Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włochy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 listopada 2020

Tenuta Sant'Antonio, Amarone della Valpolicella, Campo dei Gigli, 2007.


Kusiło mnie to wino od dawna. To znaczy kusiło mnie, żeby się go w końcu pozbyć z moich zapasów i zrobić miejsce dla młodszych butelek, sam nie wiem dlaczego tak długo wytrzymało w chłodziarce. Co ciekawe, przynajmniej dla mnie, nie mogę znaleźć informacji o dacie zakupu, a w związku z tym także o jego cenie, a takie notatki prowadzę od 2010 roku. Prawdopodobne jest zatem i jest to  prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że dostałem to wino od żony na któreś urodziny, sam sporadycznie wydaję tyle pieniędzy na butelkę wina. Ile? Dowiecie się na końcu tekstu 🙂 

Po nalaniu do kieliszka wino wygląda naprawdę dobrze, było przechowywanie w pozycji poziomej przez cały czas jego u mnie obecności, wszelkie wytrącenia osadziły się zatem na ściance butelki, a do czaszy trafiło wino klarowne o barwie dość ciemnej z rubinową otoczką. Z wyglądu oceniłem je na dość młode.

W nosie mamy typowe dla amarone aromaty rodzynek (to z podsuszanych gron w celu skoncentrowania w nich cukru tłoczy się tego typu wino), skóry i drewnianej szuflady z przyprawami.

W ustach nadal mamy smak rodzynek, ale też świeżej (!) soczystej wiśni, pomieszanej ze słodką czereśnią, w końcówce zaś ujawnia się posmak gorzkiej czekolady.

Po trzynastu latach od zbioru winogron i pewnie jakichś dziesięciu obecności na rynku, wino prezentuje się naprawdę dobrze. Teoretycznie mamy tu przepis na wino nieśmiertelne, wszak zawiera dużo naturalnych „konserwantów”: 16% alkoholu, niemałą dawkę cukru resztkowego, doskonale wyczuwalną kwasowość i solidną taninę. To elementy, które długowieczności wina sprzyjają. Producent ocenia potencjał starzenia na jakieś 15-20 lat, ja piję wino, które wydaje się młodziutkie.

W piśmie o winie Ferment, nr 7 - zima 2018, Ewa Wieleżyńska zamieściła na temat Campo de Gigli notkę, tyle że opisywała rocznik 2012. Pozwolę sobie przytoczyć jej spostrzeżenia, mam nadzieję, że koledzy z Fermentu nie będą mieli mi tego za złe.

"Wino bynajmniej jeszcze nie takie stare, ale już porządnie ewoluowane. A ataku grzybowo-balsamiczne, potem rozwija aromaty śliwki i galaretki wiśniowej, by w końcu popaść w puddingowo-kokosową słodycz, równoważoną aromatami cedru, ściółki leśnej i jałowca. Zapach tego amarone szybko okazuje się znacznie ciekawszy niż smak. W ustach owoc już zetlał, cały czas mocno trzyma się natomiast beczka. Sprawy nie ratuje osobna jakby kwasowość. Wino jest słodkie, suche pozbawione świeżości. W końcówce ujawnia się w dodatku niedojrzałość owocu."

Ocena punktowa 88/100, czyli nie tak źle, w redakcyjnej skali podpada pod „wino dobre do bardzo dobrego” (84-89 pkt). 

Bardzo ładny opis, ja tak o winie pisać nie umiem, ale wrażenia z degustacji zgoła odmienne od moich, a mamy tu do czynienia z winem o 5 lat młodszym. Czy to kwestia słabszego rocznika, czy może słabszej butelki, trudno powiedzieć. Hugh Johnson pisze o roczniku 2012: „Amarone powinno być dobre”, zaś o roczniku 2007: „Niektóre wina świetne, ale potrzebna selekcja”. Wine Enthusiast ocenia oba roczniki na doskonałe, 92 pkt za 2012 i 93 za 2007, przy czym 2007 można już pić (choć warto jeszcze poczekać), a  z 2012 zdecydowanie nie warto się spieszyć.

Niezależnie od tych dywagacji, ja na koniec dodaję uwagę od siebie: wino bardzo mi smakowało. Cała reszta w tym przypadku zupełnie nie ma znaczenia. 


wino: Tenuta Sant'Antonio, Amarone della Valpolicella, Campo dei Gigli, 2007.
pochodzenie: Włochy, Veneto.
odmiany: corvina i corvinone 70%, rondinella 20%, croatina 5%, oseleta 5%
alk.: 16%
cena: 329 zł (aktualne roczniki w Winestory)

czwartek, 22 października 2020

Czas na porządki.

Kto obserwował stronę bloga na >>> FB <<<, ten zauważył, że trochę butelek trafiło ostatnio do moich zapasów. Okazuje się, że łatwiej jest wina kupić niż wypić, a i z miejscem na butelki robi się przez to niewesoło. Dobry moment na kolejną akcję przeglądu i porządkowania zalegających w różnych miejscach flaszek. Bloga też przy okazji można zacząć porządkować, a raczej zasilać treścią dla wątpliwej sławy, bo czasy takie nastały w blogerskiej społeczności, że bardzo łatwo trafić na TOP 5 aktywnych blogów pisząc raptem 2 posty tygodniowo. To tyle na temat naszej winnej potęgi komunikacyjnej i jej wpływu na cokolwiek.

Czas zatem na krótkie (ale liczniejsze) notatki, dłuższych nikt nie czyta, zapewne okraszone zdjęciem, w tej kwestii nic się nie zmieniło. 

Październik to miesiąc moich urodzin, więc czyszczenie magazynów zacznę od win urodzinowych, czyli tych, które z tego właśnie powodu trafiły do moich zbiorów. Nie ma tego dużo, raptem dwie butelki (hej, co z Wami!), cykl nie będzie zbyt długi, ale zwolni się miejsce w chłodziarce na czekające w kolejce etykiety. Do roboty!

Na pierwszy ogień pójdzie wino, które w tej lodówce przeleżało przynajmniej 2 lata, a może i 4, nie pamiętam, czas leczy rany i zaciera wspomnienia, nawet te dobre, a prezent na urodziny jest raczej czymś dobrym. Tak czy owak urodzinowa butelka jest, ma już swoje lata, choć ode mnie dużo, dużo młodsza, tak mniej więcej cztery razy.


Firma rolnicza Scacciadiavoli, o której do tej pory nie słyszałem, ani tym bardziej nic z niej nie piłem, wyprodukowała wino w apelacji Montefalco Sagrantino, z którą też niewiele miałem w swym życiu wspólnego. Dobra okazja, żeby sięgnąć do literatury i czegoś się nauczyć w teorii, kieliszek z winem niech zaś służy poznaniu przez doświadczenie. 

Zacznijmy od geografii i nazwy apelacji Montefalco Sagrantino. Znajduje się ona w regionie Umbria, który od północnego zachodu graniczy ze świetnie znaną Polakom Toskanią, od południowego zachodu z regionem Lacjum (czyli tam, gdzie leży Rzym i Watykan), zaś od wschodu z Marche, zwanego w Polsce Marchią. Umbria dzieli się na dwie prowincje: Perugia i Terni, i właśnie w tej pierwszej znajduje się nasza apelacja, biorąca z jednej strony nazwę od gminy, w której się znajduje (Montefalco), a z drugiej od odmiany (sagrantino), z której produkuje się tu wina czerwone.

