów tonowanych nieco słodkawym melonem, aromat przyjemny, alkohol nieprzesadzony. Standardowe, smaczne wino codzienne, którym umilić sobie można nie tylko popołudnie i wieczór, ale też śniadanie. Otwarte wczoraj wino zyskało na "odstaniu" i dziś z sałatką ze świeżych warzyw i wędzonego tuńczyka stanowiło świetną kompozycję.

A sałatkę zrobiłem z biedronkowego miksu sałat z rukolą, płatów tuńczyka z Tesco, pomidorów koktajlowych z Reala, które to składniki wymieszałem z grecką oliwą z Lidla, doprawiłem solą i pieprzem, a na koniec posypałem startym serem Grana Padano z Tesco. Smacznego!

I tak oto największe sieci handlowe (różne - pluralizm przede wszystkim) zostały wsparte moimi, ciężko zarobionymi pieniędzmi. A co Wy - Tesco, Lidlu i Biedronko zrobicie dla mnie?     

poniedziałek, 19 listopada 2012

Australijskie bąbelki.

By pozostać jeszcze przez moment w klimacie australijskiej kolacji postanowiłem otworzyć wino musujące z tego kraju. Wino nazywa się Yellow Tail, a marka ta na pewno jest znana wszystkim, którzy zaglądają do supermarketów w poszukiwaniu niedrogich trunków z kangurem (a jakże) na etykiecie. Jakiś czas temu dostałem od żony Shiraz od tego producenta, ale jeszcze nie piłem, nie wiem, czy wino warte jest polecenia, ale z przyjemnością sięgnąłem po bąbelki, które już jako tako zaczynam kumać, choć nadal wolę wydawać na nie mniej, niż więcej.

Butelka mieści się w popularnej kategorii cenowej DTD :) - blog-portal zajmujący się winami z tej półki (autorów serdecznie pozdrawiam!) pewnie niedługo rozpisze się na temat niedrogich win australijskich, ale póki co to ja wspomnę o jednym z nich: Yellow Tail Bubbles.


Wino zaskakuje dość ciemną barwą, przypominającą wina bardziej dojrzałe, choć akurat w tym przypadku nie mamy do czynienia z wiekowym winem, które latami dojrzewa w butelce. To jest proste wino przemysłowe, wytwarzane w wielkich kadziach stalowych (metodą Charmata, jeśli to kogoś interesuje), a co do tej kadzi wpada, jeden Bóg raczy wiedzieć. Tak, czy owak, na mój amatorski gust wino jest smaczne, cytrusowo świeże, ale też i niepozbawione cukru, przez co łatwo pijalne, a że nie jest szampanem - sami Australijczycy przyznają:

"Forget serious French Champagne, this wine is far from it."

To wino ma cieszyć i służyć zabawie. Chcecie wiedzieć do czego rekomendują je na swojej stronie wyluzowani mieszkańcy Antypodów? Do okularów słonecznych, kapelusza i sporej dawki humoru.

A więc bawmy się!

sobota, 17 listopada 2012

Kolacja z Jacob's Creek.

Nie wiem na ile to pasja i zaangażowanie, a na ile wyuczone frazesy i marketing, ale Chris Morrison był bardzo przekonywujący w tym, co robił. Chris jest sommelierem, pracuje dla Jacob's Creek, a w Warszawie prezentował wina obecne w Polsce od dawna, te, które pojawiły się niedawno i jedno, które wkrótce trafi do sprzedaży. Wszystko to odbywało się w dość kameralnej, przyjacielskiej atmosferze w przemiłych wnętrzach Restauracji Papu w Warszawie.

Chris opowiadał o winach, których jest ambasadorem, a na stół trafiały wymyślne, cudownie przyrządzone potrawy.

Do tatara z łososia z ziarnami prażonego sezamu i kroplą limonki Chris zaproponował popularne u nas wino musujące Jacob's Creek Chardonnay Pinot Noir. Obawiałem się trochę tego wina, ponieważ piłem je kilka razy i zawsze zalatywało delikatnie mokrym kartonem. To, które nam zaserwowano było pozbawione tej wady, co ucieszyło mnie niezmiernie, bo to niedrogie i przyjemne wino, które może być traktowane, jako wino codzienne dla maniaków bąbli. W końcu niewielu jest w naszym kraju ludzi, którzy mogą umilać sobie dni Szampanem.

mat.: www.jacobscreek.com

Filet z bałtyckiego dorsza z groszkiem cukrowym i zielonym bobem został podany z Jacob's Creek Chardonnay Classic - prostym, świeżym winem o cytrusowo-melonowym posmaku, złamanym delikatną nutą wanilii. Do tego dania pasowało w sam raz. 

Linia Classic. Porządne wina codzienne. mat.: www.jacobscreek.com

Do grasicy w panierce z orzechów laskowych wypiliśmy Jacob's Creek Chardonnay Reserve. Potrawa pyszna, wino wspaniałe. Miałem okazję poznać je podczas The Label Project i bardzo się cieszę, że trafiło do sprzedaży w Polsce, ponieważ to naprawdę kawał solidnego wina. Pochodzi z dość chłodnych Wzgórz Adelajdy. Intensywne w nosie i ustach, dość kwasowe - może być ozdobą wielu potraw, choć mi najbardziej smakuje solo. 

