Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magazyn Wino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magazyn Wino. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 lutego 2015

Z linii frontu #2.

No i jest klawo!
Atak na konsumentów wina i winnych blogerów przeprowadziła znów Biedronka, na pewno już słyszeliście o najnowszej promocji win z Portugalii, a może nawet coś wypiliście. Piliście? Ja niewiele, raptem dwie butelki białego wina: znane już z biedronkowych półek Loios (Joao Portugal Ramos) z najświeższego rocznika oraz Vinho Verde, też jakby dobrze znane, choć znów z nową etykietą (sieci Pingo Doce, takiej portugalskiej Biedronki).

"Podawać do: ryb z kremowym sosem, gotowanych warzyw, drobiu, lasagni."

"Podawać do: sałatek, owoców morza, delikatnych i chudych ryb, serów kozich."

Oba wina moim zdaniem mają podobny charakter, są raczej kwasowe, nie epatują owocowością, są lekkie, przy czym vinho verde wydaje się bardziej rześkie ze względu na drobne bąbelki tańczące zgrabnie na języku. Z tej dwójki wolałbym właśnie verde, ale Loios żadnej krzywdy mi nie zrobił, do grillowanego łososia pasował jak ulał.

Warto się zapoznać z treścią tej broszury.
Bardziej od win ucieszyła mnie broszura firmowana przez Biedronkę i Magazyn Wino, w całości poświęcona winiarstwu portugalskiemu. Znajdują się w niej informacje na temat regionów winiarskich Portugalii oraz lokalnych odmian winorośli w nich uprawianych. Nie zabrakło tu oczywiście informacji na temat win dostępnych w promocji, choć mnie najbardziej ucieszył rozdział poświęcony parowaniu wina i jedzenia. Tego typu wiedzy nigdy nie za dużo, polecam lekturę.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Warsztaty kalifornijskie.

Wielokrotnie na łamach tego bloga wspominałem, że parowanie wina z jedzeniem to dla mnie czarna magia. Sporo o tym czytam, ale samo czytanie jest równie pasjonujące, jak podróżowanie palcem po mapie. Nie odkryję Ameryki (nawet tylko Kalifornii) jeśli powiem, że nie ma lepszej metody na zgłębienie tematu niż ćwiczenia praktyczne. To niestety wymaga czasu, a tego z każdym dniem coraz mniej, dlatego z przyjemnością uczestniczę w kulinarnych warsztatach, w których do dań szefa kuchni dobieramy wino tak, aby kompozycja była jak najbliższa ideału.


Wine Institute of California i Magazyn Wino zorganizowali takie spotkanie w Hard Rock Cafe w Warszawie, gdzie mogliśmy spróbować łączenia win kalifornijskich z amerykańskim jedzeniem.

W tajniki kalifornijskich win wprowadzał zebranych Tomasz Prange-Barczyński
Jeśli chodzi o wina z Kalifornii, to jest z nimi w Polsce taki sam problem, jak z winami np. australijskimi. Oferta marketowa jest raczej uboga i nie schlebia wyrafinowanym gustom, w sklepach specjalistycznych ceny są już sporo wyższe, a i tak nie kupimy w nich win najlepszych. Być może lepiej jest w drogich restauracjach i hotelach z ofertą ukierunkowaną na zagranicznych gości i inwestorów czy naszych polityków korzystających bez zahamowań ze służbowych kart. Ale z tego dla zwykłych amatorów wina niewiele wynika.

Kiedy te wina pojawią się na półkach naszych sklepów?
Niewiele dowiemy się o winach Beringer na podstawie kilku tańszych etykiet, jakie znajdziemy na półkach Almy. E.&J. Gallo Winery to przecież nie tylko mierne Carlo Rossi i Barefoot, ale kilkadziesiąt marek niekoniecznie z najniższej półki. Na supermarkety nie ma co liczyć, win trzeba szukać jednak w sklepach specjalistycznych.

Niektóre wina Wente są w Polsce dostępne, ale chyba jednak nie te...
Na szczęście warsztaty bazowały na winach dostępnych w Polsce, więc kilka adresów wartych sprawdzenia znajdziecie przy liście win.

Praca wre!
Czym raczyliśmy się tego popołudnia? Oto lista potraw i win do nich dobranych oraz wnioski opracowane przez Magazyn Wino na podstawie wrażeń uczestników spotkania.