Co wiemy o szczepie sagrantino? Najważniejszy dla odbioru win z tej odmiany jest fakt, że są one bardzo taniczne, zawierają więcej garbników, niż słynący z ich poziomu tannat, a w porównaniu z doskonale znanym wszystkim cabernetem sauvignon, mają ich nawet dwa razy więcej. Duży poziom garbników, znaczny poziom alkoholu (moje wino ma go aż 15%) oraz wysoka kwasowość są czynnikami, które sprzyjają długowieczności win, jednak wina młode mogą być z tych samych powodów dość trudne w odbiorze, choć oczywiście wszystko zależy od konkretnego przypadku. W nosie możemy spodziewać się czerwonych owoców, ze śliwką i wiśnią na czele, a także nut ziemistych i przyprawowych (cynamon). Jak będzie w przypadku mojego wina okaże się za chwilę.

Co wiemy o producencie? Początki winnicy sięgają końca XIX wieku, ale obecni właściciele - rodzina Pambuffetti - mają ją w swoich rękach od 1954 roku, obecnie zarządza nią czwarte już pokolenie Pambuffettich. Rocznie powstaje tu ok. 250 tysięcy butelek wina, nasadzenia zajmują ok. 40 hektarów, przy czym oprócz sagrantino uprawia się tu również sangiovese i merlot, a z odmian białych chardonnay, trebbiano oraz grechetto. Producent nie ogranicza się tylko do win czerwonych, powstają tu wina białe i różowe, także w wersji musującej.

Co wiemy o produkcji tego wina? Zbiory przeprowadza się od połowy października do jego końca - sagrantino jest odmianą późno dojrzewającą. Fermentacja trwa 3-4 tygodnie i odbywa się w 100-hektolitrowych (10 000 litrów) zbiornikach wykonanych z dębu francuskiego. Później 50% wina dojrzewa przez 24 miesiące w zbiornikach z dębu francuskiego, a 50% w beczkach (15% nowych), również z dębu francuskiego. Po tym czasie następuje butelkowanie i przez kolejny rok wino leżakuje w piwnicach, dopiero po trzech latach od zbioru winogron trafia na rynek. 

Najwyższy czas na degustację 🙂

Wino ma kolor raczej ciemny, ale już lekko tracący na intensywności i przesuwający barwną dominantę od głębokiego granatu w stronę blaknącej powoli czerwieni. W nosie dominuje głównie skóra przyprószona lekko cynamonem i mokrą ziemią. W ustach próżno szukać soczystego i świeżego owocu, jeśli już to raczej owoc suszony, ale nadal dominują tu nuty skóry i pikantnych przypraw.  Tanina jest bardzo mocno wyczuwalna i wraz z solidną kwasowością tworzy wciąż mocną strukturę. Alkohol straszy swym poziomem bardziej na etykiecie niż na podniebieniu. Co do ogólnego charakteru wina, to dla mnie jest to coś pomiędzy mocno okraszoną beczką Rioją, a winami z Piemontu zrobionymi z bogatego w kwas i garbnik nebbiolo.

Chętnie spróbowałbym młodszego rocznika tego wina dla porównania. Wydaje mi się, że to w mojej butelce jest już raczej dojrzałe i choć nadal pręży muskuły, to zaczyna mu powoli brakować młodzieńczego wigoru.

 

wtorek, 26 listopada 2019

Barolo i Chianti w jednym stały domu.


Nawiązując do mojego poprzedniego tekstu dotyczącego win z Bordeaux, w którym przyznałem się do ulegania pokusie wydawania większych pieniędzy na wina z tego regionu (choć niekoniecznie otrzymywania za nie większych emocji), muszę dodać, że równie łatwo namówić mnie na Barolo oraz Chianti Classico. Niestety zbyt często daję się oczarować samej nazwie apelacji i przystępuję do kompulsywnych zakupów bez pogłębionej refleksji. Fakt, że w takich przypadkach także cena odgrywa istotną rolę, wszak nie ma tanich Barolo, a taka "okazja" na półce wyzwala zakupowy impuls, no bo chyba właśnie znaleźliśmy nasz złoty środek - jeszcze niezbyt drogo, a już całkiem dobrze. No niestety. Po otwarciu okazuje się, że jeszcze niezbyt dobrze, a już całkiem drogo.

Taki, zdawało mi się, celny strzał przytrafił mi się w osiedlowym sklepiku, w którym mityczne Barolo upolowałem za jedyne 99 zł. Apelacja wypisana eleganckim zawijasem, nazwa wina już mniej rzucająca się w oczy, za to nazwa producenta niemal w ogóle niedostrzegalna i opisana raczej kodem, niż nazwiskiem. Taki tam Włoch Anonim.


Wino prawdę mówiąc takie sobie, owszem do wypicia, ale nie po to kupuje się Barolo, żeby było tylko do wypicia. Dobrze, że się da, ale za 99 zł to jednak trochę za mało. Do wypicia to jest portugalskie Portas do Tejo, w promocji w pobliskim Tesco za 12,99 zł, ale jak się na nią nie załapiecie to regularna cena jest wyższa o jedyne 2 zł.


A propos Tesco, które wciąż nie wie, co ma ze sobą zrobić w naszym kraju, to jest to miejsce pełne magicznych promocji, często nawet udanych. A to biała Nowa Zelandia za 19,99 zł (całkiem, całkiem)...


...a to hiszpańska czerwona reserva za 14,99 zł (zupełnie przyzwoita)...


... a ostatnio nawet wspomniane wyżej Chianti Classico, w dodatku riserva i to dojrzała, bo chyba można tak powiedzieć o winie z rocznika 2011. No pokażcie mi drugą taką butelkę za 19.99 zł. To wino akurat w odróżnieniu od Barolo jest warte swojej ceny, pije się nieźle, a że z apelacyjnymi tuzami łączy je tylko nazwa, to taki nieistotny szczególik, na który można przymknąć oko. 


Tak więc drodzy czytelnicy, jeśli dotrwaliście do końca tego tekstu, to w nagrodę podzielę się z wami grubą refleksją: sławna apelacja dobrego wina sama nie uczyni. Co? Wiedzieliście to? A to przepraszam.

czwartek, 11 lipca 2019

Lugana w Warszawie.

Ostatnio bardzo rzadko wybieram się na większe degustacje, głównie z braku czasu, ponieważ spotkania bardzo często odbywają się w takich godzinach, które kolidują z moją pracą. Zdarzają się wyjątki, w moim grafiku trafiają się „dziury” w środku tygodnia, a jeśli przy okazji degustacje/prezentacje odbywają się w godzinach „normalnej” pracy (czyli jest stosunkowo mała szansa, że będzie na niej tłoczno), wtedy szansa na moją obecność jest dość spora.

Od lewej: Wojciech Bońkowski, Carlo Veronese, Tomasz Prange-Barczyński
Tak właśnie było we wtorek 11.06.2019, kiedy do Polski trafili przedstawiciele Consorzio Tutela Lugana DOC, by zaprezentować wina z wymienionej w nazwie konsorcjum apelacji Lugana DOC. Gdyby zsumować liczbę przedstawicieli konsorcjum z liczbą pracowników organizatora imprezy, to okaże się, że na sali stanowili oni mniej więcej połowę zgromadzonych. Odczuwam w takiej chwili spore zażenowanie, goście przyjeżdżają do stolicy jednego z największych krajów europejskich, w której znajdują się setki restauracji, hoteli i winnych biznesów, spotykają raptem garstkę osób, z czego część to blogerzy-amatorzy, tacy jak ja, których wpływ na rynek wina w Polsce jest żaden. Z jednej strony fajnie być w kameralnym gronie osób próbujących bardzo ciekawe wina, ale niesmak (niezwiązany bynajmniej z winami) pozostaje.


