Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Foto: Sony NEX-5. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Foto: Sony NEX-5. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 lutego 2016

Winne Wtorki #117. Cabernet franc.

Pani od polskiego mówiła, żeby nie rozpoczynać zdania od „a więc”. No więc dzisiaj mamy Winny Wtorek - wtorek, w który blogerzy winni opisują wino wybrane przez jednego/jedną z nich. A w tym wypadku być może oboje, bo temat wyznaczyli twórcy bloga „Nasz Świat Win”, czyli Marta i Robert. Wybór padł na czysty cabernet franc - region dowolny.

Ostatnio jakoś mi się nie składało pisanie o winie - a to obowiązki w domu, a to nowe zadania w pracy, ale też i potrzeba odpuszczenia sobie pisania o winie. Przynajmniej na chwilę. Nie chciałem, żeby pisanie stało się dla mnie obowiązkiem czy zobowiązaniem wobec czytelników. Obowiązek zabija przyjemność, a ja wolałbym, żeby pisanie pozostało przyjemnością. Trochę mniej w związku z tym udzielam się towarzysko, nie bywam, nie pokazuję się, pozostaję z boku, nie robię nic na siłę.

Dziś jednak mam potrzebę podzielenia się z Wami wrażeniami z degustacji wina, które kupiłem podczas prezentacji win z portfolio Rafa-Wino, którego część znajduje się od jakiegoś czasu również w ofercie Winestory. Prezentację prowadzili wspólnie Łukasz Bogumił (Winestory) i Paweł Świerczek (Rafa Wino), a degustowane wina tak mi się spodobały, że z kilkoma wróciłem do domu.


Wśród nich był właśnie cabernet franc z winiarni Janus Borház z węgierskiego Villány. Region ten leży na południowym krańcu Węgier i podobno tam cabernet franc znalazł swój raj na ziemi. Być może. W każdym razie jest wyraźnie inny od tego rodzaju caberneta, który miałem okazję i przyjemność pić wcześniej. Tyle, że niemal wszystkie wcześniejsze butelki pochodziły z francuskiej Doliny Loary. Czy cabernet franc z Villány jest lepszy, czy gorszy od loarskiego to kwestia gustu, ale mogę „dziełko” Janusa pochwalić. Jest to wino czyste i soczyste, pełne owocu, ze sporą kwasowością i delikatnym garbnikiem. Ładnie się rozwija i z każdą mijającą godziną daje więcej radości. I jest to radość niezmącona koniecznością/chęcią napisania dla Was tej krótkiej notatki z degustacji.

Amen!

-----------------------------------------------------
Janus, Villányi Cabernet Franc, 2011
region: Węgry, Villány
odmiana: 100% cabernet franc
alk.: 13,5%
importer: Rafa Wino
-----------------------------------------------------
Winne Wtorki #117 na podniebieniach innych blogerów
-----------------------------------------------------

niedziela, 15 listopada 2015

Pod Pretextem Cavy.


Przeuroczy lokal Pod Pretextem po raz kolejny stał się miejscem arcyciekawego spotkania winnych maniaków. Wcześniej próbowaliśmy znakomitych win z Piemontu, tym razem przyszła kolej na musujące wina z Hiszpanii, czyli Cavy. Michał „Wine Mike” Misior przygotował aż 25 butelek, ale wśród nich tradycyjnie znalazły się jokery, czyli wina-zagadki spoza apelacji Cava, ba, nawet spoza Hiszpanii. Grono degustujących było skromne, spotkanie miało charakter iście kameralny, atmosfera spotkania była zaś zupełnie rodzinna. Fajnie!

Michał "Wine Mike" Misior zebrał kilka butelek do degustacji.
Łukasz Gajewski - Pod Pretextem.
Andrzej Kusyk - redaktor Przegladu Gastronomicznego.
Tomasz Kolecki-Majewicz - Mistrz Polski Sommelierów
w latach 2007, 2008, 2009 oraz 2010.
Małgorzata Kozakiewicz - przedstawicielka Ambasady Hiszpanii w Warszawie.
Michał szczegółowo opisał u siebie wszystkie wina, więc zainteresowanych odsyłam do jego tekstu. Ja chciałbym wyróżnić z tej szerokiej grupy kilka win, które mi szczególnie przypadły do gustu. Większość degustowanych tego dnia win (cava) stanowiły butelki sprowadzane przez Łukasza Gajewskiego, Pod Pretextem ma ich naprawdę spory wybór. Także te, które mi najbardziej smakowały (poza jedną) należą do jego portfolio.