I
Skrzydełka kurczaka wędzone według specjalnej receptury w pikantnym sosie. Podawane z dressingami Blue Cheese, Honey-Mustard, chrupiącą marchewką i selerem naciowym.

Wina:
Duckhorn Sauvignon Blanc Decoy (Wine Express)
Chamisal Stainless Chardonnay (Mielżyński)

"Naprawdę pikantne skrzydełka przysporzyły trochę kłopotu skądinąd bardzo rasowemu sauvignon wydobywając zeń na plan pierwszy nutę alkoholową. Niewykluczone, że gdyby sos był ciut łagodniejszy, Duckhorn wypadłby w tym połączeniu zdecydowanie lepiej. Teoretycznie (bo wielu zebranych próbując wina nie chciała w to do końca wierzyć) winifikowany wyłącznie w stali chardonnay miał w sobie nutkę słodyczy i miękkość, która działała na ogniste skrzydła i podniebienie tonizująco."

II
Grillowany filet z łososia z dodatkiem słodko-pikantnego sosu Barbecue i masła Maitre d’Butter podawanych z gotowanymi warzywami i puree ziołowym.

Wina:
Robert Mondavi Fumé Blanc, Napa Valley (Partner Center)
Wente Morning Fog Chardonnay (The Fine Food Group)

"Oba wina wypadły w tym połączeniu bardzo dobrze. Flagowe sauvignon Mondaviego pokazywało pazur, w połączeniu z rybą (zwłaszcza zaś z masłem z ziołami) wzmacniał się jego odmianowy charakter. Chardonnay było zaś winem komfortowym, gasiło pragnienie, płynęło przez podniebienie wraz z łososiem."

III
Wieprzowe żeberka z oryginalnym sosem Hickory Barbecue podawana z ziemniakami zapiekanymi z serem i pieczonym bekonem, fasolą kowbojską i cytrusowym Colesławem.

Wina:
The Original Darkhorse Chardonnay (Gallo, PWW)
Delicato Noble Vines 181 Merlot (Vininova)

"Prostota i hedonizm – tak jak nieskomplikowanym daniem są żeberka, tak nieskomplikowane było wyraźnie dębowe chardonnay – łatwo wyobrazić sobie letni wieczór, ogród, kubełek z lodem i tonę grillowanych żeberek popitych litrami tego wina. Jeśli jednak zachce nam się takiego mięsa zimą – lepiej sięgnąć po miękkiego, ale charakternego merlota. Nasz był może nawet ciut zbyt wyrafinowany do tego połączenia, ale w końcu kto nam zabroni?"

IV
Fiesta burger - grillowana wołowina, opiekana bułka z dodatkiem salsy Jalapeno, sera Jack, domowego guacamole, Pico De Gallo, sałaty i pomidora i frytkami z patatów.

Wina:
Black Stallion Cabernet Sauvignon, Napa Valley (Centrum Wina)
Hess Collection Mount Veeder 19 Block Cuvée, Napa Valley (Sommelier)
Ironstone Old Vine Zinfandel Reserve, Lodi (Wine Avenue)

"Zwycięzcą tego pojedynku okazał się najtańszy, rasowy, bardzo ładnie dojrzały, nieprzesłodzony zin, czego w sumie należało się spodziewać. Cab i Hessowski kupaż (cabernet/malbec/syrah) to wina dużej klasy i oczywiście, można nimi popijać nawet hamburgery (w połączeniu wypadły bardzo dobrze), jednak zarezerwowalibyśmy je raczej dla t-bone steka."

Burger nie zachwycił. Wina Bardziej.

V
Brownie - domowe ciasto czekoladowe z lodami waniliowymi, siekanymi orzechami, sosem czekoladowym Hot Fudge i wisienką.

Wina:
Gnarly Head Old Vine Zinfandel, Lodi (Centrum Wina)
Beringer Founders Zinfandel (Alma)

"Podawanie obfitych, nisko kwasowych, za to bogatych w alkohol zinfandeli do czekoladowego deseru (o ile czekolada jest gorzka) nie powinno nikogo szokować – robiliśmy to już 11 lat temu na jednej z pierwszych kolacji z kalifornijskimi winami w Warszawie. Zawodu zatem nie było – przekonaliśmy się tylko, że przy takim połączeniu szef kuchni powinien zapomnieć o jakichkolwiek nie-czekoladowych dodatkach, bo komu na łyżeczkę z brownie dostało się choć trochę waniliowych lodów odczuł – w połączeniu z zinem – na podniebieniu zgrzyt. Jeśli zaś chodzi o wina, o pół długości (ale nie więcej) lepiej pasujący do połączenia okazał się obfitszy Gnarly Head."