Lugana DOC to apelacja (od 1967 roku), w której powstają tylko wina białe, oparte na odmianie winorośli o nazwie turbiana, wytwarzane w pięciu różnych stylach, o których napiszę za chwilę. Na mapie północnych Włoch apelację można łatwo odnaleźć, leży ona na południe od znanego i popularnego wśród turystów jeziora Garda i obejmuje tereny od obleganego Sirmione (północ apelacji) do Pozzolengo i Solferino (południe), na zachodzie apelacji leżą miejscowości Desenzano del Garda i Lonato, natomiast od wschodu zamyka apelację miasteczko Peschiera del Garda. W tej ostatniej miejscowości ma siedzibę Consorzio Tutela Lugana, mająca strzec interesów tutejszych winiarzy i promować ich produkty.


Co do samej odmiany turbiana, to można spotkać też w literaturze inne nazwy uprawianych tutaj gron, często mówi się o nich trebbiano, a dokładniej trebbiano di lugana, bo trebbiano niejedno ma przecież imię (czy może nazwisko), ale jeśli czytając do poduszki będziemy akurat zerkać do „Wine Grapes” Jancis Robinson, to być może, nim sen nas zmorzy, doczytamy, że chodzi o verdicchio bianco - dobrze znane w Marche, choć podobno jednak pochodzące z Veneto (Wenecja Euganejska). Skomplikowane? Może trochę, ale przejdźmy dalej, czas poznać style lugańskich win.

Jest ich pięć, choć pierwszy jest najpopularniejszy (90% produkcji) i jest nazywany po prostu Lugana. To wina o dość jasnej, słomkowej barwie, zwykle oszczędne w nosie, choć potrafią być bardzo aromatyczne, w zapachu kojarzą się z kwiatami. W ustach dość pełne i soczyste. Fermentacja odbywa się w kadziach stalowych, wina te zazwyczaj nie dojrzewają w beczkach, natomiast często zdarza się im stosunkowo długie dojrzewanie na osadzie.


Drugim stylem jest Lugana Superiore, gdzie dopuszcza się udział beczki w dojrzewaniu (przynajmniej rocznym) win. Przekłada się to na ich złożoność, kolor jest ciemniejszy, bardziej intensywny, w nosie pojawiają się nuty ziół i dojrzałych jabłek, a także przypraw i orzechów, w czym swój udział ma właśnie beczka.

Trzecim stylem jest Lugana Reserva. Wina dojrzewają przynajmniej 24 miesiące, z czego 6 miesięcy w butelce. Usta pełne, skoncentrowane, konkretne, w nosie zdarzają się aromaty dymne. Tymi winami już raczej nie chłodzimy się na tarasie (choć zakazu nie ma), ale można się nad nimi dłużej pochylić, warto dać im trochę czasu, by wraz z jego upływem cieszyć się ewolucją zapachów.

Styl numer cztery to wina z późnego zbioru - Lugana Vendemia Tardiva. Produkcja raczej niszowa, zwłaszcza że to najmłodszy rodzaj wina jaki pozwalają produkować przepisy apelacji, producentów można policzyć na palcach. Gronom pozwala się mocno dojrzewać (przejrzewać), zbiorów dokonuje się dopiero na przełomie października i listopada. Tego stylu nie znam, nie piłem, więc wiem tylko tyle, że jest naturalnie słodkie, choć nie tak bardzo jak wina tworzone metodą „passito”, czyli z wysuszonych na rodzynki (już po zbiorach) gron.

Za to miałem okazję spróbować, piątego i ostatniego stylu wina, choć piliśmy je jako pierwsze, bo to wina świetne na aperitif, mowa o winach z bąblami - Lugana Spumante. Mogą być one tworzone metodą tradycyjna (szampańską) czy też metodą Charmata (wtórna fermentacja nie w butelce, ale w kadzi), panuje tu dowolność. Liczy się to, że naturalna kwasowość zapewnia winom rześkość i świeżość, chociaż tym produkowanym metodą szampańską, długo dojrzewającym na osadzie, trudno odmówić złożoności i większej głębi. Tak czy owak, nie są to wina spotykane bardzo często, tak jak napisałem wcześniej, wszystkie  wina poza „zwykłą” Luganą, stanowią łącznie 10% produkcji.

To co warto powiedzieć o winach z Lugany, a w zasadzie o winach zrobionych z verdicchio vel turbiana aka trebbiano di lugana, że całkiem dobrze się starzeją i w ich przypadku pionowe degustacje roczników mają sens. Na degustacji najmłodszym rocznikiem był 2018, najstarszym 2012 (fakt, że reserva), a o żadnym nie można było powiedzieć, że jest zmęczone. Wręcz przeciwnie, młode ze starym mogłoby stawać w szranki i wynik nie byłby jednoznaczny. A i w konkurach być może młodsze nie byłoby lepsze od starszego, czym coraz częściej się pocieszam.

Od lewej: Robert Bartłomiej Dąbrowski, Mariusz Boguszewski
Będąc nie tak dawno temu na zupełnie innej degustacji w Winestory zauważyłem, że na półce stoi stoi sobie butelka Lugany z 2013 roku i zastanawiałem się wówczas nad jej świeżością, w kontekście degustacji win lugańskich. Dwa dni później, w lipcowym numerze Wine Enthusiast znalazłem infografikę dotyczącą roczników win włoskich, które najlepiej pić w 2019 roku. Przy nazwach Lugana i Soave Classico widniały liczby 2009 i 2010.

ⓒ Wine Enthusiast

To coś mówi o potencjale starzenia się tych białych win z okolic Gardy. Zasadnym jednakże jest zadanie pytania, czy sklepowa półka jest odpowiednim miejscem na tak długie przetrzymywanie dość wiekowego jednak rocznika. Zadałem pytanie centrali Wineonline, czy mają coś świeższego i tak w moje ręce wpadły dwie butelki -  jedna z rzeczonego i słabo rotującego rocznika 2013 i jedna z najświeższego chyba obecnie w sprzedaży rocznika 2017. Mówię o winach z Monte del Fra, producenta mającego swą siedzibę poza apelacją Lugana, ale wykorzystującego tu działkę w obrębie miejscowości Peschiera del Garda - tej w której siedzibę ma konsorcjum.


Wina należą do tego najczęściej występującego gatunku, czyli „zwyczajna” Lugana. Na przestrzeni lat zmienił się kształt butelki, w której zamykane jest wino, ale obie zrobione są z ciemnego szkła, teoretycznie powinno to pomóc zachować je dłużej przy życiu, ale gwarancji nie ma. Podoba mi się wypukłe logo na szkle butelki rocznika 2017, która zyskuje w tym momencie kilka punktów na drodze do osiągnięcia szlachectwa. No, ale nie szkło jest najważniejsze, lecz zawartość butelki, przystąpmy zatem do degustacji.


Poza różnicą w wyglądzie butelek, widać wyraźnie jak odmiennie prezentują się one w kieliszkach. Barwa młodszego wina jest blada, jasno słomkowa, niemal platynowa. Rocznik 2013 jest wyraźnie ciemniejszy, głęboko żółty, łatwy do pomylenia z jabłkowym sokiem, oba wina są czyste, klarowne.