Wino nr 12, ale pierwsze, które mi naprawdę smakowało i które
chciałbym pić codziennie.
Cygnus Reserva Brut (Pod Pretextem – 79 zł).
Stonowane, zrównoważone, eleganckie, czyste - tyle szybko
zanotowałem, znacznie wolniej się delektowałem.
Castellblanch Dos Dustros Reserva Brut Nature (Centrum Wina/Winezja – 69,99 zł)
Wino zupełnie nieoczywiste, zupełnie niemłode, choć nadal sprężyste.
Wydaje się nieco utlenione, ale nie jest efekt nadgryzienia zębem czasu, ale stylu winiarza.
 Parisad 2003 (Pod Pretextem – 159 zł).
Cava zrobiona z Pinot Noir, co wcale nie jest takie oczywiste.
Niebo w gębie.
1+1=3 Especial Pinot Noir (Pod Pretextem – 120 zł).
Degustacja uświadomiła nam, jak różnorodne stylistycznie potrafią być hiszpańskie wina musujące. Od mocno zredukowanych, przez świeże i owocowe, aż po mocno utlenione, co niekoniecznie wiąże się z ich wiekiem, a raczej zamysłem producenta. Każdy znalazłby wśród nich coś dla siebie, jeśli tylko potrafi zdefiniować swoje preferencje. Jak? Po prostu: próbować, próbować, próbować.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Tydzień rieslinga.

Prawdę mówiąc nie tydzień, ale dwa - Niemiecki Instytut Wina wraz z partnerami z całej Polski w dniach 15-28 czerwca promował rieslinga - odmianę, która (przynajmniej mi) jednoznacznie kojarzy się z winiarstwem niemieckim, choć uprawiana jest także powszechnie w Alzacji czy Austrii, a nawet na Antypodach.

Ja mam pewien kłopot z rieslingiem. Wielu moich znajomych od wina dałoby się pociąć za tę odmianę, mnie zaś denerwuje różnorodność win jakie powstają z rieslinga. Wytrawne, bardziej słodkie, całkiem słodkie, gęste i oleiste albo zupełnie cienkie i rozwodnione, z dużą zawartością alkoholu albo tylko taką, do której zbliżają się co mocniejsze piwa. Być może złapię jeszcze rieslingowego bakcyla, wszystko przede mną, dziś częściej sięgam po sauvignion blanc czy gruner veltlinera, o chardonnay nie wspomnę, choć ta ostatnia odmiana kręci mnie najbardziej w burgundzkich interpretacjach. Dziś tak to wygląda, ale niewykluczone, że za trzy lata poza rieslingiem świata nie będę widział. Kto to może dziś wiedzieć?

Tak czy owak udałem się na degustację rieslingów - tych, które już dość dobrze znam, importowanych przez Wineonline (Winestory). Spotkanie miało miejsce w "moim" sklepie przy KEN 85 w Warszawie. 

Zawieszki na butelkach, czyli marketing niemiecki działa.

Łukasz Bogumił z wielką wprawą mówił o niemieckich rieslingach. Muszę
przyznać, że zaimponował mi umiejętnością przyciągania uwagi gości połączoną
z naturalną skłonnością operowania dowcipną ripostą. 

Zestaw degustacyjny, czyli najlepsze marki niemieckich rieslingów
z portfolio Winestory. 

Leje się do kieliszków Binz Bratt Weisser Riesling z rocznika… 2011. Za stary?
W żadnym wypadku - ciekawe aromaty związane z ewolucją wina
i kwasowość utrzymująca wino w świetnym stanie.
Cena niezmienna od lat - 49 zł.

Raptem kilku producentów niemieckich rieslingów i kilkanaście etykiet
świetnie ilustrujących różnorodność wcieleń tego szczepu.

Tradycja sięgająca XI wieku i wciąż atrakcyjne ceny - od 65 do 199 zł.

Arcyciekawy producent, który rieslinga interpretuje na wiele sposobów.
-------------------------------------
Wina próbowałem na otwartej degustacji zorganizowanej przez ekipę sklepu Winestory przy KEN 85 w Warszawie. Dziękuję za zaproszenie!
-------------------------------------

środa, 19 marca 2014

Sauvignon Blanc z Bordeaux.

Witajcie po wpisie poświęconym winie z Burgundii. Winne Wtorki mają priorytet, mogą zdobić wyrwę w cyklu i ujdzie im to na sucho. W cyklu poświęconym odmianie sauvignon blanc. Na fejsbukowym profilu bloga zajawiłem wina z Nowej Zelandii, ale miałem okazję spróbować sauvignon z Bordeaux, więc dzisiaj krótki wpis poświęcony temu winu.

Wino próbowałem w towarzystwie kilku znanych blogerów, żeby wyróżnić się wśród nich musiałem założyć jaskrawą bluzę. 