Osobom kochającym amerykańskie wina (nie tylko z Kalifornii) polecam prenumeratę pisma Wine Enthusiast. Oprócz wielu recenzji win i winiarni, znajdziecie tam świetne połączenia win z potrawami. Powiem szczerze, ślinię się na ich widok. Teraz nadszedł czas, żeby przestać się gapić i zrobić coś w swojej kuchni.
Jedzenie, przepisy i odpowiednie połączenia z winem.
Dziękuję organizatorom spotkania za zaproszenie. Może jeszcze nie poczułem się po nim mądrzejszy, ale na pewno szczęśliwszy.

środa, 5 listopada 2014

Noble Rioja.


Jeśli w jednej sali znalazła się pani w trampkach…
… świeże pieczywo...
… i kilka butelek wina, to znaczy…
… że jesteśmy na Seminarium Noble Rioja zorganizowanym przy okazji
Grand Prix Magazynu Wino 2014.
Pani w trampkach to Ewa Rybak, znana ze swej miłości do win z regionu Rioja zagryzanych dobrym pieczywem. Wypieki zostawmy jednak na inną okazję, teraz najważniejsze są wina. Zaprezentowane butelki to uznana czołówka producentów z Rioja, obsypana medalami i nagrodami, choć każde z nich reprezentuje nieco inną filozofię i styl.
Najmłodsze i jeszcze najmniej utytułowane wino, ale od razu z wysoką ceną.
Vega Sicilia to producent znanych i drogich win z Ribera del Duero,
Benjamin de Rothschild z Bordeaux zamiłowanie do win ma w genach, rodzinną
tradycją są również inwestycje zagraniczne.  La Compagnie Vinicole
Baron Edmond de Rothschild założona przez ojca Benjamina - Edmonda, prowadzi
winne interesy również w Argentynie, RPA i Nowej Zelandii. Samo wino jest jeszcze
bardzo młode i zamknięte. Nie wszystkim podobał się jego nowoczesny charakter, ale
moim zdaniem wino ma potencjał i pewnie nie raz usłyszymy o nim w przyszłości.
Roda I jest obecna w Polsce dzięki Robertowi Mielżyńskiemu. Wino przystępniejsze,
łatwiejsze w piciu, z owocem przebijającym się już przez dębową otulinę.
Z czasem z pewnością jeszcze zyska. Roda I 2006 otrzymała wysokie noty
podczas panelu win z Rioja zorganizowanym w 2013 roku przez Winicjatywę.
Vina Tondonia 2002, najmłodsza reserva tego producenta jaka jest w sprzedaży.
Producent uznał, że 12-letnie wino jest "już" gotowe do picia. Więc pijemy
i żałujemy, że nie mamy więcej. 
20-letnie wino, a nadal pełne świeżości i owocu. To wino także nie trafia na rynek
zbyt wcześnie. Dzięki importerowi The Fine Food Group możecie cieszyć
się najmłodszym rocznikiem 2005, który już teraz jest dobry i będzie dobry
przez długie lata.
Tuż przed seminarium próbowałem to wino z rocznika 2001.
Sprowadza je do Polski Star Wines. Bez wątpienia było wspaniałe.
Wino z rocznika 1995 było oczywiście świetne i nadal świeże.  
Dziękuję organizatorom za możliwość spróbowania wspaniałych win, a prowadzącej spotkanie i jego uczestnikom za świetną, rodzinną atmosferę, jaka panowała podczas tej kameralnej degustacji. 




czwartek, 19 grudnia 2013

W morzu malbeka.

Skoro na panelu zorganizowanym przez Magazyn Wino znalazło się miejsce dla takiego blogera-amatora jak ja, to można rozumieć to tylko w taki sposób, że:

a) ławka winiarskich ekspertów w Warszawie jest wyjątkowo krótka

albo (co bardziej prawdopodobne)

b) rodzaj win przedstawionych do oceny nie wzbudził (delikatnie mówiąc) entuzjazmu wśród stałych panelistów.