W nosie różnice są równie wyraziste - 2017 to aromaty kwiatowe złamane zapachem białych owoców, 2013 to pieczone jabłko, wosk, miód i trochę grzanki.


W ustach można znaleźć wspólny mianownik, jest nim odświeżająca, lekka goryczka w końcówce. Młodsze wino ma w sobie słodki element, który niejako współistnieje z tą goryczką, oba składniki są wyraźnie wyczuwalne jednocześnie. Do tego dochodzi solidna, mirabelkowa kwasowość i może ciut odstający alkohol. Jest go jednak mniej (jeśli wierzyć kontr-etykiecie) niż w roczniku 2013, ale mimo to starszy rocznik wydaje się lepiej poukładany, tu słodycz jest mniej wyczuwalna, nie ma tej pudrowej mdłości, która w roczniku 2017 była wyczuwalna, zwłaszcza zaraz po otwarciu. Oba wina bardzo ciekawie się zmieniają w kieliszku. W 2017 słodycz ulega jednak kwasowości, natomiast ewolucyjne nuty rocznika 2013 tracą na intensywności i odsłaniają sprężystą, młodzieńczą gibkość wina. 


Wszystko oczywiście zależy od preferencji i upodobań degustatora, ale ja jednak jestem skłonny lepiej ocenić rocznik 2013. Aromatycznie wydaje się być ciekawszy, usta są lepiej zrównoważone, struktura zaś nadal jest solidna, niemal nienaruszona. 

Trzeba przyznać rację prelegentom - Lugana potrafi być długowieczna i zaskakuje swym wigorem mimo upływu lat. A trzeba powiedzieć, że mamy do czynienia z winem raczej ze średniej półki. Będąc na Gardą spróbujcie jej koniecznie, być może nawet z risotto z żabą, do którego to dania Lugana smakuje ponoć wyśmienicie.


Dziękuję organizatorom wydarzenia za możliwość uczestnictwa w imprezie. Degustacja odbyła się w lokalu Winisfery przy ul. Chłodnej w Warszawie


Lista degustowanych win:
Olivini, Lugana DOC Spumante Brut, Metodo Classico, 2015
Citari, Lugana DOC Conchiglia, 2018
Zeni, Lugana DOC Margone, 2018
Bulgarini, Lugana DOC 010, 2018
Ca’Maiol, Lugana DOC Molin, 2017
Avanzi, Lugana DOC Riserva Borghetta, 2016
Zenato, Lugana DOC Riserva Sergio Zenato, 2016
Ca’ Dei Frati, Lugana DOC Riserva Brolettino, 2012

czwartek, 21 lutego 2019

Redentore Prosecco Millesimato 2018.


Wino o barwie blado-słomkowej, bardzo pieniste, z drobnymi, eleganckimi bąblami. W smaku dominuje dojrzała, choć kwaśna mirabelka mieszająca się z soczystą papierówką, w nosie podobne. Cukier, o ile go wyczujecie, nie powinien przeszkadzac. Jeśli dobrze pamiętam, to Millesimato piłem kilkukrotnie, zawsze umieszczając je po stronie tych bardziej udanych prosecco. Ta druga strona jest niestety liczniejsza, nawet obiecałem sobie wstrzemięźliwość w zakupach tego popularnego gatunku win. Ale Redentore przyniosła żona i przekazała mężowi z życzeniami zdrowia, więc piję za zdrowie jej i swoje.

Czuję się całkiem dobrze.


De Stefani, Redentore Prosecco Brut Millesimato 2018
odmiany: 100% glera,
alk.: 11%
importer: M&P Pavlina



środa, 12 grudnia 2018

Lidl na grudzień.

Pierwszym prezentem otrzymanym w tegoroczne Mikołajki była przesyłka z dwoma winami z Lidla, będącymi zwiastunem nowej, grudniowej oferty alkoholi. Nie piszę win, bo w katalogu są i inne napitki; wódki chwilowo interesują mnie średnio, ale whisky warte są rozważenia, może trzeba będzie pochylić się na rozbudową działu skok w bok. ;)


W kartoniku dwa wina - Aglianico del Vulture z Włoch oraz Vinho Verde z Portugalii.


Może trochę dziwić obecność Vinho Verde w grudniowej ofercie, wszak wina te pijamy zwykle latem. Ze względu na swój lekki charakter, delikatne musowanie na podniebieniu i zaznaczoną kwasowość chętnie są one wypijane na tarasach podczas zażywania kąpieli słonecznych. Encostas de Caiz jest zatem wspomnieniem lata, ale wspomnieniem bardzo przyjemnym, wino "wchodzi" elegancko, choć nie ma się co z tym śpieszyć, sporo alkoholu (ale świetnie kryjącego się pod owocem) może zakręcić w głowie. Kwasowość nie jest wyśrubowana, cukier resztkowy obecny, wszystko w niezłej równowadze, nie mam się do czego przyczepić. Wypiłem ze smakiem.


Aglianico del Vulture ma lekko truskawkowy i trochę nieczysty nos. W ustach herbaciane taniny i posmak wiśniowej pestki. Kwasowość jest, z owocem średnio, ale źródła smaku znów trzeba szukać wśród wiśni i czereśni. Teraz wydaje się spełniać rolę raczej wina stołowego, gastronomicznego, bardziej towarzyszącego w tle, niż występującego jako gwóźdź programu. Ale nie jest też gwoździem do trumny ;) Mam wrażenie, że ma potencjał do dalszego rozwoju i być może rozwinie się za jakiś czas. 20 zł za butelkę to może być okazja, by tanio kupić karton win i wrzucić do piwniczki. W razie czego strata niewielka, a kto wie, czy w przyszłości przemysłowe wino (grona z południa Włoch, fabryka działa na północy, w Bardolino nad Gardą) nie okaże się przynoszącą zwrot inwestycją.

W katalogu znalazło się kilka win, których chętnie bym spróbował. Na myśl przychodzi mi kerner z Alto Adige, sauvignon i cabernet franc z Doliny Loary, no i oczywiście wina musujące: prosecco, cremanty i szampany - tych nigdy za wiele. 


Wina do degustacji otrzymałem od Lidl Polska. Dziękuję!

środa, 31 października 2018

Niebo i Piekło.

Kilka dni temu dostałem od Lidla przesyłkę z winami i informacją dotyczącą nowej oferty win, która "koncentruje się na starannie wyselekcjonowanych trunkach z Francji, Włoch i Niemiec." Przestraszyłem się trochę, że spóźniłem się z wiadomościami na ten temat, ale jednak nie. Oferta ważna jest od 22 października do 28 listopada, a nie, jak mi się zdawało, 28 października. Większość moich kolegów od winnego pióra ma degustacje za sobą, oceny wystawione, w większości identyczne. Dla jednego wina są one przepustką do raju, dla drugiego pozostało tylko piekło, choć nie wiem, czy dla mieszkańców tego ostatniego nie jest to kara (dodatkowa) szczególnie okrutna.

Ja się z tymi ocenami zgadzam.


Winem wartym uwagi jest na pewno riesling z niemieckiej Badenii Alte Vogtei zu Ravensburg rocznika 2017 (34,99 zł za butelkę). Wino świeże, smaczne, ożywcze i pełne owocu, z podkreśloną kwasowością, w ustach bardzo przyjemne i mega pijalne. Nie mam się do czego przyczepić, smakowało mi znacznie lepiej, niż otwarte tego samego dnia chardonnay ze słynnej francuskiej apelacji Chablis. Chablis kosztowało co najmniej dwa razy tyle, co ten riesling z Lidla, a przyjemności dawało o połowę mniej.