ⓒArtur Marcula/Vini e Affini.
W towarzystwie G.Kurczewskiego, M.Jagodzińskiego, M.Nowickiego,
M.Likowskiego (poza kadrem) i W.Bońkowskiego.
Uprzedzając wszelkie pytania: w moim kieliszku nie ma sauvignon blanc :)
Wino było mocno wytrawne, o solidnej kwasowości i nieco kamienistym charakterze. Niektórzy mówili coś o winie chemicznym, siarkowym - nie wiem, nie znam się. Takiej kwasowości brakowało mi w winie chilijskim, w tym jednak przypadku była ona nawet zbyt ostra. Przydałoby się tego bordoszczaka czymś zagryźć. Owoc w nim kojarzył się ewidentnie z kwaśnymi cytrusami, w niczym nie przypominał lekko słodkich owoców egzotycznych, jakie zapamiętałem pijąc wino z Chile.


Ogólne wrażenie takie sobie. Jeśli mogę zacytować Marka Bieńczyka z filmu Winicjatywy, na którym ocenia tanie wino z Tesco, to niech za ocenę posłużą jego słowa: "No, dobre, ale pić bym tego nie chciał".

----------------------------------------------
Château La Verrière
Sauvignon Blanc, 2013
alk: 13%
cena: 54 zł
----------------------------------------------

Wino degustowałem na koszt sklepu Wine Corner w Warszawie. Dziękuję!

piątek, 14 marca 2014

Wino kalibracyjne.

Nie milkną echa zlotu winiarskich blogerów, im więcej czasu upływa tym komentarze wydają się ostrzejsze, ja jestem w obozie tych, którym się podobało i oceniam spotkanie bardzo dobrze z niemałą nutką entuzjazmu. Rysowaną przez niektórych coraz mocniej linię podziału między dziennikarzami piszącymi o winie zawodowo a blogującymi amatorami tegoż trunku wymazuję ze swojej świadomości, jako twór zupełnie sztuczny i niepotrzebny. Nie jestem dziennikarzem, ale w środowisku dziennikarskim tkwię od niemal dwudziestu lat i wiem doskonale, że tak samo jak legitymacja prasowa nie czyni z dziennikarza profesjonalisty, to tak samo jej brak nie pozbawia amatora prawa do bycia zawodowcem. Ale zostawmy na razie ten temat. Następny zlot za rok, to co możemy zrobić teraz, to wspomóc organizatorów w przygotowaniach do kolejnego spotkania, choćby wyrażając jasno swoje od nich oczekiwania, od siebie zaś wymagajmy tego, czego brak doskwiera nam u innych.

W tytule tego wpisu użyłem słowa określającego wino będące odnośnikiem dla innych. Tak się złożyło, że ostatnio wpadło w moje ręce kilka win zrobionych z sauvignon blanc i w mej głowie zrodził się pomysł by zrobić cykl wpisów poświęconych tej odmianie. Część win dostałem od importerów, kilka kupiłem sam, a to kalibracyjne, od którego mogę rozpocząć serię opisów, otrzymałem w prezencie od mojej mamy.

Mama, jak to mama, z pustymi rękoma syna nie odwiedza, a że zna moje zamiłowanie do wina, to na jakąś flaszkę zawsze mogę liczyć. Co ciekawe, przywozi mi wina, których sam sobie bym nigdy nie kupił. Nie dlatego, że mnie nie stać, nie w tym rzecz. Chodzi o to, że mieszka w małej miejscowości w pobliżu naszej wschodniej granicy, gdzie najlepiej zaopatrzonym w wina punktem jest stacja benzynowa.

A w zasadzie była.

- "Widzę, że się u was coś zmieniło” - mówię patrząc na znajomo wyglądającą etykietę.
- „No w końcu jest! Były protesty sklepikarzy, były kontrole z Sanepidu i Straży Pożarnej. Nawet policja była. Ale jest. Pamiętasz, to pole przy Kościelnej? Teraz jest tam Biedronka. Jaka wielka!” - dawno nie widziałem w niej takiego entuzjazmu.

No więc dostałem od mamy Chateau Los Boldos - sauvignon blanc z Chile. Wielokrotnie pisałem na tym blogu, że lubię sauvignon blanc, że kibicuję winom z Chile, ale - być może piszę to pierwszy raz - chilijskiego savignon blanc nie znoszę. Nie chcę uogólniać, ale te wina, które miałem okazję pić były mocno rozczarowujące.

Wino poprawne, ale mi dużej radości z picia nie dało.
Los Boldos nie poprawi mojej o nich opinii. Aromat tego wina nie obiecuje wiele dobrego, w miejsce świeżych, zielonych aromatów wpasowały się, może nie nadzwyczaj intensywne, ale jednak wyczuwalne, zapachy gumy i kiszonej kapusty. Nie dramatyczne, ale naprawdę mało inspirujące. Odrobina owoców tropikalnych niewiele pomaga, brakuje świeżości. W ustach jeszcze gorzej. Płasko, trochę słodko na wejściu, gorzko w końcówce, a gorycz ta utrzymuje się na podniebieniu nadspodziewanie długo. Alkohol pali bardziej niż bym sobie tego życzył. To wino oczywiście nadaje się do picia, nie ma wad, ale jego stylistyka zupełnie mi nie odpowiada. Nie daje mi radości.

Kalibruję się zatem z dość średniego poziomu. Jest nadzieja, że dalej będzie lepiej. A czekają na mnie próbki z RPA, Nowej Zelandii, Austrii i włoskiego Alto Adige.

Bądźcie zatem czujni. Kolejne opisy wkrótce.

Wino z Biedronki otrzymałem w prezencie od mamy.


wtorek, 11 marca 2014

Zlot Winopisarzy.

Zlot koleżanek i kolegów piszących o winie odbył się 8 marca - niby niedawno, ale na tyle dawno, że stracił już dziś swoją news-ową świeżość. Kogo ten temat zainteresował, ten się dowiedział sporo od innych winopijców. Mi zabrakło refleksu. Jak pewnie już wiecie tego dnia miały miejsce trzy degustacje tematyczne: Burgundia prowadzona przez Tima Atkina - guru światowego pisarstwa o winie, Włochy prowadzone przez Wojciecha Bońkowskiego - guru polskiego winopisarstwa*, oraz Bordeaux prowadzone przez Marka Bieńczyka - niedoścignionego guru pisarstwa w ogóle.

O ile o Burgundii i Włoszech moi koledzy wspomnieli co nieco, o tyle o Bordeaux nie napisał chyba nikt, pozwólcie, że zajmę swoją niszę. Nie dlatego, żebym się na Bordeaux znał. Ale dlatego, że nawet gdyby Bieńczyk opowiadał o winach mołdawskich, to też bym do niego przyszedł. Nie ma co ukrywać - przeglądając listę win - można było odnieść wrażenie, że Bordeaux na tle swych konkurentów wyglądało dość blado. Sam pewnie z miłości poszedłbym na Włochy, z ciekawości na Burgundię, ale z fascynacji Bieńczykiem poszedłem do bordoskiego piekła. Pan Marek tego dnia pewnie wolałby pić burgunda, zwłaszcza że Domaine de la Romanée-Conti Romanée-Saint Vivant Grand Cru potrafi rozbudzić wyobraźnię. „Byłem na górze, dali mi spróbować” - powiedział z wymownym uśmieszkiem na ustach i z błyskiem w oku.


Zasiedliśmy do naszych kieliszków. Trzon degustacji bordoskich win stanowiły etykiety dostępne jeszcze w Lidlu - sponsorze zlotu, choć szansy na powtórzenie w przyszłości takich win jak Château Talbot (Saint-Julien), czy Château Chauvin (Saint-Emilion), w dodatku w mocno konkurencyjnych cenach, raczej nie będzie. Coś tam wpadło jeszcze od Mielżyńskiego, coś z Vini e Affini, ale to był początek listy, na jej końcu zaś budzące nadzieje etykiety jak Château Leoville-Las Cases (Saint-Julien), czy Château Palmer (Margaux).


Château Leoville-Las Cases pochodziło z rocznika 1970. „Ktoś próbował to przed chwilą” - rozpoczął Marek Bieńczyk - „stwierdził, że będziemy pili trupa”. Wino miało niespotkane wcześniej dla mnie aromaty ewoluowanego wina, najstarsze roczniki jakie piłem - 1973 i 1975 - nie miały takich aromatów, ale w ustach rzeczywiście były żywe, z zachowanym jako tako owocem. W tym przypadku pozostała jedynie kwasowa struktura i nic więcej. Coś na kształt budynku po bombardowaniu, żelbetonowe słupy trzymają konstrukcję, ale w środku pustka i… śmierć.


Château Palmer było winem znacznie młodszym, bo z rocznika 1989 - podobno bardzo dobrym w Bordeaux. „Byłem u nich, mieli mi dać butelkę” - snuje swą opowieść Bieńczyk - „marzyłem o 1989, dali 1990, jeszcze jej nie otworzyłem”. Niewątpliwie było to wino, na które Marek czekał tego dnia, lekarstwo na ból po braku Romanée-Saint Vivant. Ale, mam wrażenie, nie spełniło swojej roli. Jeszcze żyło, choć oddech był ledwie wyczuwalny, przedśmiertny. Był jeszcze moment obrony prowadzony przez walecznego obrońcę młodzieńczych wspomnień, ale sił zabrakło, barykady upadły. Błysk w oku Bieńczyka stracił swój blask.



Nieważne. To on był gwiazdą wieczoru.

--------------------------------------------------------------
Bordeaux z Markiem Bieńczykiem próbowała również Dota
--------------------------------------------------------------
*w najmniejszym stopniu nie umniejszam roli Wojtka na arenie międzynarodowej, na której jest on równie aktywny.

sobota, 1 marca 2014

Degustacja win Erika Banti.


Vini e Affini, importer win Erika Banti - urządził mini degustację jego win w ramach akcji Dzień Otwartej Butelki. Banti swoje wina butelkuje głównie w ramach toskańskiej apelacji Morellino di Scansano, chociaż nie tylko, ale o tym za chwilę. Morellino to lokalna nazwa szczepu sangiovese - tego samego, z którego powstają znacznie lepiej rozpoznawalne wina Chianti, natomiast Scansano to miasteczko i gmina w prowincji Grosseto w regionie Maremma. Ogólnie rzecz ujmując tutejsze wina powstające na bazie sangiovese (apelacja dopuszcza domieszki innych odmian, ale nie więcej niż 15%) wydają się być nieco łagodniejsze, miększe, bardziej owocowe niż Chianti Classico, czy Brunello di Montalcino. Te niebeczkowane przeznaczone są do szybkiego spożycia, z tymi dojrzewającymi w beczkach można chwilę się wstrzymać, choć w zasadzie można się bez tego obejść. Niecierpliwi miłośnicy sangiovese mogą odnaleźć tu swoje El-Dorado :)


Pierwszym winem Banti, które próbowałem było Il Vermentino. Wino butelkowane jako Toscana IGT, zrobione oczywiście ze szczepu vermentino, przy czym 10% poddano fermentacji w beczkach z dębu francuskiego, resztę w stalowych kadziach. Po 5 miesiącach wino jest rozlewane do butelek, miesiąc później trafia na rynek. Vermentino znam głównie ze swojego pobytu na Sardynii - jest oczywiście jakiś wspólny mianownik tych win, jednak toskańska interpretacja ma swój odmienny charakter. Wino bardzo przyzwoite, krągłe, owocowe, ale niezachwycające, zwłaszcza przy cenie 54 zł za butelkę.


Potem piłem już wina czerwone. Podstawowe Il Morellino 2012 zrobione jest oczywiście na bazie sangiovese z domieszką 10% alicante i 5% merlot. Wino dojrzewa ok. 12 miesięcy w stalowych kadziach, potem rozlewane jest do butelek i od razu trafia na rynek.
Wino jest przyjemne, gładkie w piciu, bez zadziornych tanin i nadmiernej kwasowości. Bardzo dobre, ale też trzyma cenę, biorąc pod uwagę fakt, że Morellino często jest uważane za znacznie tańszą alternatywę dla Chianti. 59 zł za butelkę.


Kolejnym winem było Carato 2011 - nieco konkretniejsze, bardziej przypominające to, czego można oczekiwać po niezłym Chianti. W tym przypadku mamy kupaż 85% sangiovese, 10% ciliegiolo i 5% merlot dojrzewający w beczkach z dębu slawońskiego przez 10 miesięcy. Fajne taniny, nieprzesadzona, choć wyraźna kwasowość, duża przyjemność z picia. 79 zł za butelkę.


Ostatnim winem, jakie próbowałem nosiło nazwę „Ciabatta” i pochodziło z rocznika 2010. Kupaż 85% sangiovese, 10% alicante i 5% ciliegiolo. Dojrzewanie - 14 miesięcy w beczkach z dębu francuskiego. Dla mnie to było najlepsze wino i gdybym miał się zdecydować na zakup, to wziąłbym właśnie to, mimo najwyższej ceny (99 zł za butelkę). Pełne, soczyste, aromatyczne wino z wyraźnie zaznaczonymi taninami i żywą kwasowością. Myślę, że spokojnie mógłby stanąć w szranki z konkurentami z apelacji Chianti Classico.

Wina degustowałem na prezentacji importera.

niedziela, 26 stycznia 2014

Różowe bąbelki.

"Z nowym rokiem wchodzimy z nową ofertą win, spośród których, każde jest wyjątkowe z innego powodu.”
Zdanie o takiej treści (przytaczam w oryginale) znajduje się na ulotce Centrum Wina informującej o nowościach w ofercie importera i dystrybutora win. Nacisk położono na wyjątkowość i różnorodność i rzeczywiście mamy do wyboru szeroką gamę szczepów, z których część jest dla mnie zupełną nowością. O ile grillo, dornfelder czy petit verdot nie brzmią nieznajomo nawet dla amatora, to nazwy takie incrocio manzoni, gros manseg czy vital zmuszają mnie do rozważenia zakupu nowej książki Jancis Robinson - „Wine Grapes”.

Ponieważ Centrum wyposażyło mnie w zestaw próbek, postanowiłem poznać jeden z tych szczepów - incrocio manzoni, który przybrał formę różowego wina zamkniętego w dość oryginalnej butelce pochodzącej od Bepin De Eto z Veneto.


Zanim skupię się na samym winie muszę trochę poznęcać się nad ulotką reklamową, w której roi się od błędów, pomyłek i nieścisłości. Po pierwsze co to jest "DOCG Włochy”, którym to oznaczeniem podpisano butelki wspomnianego producenta? Po drugie w podpisach win pomieszano nazwy szczepów: PROSECCO SPUMANTE BRUT zrobiono z incrocio manzoni, choć wiadomo, że Prosecco robi się z odmiany glera. Flavé Rosato, które właśnie piję, wg ulotki zrobiono z gros manseg, a przecież powstało z rzeczonego incrocio manzoni. Po trzecie, co to za odmiana carinyena? Może chodzi o cariñena? Cabernet sauvingon, czy cabernet sauvignon?