Kolejny punkt programu to chyba klasyka, jeśli chodzi o łącznie dań z winami: pieczona kaczka w śliwkowym balsamino i Jacob's Creek Shiraz Cabernet - z linii Classic. Takie wino to pewniak jeśli wybieracie się na imprezę do kogoś, kto wina lubi, choć niekoniecznie jest ich maniakiem. Co prawda mój sąsiad po prawej, autor bloga "Białe nad czerwonym", był odmiennego zdania, ale każdy może się mylić :) Chris twierdzi, że jedynie Australijczycy robią kupaż Shiraz-Cabernet Sauvignon, ale ja nie jestem tego pewien. To znaczy jestem tego pewien, bo o takim winie już kiedyś pisałem.

Kolejna potrawa to filet Mignon z polskiej wołowiny z kryształami z soli lawendowej, do której zaproponowano nam drugie wino z nieco wyższej półki - Jacob's Creek Shiraz Reserve. To wino także poznałem podczas The Label Project - uważam, że jest świetne, ale też jestem przekonany, że lepiej jest pić je samodzielnie, niż z tym posiłkiem (historia podobna do przypadku Chardonnay Reserve).

Dwa wina z linii Reserve. Dla mnie bomba! mat.: www.jacobscreek.com

Na koniec deser: truskawki zapiekane w zabaglione i - to nowość na rynku polskim - Jacob's Creek Moscato Sparkling. I jedno, i drugie - bardzo dobre! Czekam na moment, kiedy wino trafi do sprzedaży, a sam w tym czasie postaram się nauczyć przygotowywania tak pysznego deseru.

Uwaga, uwaga, nowość na naszym rynku!

Dziękuję Kasi Chwalibóg z Pernod Ricard Polska za zaproszenie na kolację z Chrisem Morrisonem, Chrisowi dziękuję za interesujące prelekcje na temat win Jacob's Creek, a pozostałym gościom za przemiłe towarzystwo. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy. Byłbym zaszczycony. Gorące podziękowania dla całej ekipy Restauracji Papu - to niesamowicie klimatyczne miejsce, do którego z przyjemnością będę zaglądał.

ps. Dzisiaj (19.11.2012) uzyskałem pewne wyjaśnienie od Chrisa. Potwierdził on, że Australijczycy nie są jedynymi producentami kupażu Shiraz-Cabernet, ale są pierwszymi producentami, którzy komercyjnie zaczęli wykorzystywać ten rodzaj blendu, inspirując wytwórców w innych krajach.

wtorek, 2 października 2012

The Label Project.

21 września miałem okazję i niewątpliwą przyjemność gościć w hotelu La Regina na warszawskiej starówce na degustacji w ciemno win australijskich - degustacji pod hasłem The Label Project. Z grubsza rzecz ujmując celem projektu miało być zwrócenie uwagi konsumentów na to, co się znajduje w butelce bez sugerowania się treścią etykiety. Propozycja wzięcia udziału w takiej degustacji została skierowana do blogerów winnych i kulinarnych, ostatecznie na miejscu zjawili się przedstawiciele trzech blogów winnych i trzech blogów kulinarnych.

Naszym celem, było powiązanie degustowanego wina z regionem jego pochodzenia i szczepem, z którego zostało wykonane. Nagrodą za udzielenie poprawnych odpowiedzi jest wyjazd na kilka dni do Australii. Gra zatem była warta świeczki.

Otrzymaliśmy pewne podpowiedzi, na udzielenie odpowiedzi dostaliśmy cały tydzień, rozwiązanie zagadki nie było bardzo trudne, zwłaszcza jak się ma kolegów-fachowców i trochę specjalistycznej literatury.

Pomoce naukowe.


Poprawne odpowiedzi to:
1. Chardonnay z Adelaide Hills
2. Shiraz z Barossy
3. Cabernet Sauvignon z Coonawarry

Z tego, co wiem, poprawnych odpowiedzi udzielili wszyscy. Nagroda przypadnie najprawdopodobniej tej osobie, która najlepiej uzasadniła swoje odpowiedzi. Na moją niekorzyść działa fakt, że zrobiłem literówkę przy nazwie jednego z regionów. Nie wiem, czy zostanie uznane to za błąd techniczny, czy merytoryczny.

Dzisiaj już wiemy, że za projektem kryła się znana i lubiana marka Jacob's Creek, która w ten sposób chciała zwrócić uwagę na swoją serię Reserve. Wczoraj otrzymałem w prezencie skrzynkę zawierającą trzy degustowane wina, tym razem już z etykietami.

Miły prezent.
Teraz z niecierpliwością czekam na rozstrzygnięcie konkursu, które nastąpi 4 października.

4 października są moje urodziny :)



piątek, 20 lipca 2012

Lehmann w Kauflandzie.