Jak wspomniałem wyżej, swoje wino dostałem w prezencie, ale widziałem je również w sklepie i zastanawiałem się, czy nie wziąć dwóch lub trzech butelek do swojej piwniczki, ale pomyślałem sobie, że zrobię to za pomocą strony Winnicalidla.pl i być może skorzystam jeszcze z jakiejś promocji. I tu napotkałem problem, bo wina na tej stronie nie odnalazłem, co wydało mi się dość dziwne, gdyż od wprowadzenia oferty minął tydzień (to było 30 października).  Mam nadzieję, że to tylko chwilowa niedogodność i klienci wkrótce będą mogli zamawiać to wino za pomocą platformy internetowej.


W sklepie widziałem też drugie wino, które otrzymałem w prezencie. To negroamaro o nazwie Selone, wino z południa Włoch, które Polacy uwielbiają niemal tak samo, jak popularne w tym samym regionie primitivo. Mimo niezbyt pochlebnego wizerunku primitivo kreowanego lub powielanego przez część winnej blogosfery, sam lubię od czasu do czasu po nie sięgnąć - krzepkie, owocowe, soczyste, choć trochę nadto alkoholowe - potrafi naprawdę dać radość. Dlatego przychylnym okiem spojrzałem też na negroamaro, a spoglądałem z tym większą uwagą im częściej czytałem jego druzgocące oceny. Pomyślałem, że blogosfera "kopie" negroamaro, zupełnie jak primitivo, trochę bez zastanowienia, ale za to zgodnie z trendem. Koleżanki i koledzy, przepraszam Was wszystkich, mieliście rację! Przepraszam po raz wtóry, bo posądziłem Was o lekceważenie tematu i zadzieranie nosa. To wino rzeczywiście jest potworem. Niby ma wszystko, co mieć powinno: koncentrację, kwasowość, alkohol, owoc, taninę, ale w tak karykaturalnych proporcjach, że zasłużyło sobie na nr 1 w rankingu najgorszych win, jakie piłem w swoim życiu. 

Tu dla odmiany muszę pochwalić Winnicę Lidla za to, że tego wina też jeszcze nie ma w ofercie 😉 Ale jeśli macie mimo wszystko ochotę na "potworne" negroamaro, to kosztuje ono w sklepie 19,99 zł. Jeśli jednak chcielibyście wylać do zlewu od razu dwa wina, to w takiej promocji zapłacicie tylko 14,99 zł za butelkę.


Wina otrzymałem do degustacji od Lidl Polska. Dziękuję!

czwartek, 9 sierpnia 2018

Frescobaldi, 700 Settecento Anni.


„Wytrawne wino wyprodukowane we włoskiej Toskanii. Jego delikatne taniny dają mu lekką kwaskowatość, której towarzyszą owocowe nuty. W zapachu tego wina wyczuwalny jest intensywny aromat jeżyn truskawek i malin, uzupełniony przez nuty tytoniu i kakao.”

Tyle katalogowy beł…, przepraszam, opis. Ja jestem zupełnym amatorem, ale nie wydaje mi się, żeby to akurat tanina dawała kwaskowatość. Prędzej owoc. On ma jakieś prawo do nadawania kwasowości winu. Zostawmy jednak te dyrdymały i skoncentrujmy się na winie.

Wina Frescobaldi są o tyle bliskie memu sercu, że zwykle pije się je całkiem nieźle, nie trzeba się w nich doszukiwać drugiego dnia i nie kosztują znowu jakichś kolosalnych pieniędzy - produkcja jest duża, ceny umiarkowane, jakość zachowana.

Podobnie jest z 700 Settecento Anni, które jest mieszanką cabernet sauvignon i merlota. Pije się dobrze, nic nie przeszkadza, kwas i tanina trzymają wino w ryzach, czerwony owoc przyjemnie zaznacza się w ustach, może tylko palący alkohol czasem drażni podniebienie. Cena nie należy do najniższych, ze stajni Frescobaldi lepiej zapamiętałem Castiglioni - Chianti, które jest trochę tańsze i według mnie lepsze.


Frescobaldi, 700 Settecento Anni
Włochy, Toskania
odmiany: merlot, cabernet sauvignon
alk.: 13,5%

cena: 44,99 zł

Dziękuję Faktorii Win za udostępnienie wina do degustacji.

środa, 23 maja 2018

Wina z Abruzji.

I znów mogę jak mantrę powtórzyć, że dawno nie pisałem, że czasu brak, że inne obowiązki. I to wszystko prawda, tyle że tak nudna i dojmująca, że odbiera energię do pisania o winie, a czasem nawet i chęć na samo wino.

Ale w tej przerwie akurat się nie nudziłem, tylko planowałem majówkowy wyjazd - wyjazd nie byle jaki, lecz kamperem, o czym Wam pewnie jeszcze wspomnę (bo warto), ale nie teraz. W każdym razie na wyjeździe podładowałem akumulatory (jak to w kamperze), zaopatrzyłem się w lokalne wina (bo wyjazd był zagraniczny, a bagażnik w kamperze ogromny) i pełen radości i sił witalnych wróciłem do kraju, gdzie od razu w twarz dostałem rozstaniem się z tym funkcjonalnym domem na kółkach, a drugi policzek nadstawiłem pracodawcy, który uziemił mnie skutecznie licznymi i zbyt długimi dyżurami. I tyle z mojego wypoczynku i szczęścia, którego jak zwykle mamy w niedomiarze, choć mimo wszystko udało mi się wykrzesać kilka chwil, które może trudno nazwać szczęśliwymi, ale na pewno dały mi odrobinę radości.

Mowa o dwóch butelkach wina z Abruzji, które w lutym tego roku miała w swej ofercie Biedronka, a po które sięgnąłem dopiero w połowie maja. Sorry, ja się śpieszyć nie lubię ;)

Jednym z nich było Trebbiano d'Abruzzo - wino białe o świeżym kwiatowo-owocowym nosie i znakomitej równowadze strukturalnej, sprawiającej, że pochłaniałem je łatwo i bez opamiętania - otrzeźwiło mnie dopiero zbyt szybkie zderzenie z osuszonym dnem butelki. Polecam to wino (jeśli jeszcze je znajdziecie), zwłaszcza że cieszyło się ono uznaniem moich kolegów piszących o winie, więc moja opinia nie jest odosobniona.

Drugim było zaś Montepulciano d'Abruzzo - od tego samego producenta, który na etykiecie umieścił nazwę handlową "Poderi Marchesi Carbone". Wino bardzo pijalne, z zaznaczoną taniną i wyraźną kwasowością, ale w takich dobranych proporcjach z alkoholem, że gładko (i znów zbyt szybko) przechodziło przez podniebienie. Może nie było spektakularne, koledzy ocenili je mniej entuzjastycznie, ale we mnie budziło ono pożądanie i ochotę na więcej. Za to należą się mu moje  brawa.


Oba wina sprzedawane były po ćwierć stówki każde, co wydaje mi się ceną skalkulowaną w sam raz, ja w każdym razie wypiłbym je jeszcze raz płacąc z własnej kiesy, bo akurat butelki, o którym miałem przyjemność wspomnieć dostałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, za co uprzejmie dziękuję.


wtorek, 17 października 2017

Opróżnianie zapasów.

Im jestem starszy, tym bardziej przeszkadza mi nadmiar rzeczy wokół mnie, a coraz bliższe stają mi się idee minimalizmu. Staram się porządkować swoje rzeczy, usuwać te, które są ewidentnie mi niepotrzebne, redukuję stan posiadania. To nie jest łatwe, bo niemal całe dorosłe życie obrastałem w przedmioty, które wydawały mi się potrzebne, wręcz niezbędne. A tu od jakiegoś czasu w głowie uporczywie świdruje mi myśl, że to wszystko nic nie jest warte - co tu dużo mówić - tych rzeczy do grobu nie zabiorę. Postaram się reaktywować mojego starego bloga, aby na nim opisywać postępy w upraszczaniu życia, tutaj natomiast skupię się na winnym jego aspekcie, czyli opróżnianiu zapasów wina. Zapasików raczej, bo wbrew mojemu przekonaniu zgromadzonych butelek wcale nie ma tak dużo.


W specjalistycznej chłodziarce komplet, czyli 34 butelki, w dwóch kartonach po 6 win, czyli kolejnych 12, w szafie luzem 15 butelek i jeszcze jedna w chłodziarce turystycznej. Razem 62 butelki. Gdybym nie kupował wina i wypijał tylko jedno tygodniowo, to zapas skończy się dopiero za jakieś 14-15 miesięcy. Zakładając, że siłą inercji będą do mnie jeszcze trafiały winne prezenty od zaprzyjaźnionych importerów i dystrybutorów, to mogę przez dwa lata nie inwestować w wino ani złotówki. Ale nie mam zamiaru czyścić zapasów do zera. Wystarczy, że pozbędę się zawartości kartonów, wyczyszczę szafę, a chłodziarka turystyczna wróci do auta. No i może zluzuję miejsce na jakieś dziesięć butelek w mojej ukochanej lodówce, żeby „towar” miał gdzie rotować.

Od czegoś trzeba te zmiany w życiu zacząć i dobrze by było, żeby na pierwszy ogień poszła jakaś dobra butelka, czyli taka, którą miałem okazję pić wcześniej i zachęcony jej jakością kupiłem na - nomen omen - zapas. Po drugie, jeśli ten proces ma zamiar być rozciągnięty w czasie, to niech to będzie wino białe, wszak należy je pić szybciej niż wina czerwone. Padło zatem na włoskie wino Inama, które miałem okazję poznać podczas degustacji zorganizowanej przez importera w sierpniu zeszłego roku.

Ostał się po niej tekst, napisany co prawda kilka miesięcy po degustacji, ale jednak. Tam też kilka słów na temat wina, które piję dzisiaj, i kilkanaście na temat pozostałych win Inama. Dziś tylko dodam, że wino nie epatowało świeżością tak, jak rok temu, ale daleki jestem od tego by powiedzieć, że jest za stare. W żadnym wypadku, sprawia raczej wrażenie bardziej dojrzałego, owoc wydaje mi się wyraźniejszy niż wcześniej, aromaty są bardzo intensywne. Do pełni szczęścia przydałoby się ciut więcej kwasu, ale może się czepiam.

------------------------------------------------
Inama, Vin Soave, 2015
Soave Classico DOC, Włochy
odmiana: 100% garganega
alk. 12,0%
importer: Krople wina
------------------------------------------------



sobota, 16 września 2017

Andrea Oberto, Barolo, 2009


Wypiłem już parę win w swoim życiu, jedne były lepsze, inne trochę gorsze, o jednych chciało się powiedzieć kilka słów, inne można było spokojnie przemilczeć. I raz na jakich czas pojawiają się wina, o których powinno się coś powiedzieć, trochę je chwalić, a może nawet i wychwalać pod niebiosa, ale obcowanie z nim jest tak wielką przyjemnością, że szkoda czasu na przelewanie tych emocji na papier (e-papier). Zwłaszcza, że to nie jest takie łatwe. No niby można powiedzieć coś o solidnych, ale wypolerowanych taninach, można wspomnieć banalnie o wyrazistym owocu, którego nie trzeba nazywać, można coś bąknąć o idealnej kwasowej strukturze, czy solidnym alkoholu, który w ogóle nie daje o sobie znać. Tyle, że to po prostu w żaden sposób nie odda radości z picia takiego wina.

W tym wypadku jest to Barolo, ale jestem przekonany, że takie wina można znaleźć w każdej innej apelacji. Bo pewnie nie tylko o samo wino chodzi, ale też o okoliczności, w których się je piło. Także o towarzystwo (lub jego brak), nastrój, poziom zmęczenia organizmu, czy samego mózgu. Końcowe wrażenie to suma tych czynników, często niepowtarzalnych, więc tym bardziej nie ma co się rozpisywać na temat tego (lub innego) wina. 

To ja sobie jeszcze trochę pomilczę nad kieliszkiem. Tak szybko się kończy...


-----------------------------------------------------
Andrea Oberto, Barolo, 2009
apelacja: Barolo DOCG, La Morra, Włochy
odmiana: 100% nebbiolo
alk.: 14,5%
-----------------------------------------------------

czwartek, 31 sierpnia 2017

ML&MB

"SPOTKAŁEM SIĘ Z KOLEGĄ, BO KOLEGA JEST OD TEGO
I WYPADA CZASEM SPOTKAĆ SIĘ Z NIM
SIEDZIELIŚMY DO RANA, A JEGO UKOCHANA
DONOSIŁA CIĄGLE NOWY ZESTAW WIN"

MM&WW "KOLEDZY"


Może nie do końca tak było, może nie do rana, a i o dolewki musieliśmy zadbać sami, ale pewne zdarzenia miały miejsce i nie można tym faktom zaprzeczyć. Otóż spotkałem się Marcinem Likowskim w Whisky&Wine Place, aby spróbować kilka nowości, jakie pojawiły się w ofercie tego sklepu, przez gardło przeleciało kilka porcji wina, było przyjemnie, a same wina naprawdę dobre.


Na początek odkorkowaliśmy wino od producenta prosecco - Il Colle, ale nie było to prosecco, tylko rosè zrobione ze szczepów pinot nero i raboso. Różowe bąble wchodzą gładziutko, cukier dobrze wyczuwalny (extra dry - 16-18 g/l), równoważony kwasowością, za którą odpowiedzialną uczyniono odmianę raboso. Lekko truskawkowy posmak musi się podobać - na balkon w sam raz, jeśli zadaszony, to nawet podczas deszczu. 😃

Kolejne dwie butelki pochodziły z winnicy Treloar. Jej właścicielem jest Brytyjczyk - Jonathan Treloar a sama posiadłość leży w regionie Roussillon na południu Francji. Historia tego człowieka jest arcyciekawa, mogłaby być podstawą scenariusza niezłego filmu, ale nie powiem Wam więcej na ten temat, Marcin Likowski zrobi to znacznie lepiej prezentując przy okazji jego dzieła w sklepie. Zapytajcie koniecznie! 


Zaczęliśmy od One Block Muscat 2014 zrobionego na wino wytrawne. A nawet bardzo wytrawne - 0,3 grama cukru na litr. To coś, co ja akurat w przypadku tego szczepu lubię i zecydowanie wolę od wersji słodszych. Aromatyczne, ale nie duszące wino dobrej klasy, którego nigdy za wiele, ale musicie uważać - kwasowość na pewno rozbudzi w Was poczucie głodu.