ⓒ Bepin De Eto
No, ale nie ulotkę człowiek pije, ale wino, a Flavé Rosato wypić warto. Nie znajdziecie w nim landrynkowego, słodkiego smaku, a pełną wytrawność z przyjemną, odświeżającą, goryczkową końcówką. Aromaty owocowe pozbawione są niuansów charakterystycznych dla gumy balonowej, często obecnych w marnych trunkach tego typu. Bardzo ciekawe wino, dobrze, że musujące, bo spokojne w tym kolorze zupełnienie mnie nie interesują, choć po tym akurat mam ochotę wznowić eksperymenty z różem.


W każdym razie polecam, choć cena do najniższych nie należy, ale kształt butelki jest wartością dodaną. Niektórym kojarzy się z granatem, ale spokojnie,  zawartość nikomu krzywdy nie zrobi, a może okazać się bombą niejednej imprezy. Spróbujcie!

Wino otrzymałem do degustacji od importera: Centrum Wina. Dziękuję!

---------------------------
Bepin De Eto
Flavee Rosato Spumante Brut Millesimato  2012
szczep: incrocio manzoni 13.0.25 (raboso x moscato d’amburgo)
alkohol: 12,5%
cena: 64,90 zł
---------------------------

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Porozmawiajmy o RPA.

Ostatni tydzień był dla mnie "winiarsko" całkiem interesujący, najpierw wspólna degustacja nowości zorganizowana przez trzech importerów: BRIX 65 (czyli WINNY GARAŻ), WINEMATES oraz VIVE LE VIN, a potem jeszcze spotkanie z panią Mariką Bonomo z Monte del Frà, zorganizowane przez WINEONLINE, właściciela sklepów Winestory. Wspomnę o tych wydarzeniach wkrótce, ale dziś chciałbym napisać kilka słów o winach z RPA - kraju należącego do tzw. Nowego Świata, któremu kibicuję równie gorliwie, jak Chile.


Pretekstem do tych wynurzeń jest wino, które akurat dziś piję, czyli Shiraz od jednego z najstarszych producentów w Południowej Afryce - Groot Constantia Estate, której korzenie sięgają roku 1685. O początkach tego producenta, nie do końca jasnych i dobrze udokumentowanych, opowiadał przedstawiciel winnicy i jej dyrektor generalny Jean Naude na spotkaniu zorganizowanym przez importera SOUTH WINE... niemal rok temu...


Nie ma co gadać, są to porządnie zrobione wina, zbliżone w stylistyce do europejskich  i chciałoby się powiedzieć, że zupełnie odmienne od tych win z RPA, które w marketach okupują półki do co najwyżej trzech dych. Chciałoby się powiedzieć, ale nie powiem, bo niedawno w naszym ursynowskim Leclerku pojawiły się wina importowane właśnie przez South Wine, choć nie te z Groot Constantia, pewnie z powodu ich wysokiej ceny. Takie wino jak Shiraz, czy wypite przeze mnie jakiś czas temu Chardonnay, to wydatek rzędu niemal 100 zł, Gouverneurs Reserve jeszcze więcej - 159 zł, ja w lutym 2013 roku płaciłem nawet 178 zł. W każdym razie reprezentacja RPA została nieco wzmocniona lepszymi zawodnikami i odnotowuję ten fakt z nieukrywaną radością.


Jeśli chodzi o wina z niższej półki cenowej to warto wspomnieć o krakowskim importerze THE FINE FOOD GROUP, który ma w swym portfolio przystępne cenowo wina MAN Vintners. Dość powiedzieć, że w cenie niewiele wyższej niż 30 zł można dostać przyzwoite (bardzo) wina.



O ile mój ulubiony sauvignon blanc nie zrobił na mnie dużego wrażenia, to chenin blanc - kwasowy, żywy, aromatyczny, wręcz przeciwnie. Natomiast pinotage, zarówno w wersji podstawowej - Bosstok Pinotage - czy z nieco wyższej linii (choć niewiele droższej) Tormentoso Pinotage - to świetne wina, gdzie nie uświadczymy ordynarnej beczki czy przegrzanego owocu. Naprawdę dobre wina.


Skoro już wspomniałem we wstępie o młodych importerach i o RPA nieco później, to warto powiedzieć coś o winie o nazwie Saboteur, które sprowadza Brix 65 (Winny Garaż). Oczywiście z RPA. Z tym winem najchętniej wyszedłbym ze zbiorczej degustacji, w dodatku ze stanowczym postanowieniem nie dzielenia się nim z kimkolwiek. Hedonizm w czystej formie, choć za przyjemność wypicia tego wina też trzeba zapłacić ponad 100 zł. Niektórzy narzekali nieco na dość wysoki alkohol (15%), dla mnie nie stanowiło to jednak problemu.