Do tej pory myślałem, że wino z australijskiej wytwórni Peter Lehmann to produkt typowo ekskluzywny. Wina Lehmanna można kupić w sieci Winestory, nie są produktami specjalnie tanimi, ale z moich doświadczeń wynika, że ponadprzeciętnie dobrymi. Trochę się zdziwiłem, jak zobaczyłem butelki Lehmanna w elbląskim Kauflandzie, choć dodać od razu muszę, że to linia nieco inna, tańsza od tej oferowanej przez Winestory. Bez wahania sięgnąłem po butelkę niebeczkowanego chardnonnay z rocznika 2009.



Wino jasne, świeże, w smaku delikatnie cytrusowe, obecność kwasu dobrze wyczuwalna. Odpowiednio schłodzone potrafi dać sporo radości, nieco cieplejsze ujawnia dodatkowo przyjemne nuty morelowe. Szału może nie ma, ale i też nie ma się co czepiać.

Oferta Kauflandu zaskoczyła mnie zupełnie i jest sporą odmianą od tego, co zapamiętałem będąc w Elblągu kilka miesięcy temu. Dość powiedzieć, że można znaleźć tu barolo za niecałe 50 zł, barbaresco poniżej 40 zł, do tego kilka win alzackich z przedziału 19,99 - 40,00 zł, a także cru bourgeois za 35 zł. Nie wiem jak z jakością, ale w kilka win się zaopatrzyłem, więc będę w miarę możliwości przedstawiał tu wyniki testów.

niedziela, 26 lutego 2012

Weekendowo.

Mogłem się tego spodziewać, ale nigdy nie można mieć pewności. Wolny dzień, co tam dzień - cały weekend wolny - to u mnie zdarza się ostatnio rzadko. Dobry to czas, by po kilku dniach przedpostnej posuchy sięgnąć po jakieś wino. Żona oznajmiła, że odniosła sukces w pracy, a sukcesy opijamy bąbelkami, i chociaż miłośnikiem bąbelków nie jestem z przyjemnością otworzyliśmy australijskie wino musujące od znanego producenta Jacob's Creek. Wino supermarketowe, znane wszystkim, nic specjalnego, da się bez problemu pić, choć miałem wrażenie, że trochę mokrym kartonem zajeżdżało, ale żona stwierdziła, że się mylę.


--------------------------------------------------------------
Jacob's Creek Brut Cuvee
Chardonnay, Pinot Noir
Real - 28 zł (zakup własny, płaciła żona)
alk. 11%
--------------------------------------------------------------

Bąbelki się skończyły, więc otworzyłem Chablis (Domaine Vrignaud, Les Champreaux) z rocznika 2009. Powiew świeżości i wszechobecna wanilia, w zapachu i w smaku. W tym przypadku byliśmy z moją żoną jednogłośni, podobnie zresztą o winie wyrażał się sam producent na internetowej stronie (www.domaine-vrignaud.com). Informacje na firmowej stronie są wyjątkowo dokładne, producentowi należy się za to ogromny szacunek. Przyznam się szczerze, że choć większą miłośniczką tego wina okazała się żona, to ja mam ochotę na inne wina Vrignaud'a, właśnie dlatego, że ujął mnie swą nadzwyczajną skrupulatnością.



--------------------------------------------------------------
Domaine Vrignaud, Les Champreaux, 2009
Chardonnay
Winestory - 85 zł (zakup własny - 29.01.2012)
alk. 12,5%
--------------------------------------------------------------

No, ale atrakcją wieczoru, przynajmniej dla mnie okazało się bordoskie Chateau Citran z roku 1975. Dla przypomnienia dodam, że to rok urodzenia mojej małżonki. Piliśmy już kiedyś wino z tego rocznika - było to Chateau Colombier-Monpelou. Citran zrobiło jednak na mnie dużo większe wrażenie. Przede wszystkim nie miałem problemów z otwarciem butelki, uważni czytelnicy zapewne pamiętają, że korek od Colombier-Monpelou był tak miękki, że dolna jego część oderwała się od reszty przy wkręcaniu śruby korkociąga i trochę narobiła bałaganu w płynie. W przypadku Citran korek był wymieniony na nowy u producenta i był w doskonałym stanie, przy okazji wino zostało na miejscu sprawdzone i uznano, że może trafić na rynek będąc w doskonałym stanie.



Wrażenia zapachowe były bardzo bogate - czerwone owoce (głównie porzeczka, trochę jeżyny), wędzony boczek, skóra, odrobina zadbanej stajenki. W połączeniu z mocnymi, kredowymi garbnikami całość tworzyła naprawdę niesamowitą mieszankę. Zaskakująca była żywotność i sprężystość tego wina, mając teraz porównanie mogę powiedzieć, że Colombier-Monpelou było przy Citran nader wątłe, rozlazłe, bez krzty werwy. 

Jedno z lepszych win jakie miałem okazję pić do tej pory.


--------------------------------------------------------------
Chateau Citran, 1975
58% Cabernet Sauvignon, 42% Merlot
Winestory - 199 zł (zakup własny - 07.06.2011)
--------------------------------------------------------------