No cóż, być może któryś rzeczywiście nie mógł pojawić się z powodu „bóla ucha”. Drugiego mogła (no bo przecież mogła) „boleć noga w biedrze”, no ale że trzeci miał akurat nieplanowaną lekcję gry na pianinie - w to trudno uwierzyć.

Czy szczep o nazwie malbec może być zjadliwym źródłem wszelkiej maści niedyspozycji? Przejrzałem swoje wpisy na blogu i wydało mi się, że trudno nie być miłośnikiem tego szczepu. Z drugiej strony sam malbeka piłem dość dawno, na początku 2013 roku. I wówczas też nie byłem zadowolony…

Jednak panom na P się nie odmawia. Premier, prezydent, papież i, jak się okazuje, Prange-Barczyński mają magiczną moc przyciągania, której bez oporu uległem. Opierać się zresztą nie musiałem, w końcu malbec, poza nielicznymi wyjątkami, wzbudzał we mnie sporo pozytywnych emocji.

Ale 25 malbeków spróbowanych w dość krótkim czasie potrafiło podważyć moją w nich wiarę, choć nie byłem jakoś szczególnie zawiedziony. Będąc w wyraźnej opozycji do moich współtowarzyszy niedoli, umiałem dostrzec pozytywne cechy malbeka, ale… ziarno niepewności zostało zasiane. Z każdym rokiem, z każdym miesiącem, z każdą kolejną otwartą butelką inaczej patrzę na wypitą przeszłość. Czasem się jej wstydzę, ale nigdy nie wypieram. Dziś - po tej przekrojowej degustacji - bardziej krytycznie patrzę też na malbeki, ale mimo wszystko potrafię dojrzeć w nich zalety i źródło radości.

Ze wspomnianych wcześniej 25 etykiet chciałbym wyróżnić 5:

1. Quattrocchi Malbec 2011 (importer M&P FHU Mirosław Pawlina) Najtańsze wino panelu, najbardziej „zielone”, ale też najbardziej szczere. Nawet kwasowość wydaje się bardziej autentyczna, niż ta u droższych krewnych.


2. Pascual Toso Malbec 2012 (importer M&P FHU Mirosław Pawlina). Smaczne, krągłe, soczyste, świeże wino, znacznie lepsze niż przebeczkowane wersje reserva i gran reserva. Bardzo mi się podobało.


3. Lagarde Malbec 2011 (importer Mielżyński). Beczkowy atak w niezłym stylu, ale z dobrym owocem i ogólnie niezłą równowagą. Podobało mi się.


4. Chateau Haut-Monplaisir 2008 Prestige (importer Mielżyński). Klasa starego świata - dobra równowaga, elegancja, autentyczność i prawdziwa przyjemność picia.


5. Fabre Montmayou Grand Vin 2010 (importer Vininova) Hedonistyczne źródło radości - dobry owoc, bogactwo aromatów, nieprzesadzona beczka, alkohol dobrze zamaskowany - fajne wino, chociaż dość drogie. Powyżej 150 zł za butelkę mogą wydać tylko wierni… nie wierni, fanatyczni wyznawcy Malbeka.



W sumie fajna degustacja, na luzie, bez zbędnej napinki. Ale dla sprawców panelowych wakatów w ramach ostrzeżenia mała parafraza naszego narodowego wieszcza: Kto nie zaznał malbeka ni razu, ten nigdy nie zazna barolo w niebie.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Najlepsze wina.


Nagrody Grand Prix Magazynu Wino 2012 rozdane. Ich listę zapewne już znacie, a jeśli nie to możecie znaleźć ją na internetowej stronie Magazynu. Podczas drugiego dnia Gali miałem okazję uczestniczyć w dwóch seminariach. Pierwsze z nich - prowadzone przez Tomasza Prange-Barczyńskiego - poświęcone było winom z węgierskiego Egeru. Drugie zaś - prowadzone przez Ewę Wieleżyńską - dotyczyło wszystkich win, którym w tym roku przyznano medale.