  

piątek, 3 stycznia 2014

Trimbach Gewurztraminer 2011.


Ta butelka ma swoją małą historyjkę, choć o co w niej dokładnie chodzi, tego do końca nie wiem. Kilka osób kontaktowało się ze mną, kilka miało się się w tej sprawie odezwać, a wszystko po to, bym spróbował i podzielił się wrażeniami z degustacji alzackiego gewurztraminera od znanego i uznanego producenta jakim jest Maison Trimbach. Rodzina Trimbachów para się winiarstwem od roku 1626 - szmat czasu. Na naszych terenach toczyła się wówczas wojna ze Szwedami, we Francji w tym właśnie roku zakazano pojedynków, zaś Alzacja należała jeszcze do Niemiec. 

Wypiłem kilka gewurztraminerów w życiu, wiadomo czego można oczekiwać od win zrobionych z tego szczepu, pytanie brzmi, czy otrzymana butelka jest tak dobra, jak głośna jest sława producenta. Spędziłem trochę czasu na poszukiwaniu informacji o winach Trimbach i wynika z nich, że priorytetem dla producenta są wina robione raczej z rieslinga niż gewurztraminera. Ale nie oznacza to wcale, że "gewurz" jest traktowany po macoszemu. Nic podobnego. W winnicy Trimbachów powstało wino eleganckie, nieprzesadzone w żaden sposób - kwasowość równoważy się doskonale ze słodyczą, mocny alkohol (14%) jest niewyczuwalny na podniebieniu (w głowie tak), aromaty są wręcz podręcznikowe, charakterystyczne dla szczepu (liczi, róża), ale nie duszą swą intensywnością. Zgrabne wino i jedyne, co można mu zarzucić to cena - butelka gewurztraminera z linii classic kosztuje ok. 100 zł. No ale w tym wypadku płaci się za luksus, sławę i historię marki. Może nie codziennie, ale raz na jakiś czas warto jednak szarpnąć się na taką butelką.

W końcu przyjemnie jest się ogrzać w cieple gwiazd.

ps. Sprawa się wyjaśniła - butelka wina dotarła do mnie z inicjatywy importera win Trimbach - Domain Menada Sp. z o.o.
Serdecznie dziękuję!

piątek, 20 grudnia 2013

Luis Pato w Warszawie.

Muszę przyznać, że spotkanie z Luisem Pato, portugalskim winiarzem z regionu Bairrada, było jednym z najciekawszych spotkań z winem, w jakich miałem przyjemność uczestniczyć w tym roku. Pato robi wrażenie jako winiarz i enolog - miłośnik szczepu baga, o którego istnieniu dowiedziałem się właśnie tego dnia, a z którego powstaje większość jego win. Ale mnie zainteresował jako człowiek - radosny i lekko zwariowany, z dystansem podchodzący do życia i własnej pracy. Pato jest artystą, żyje tak jak lubi i robi to, co kocha. W winiarni nie boi się eksperymentów, a eksperymentuje bez przerwy - efekty pracy nie zawsze go zadowalają, potrafi z wdziękiem opowiadać o swoich porażkach, nie wstydzi się ich, bo od win ważniejszy jest proces ich tworzenia. Pato nie boi się ograniczeń jakie nakładają na winiarzy wymogi apelacji - zabiera swoje zabawki i robi wina poza apelacją. Nie płynie z nurtem, to nie w jego stylu. Jestem rebeliantem broniącym własnych przekonań, krytykom jego działań ma do pokazania wyćwiczony gest.


Rebel to także jego wino - kupaż odmian baga i dobrze znanego miłośnikom portugalskiego winiarstwa tauriga nacional z dodatkiem (1%) białej odmiany bical. To wino jest aksamitne, krągłe, z nieprzesadzoną kwasowością i przyjemnymi taninami. Doskonałe do picia.


Ciekawym winem jest Fernão Pires - czerwone wino zrobione z białego szczepu o tej nazwie (znanego też jako Maria Gomes) zabarwione skórkami (6%) odmiany baga. Smakuje jak pączek z nadzieniem różanym, ale oczywiście jest winem wytrawnym, o sporej kwasowości i wyczuwalnych dobrze taninach pochodzących od bagi właśnie.


Baga - może warto powiedzieć kilka słów o tej winorośli - jest odmianą bardzo ciemną, bogatą w garbnik (taniny), wina z niej zrobione mają spory potencjał starzenia - 5-cio letnie wina to dopiero świeżaki, otwórzcie je jak będą miały lat 10. Jestem przekonany, że nawet te 15 letnie będą krzepkie i pełne sił witalnych. Pé Franco z 2001, mimo lekko jaśniejszego koloru, kpiło z upływu czasu imponując swą żywotnością.


Jeśli nie chcecie długo czekać polecam rocznik 2009 - Vinhas Velhas Tinto i Vinha Pan (zgadnijcie z jakiego szczepu?) zrobiły na mnie najlepsze wrażenie, to był zresztą bardzo dobry rocznik dla Bairrada.


Luis Pato używa bagi (i innych odmian portugalskich) również do produkcji arcyciekawych, różnorodnych win musujących, przy czym nie stroni od różnych metod produkcji - w tym przypadku również lubi trochę „pomieszać”. Nie wszystkie wina powstają zgodnie z zamysłem, ale zawsze są oryginalne, czasem trafiają do "drugiego obiegu" z tymczasową etykietą :)


Degustacja odbyła się w restauracji Portucale w Warszawie i została zorganizowana przez importera win Luisa Pato - firmę Atlantika. Serdecznie dziękuję za zaproszenie.


sobota, 2 listopada 2013

Chateau Grand Canyon 1973.

Strach ma wielkie oczy...
Niewiele piłem win tak starych, lub prawie tak starych jak ja, ale w tych kilku przypadkach jakie mnie spotkały wielkiego zachwytu nie było. Nie spodziewałem się też niczego wielkiego po Chateau Grand Canyon, w końcu 150 zł za wino z odległego rocznika to cena podejrzanie niska. Z relacji Marcina Jagodzińskiego (enofaza.pl) dowiedziałem się, że jest w Niemczech winiarz - Karl Erbes, który stare roczniki swoich win sprzedaje ledwie po kilkanaście euro, więc pomyślałem sobie, że może i ja będę miał trochę szczęścia. W każdym razie, mimo tego, że aż człowieka korci, by wypić czterdziestoletnie wino w czterdzieste urodziny postanowiłem tego nie robić, zwłaszcza po lekturze tekstu Wojciecha Kuczoka „Spożycie małżeńskie”. Szczegółów nie zdradzę, polecam lekturę jego felietonów drukowanych w Magazynie Wino, cierpliwi i oszczędni będą musieli odczekać chwilę na ich umieszczenie w internecie. Butelkę swoją otworzyłem zatem ot tak, bez specjalnej okazji (no, może w halloween’owym nastroju), prawdę mówiąc chciałem sprawę tej butelki już mieć za sobą, wszak miejsca w chłodziarce niewiele, szkoda blokować je dla przeciętnego wina z marnego rocznika.

Wyciągnąłem lekko nadpleśniały korek, przelałem nieco wina do kieliszka, zakręciłem i… nie było wcale tak źle. Z początku o aromatach mowy nie było, ale po 15-20 minutach okazało się, że jest w tym winie jeszcze trochę owocu, kolor cegły zdradzał wiek trunku, ale mur z tej cegły był solidny, dobrze związany kwasową zaprawą i ładnie otynkowany gładką taniną. 

W sumie nie było więc tak źle, wino okazało się całkiem przyzwoite i wcale nie takie wiotkie, jak sugerowali to moi koledzy, uznani znawcy win, koneserzy starych roczników. A może po prostu trafiłem na mniej umęczoną butelkę. W każdym razie czuję się w pełni usatysfakcjonowany. Po czterdziestu latach udało nam się zachować niezłą formę.

Piękni czterdziestoletni ;)

czwartek, 31 października 2013

Campos de Luz Reserva 2006.


Wspominałem już o tym winie kiedyś, o ile pamiętam, to nawet dość dobrze. Wczoraj wieczorem otworzyłem butelkę i też było nieźle. Po odkorkowaniu potrzebowało chwili, żeby ukazać swe prawdziwe oblicze, ale tak naprawdę najlepsze było następnego dnia. Warto było poczekać, by cieszyć się aromatami wędzonej śliwki, choć uwędzonej nieco za mocno, końcówka była dość gorzka. Jeśli macie to wino w swoich zbiorach, to czas je wypić, dużo już chyba nie zyska - brakuje kwasowości, alkohol trochę "wyłazi". Po degustacji otrzyjcie usta, garbniki oblepiają zęby a twarz zyskuje wąsiki w stylu Salvadora Dali, choć nie tak długie i bardziej przyklejone do skóry :)

Przy okazji wspomnę o pewnych nieścisłościach, jeśli chodzi o dane techniczne wina. Producent na swej stronie podaje skład: 85% garnacha, 15% cabernet sauvignon i 18 miesięcy spędzonych w beczkach z dębu amerykańskiego, natomiast kontretykieta: 100% garnacha i 12 miesięcy w beczkach. Na stronie importera dane są jeszcze inne. Komu wierzyć, jak żyć?


---------------------------------------------------------------------------------
Campos de Luz Estate Wine, Reserva 2006
D.O. Cariñena
Alkohol (szkodzi zdrowiu i życiu) - 14%
Winestory - 55 zł (kupiłem w promocyjnej cenie za 50 zł)
---------------------------------------------------------------------------------