poniedziałek, 3 listopada 2014

Paringa Estate.


Jedno spojrzenie na "Encyklopedię wina australijskiego" Jamesa Halliday'a - nawet nie do środka, wystarczy zmierzyć okiem grubość książki - powinno przekonać niedowiarków, że wina z Australii to historie, których nie opowiedzą supermarketowe butelki z "Creek" w nazwie. Chociaż Jacob's Creek coś tam by pewnie zagaił :)

Wina te nie dają pełnego obrazu winiarstwa australijskiego, choć bez wątpienia są jego wstydliwym elementem. Żeby mieć o nim jakieś pojęcie, trzeba jednak udać się do sklepów specjalistycznych i wyciągnąć z portfela nieco więcej niż przysłowiowe 30 PLN. Nie oszukujmy się, dobre australijskie wina kosztują naprawdę niemało i trzeba mieć hopla na ich punkcie, by kupować etykiety po 150 zł i więcej. Dużo łatwiej przychodzi nam wydawanie takich pieniędzy na wina francuskie i włoskie, może nieco trudniej na hiszpańskie. Australia także nie wydaje się priorytetem.

Degustacja win Paringa Estate, którą przeprowadził Maciej Świetlik z Wines United w Wine Corner pokazała zebranym potencjał drzemiący w winach australijskich. Paringa Estate ma stosunkowo niedługą historię, niecałe 30 lat, z czego pierwszych dziesięć to była działalność na pół gwizdka. Nauczyciel Lindsay McCall pracował wówczas na pełny etat w szkole, dopiero po przejściu na emeryturę w pełni poświęcił się winom. Najwięcej serca winiarz wkłada w chardonnay oraz pinot noir i shiraz, oprócz tego powstaje tu trochę win z viognier i pinot gris.

Mieliśmy okazję spróbować pięciu win z dwóch linii produktowych: tańsza z nich nosi nazwę Peninsula, droższa zaś Estate.

14,5% alkoholu potrafi człowieka rozgrzać, choć na alkoholowy nos nie można
w żadnym wypadku narzekać. Podobnie rzecz się ma z beczką, której obecność czuć
wyraźnie, ale nie zabija ona wina, lecz podkreśla jego szlachetność. Podobała mi się
świeżość tego wina. Cena: 89 zł. 

Wino pozycjonowane wyżej i znacznie droższe, choć nie wydaje mi się dużo
lepsze od poprzedniego, mimo staranniejszej selekcji winogron. Wyższa kwasowość,
trochę więcej beczki, ale jakby mniej w nim równowagi. Cena 159 zł. 

Bardzo smaczne Pinot Noir o nieco ziemistym charakterze, ale też sporej dozie
czerwonych owoców (porzeczka, truskawka). Bliżej mu do burgundzkich krewnych
niż tych z Chile, z którymi miałem ostatnio do czynienia. Cena: 99 zł.

Piękne, soczyste wino o sporej koncentracji. Tu widać wyraźnie różnicę klas
pomiędzy liniami produktowymi. Takie pyszne wino chciałoby się pić częściej,
ale cena jest niezłym straszakiem: 279 zł.

Po shiraz można było spodziewać się jakiegoś ciężkiego potwora, a tu mamy
eleganckie jasne wino pełne owocu, o ciekawym ziołowym nosie wzbogaconym
o kwiatowe niuanse, o które można podejrzewać odrobinę (5%) viognier dodanego
już na etapie fermentacji. Zaskakująco świeże wino. Cena: 89 zł.

Niewątpliwie dobre wina, nie bez przyczyny są łowcami nagród. Warto pić takie wina częściej, choć trzeba mieć świadomość, że to to hobby (nałóg) dość drogie. Wypada tylko powtórzyć to, o czym już jakiś czas temu na blogu wspominałem: lepiej wypić mniej dobrego wina, niż męczyć się litrami słabego. 

Wina degustowałem dzięki Winicjatywie, Wines United i Wine Corner. Dziękuję!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza