Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foto: iPhone 6s Plus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foto: iPhone 6s Plus. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 października 2020

Winnica Turnau.

Ten rok z pewnością może się zapisać w historii mojego bloga (i mediów społecznościowych z nim powiązanych), jako rok, w którym polskie winnice wyraźnie zaznaczyły swoją obecność. Podczas wakacyjnego urlopu, kiedy restrykcje związane z koronawirusem straciły nieco na intensywności, miałem okazję odwiedzić kilku polskich producentów win. Nie był to wcale mój pomysł, a żony, która znajduje sporą przyjemność w planowaniu wakacji w ścisłej tajemnicy tak, by każdy członek (what?!?) rodziny miał niespodziankę i są to niespodzianki prawdziwe, a nie typu „spodziewam się niezapowiedzianej kontroli”. 🙂

W tym wpisie nie powiem Wam o wszystkich odwiedzonych przeze mnie winnicach, ale wspomnę słówko o tej, którą już na pewno dobrze znają wszyscy polscy winomaniacy, bo w jej dobrze pojmowanym interesie leżało zakomunikowanie wszystkim zainteresowanym faktu jej istnienia. To nie jest romantyczne przedsięwzięcie osoby, która dorobiła się (lub nie) w innych gałęziach gospodarki i jest gotowa na poświęcenie części zarobionego kapitału na hobbystyczne zaangażowanie się w produkcję wina, będącą odskocznią od korporacyjnego życia i wolną od trosk "pracą na swoim”. 

Winnica Turnau to profesjonalnie zaplanowane przedsięwzięcie, będące raczej uzupełnieniem dotychczasowej działalności rolniczej o kolejny produkt, który właśnie zyskuje w Polsce na popularności i daje szansę na godziwy zarobek, niż projekt będący w założeniu odskocznią od dotychczasowego, nudnego i mało satysfakcjonującego życia, mający w końcu „zagwarantować" szczęście przez zrzucenie kajdan korpo-niewolnictwa. To biznesowe podejście do uprawy winorośli i produkcji wina oraz budowania bazy turystycznej łatwo daje się zauważyć  w samym obejściu, natomiast w zawartości butelek procentuje zaś zaangażowanie twórcy samych win, którym jest Frank Faust - niemiecki winiarz na co dzień pracujący u siebie, czyli w Weingut Faust.

Kiedy kilka lat temu próbowałem pierwszy raz win z Winnicy Turnau, prezentowanych w Warszawie w Vinotece 13, nie byłem jakoś szczególnie nimi zauroczony, przeszkadzał mi w nich wyraźny cukier resztkowy, wina w większości były butelkowane jako półwytrawne.

Dziś jestem już po degustacji kilku nowszych butelek z roczników 2018 i 2019 i nie było takiej, która by mnie rozczarowała. Rose 2019 wypiłem jeszcze w Baniewicach, część wieczorem, część następnego dnia w ramach śniadania i było to śniadanie naprawdę udane.

Mimo tego, że Rose jest półwytrawne, to cukier nie jest w stanie wyrwać się z objęć wyraźnej kwasowości i całość zrobiła wówczas na mnie bardzo dobre wrażenie, choć niewątpliwie miały w tym swój udział "okoliczności przyrody" i wakacyjny luz.

Prawdziwą petardą okazał się wypity już w domu Riesling 2018 i nie wiem, czy to nie dobry moment w historii tego bloga, by skończyć wreszcie z narracją o mojej niechęci do win zrobionych z tej cenionej odmiany. Ten bardzo wszechstronny szczep pozwala tworzyć wina w tak wielu wersjach stylistycznych, że nigdy nie potrafiłem ich jakoś sensownie usystematyzować, co zapewne było przyczyną moich równie mnogich frustracji. Dziś precyzyjne szufladkowanie win nie ma dla mnie dużego znaczenia, liczy się już tylko mniejsza, lub większa satysfakcja z ich picia, a w przypadku Rieslinga od Turnauów była ona naprawdę spora. Znakomity, dojrzały, tropikalny owoc w rześkiej, kwasowej otulinie doprawiony naftową nutką aromatyczną pozostawił w mojej głowie trwały ślad.

W ostatnich dniach wypiłem zaś Solaris 2019, w którym urzekła mnie jego cytrusowa świeżość, a także dojrzały owoc gruszki i brzoskwini oraz delikatny cukier zatopiony w oleistej strukturze. Alkohol dał o sobie znać, ale bardziej już w głowie niż na podniebieniu, nie był jednak źródłem złego samopoczucie, a jedynie dobrego nastroju i równie udanych wspomnień.






wtorek, 24 marca 2020

Kwarantanna z Bordeaux w kieliszku.

Koronawirus. To w zasadzie jedyny temat, jaki wałkowany jest przez media, wszystkie stacje tv odpaliły liczniki zakażonych, oczywiście z uwzględnieniem zgonów. Prowadzenie statystyk utrudniają niektóre przypadki - lekarz, który popełnił samobójstwo chorował z powodu koronawirusa, ale to nie wirus go zabił, czy młoda rodząca kobieta zakażona wirusem, która umarła "tylko" na sepsę. Wyjątkowo często słyszy się słowo sepsa w przypadku zgonów w szpitalach, co bardziej mnie przeraża, niż sam koronawirus.

W pracy wprowadzono system rotacyjny z pozorami izolacji od innych współpracowników. Zaczęło się to u mnie od sześciu dni bez pracy, przez trzy dni będę pracować po 12 godzin, a potem znów 6 dni odrabiania lekcji w domu. Oczywiście z dziećmi, to ich prace domowe zlecane przez internet, chociaż mam poczucie, jakbym to ja był znów w podstawówce, w dodatku w dwóch klasach naraz. 

Po lekcjach (wysysają więcej energii niż praca) czas na relaks przed telewizorem i z kieliszkiem w ręku. Jak zauważyliście na blogu dominującym tematem są wina z Bordeaux, dzisiejszy wpis także będzie tego regionu dotyczył. Siedzenie w domu bez konieczności zajmowania się sprawami zewnętrznymi sprawia, że też zdecydowanie więcej czasu jest na samą celebrację picia win. Coraz częstszym akcesorium jest dekanter, bez niego nie odbyła się żadna domowa degustacja w mijającym tygodniu. A dekantacji, raczej w celu napowietrzenia win, niż oczyszczenia ich z osadu, poddałem zawartość trzech butelek.