Drugim winem od tego producenta było One Block Grenache 2015, zrobionym, jak wskazuje nazwa, z odmiany grenache, ale nie mam pewności, czy w tym roczniku powstało ono tylko z tego szczepu, czy może przy udziale innych odmian, jak zdarzało się we wcześniejszych latach. Świetne wino! Piękne owocowe aromaty, gładkie taniny, jedwabista faktura na podniebieniu i alkohol na dość niskim poziomie. To wino nie może się nie podobać, czynnik pijalności na najwyższym poziomie.


Ostatnim winem jakie próbowaliśmy było Alta Allela AA Privat MERLA 2016 zrobione z odmiany monastrell. Wino organiczne, naturalne, bezsiarkowe, o dość trudnych aromatach zaraz po otwarciu butelki, mi osobiście kojarzący się z kawą wypitą w pobliżu stajenki. Po kilku minutach w kieliszku i napowietrzeniu wina w zapachu przebija się komponent owocowy, z elementem kawy i lukrecji. Kwasowość i tanina przypominają o sobie z każdym kolejnym łykiem, rozbudzają apetyt, domagają się jedzenia - u mnie bez zmian, ja od razu chcę steka! Intrygujące wino, muszę wrócić po butelkę. 


Marcinie, dziękuję za zaproszenie!

wtorek, 6 czerwca 2017

Frescobaldi Nipozzano Riserva 2013

Wspomniałem w poprzednim wpisie o tym, czego nie piliśmy podczas IV zlotu blogerów winnych, a dziś kilka słów o winie, którego mieliśmy pod dostatkiem w czasie lunchu. Było to wino z portfolio sponsora zlotu, czyli Faktorii Win. Mowa o Nipozzano Riserva 2013 Chianti Rúfina od Marchesi di Frescobaldi. Na kontr-etykiecie, a właściwie na nalepce naklejonej przez dystrybutora znalazł się dość ciekawy opis:

"Rubinowy kolor z dobrą konsystencją. Silne owocowe aromaty jeżyn, jagód i wiśni. Słodkie nuty waty cukrowej z pikantnymi nutami goździków i gałki muszkatołowej. Na podniebieniu bogate i zrównoważone, przyjemnie utrzymujące się w ustach.” 


Autor tej opinii chyba był już po jednym głębszym jak to pisał, albo przynajmniej po porcji waty cukrowej, ale w sumie to nawet go rozumiem. "Dobre", "niedobre" nie wystarczy. Produkt musi trafić do klienta, konsument z pewnością łyknie wino bogate w pozytywne epitety. Napisanie kilka słów o cierpkim, kwasowym winie, które raczej trzeba, niż można zagryźć porządnym stekiem, mniej może kogoś przekonać, no chyba że rzeczywiście kupującemu kiszki marsza grają. Fajnie, że przyjemnie utrzymuje się w ustach, choć jeszcze lepiej, jak nie będzie stawiało oporu przy przełykaniu :)

Abstrahując jednak od opisów i ich związku z rzeczywistością wypiłem wino ze smakiem - ani kwas, ani tanina, ani żadne inne źródła cierpkiego smaku nie odebrały mi przyjemności z jego picia. Po pierwsze było niezłe, a po drugie samo wino nie było w centrum mojej uwagi, było jedynie elementem towarzyszącym oglądaniu i słuchaniu fragmentów koncertu King Crimson. W końcu trzech perkusistów grających w tym samym czasie jest w stanie odciągnąć uwagę od niejednego wina. Czuję jednak podskórnie, że wino i koncert potrzebowały siebie nawzajem, a już z pewnością ja potrzebowałem jednego i drugiego 😃

Wino otrzymałem do degustacji od dystrybutora. Dziękuję!

wtorek, 25 października 2016

Inama.

Trudne słowo na dziś: prokrastynacja. Poznałem je mając lat tyle, ile mam, a przy okazji uświadomiłem sobie, że towarzyszyło mi przez całe życie. I wszystko wskazuje, że niewiele się w tej kwestii zmieni. Taka już moja natura.

Dlaczego o tym mówię? Ponieważ wspominam dziś wina Inama, które miałem okazję i przyjemność próbować w Wino&Friends... niemal 3 miesiące temu. To dobre wina, a nawet bardzo dobre, warto mówić o nich często i bez zwłoki, przykro mi, że mi się nie udało. Wizytówką tej winnicy są wina Soave Classico, ale z całą pewnością ciekawostką w ofercie jest kupaż odmian carmenere (70%) i merlot (30%). Dla mnie o tyle ciekawy, że carmenere w ogóle nie kojarzyłem z Włochami, a okazuje się, że mieszanie tej odmiany z merlotem czy cabernet sauvignon jest popularną praktyką w rejonie Colli Berici. Podczas degustacji tego wina od razu przyszedł mi do głowy pomysł parowania go z grillowanym mięsem, a to za sprawą solidnych tanin i wyraźnie zaznaczonej kwasowości. Być może właśnie dlatego tak długo nie pisałem o winach Inama. Zwyczajnie czekałem na odpowiedni moment, by móc połączyć stek z antrykotu z Carmenere Più.

Jedyne czerwone wino podczas degustacji, ale nie miałem wątpliwości.
Musiałem je kupić. 

Tak jak lubię. Stek z antrykotu i grillowane warzywa.

I trzeba Wam wiedzieć, że było to połączenie udane. Do steka wypiłem raptem kieliszek wina, reszta czekała na dokończenie jeszcze dwa dni i ten czas dobrze winu zrobił. Kwas złagodniał, taniny z nieco szorstkich zmieniły się w bardziej aksamitne i naprawdę przyjemnie było kontemplować je solo. Zdecydowanie polecam!

Dzięki takim winom każde przedpołudnie może być cudowne.
Popołudnie i wieczór też.

Pozostałe wina również były świetne. Vin Soave i Vigneti di Foscarino, to udane Soave Classico, przy czym to drugie fermentowało w beczce (używanej). Jeśli ktoś nie toleruje, czy może zwyczajnie nie przepada za beczkowanymi winami białymi, z pewnością doceni podstawowe Vin Soave, charakteryzujące się świeżością w nosie i owocowością w ustach.

Vulcaia Sauvignon i Chardonnay były dla mnie o tyle ciekawe, że na 100% pomyliłbym je w degustacji w ciemno. Sauvignon kojarzyło mi się jednoznacznie z chardonnay, chardonnay z sauvignon blanc, więc po raz kolejny przekonałem się, że wiedza teoretyczna wiedzą, a praktyka potrafi takiego amatora, jak ja, skutecznie wywieść w pole. Na pocieszenie pozostaje niewątpliwy fakt, że wina były po prostu smaczne, by nie powiedzieć pyszne.

Z białych win Vin Soave smakowało mi najbardziej.

Piotr Chełchowski, właściciel Kropel Wina, importer win Inama;
najwyraźniej przez nie uświęcony :)

Świetna włoska biel. W tym wypadku Vin Soave.

Ceny win może nie należą do najniższych, ale z pewnością nie są to produkty pospolite, zdecydowanie interesujące i warte wysupłania pieniędzy, choćby na specjalne okazje. Czy za te pieniądze można kupić wyjątkowe emocje? Być może, ale wszystko zależy od Was i Waszego podniebienia, i to Wy musicie odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Wina degustowałem dzięki uprzejmości importera - Piotra Chełchowskiego oraz właściciela Wine&Friends - Adama Wojdy. Vin Soave i Carmenere Più kupiłem w Whisky and Wine Place.

sobota, 15 października 2016

Icardi Rousori Dolcetto d'Alba 2013


Piję ze smakiem, czytam z zainteresowaniem. Wina Icardi znam, lubię i wcale nierzadko do nich wracam - zawsze z przyjemnością, nigdy z rozczarowaniem. Powinienem napisać o tym winie wcześniej, w ramach Winnych Wtorków, ale czasu mało, zaległości dużo, dziś wolę poczytać z sensem, niż pisać bez.