Węgierskich win wypiłem tyle, że do ich policzenia wystarczą mi palce jednej ręki, więc spotkanie z egerskimi trunkami było dla mnie okazją do przyjrzenia się winom z tego nieodległego przecież regionu. Win było osiem, cztery białe i cztery czerwone. Wszystkie, bez wyjątku, bardzo dobre, ale szczególne wrażenie zrobiły na mnie wina białe. Zdecydowanie najlepsze było to, które przywiózł Lajos Gal - Olaszrizling 2007 - nie wiem, czy do kupienia w Polsce, zdaje się, że butelka pochodziła z prywatnych zbiorów Winiarza.

Fajnym winem był również Egri Csillag 2011 od Thummerera. Taki biały Egri Bikaver - kupaż kilku białych odmian. Świeże, aromatyczne wino (przeważają nuty kwiatowe), bardzo przyjemne w piciu. Te białe wina sprawiły, że mam ochotę bliżej poznać winiarstwo węgierskie. A jeśli dodam do tego najlepsze wino słodkie, którym okazał się Tokaj (Bodnar, Aszu 6 Puttonyos) to jest mi po prostu wstyd, że nie zainteresowałem się Węgrami wcześniej.

Oba seminaria były dla mnie ciekawostką o tyle, że... nie piłem win, tylko je wypluwałem. No, wyjątek zrobiłem dla szampanów i win słodkich. To ciekawe doświadczenie i tak naprawdę to chyba jedyna metoda, żeby zapoznać się z winami (dotąd myślałem, że to niemożliwe) w ich masywnej ilości i zachować trzeźwą głowę, by móc je właściwie ocenić i docenić. I tak:

  • Wina czerwone nie zrobiły na mnie większego wrażenia, ale ucieszyłem się z faktu, że te które mi smakowały były raczej niedrogie.
  • Z notorycznie niedocenianych przeze mnie win różowych najbardziej interesującym wydało mi się wino z RPA (Bloss 2011, Sondagskloof, Hermanuspietersfontein) - brązowy medal, ale najwyższa cena, 49,50 zł.
  • Wśród win białych trafiła się prawdziwa bomba - Les Chenevottes 2007, Chassagne-Montrachet 1er Cru, Pierre-Yves Colin Morey - niesamowite wino, najlepsze białe, jakie piłem do tej pory. Gotów jestem wydać te 249 zł, żeby przeżyć to jeszcze raz.
  • No i na koniec wina słodkie. Boję się je kupować, choć nie wiem dlaczego. A wszystkie były świetne, choć dość drogie - od 119 zł do 191 zł za butelkę półlitrową. Zdaje się, że w najbliższym czasie właśnie w tym segmencie będę lokował swoje sympatie i gotówkę.
Podsumowując drugie seminarium mogę powiedzieć to, co dla wszystkich jest pewnie oczywiste. Rankingi są kwestią subiektywną i reakcje na sali degustacyjnej były tego dowodem. Ja sam bym w wielu przypadkach pozamieniał kolejność win w poszczególnych klasyfikacjach. Co więcej, kilku win w ogóle bym nie dopuścił do degustacji (szczególnie Ageno 2007, Emilia, La Stoppa). Jeśli chodzi o rankingi, to najważniejsze są nasze własne. My najlepiej znamy swój gust i to nim powinniśmy się kierować przy zakupach. Inne należy potraktować jako ciekawostkę. 

poniedziałek, 6 lutego 2012

Barolo i Barbaresco.

Kilka dni temu miałem okazję uczestniczyć w degustacji kilku znanych win z włoskiego Piemontu, w ramach zorganizowanego przez Winicjatywę i Enotekę Polską spotkania pod tytułem "Barolo i Barbaresco do długiego starzenia". Spotkanie było dla mnie o tyle atrakcyjne, że po raz pierwszy w życiu mogłem spróbować "prawdziwego" Barolo. Piszę "prawdziwego", bo co prawda wypiłem kiedyś Barolo z Lidla, ale jak się nie miało wcześniej do czynienia ze szlachetnymi piemonckimi trunkami, to pytanie "ile Barolo jest w Barolo" pozostaje kwestią otwartą. Wina pochodziły od znanych producentów, w dodatku z roczników, które specjaliści uważają za udane. Właściwości szczepu nebbiolo, a szczególnie wysoka kwasowość win z niego wykonanych sprawiają, że Barolo i Barbaresco mogą cieszyć się długowiecznością, niektórym z nich przypisuje się wręcz boską cechę nieśmiertelności. Tutaj należy wspomnieć o dość ciekawej sprawie. W winach z roczników tzw. "klasycznych" (czytaj: kiepskich), kiedy grona nie osiągają pełnej dojrzałości, kwasowość powinna być wyższa, co teoretycznie powinno zagwarantować im właśnie długie życie. Czy długie życie oznacza życie lepsze, albo bogatszą starość? Z tym już może być różnie. Nie każdy przepada za winami silnie kwasowymi i jeśli nie potrafi cieszyć się nimi w ich młodości, to także ich starość wcale nie musi być bardziej radosna. Ja kiedyś nie cierpiałem win mocno kwasowych. Teraz, trzy lata od rozpoczęcia mojej winnej przygody, potrafię dostrzec w nich zalety. Być może za kolejne trzy będę ich fanatycznym orędownikiem.

Postanowiłem nie mądrzyć się za bardzo w tym wpisie, bo moja wiedza o Barolo i Barbaresco jest zerowa. Na szczęście na spotkaniu byli ludzie bardziej doświadczeni ode mnie, więc pewne fragmenty dyskusji ze sstarwines.pl na temat wypitych win znajdziecie w linkach poniżej.

-------------------------------------------
http://www.sstarwines.pl/wino13064    Giuseppe Rinaldi
http://www.sstarwines.pl/wino13063    Giuseppe Cortese
http://www.sstarwines.pl/wino13050    Cały zestaw
-------------------------------------------

Dla porządku przytoczę listę win, które miałem okazję próbować.

Ceretto Barolo Bricco Rocche Brunate 1996
Giuseppe Cortese Barbaresco Rabajà Riserva 1999
Paolo Conterno Barolo Ginestra 2001
Giuseppe Rinaldi Barolo Brunate-Le Coste 2004
Produttori del Barbaresco Riserva Pora 2005
Produttori del Barbaresco Riserva Ovello 1999
-------------------------------------------

Nie było innego wyjścia, po powrocie do domu na warsztat poszły jeszcze dwa Barbaresco, oba z rocznika 2007 (a więc pewnie za młode) - La Ganghija Barbaresco 2007 oraz Icardi Montubert Barbaresco 2007.



Dla mnie - początkującego amatora - przyjemniejsze w piciu było wino Icardi, w 4/2011 numerze Magazynu Wino określone jako KONTROWERSYJNE! Prawdopodobnie dlatego, że odbiegało nieco od "wzorca" - kwasowe, ale nie aż tak kwasowe, garbnikowe, ale nie aż tak garbnikowe,  owocowe, ale aż za bardzo owocowe.  "Zwolennikom tradycyjnych barbaresco ewidentna słodycz z pewnością będzie przeszkadzać. Wino sprawdzi się jako łagodny wstęp do bardziej wymagających nebbiolo." - pisze Andrzej Daszkiewicz. Dla mnie bardziej wymagającym nebbiolo okazała się La Ganghija. Tu kwasowość i garbniki były bardziej mocne, ale bez przesady - pić się dało. Aromat bardziej ziemisty niż owocowy, ale z pewnością mój nos i podniebie można określić jako niewyrobione, być może wina leży po mojej stronie. Zresztą, przysłuchując się ocenom "na żywo", określeniom używanym do opisu aromatów i smaków degustowanych podczas spotkania win, miałem poczucie własnej ułomności. Z pewnością jest to sprawa niewielkiego doświadczenia, choć odnoszę wrażenie, że mogę być w kwestii "sensorycznej" genetycznym bublem.

Nie przeszkadza mi to jednak w piciu wina, tak jak i muzyka nie przeszkadza w tańcu. :)

Dziękuję, skończyłem. Idę do sklepu po barolo.   

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Wino na medal.