Pierwszym winem było Château du Grand Soussans 2013 z apelacji gminnej Margaux. W Margaux znajduje się najwięcej winnic, które znalazły się słynnej klasyfikacji win z 1855 roku. Oczywiście wino, które próbowałem do niej nie należy, ale może i na nie skapnęła kropelka splendoru. Zobaczymy. Wg mojej rozkminki producentem tej etykiety jest Château Tayac na zamówienie Maison Bouey, dużego producenta i dystrybutora win we Francji i na świecie. Samo wino całkiem dobre i bardzo łatwe w picu. Wyjątkowo łagodne, ale na szczęście nie w stylu owocowego kompotu, tylko rasowego wina z wyraźnie zaznaczoną kwasowością, aksamitną taniną i wyraźnym owocem. Byłem zadowolony, choć miałem niedosyt taninowego pazura, być może kilka lat spędzonych w butelce sprawiło, że wino nabrało ogłady i miękkości, nie sposób odmówić mu elegancji. Cena też przyzwoita, wino kosztowało 59,99 zł. Jeśli chodzi to skład, to dominuje tu cabernet sauvignon (55%), w nieco mniejszej ilości merlot (40%) i odrobina petit verdot (5%), czyli to, czego możemy się spodziewać po lewym brzegu Żyrondy  


Taniny nie brakowało zaś w drugim winie - Château Laurensanne 2016 z apelacji Côtes du Burg. Tu była ona bardzo wyraźna, czego nawet w najmniejszym stopniu nie uznaję za wadę, jestem na takim etapie winnej przygody, że szorowanie taniny uznaję za perwersyjną przyjemność. Dekanter z czasem tę taninę wygładził, wino stało się łagodniejsze, a dobre wrażenie, jakie miałem zaraz po otwarciu wina, z czasem spotęgowało swoją moc. Cena bardzo przyzwoita - 38,99 zł. Co do składu, to trzeba było znów przeprowadzić małe śledztwo, co w przypadku win bordoskich jest niemal standardem, ale udało mi się wydobyć te cenne informacje: 65% merlot, 30% cabernet sauvignon i 5% malbec. Winnica należy zaś do rodziny Schweitzer - Vignobles Albert Schweitzer.


Najmniejsze wrażenie zrobiło wino ostatnie Château Beaumont 2017 z apelacji Haut-Médoc, ale tylko w tym sensie, że brakowało mu jakiejś szczególnej cechy, która mogłaby je jakoś specjalnie wyróżnić na tle innych.  Z drugiej strony bez sensu jest jednak zarzucać mu, że nie ma żadnej skazy, albo wyrazistego ozdobnika. To był naprawdę miły, grzeczny, nienaganny kompan podróży po świecie wina, w którego towarzystwie będziecie czuć się komfortowo. Wino najmłodsze z trzech opisanych, ale za to najdroższe - 74,99 zł. Angielska wersja strony internetowej producenta pomija w informacjach technicznych rocznik 2016 i degustowany przeze mnie rocznik 2017, ale można je odnaleźć w wersji francuskiej. W roczniku 2017 cabernet sauvignon stanowił 50% kupażu, merlot 48%, a petit verdot pozostałe 2%. 

W zasadzie wszystkie wina były fajne, podobały mi się, nie miałbym nic przeciwko temu, by jeszcze kiedyś do nich wrócić.

Wszystkie wina kupiłem w Leclerku na Ursynowie. 

niedziela, 8 marca 2020

Château Tour Prignac.

Jeszcze nie wiem czy ten trend się utrzyma, ale jak dotąd moja tegoroczna działalność na blogu krąży wokół win bordoskich. Nie zawsze jestem z nich zadowolony, ale mimo to chętnie kupuję kolejne butelki. Niektórzy czytelnicy zarzucają mi, że rozmieniam się na drobne kupując niedrogie (w domyśle słabe) wina z apelacji Bordeaux czy Bordeaux Superieur, zamiast dołożyć tych kilka dych i pić wina z mniejszych apelacji gminnych. Ja uważam, że w tej mojej winnej edukacji na wszystko jest czas, być może "marnując" teraz pieniądze na wina masowe, w przyszłości bardziej docenię te, które kosztują znacznie więcej. Zdarzało mi się pić już wina drogie, z dobrych roczników, z uznanych apelacji i cenionych zamków, ale moje marne doświadczenie nie pozwalało mi ich w pełni docenić, co zwykle prowadziło do rozczarowującej konkluzji: "i o co tyle hałasu?". Pozwólcie, że będę w tej kwestii pracował w swoim tempie. W swojej dziesięcioletniej blogerskiej "karierze" zbyt często skakałem z kwiatka na kwiatek, ucząc się raczej chaotycznie, bez odpowiedniego przygotowania i wymaganej w tym przypadku systematyczności. Być może to skupienie się na konkretnym regionie pozwoli mi na uporządkowanie wiedzy i doświadczeń przynajmniej na jednym polu. 


W dzisiejszym wpisie nawiążę do poprzedniej notatki na temat Château du Lort 2017. Nawiązanie będzie krótkie, chodzi o to, że gdy wybrałem się na kolejne zakupy do Leclerka, kilka dni po wypiciu du Lort, to na półce był już nowszy rocznik tego wina - 2018. Wino było bardziej owocowe od poprzedniego, mniej szorstkie, łagodniejsze w piciu, a przy okazji tańsze i to dość dużo. Oba kupowałem w cenach promocyjnych, przy czym to z rocznika 2017  kosztowało ok. 58 zł, a z rocznika 2018 już tylko ok. 40 zł. Różnica raczej spora. Podobnie rzecz się miała z innym winem, które pewnie opiszę w przyszłości - Chateau Ferrand (Pomerol) z rocznika 2016, które kupiłem za 119 zł, a rocznik 2017  (którego jeszcze nie kupiłem) pojawił się w cenie poniżej 100 zł. Jak będzie jeszcze na półce, kiedy wybiorę się na kolejne zakupy, to postaram się dokupić nowszy rocznik i zrobić degustację porównawczą.


Dziś jednak inne wino, w dodatku debiut u mnie na blogu, ale nie tyle samej etykiety, co formatu butelki. Po raz pierwszy kupiłem wino w butelce magnum, czyli o pojemności dwukrotnie większej od standardowej butelki 0,75 l. Wielokrotnie podczas różnych degustacji słyszałem, że wina sprzedawane w większych butelkach lepiej w nich dojrzewają, dłużej zachowują swoją dobrą formę. Wierzę na słowo, sam tego nie przetestowałem. W każdym razie wino, które w niej kupiłem pochodzi z winnicy Château Tour Prignac, która znajduje się w apelacji Medoc, czyli na lewym brzegu Żyrondy. W standardowej butelce widziałem ostatnio, ale też i kupowałem jakiś czas temu rocznik 2016. Natomiast to w butelce magnum pochodziło z rocznika 2007, czyli znacznie starszego. Skąd wziął się na półce akurat ten rocznik? Nie wszyscy go dobrze oceniali, może to niesprzedane zapasy, na które nie było dużego popytu. Hugh Jonson w swoim mini przewodniku na rok 2013 pisał tak: 

"Nędzne lato, potężny atak pleśni oznaczał trudny rok. Łatwe w piciu, ale niewiele win dobrze się zestarzeje. Bądź ostrożny w wyborze".

Zgoła inną ocenę daje portal Bordeaux.com:

"Udany rocznik. W tym roku odnotowano rekordowe nasłonecznienie we wrześniu i październiku, a także bardzo chłodne temperatury w nocy na przemian z ciepłymi dniami: mistrzowska równowaga aromatów!".

Bądź człowieku mądry i pisz bloga... Wine Enthusiasts w swym Vintage Charts już w 2014 roku rekomendował Medoc 2007 jako gotowy do picia, oceniając go przy okazji na 87/100 pkt. Decanter w swoim Bordeaux Vintage Guide ocenia Lewy Brzeg na 2.5/5 pkt., czyli raczej kiepsko, ale zwraca uwagę, że wina topowych zamków testowane ponownie w 2017 roku piły się dobrze. Tour Prignac to nie jest zamek topowy, ale to nie oznacza wcale, że należy mu odmówić ambicji. Wino było dobre, naprawdę, choć według mnie nie należy zwlekać z jego piciem. Intuicyjnie i podparty tylko niewielkim doświadczeniem, uważam że to jest czas tego wina. Można zauważyć jego ewolucję na podstawie barwy, aromatu, smaku, ale o schyłku życia, podkreślam - według mnie, mowy być nie może. Tak, ten zamek pił się dobrze.


wino: Château Tour Prignac, 2007
pochodzenie: Francja, Bordeaux, Medoc AOC
odmiany: 54% cabernet-sauvignon, 43% merlot, 2% cabernet franc, 1% malbec
alk.: 13%
cena: 120 zł za butelkę magnum 1,5l (Leclerc Ursynów w Warszawie)


poniedziałek, 13 stycznia 2020

Niełatwy początek roku.

No, nie dostałem od Was zachęty do pisania, więc robię to z własnej woli i z tym pierwotnym poczuciem, które towarzyszyło mi na początku prowadzenia bloga, że robię to wyłącznie dla siebie. Może to i lepiej, robię to bez obciążenia i wolny od wszelkiej presji poza moją własną.

Początek roku nie obfitował w jakieś znakomite wina, wręcz przeciwnie, było raczej tak sobie. Moja żona, z racji zajmowanego stanowiska, otrzymuje czasem drobne świąteczne upominki od partnerów biznesowych, w zeszłym roku nie było tych prezentów zbyt dużo, widać 2019 nie był najłatwiejszym rokiem w interesach, a podobno 2020 ma być jeszcze trudniejszy, niemniej jednak coś tam „wpadło”. Zazwyczaj owe prezenty są później przekazywane w moje ręce, nie inaczej było tym razem, i tak oto przed moje oblicze trafiła butelka Bordeaux z dobrego rocznika 2015. Bordeaux, jak oczywiście wiecie, to nie jest gwarancja sukcesu w butelce, obok dobrych czy wręcz doskonałych  (i nieprzyzwoicie drogich) win, produkuje się tam morze win słabych i przeciętnych, o których wielu powiedziałoby, że mogłyby spłynąć Wisłą razem z nieczystościami będących efektem „nieudolnych rządów” (zygzakiem, zygzakiem) „afery Trzaskowskiego” (podwójnym zygzakiem, podwójnym zygzakiem). Ale istnieje też powiedzenie, że w słabym roczniku Bordeaux kupuj (jeśli cię stać) od najlepszych producentów, w dobrym możesz kupować od każdego. Można tym powiedzeniem się sugerować, ale nie należy też zbytnio brać go do serca. Francuzom udaje się spartolić wina nawet w najlepszych rocznikach, czego przykładem wydaje się być (oczywiście moim zdaniem) ów prezent. Może trochę przesadzam i mam zbyt wygórowane oczekiwania, ale jednak Bordeaux i dobry rocznik te moje oczekiwania jakoś usprawiedliwiają.


Chateau La Graula 2015 to wino wyprodukowane przez J.P. & M. Bessette na zamówienie firmy handlującej winami MTVins i należy do szerokiej apelacji Bordeaux Supérieur AOP, w której powstają raczej wina codzienne, niż butelki wybitne. Jest mieszanką odmian merlot, cabernet franc i cabernet sauvignon, na papierze wygląda to nawet dobrze, natomiast usta mówią coś zupełnie innego. Przygaszony owoc i struktura, która bardziej opiera się na alkoholu (14,5%), niż na kwasowości, a do tego jakieś fabryczne aromaty i rozczarowanie gotowe. Wyobrażam sobie, że mogłoby lepiej wypaść w zestawieniu z jedzeniem, wszak to wino raczej stołowe, ale ja piłem je solo. Może na tym polegał mój błąd, może trzeba było je sparować z polecanymi potrawami: czerwonymi i białymi mięsami, czy serami. Może trzeba było dać mu dłużej pooddychać i wrócić do niego następnego dnia. Może byłoby lepiej. Może…


Jak to zwykle bywa, znów czuję się Bordeaux rozczarowany i znów mam ochotę butelkę Bordeaux kupić. Dziwne? Też mi się tak wydaje.


Chateau La Graula, 2015
pochodzenie: Francja
apelacja: Bordeaux Supérieur AOP
odmiany: merlot (60%), cabernet franc (25%), cabernet sauvignon (15%)
alk.: 14,5%
cena: 39,99 zł w sklepach Kondrat Wina Wybrane (bieżący rocznik 2016)

poniedziałek, 29 lipca 2019

Bodegas Luzón, Altos de Luzón 2013.


Wino Altos de Luzón trafiło do mnie z okazji Świąt Bożego narodzenia, o czym mogliście przeczytać wcześniej. Teraz przyszedł czas na jego wypicie. Czerwone wina niespecjalnie mnie przerażają w upały, choć przyznać muszę, że nie były one dokuczliwe w momencie, gdy otwierałem to wino. Z drugiej strony Hiszpanie też nie czekają na zimę czy późną jesień, żeby wychylić lampkę (czy poważny bloger powinien używać tego słowa?) wina, więc może trzeba skończyć z tymi bzdurami o kolorach wina i odpowiednich dla nich porach roku. Otworzyłem, bo miałem ochotę i tyle.


Wino pochodzi z rocznika 2013, czyli już trochę czasu spędziło w butelce, ale otwierając je nawet nie pomyślałem o tym, w jakim może być stanie. Jak się okazało wino miało formę młodzieńca, bez najmniejszych oznak zmęczenia. Winogrona, z których powstało, dojrzewały na 50-letnich krzewach trzech odmian: monastrell, cabernet sauvignon i tempranillo. Wszystkie odznaczają się sporą naturalną kwasowością, co w połączeniu z potężną dawką alkoholu i solidnymi taninami może tłumaczyć dobrą formę wina. Moim zdaniem, a mówię to jako amator na podstawie intuicji, a nie wiedzy, najlepsze lata ma ono jeszcze przed sobą. W ustach czuć solidną strukturę wina, kwasowość rzeczywiście gra tu pierwsze skrzypce, choć po chwili do głosu dochodzi też owoc - pozbawiona słodyczy czereśnia z lekkimi nutami przypraw i delikatną goryczką pestki.


Podsumowując - jest to wino z potencjałem, mam wrażenie, że wypiłem je za wcześnie, choć przecież długo czekało u mnie na swoją kolej, co z kolei zaczęło mnie już lekko mentalnie uwierać. Czuję, że trzeba będzie do tego wina jeszcze kiedyś wrócić. Być może trzeba będzie je wypić do jakiejś sugerowanej przez producenta potrawy. Wśród nich są między innymi dania z dzikiego ptactwa, niebieskich serów czy ryb takich jak łosoś czy tuńczyk. Jest jeszcze jedna sugestia: "roasted shoulder of kid", ale to akurat chyba sobie odpuszczę.


Bodegas Luzón, Altos de Luzon, 2013
pochodzenie: Hiszpania
apelacja: Jumilla DO
odmiany: 50% monastrell, 25% tempranillo, 25% Cabernet Sauvignon
alk.: 14,5%
cena: 97,99 zł (Centrum Wina, Winezja)


Wino otrzymałem do degustacji od ekipy Centrum Wina. Bardzo dziękuję!

środa, 12 czerwca 2019

Clos Montebuena, Selección Particular, 2016


Hiszpańskie wina Clos Montebuena są moim zdaniem jednymi z najlepszych win, jakie możecie kupić w sieci Biedronka. Staram się pić je w miarę regularnie, testować kolejne pojawiające się na półkach roczniki, szczególnie te z linii reserva, które pojawiają się rzadziej, na pewno nie w każdym roczniku, przynajmniej nie w Biedronce. Byłem święcie przekonany, że notatki z ich degustacji zamieszczałem na blogu, ale próbując je odnaleźć natknąłem się tylko na jeden wpis wspominający o Clos Montebuena Reserva 2013. Dziwne. Kolejne wzmianki znalazłem na profilu FB mojego bloga, ale jestem przekonany, że piłem te wina częściej. Dowodów jednak nie ma, trudno.

Dziś wracam zatem do rocznika najświeższego, jaki można obecnie kupić, przy czym - nie wiem dlaczego - nazwa wina zmieniła się z Reserva na Selección Particular, wzór etykiety pozostał jednak niezmieniony. Strona internetowa od dawna nieaktualizowana, koncern Araex niespecjalnie przykłada się do publikowania świeżych danych na temat swoich win, nie pozostaje mi nic innego, jak odkorkować wino i osobiście sprawdzić, co zawiera butelka.

A jest moim zdaniem całkiem nieźle. Często narzeka się na przebeczkowanie win z Riojy, ale w tym wypadku nie mogę marudzić, nuty odbeczkowe nie przeszkadzają w odbiorze tego ładnie poukładanego wina, z wyraźnie zaznaczonym owocem i przyjemną, wyraźną, lecz gładką taniną. Także alkohol „nie odstaje”, co zdarzało się w przeszłości, choć w większym stopniu dotyczyło to raczej tańszej (niebieskiej) etykiety Montebuena. Bardzo przyjemnie piło mi się to wino i wydaje mi się, że jest jednym z lepszych roczników, jakie można było kupić w Polsce.

Odgrażałem się, choć dziś już nie mam pewności, czy wyartykułowałem to na zewnątrz, czy może tylko w sobie, że kupię więcej butelek z danego rocznika i potrzymam w piwnicy na przyszłość. Do tej pory mi się nie udawało, ale dziś naprawdę mam ochotę to zrobić.


Clos Montebuena, Selección Particular, 2016
Hiszpania, Rioja Alavesa
odmiany: 100% temparnillo
alk.: 14%
cena: 29,99 zł (Biedronka)



czwartek, 21 lutego 2019

Redentore Prosecco Millesimato 2018.


Wino o barwie blado-słomkowej, bardzo pieniste, z drobnymi, eleganckimi bąblami. W smaku dominuje dojrzała, choć kwaśna mirabelka mieszająca się z soczystą papierówką, w nosie podobne. Cukier, o ile go wyczujecie, nie powinien przeszkadzac. Jeśli dobrze pamiętam, to Millesimato piłem kilkukrotnie, zawsze umieszczając je po stronie tych bardziej udanych prosecco. Ta druga strona jest niestety liczniejsza, nawet obiecałem sobie wstrzemięźliwość w zakupach tego popularnego gatunku win. Ale Redentore przyniosła żona i przekazała mężowi z życzeniami zdrowia, więc piję za zdrowie jej i swoje.

Czuję się całkiem dobrze.


De Stefani, Redentore Prosecco Brut Millesimato 2018
odmiany: 100% glera,
alk.: 11%
importer: M&P Pavlina



poniedziałek, 24 grudnia 2018

The Big Top Zinfandel.


Być może pamiętacie mój wpis o winie 3 Finger Jack, kalifornijskim zinfandelu z Lodi, które to wino wzięło swą nazwę od pewnego awanturnika z Dzikiego Zachodu. To było wino zadziorne, charakterne, ale ogólnie rzecz biorąc bardzo przyzwoite, umilające spędzony z nim czas.

Dziś wracam z kolejnym zinfandelami, w czas co prawda świąteczny, ale o żadnym parowaniu win z jedzeniem mowy nie będzie. Mowa zresztą też będzie krótka, bo wina które miałem okazję spróbować nie są raczej warte szczególnej uwagi. Jeśli chodzi o etykietę, to wyglądają niemal identyczne, różną się tylko liczbą wskazującą rocznik zbiorów winogron. W kieliszku różnice są znacznie większe.

Rocznik 2015 jest mega zabity deską, ale to tak, że winopijcy narzekający na często przebeczkowane wina hiszpańskie, z przyjemnością do nich wrócą, zachwycając się przy okazji ich delikatnością. Tu dębowe wióry zagłuszają dramatyczny krzyk rozpaczy wędzonej śliwki próbującej dotrzeć jakoś do podniebienia, ale efekt tych starań jest dość marny. W dodatku posmak dębiny bardzo długo utrzymuje się w ustach i naprawdę nie jest to przyjemne. Kwasowość w średnich rejestrach, tanina też obecna, choć teraz nie wiem za bardzo, gdzie szukać jej źródeł.

Rocznik 2016 to zupełnie inna para kaloszy. Tu mamy wino owocowe, o dość przyjemnym aromacie, w smaku nieco przypominające wiśniowy kompot. Oprócz tego kawa i przyprawy, dębina też obecna, ale w znacznie mniejszym natężeniu. Ogólnie wrażenie znacznie lepsze, ale daleki jestem od emocjonowania się tym winem. Zły policjant, na tle bardzo złego policjanta, wydaje się być policjantem dobrym, choć to nie do końca prawda. W przypadku obu win przeszkadza też gorzka końcówka i wysoka zawartość alkoholu (14,0% - 2015; 14,5% - 2016). No, ale taki urok odmiany zinfandel/primitivo, trzeba to zaakceptować.

Rocznik 2016 wydaje się w tym przypadku lepszym wyborem, ale jeśli miałbym Wam coś zasugerować, to może jednak poszukajcie zinfandeli gdzie indziej. Ja płaciłem za wina ok. 50 zł za butelkę (Rossmann), ale znalazłem też tańsze oferty z przedziału 35-40 zł, więc jeśli chcecie to proszę bardzo. Ale nie mówcie potem, że nie ostrzegałem.

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Czerwona Portugalia z Biedronki.

Od opublikowania krótkich recenzji dwóch win białych z portugalskiej promocji w Biedronce minął już niemal miesiąc, więc istnieje spore prawdopodobieństwo, że ze znalezieniem flaszek z okolic Lizbony będziecie mieć mały problem, choć z doświadczenia wiem, że tu i ówdzie można je zawsze znaleźć. Wystarczy trochę pochodzić i poszukać, a czy warto poświęcić na to swój czas - to już jest kwestia osobna. Historycznie rzecz ujmując można powiedzieć, że butelki z Portugalii na półkach Biedronki potrafią zaskakiwać, zarówno jakością jak i cenami, nieraz mogliśmy się przekonać, że w ofercie znajdują się etykiety, które u innych importerów kosztują znacznie więcej.

Opiniami na temat otrzymanych od Jeronimo Martins Polska win dzieliłem się już na swoim profilu na Instagramie, kto go śledzi zna już moje o nich zdanie, dziś więc tylko "cytaty", za to wszystkie razem, może komuś się do czegoś przydadzą.





Podsumowując, mi chyba najbardziej podobało się wino najtańsze z tej czwórki - Reserva do Monte, najmniej zaś te, które pojawia się dość regularnie w ofercie Biedronki, czyli Quinta das Setencostas. Colossal też daje radę, choć mnie nie powalił, natomiast Palha Canas wydawało mi się winem dość wymagającym, nieco zbyt masywnym i sprawiającym mi jakąś tam trudność w piciu, ale chętnie bym je widział w stałej ofercie, z przyjemnością wstawiałbym poszczególne roczniki do swojego składzika, mam wrażenie, że tkwi w tym winie spory potencjał, który może dać niezłe efekty po kilku latach spędzonych w zapomnieniu.

Wina otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci Biedronka. Dziękuję!

poniedziałek, 12 listopada 2018

Tydzień tempranillo.

Ubiegły tydzień obfitował w emocje związane z 100. rocznicą odzyskania niepodległości przez Polskę na bardzo wielu polach. Działo się co nieco w kulturze, sporo w polityce, także w winnej blogosferze nie zabrakło polskich wątków, kto żyw otwierał polskie wino (i polskie Świętomarcińskie) i stawiał obok gęsiny (bo na św. Marcina...), wszak dwie tradycje łączyły się w całość jednego dnia. Sam nie wiem, co w tym dniu jest ważniejsze: flaga biało-czerwona, wino, czy gęś (choć Polacy nie gęsi...). Tak czy owak ja w dzień świąteczny pracowałem dla ludu zupełnie jak święty Marcin, obie ręce zajęte robotą, to flagą nie pomachałem, wina na zakładzie pić nie mogłem, a i gęsi nie miał kto przyrządzić, bo lepsza połowa na zagranicznych wojażach czas spędzała (i też służbowo). Niedziela zatem zbyt uroczysta nie była, za to kilka dni ją poprzedzających spędziłem na degustacji win hiszpańskich, co wpisało się w celebrowanie Międzynarodowego Dnia Tempranillo (8 listopada), przy czym moja zabawa trwała aż trzy dni: w wigilię święta, w święto właściwe i w poświąteczne poprawiny.

Tyle wstępu, teraz czas na wina:







Podsumowując: Coto de Imaz Gran Reserva 2010 polecam z całego serca dziś i pewnie jeszcze przez kilka lat będzie Was cieszyć; z Beronia Reserva 2013 możecie się jeszcze wstrzymać z piciem, ale można robić zapasy na przyszłość; Vega del Rio Reserva 2010 trzyma się świetnie (przynajmniej taka była moja butelka), alkohol może trochę dać się we znaki, ale dekantacja i dłuższe napowietrzanie dobrze mu zrobią, a Wam dadzą więcej radości.

środa, 7 listopada 2018

Biała Portugalia z Biedronki.

W Biedronce promocja win portugalskich, pochodzących głównie z okolic Lizbony, zagłębia licznych spółdzielni winiarskich, w tym tak potężnych jak Casa Santos Lima, która wzięła na swoje barki zapełnienie półek owadziego marketu, choć dla porządku dodam, że nie wszystkie promocyjne wina pochodziły od tego producenta. W otrzymanej od Jeronimo Martins Polska przesyłce znalazły się 2 wina białe, oba pochodzące z szerokiej apelacji VR Lisboa i na nich dziś skupię swoją uwagę. Pozostałe 4 wina (czerwone) będą musiały chwilę poczekać.


Companhia das Quintas, Quinta de Pancas Branco 2017
Skład: 50% arinto, 30% chardonnay, 20% vital. Cena: 15,99 zł.
Dość cienkie i pustawe, struktura kwasowo-alkoholowa raczej solidna, ale brakuje wypełnienia owocem, nos też mocno średni, mało intrygujący. Być może z jedzeniem będzie nieco lepsze, producent poleca je do ryb, owoców morza, sałatek. Przy dipach na bazie musztardy i cytryny to może mieć sens. Polecam raczej na rozbudzenie apetytu, niż kontemplacji problemów tego świata, tudzież tych bardziej odległych. Picie wina solo raczej nie wprawiało mnie w dobry nastrój, za to jego obraz uległ znacznej zmianie w towarzystwie pieczonej kaczki podanej z kiszoną kapustą. Kwasowość wina świetnie wtedy neutralizowała tłuszcz z kaczki, natomiast kwaśna kapusta ekstrahowała i podbijała słodycz wina. Uznaję to za dobrą kompozycję.


Casa Santos Lima, Colossal Reserva Branco 2017
Skład: chardonnay, arinto. Cena: 19,99 zł.
Trochę przypomina w charakterze poprzednie wino, ale na liście obecności zabrakło odmiany vital, zaproszono za to jeszcze trochę i tak nazbyt obecnego alkoholu, a całość okraszono beczką, w której dojrzewała 1/4 wina. Wydaje się ono bogatsze, ale nieznacznie, ledwo dopełnione owocem, lecz nie pod korek, tylko najwyżej nieco powyżej dna. Solo wydaje się nieco lepsze, ale to trochę tak, jakby pokazywać palcem (nieładnie) które mniej złe.

Dochodzę jednak do wniosku, że oba są raczej predestynowane do kuchni, a nie na salony i tam powinny szukać swej szansy. W takim przypadku cena jest atutem, lepiej do gara wylać 20 złotych niż 80. Trochę oczywiście ironizuję, ale to wino rzeczywiście gastronomiczne, producent poleca je do sałat, makaronów i owoców morza, czyli... znów nic oryginalnego. Proponuję eksperymenty w kuchni, chętnie poczytam o Waszych w niej sukcesach.


Wina otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska. Dziękuję!



czwartek, 9 sierpnia 2018

Frescobaldi, 700 Settecento Anni.


„Wytrawne wino wyprodukowane we włoskiej Toskanii. Jego delikatne taniny dają mu lekką kwaskowatość, której towarzyszą owocowe nuty. W zapachu tego wina wyczuwalny jest intensywny aromat jeżyn truskawek i malin, uzupełniony przez nuty tytoniu i kakao.”

Tyle katalogowy beł…, przepraszam, opis. Ja jestem zupełnym amatorem, ale nie wydaje mi się, żeby to akurat tanina dawała kwaskowatość. Prędzej owoc. On ma jakieś prawo do nadawania kwasowości winu. Zostawmy jednak te dyrdymały i skoncentrujmy się na winie.

Wina Frescobaldi są o tyle bliskie memu sercu, że zwykle pije się je całkiem nieźle, nie trzeba się w nich doszukiwać drugiego dnia i nie kosztują znowu jakichś kolosalnych pieniędzy - produkcja jest duża, ceny umiarkowane, jakość zachowana.

Podobnie jest z 700 Settecento Anni, które jest mieszanką cabernet sauvignon i merlota. Pije się dobrze, nic nie przeszkadza, kwas i tanina trzymają wino w ryzach, czerwony owoc przyjemnie zaznacza się w ustach, może tylko palący alkohol czasem drażni podniebienie. Cena nie należy do najniższych, ze stajni Frescobaldi lepiej zapamiętałem Castiglioni - Chianti, które jest trochę tańsze i według mnie lepsze.


Frescobaldi, 700 Settecento Anni
Włochy, Toskania
odmiany: merlot, cabernet sauvignon
alk.: 13,5%

cena: 44,99 zł

Dziękuję Faktorii Win za udostępnienie wina do degustacji.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Canepa, Carmenere Classico 2017


Lubię proste i tanie wina z Chile, bo są tanie i proste, a to nie nadweręża ani umysłu, ani portfela. Piję je najczęściej wtedy, gdy nie muszę pisać, a chcę się napić. Mocno się jednak nie napiłem, bo po połowie tego intensywnie pachnącego jeżynami i czarną porzeczką wina złapała mnie zgaga i zaczęło mi się kręcić w głowie, choć alkoholu tu niby 12 tylko procent. Drugiego dnia, a w zasadzie wieczoru, wypiłem drugą połowę i znów dolegała mi zgaga. I choć wino było naprawdę smaczne, to ze względu na trapiące mnie dolegliwości czuję się w obowiązku Wam o tym powiedzieć. Po co macie mnie przeklinać i wbijać szpilki w laleczkę z moją podobizną. 


Canepa, Carmenere Classico 2017
Chile, Central Valley
odmiany: 100% carmenere
alk.: 12%
Cena: 21,99 zł


Wino do degustacji otrzymałem od Faktorii Win. Dziękuję! 

wtorek, 26 czerwca 2018

Cool Woods z Australii.

ⓒ Thorn-Clarke
Nie pamiętam, czy Wam kiedyś o tym wspominałem, jeśli tak, to wybaczcie, ale zdarza mi się kupować butelki w krakowskim Domu Wina. W zasadzie kupuję tam wina trochę nie z własnej woli, lecz za sprawą niezwykle efektywnej pani od sprzedaży, która dzwoniąc do mnie potrafi naprawdę zamieszać mi w głowie. Ostatnio stałem się nieco bardziej asertywny i trenując posługiwanie się słowem „nie” skutecznie jej odmawiam. Chociaż uczciwie dodam, że rezygnując niedawno z kupna win z argentyńskiej Salty miałem jednak głębokie poczucie żalu. Ale nie o winach z Argentyny dziś chcę napisać, ale tych z Australii. Też na A i równie daleko.

Wina z Australii trafiły do mnie właśnie za sprawą pani Mirosławy z Domu Wina, która „wcisnęła” mi zestaw 6 flaszek. Takich zestawów kupiłem już kilka, jeśli nie kilkanaście, średnia cena wynosi ok. 45-50 zł za butelkę, czyli wcale niemało. Problem polega na tym - takie jest moje odczucie, które wzmacnia się z każdym kolejnym zestawem  - że tylko dwa są naprawdę warte tej ceny, kolejne dwa są dość dobre i nawet mając świadomość, że kosztowały nieco za dużo, to w sumie nie można się do nich przyczepić. No i ostatnie dwa wina, które z pewnością są przeszacowanie, niewarte swojej ceny, które trudno polecać z czystym sercem, nawet jeśli są całkiem pijalne.

Zestaw australijski był skomponowany z win produkowanych przez Thorn-Clarke - wytwórnię, która oprócz bogatej listy win sygnowanych własną marką produkuje wina bardziej masowe, wytwarzane z gron z własnych upraw i skupowanych od innych winogrodników. Takimi winami są wina Cool Woods, które ostatnio wyciągnąłem z kartonu, choć od ich zakupu minął niemal rok. 

Pierwsze z nich - Cool Woods Sauvignon Blanc z 2016 roku było nawet ciekawe, choć miałem wrażenie, że to dzięki zbyt szybkiemu utlenieniu zyskało na atrakcyjności i w sumie nie wiem, czy należy to uznać za dobrą cechę wina, czy może jego oryginalną wadę. Tak czy owak, potwierdzam to, co napisałem wyżej, mimo naciąganych nieco zalet, nie jest to wino warte swojej ceny.



Z Cool Woods Shiraz 2015 było już zupełnie nieciekawie, by nie powiedzieć nudno. Wino tylko poprawne, choć przy tej cenie można i trzeba oczekiwać więcej. Z ręką na sercu mówię/piszę, że zamiast tego wina lepiej kupić w supermarkecie dwie butelki Jacob’s Creek z podstawowej linii, albo szarpnąć się na linię „reserva”, która i tak pewnie wyjdzie taniej, a pozostawia znacznie lepsze wrażenia na podniebieniu.



Cool Wood Cabernet Sauvignon 2016 ratuje nieco sytuację, ale w tym sensie, że w ogóle przypomina cabernet sauvignon. Nieźle daje radę jako proste wino stołowe, raczej takie, które popija się podczas obiadu, niż będące materiałem na oryginalny pairing z wykwintnym daniem. Mogę jeszcze raz dodać (choć wiem, że to zaczyna być nudne), że w promocyjnym zestawie wydaje się drogie, jak na swoje możliwości, a w sklepie Domu Wina cena jest jeszcze wyższa.



Wyrażając te niezbyt pochlebne opinie o winach Cool Woods żywię jednocześnie nadzieję, że pozostałe dwa wina z zestawu, okażą się tymi najlepszymi, tymi za które warto zapłacić i które dają satysfakcję podczas picia.


Tak właśnie było z Pinot Grigio 2016 z linii Eden Valley (niedostępnej obecnie na stronie producenta), które piłem z ogromną przyjemnością.


Ale o tym w przyszłości, mam nadzieję - niedalekiej. 

wtorek, 5 czerwca 2018

Majówka kamperem. Czechy.

Nasz kamper o poranku. Parkowaliśmu w nocy, niemal w całkowitej ciemności.
Czechy to pierwszy kraj, który zaliczyliśmy podczas naszej kamperowej wyprawy. To także pierwszy kraj, w którym szukaliśmy noclegu. Szukaliśmy, bo pomimo tego, że w zarysie wyprawy pojawiła się czeska lokalizacja (blisko granicy z Polską i z atrakcjami dla dzieci), to z lektury poprzedniego wpisu wiecie już, że plan sobie, a życie sobie. Zdaje się, że zrobiliśmy zbyt długi przystanek na posiłek jeszcze w Polsce, a potem trzeba było pokonać nieco więcej kilometrów, by przejazd następnego dnia do Słowenii nie był zbyt uciążliwy. Wylądowaliśmy zatem późnym wieczorem na kempingu Merkur, dość blisko już granicy z Austrią i zdaje się, że nawet w pięknych okolicznościach przyrody, co stwierdzam dopiero dziś, bo dokładniejsze informacje o kamper-stopach tak naprawdę zbieram już po powrocie do kraju. W każdym razie kemping położony był nad zasilanym wodami rzeki Dyja dużym zbiornikiem Nové Mlýny Górne (jednym z trzech, są jeszcze Nové Mlýny Środkowe i Nové Mlýny Dolne), czego efektem był szok, jakiego doznała cała ekipa, gdy tylko udało się podpiąć kampery do prądu i włączyć w nich światło. Od razu skumaliśmy do czego służą moskitiery, ale trochę nie w porę, bo punkty świetlne przesłonięte zostały już setkami meszek i komarów. Załoga każdego kampera musiała poradzić sobie z tym problemem, w każdym razie jego neutralizacja miała charakter mało pokojowy, to była międzygatunkowa walka o przetrwanie, która zakończyła eksterminacją jednego z nich. To jest mroczna strona obozowania na kempingach. Panie oraz dzieci, wszystkie umęczone równo podróżą i walką z insektami, szybko poszły spać. Panowie udali się na piwo, jedno oczywiście, ale na szczęście nie na wszystkich, lecz na głowę. To był czas podsumowania pierwszego dnia wyjazdu i próby ustalenia, czy podoba się nam ten sposób spędzania wolnego czasu, czy nie. Im bliżej dna butelki, tym bardziej nam się podobało, więc postanowiliśmy kontynuować naszą przygodę.

Słońce już ładnie przygrzewało, wyciągnąłem krzesełko turystyczne,
by na świeżym powietrzu napić się kawy.

Autor bloga i jego syn.
Ale, ale… przecież to nie jest blog o piwie, lecz o winie. Cóż, wina czeskiego, czy morawskiego, nie kupiłem i nie przywiozłem ze sobą. Zresztą, jak już wspominałem, ani winnice nie były celem naszej podróży, ani winne zakupy priorytetem, zwłaszcza że już wtedy wiedziałem, że po powrocie do kraju będą na mnie czekały wina musujące Bohemia Sekt. Wg producenta to najpopularniejsze bąbelki w Czechach, u nas ich dystrybucją zajmuje się Amazis.net - importer, który przysłał mi kilka butelek do degustacji. I dobrze się złożyło, bo dzięki temu mam kamperowy pretekst do napisania o południowych sąsiadach, a fotografie z Czech  (oj, bardzo nieliczne) mogę posegregować racząc się musiakami.

Bohemia to łacińska nazwa Czech, dziś nazywa się tak zachodnią część kraju, którą akurat my podczas przejazdu ominęliśmy, ponieważ nasza trasa biegła przez Morawy - wschodnią część Republiki Czeskiej. Niedaleko Pilzna znajduje się miejscowość Starý Plzenec, a w nim siedziba producenta. Ale Bohemia Sekt nie tylko marka win musujących, ale nazwa grupy producentów, do której należą też Habánské Sklepy - ich wina (ryzlink rýnský) można było dostać w Żabce i z tego, co wiem, cieszyły się sporą popularnością. A wspominam o tym dlatego, że ze wspomnianego wcześniej kempingu Merkur do producenta tych win można było dojechać w niecałe 40 minut, czyli właściwie rzut beretem i byłaby piękna klamra w tej opowieści. No cóż… nie wyszło... życie.

Wróćmy jednak do win musujących. Tych Bohemia Sekt produkuje rocznie około 15-16 mln butelek, a trzy z nich trafiły w moje ręce. Należą one do nieco wyżej pozycjonowanej linii produktowej „Prestige”.


Dziś opowiem Wam kilka słów o Prestige Demi-Sec, czyli winie pół-wytrawnym. Podstawowe Demi-Sec jest najlepiej sprzedającym się winem tego producenta, pitym przy każdej niemal okazji, wymagającej celebrowania winem musującym. Ale nie jest winem produkowanym metodą tradycyjną (szampańską), tylko metodą Charmata, podobnie jak prosecco. Metoda tradycyjna (wtórna fermentacja w butelce) zarezerwowana jest właśnie dla linii Prestige.


Wino dojrzewa na osadzie przez 15-18 miesięcy, a w jego skład wchodzą trzy odmiany: rheinriesling czyli ryzlink rýnský, pinot blanc czyli rulandské bilé, oraz welschriesling czyli ryzlink vlašský. Rheinriesling, czyli po prostu riesling, ma za zadanie nadawać winu bogaty aromat i zapewniać pikantną kwasowość, pinot blanc dostarczyć sporą porcję ekstraktu, a welschriesling świeżość i lekkość. To może spróbujmy?


Ładny złoty, intensywny kolor, bąbelki bardzo drobne, elegenckie. Nos delikatny, lekko miodowy z akcentem kwiatowym. Usta w pierwszej fazie wyczuwalnie słodkie, dość szybko neutralizowane kwasem, przy czym w rozsądnych granicach, dzięki czemu pod degustacji zostaje wrażenie, że mamy do czynienia z winem łatwym w piciu. To może tłumaczyć fenomen popularności wina w Czechach, a i u nas pewnie znalazłoby poklask wsród uczestników rozpoczynających w piątek weekendowe imprezy. Moim zdaniem jest wino dobre na aperitif, natomiast z całą pewnością nie jest to wino kontemplacyjne. Raczej dla zwolenników zabawy niż filozofów pastwiących się nad (bez)sensem życia.


Ciekawe kogo wytypuję na odbiorców musiaka różowego oraz białego w wersji brut. Ale o tym pewnie już przy innej okazji. 


Dziękuję Amazis.net za udostępnienie win do degustacji.