środa, 20 kwietnia 2016

Ostatnia miłość.

W dzisiejszym wpisie niespecjalnie mam ochotę pisać o winie, zresztą chyba nie za bardzo jest o czym. Co prawda butelkę opróżniłem dość szybko i nie cierpiałem katuszy, ale też niespecjalnie zapadło mi ono w pamięci. Przed wypiciem zrobiłem dokumentację fotograficzną, więc wiem co to było za wino i skąd pochodziło, rzućcie okiem na etykietę. Obecnie za sprawą biedronkowej promocji jest ono dostępne w całym kraju za niecałe 15 zł.


Wspominam o tym winie tylko dlatego, że w jego towarzystwie oglądałem całkiem niezły film - "Ostatnia miłość pana Morgana" w reżyserii Sandry Nettelbeck. Jest to historia znajomości emerytowanego profesora filozofii i młodej nauczycielki tańca, między którymi zawiązuje się ciekawa, intrygująca relacja.

Nie będę wam jednak zdradzał szczegółów tej znajomości, a już na pewno zakończenia filmu, ale zachęcam do jego obejrzenia. Michael Caine jako pan Morgan jest jak zawsze świetny, Clémence Poésy jako nauczycielka Pauline przeurocza, a Gillian Anderson (tak, tak, ta "Z Archiwum X") jako cyniczna córka Morgana zaskakująco różni się od postaci agentki Scully.

A wino? Rola zdecydowanie trzecioplanowa, ale bez niej wieczór mogłoby już tak fajny nie być.
 

źródło: filmweb.pl

Wino otrzymałem od Jeronimo Martins Polska - właściciela sieci Biedronka. Dziękuję!

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Sauvignon blanc z przeszłości.

Jak zapewne wiecie bardzo lubię sauvignon blanc. Pokroić się nie dam, ale lubię. Lubię za rześkość, świeżość i charakterystyczne aromaty, które pozwalają dość łatwo rozpoznać ten szczep. Oczywiście najlepiej pić SB za młodu, co zresztą dotyczy większości przystępnych cenowo win białych. Możecie oczywiście kupić młode wino i poczekać z 5-6 lat, żeby na własnym podniebieniu poczuć jak ewoluuje. Jeśli brak Wam cierpliwości możecie też poszukać starszych win białych na sklepowych półkach. Zapewniam Was, że w Polsce możecie natknąć się na takie butelki zarówno w supermarketach, jak i w sklepach specjalistycznych. Dobrze jak podejdziecie do nich świadomie, znacznie gorzej będzie, jeśli taką butelkę wciśnie Wam sprzedawca przekonując z uśmiechem na ustach, że „wino im starsze, tym lepsze”.

Ja w ramach pogłębiania swojej wiedzy wybrałem (świadomie) dwie butelki niemłodego sauvignon blanc - pierwsza z nich pochodzi z Włoch (rocznik 2011), a druga z RPA (rocznik 2009!). Dlaczego tak odległe roczniki są jeszcze w sprzedaży (wyprzedaży?) tego nie wiem, ale skoro są i można je do nauki wykorzystać, to trzeba to zrobić negocjując ze sprzedawcą odpowiednio duży rabat.


Włoskie SB pochodzi z apelacji Friuli Colli Orientali, ma już barwę mocno intensywną, złocistą. Jest oleiście gęste, pewnie za sprawą alkoholu, którego mamy tu aż 14%. W nosie nie wyczujecie już raczej aromatów świeżych owoców czy kwiatów. Tu rządzi teraz miód, orzech i migdał. W ustach jednak miodowej słodyczy nie zaznacie - gorzki migdał dominuje i nie pozwala innych smakom na zbyt wiele. Tak więc ewolucja pełna, wino uległo przemianie, przeszło na drugą stronę i jest w strefie mroku.


A co z RPA? Wino pochodzi z regionu Stellenbosch i jest dwa lata starsze od włoskiego. Zdawałoby się, że będzie jeszcze gorzej, czy może „dojrzalej”. Owszem, czuć, że wino znalazło się już w fazie schyłkowej, ale jej końca chyba jeszcze nie widać. Charakterystyczne dla sauvignon blanc akcenty aromatyczne są nadal rozpoznawalne, choć tracą już na wyrazistości niczym sylwetki rozpływające się we mgle. To wino mnie zaskoczyło swą żywotnością, a na jego tle włoska butelka wypada naprawdę blado.

Ciekawe doświadczenie, choć utwierdzające mnie raczej w przekonaniu, że więcej radości dają mi zdecydowanie świeższe wina. Zaskakującym okazał się fakt, że włoskie wino tak szybko wyzionęło ducha (choć może to kwestia słabszej butelki, czy złego przechowywania), a nowoświatowe sauvignon, choć jeszcze starsze, miało ochotę na pogawędkę. W zeszłym roku miałem okazję pić trochę win z RPA i, poza jednym przypadkiem, wszystkie były co najmniej dobre. Wszystkim zakochanym tylko i wyłącznie w winach europejskich polecam próbę wykroczenia poza sztywne ramy. Gdzieś tam, daleko, daleko, też potrafią robić porządne wina.

Wina kupiłem w sieci Winestory.

sobota, 24 października 2015

Taste Italy 2015.

22 października w warszawskim Hotelu La Regina odbyła się degustacja win włoskich Taste Italy. 


Impreza była zamknięta, przeznaczona dla branży winiarskiej, obecni w Warszawie producenci poszukiwali (poszukują) w Polsce partnerów biznesowych. Ja, jak wiecie, nie zajmuję się importem, ale skorzystałem z okazji, aby wysłuchać wykładu Wojtka Bońkowskiego - eksperta znającego włoskie winiarstwo na wylot. Takie prelekcje, połączone oczywiście z degustacją, to najlepsze lekcje dla takich amatorów jak ja, znacznie istotniejsze od okazji do przemieszczania się w ekspresowym tempie między stolikami wystawców. 

Spróbowaliśmy 7 win z różnych apelacji i regionów Włoch: Barberę d'Asti, Langhe Nebbiolo i Barolo z Piemontu, Brunello di Montalcino z Toskanii, Brindisi Rosso i Primitivo di Manduria z Apulii, a na samym końcu Amarone della Vapolicella z Veneto. Porównawcza degustacja, na którą raczej rzadko decydujemy się w warunkach domowych, to doskonała okazja, aby móc w jednej chwili spróbować kilku, czasem kilkunastu win, by wychwycić ich specyfikę i odnotować różnice (podbieństwa) pomiędzy nimi. Przy okazji trudno przecenić profesjonalny komentarz prowadzącego takie spotkanie. Tego możecie mi pozazdrościć, dla Was na pociechę mam kilka ilustracji tego arcyciekawego przedpołudnia.

Dookoła Włoch.

Pierwsze wino już w kieliszku (Langhe Nebbiolo).

Wojtka Bońkowskiego nie trzeba przedstawiać winomaniakom.
Miłośnikom Chopina też nie ;)

Chleb i wino to podstawa egzystencji. Kto czytał Biblię ten wie.

No to siup!

Uprzejmie dziękuję Taste ITaly Gawęda, Trzaskalska Sp.j. za możliwość wzięcia udziału w seminarium. Do zobaczenia w przyszłości!