To wino zdobyło złoty medal w kategorii białych win do 50 zł Grand Prix Magazynu Wino. Ale nie dlatego o nim wspominam. Piszę o nim dlatego, że wcześniej już miałem okazję pić wina duetu Binz i Bratt. Były to Franconia (lub Francona - sam nie pamiętam, a na stronie producenta można spotkać obie nazwy) i Riesling Gewurztraminer. I szczerze muszę powiedzieć, że były to wina warte każdej wydanej złotówki, przy czym wspomnieć uczciwie należy, że wtedy gdy je piłem (2010) były sporo tańsze niż teraz, kosztowały poniżej 40-stu złotych. Niestety po nowym roku, ceny poszły ostro w górę i teraz każde z win Binz+Bratt kosztuje 49 zł, nawet zwycięski Weisser Riesling, choć złoty medal zdobył kosztując jeszcze 45 zł. Niemniej jednak podtrzymuję swoje zdanie, że wina warte są swojej ceny. 

Weisser Riesling to wino o bogatym kwiatowym aromacie. Żywa kwasowość zapewnia mu niesamowitą świeżość. Piłem je z nieukrywaną przyjemnością, choć moja żona (a w kwestii wina jej zdanie niezmiernie cenię) wcale tym winem zachwycona nie była. Rozmawiałem z kilkoma pracownikami Winestory (Wineonline) i ich zdania również były podzielone. To już kolejny przykład na to, że jakakolwiek ocena wina, niezależnie od tego kto cenzurkę wystawia, jest kwestią mocno subiektywną. Zachęcam zatem do samodzielnych prób, dzielcie się swoimi wrażeniami w komentarzach. Zobaczymy, która grupa jest liczniejsza - ta, która zgadza się z moim zdaniem, czy ta popierająca zdanie mojej żony.

------------------------------------------
Binz+Bratt
Weisser Riesling 2010
Winestory (Wineonline) - 49 zł
Alk. 12%
------------------------------------------

wtorek, 15 marca 2011

Przygody z prenumeratą

Skoro już się tym winem zainteresowałem i trochę go nawet wypiłem to stwierdziłem, że być może warto zaprenumerować - w ramach poszerzania horyzontów - winne pisemka. Najpierw zamówiłem "Czas wina", oczywiście przez internet i błyskawicznie wysłałem pieniądze elektronicznym przelewem. Druga strona tak szybka nie była. Po tygodniu zapytałem, jak tam moje zamówienie, odpowiedział mi na to automat, że człowiek odpowiedzialny jest na urlopie. Minął kolejny tydzień, ponownie wysłałem zapytanie, tym razem odpowiedź uzyskałem a wraz z nią przeprosiny za zamieszanie, bo coś tam, coś tam. Po trzech dniach pismo trafiło do mych rąk, a wraz z nim butelka hiszpańskiego wina w ramach prezentu za wykupienie prenumeraty. Właśnie dziś je otworzyłem, ale o tym za chwilę.

Drugim pismem, które sobie zamówiłem był oczywiście dwumiesięcznik "Magazyn Wino". Minęły już ponad 3 tygodnie, a mojej gazetki jak nie było, tak nie ma. Tydzień temu zadzwoniłem do redakcji, pani stwierdziła, że sprawdzi, ale dopiero następnego dnia, bo dziś to ona już wychodzi, a poza tym nie ma w wydawnictwie nikogo, kto mógłby coś na ten temat powiedzieć. Następnego dnia otrzymałem telefon z przeprosinami, że to nie ich wina, tylko poczty (w to akurat wierzę), umówiliśmy się, że jak do końca tygodnia pismo nie przyjdzie, to oni wyślą drugi egzemplarz. Oczywiście pismo do piątku nie dotarło, w weekend oczywiście też nie, wiadomo dlaczego. W poniedziałek skrzynka pocztowa niezmiennie była pusta. Dziś więc zadzwoniłem po raz drugi, odebrał tym razem pan, przeprosił za pocztę, powiedział, że akurat wysyła pisma, więc wyśle i mi, ale za pocztę nie ręczy. GIT! Mam nadzieję, że do piątku nowo wysłany egzemplarz dojdzie. Być może nawet z tym wcześniejszym. Chociaż znając naszego państwowego dostarczyciela korespondencji gotów jestem się założyć, że prędzej zobaczę swój magazyn w rękach protestującego i wiecznie niezadowolonego pocztowca, niż w swojej skrzynce. Swoją drogą redakcja magazynu powinna zmienić państwowych doręczycieli na prywatnych, wszak pismo waży więcej niż 50 gramów i może być legalnie dostarczone przez inną firmę.



Po tych gorzkich żalach przystępuję do opisu otrzymanego w prezencie wina. Było to Palacio del Conde Gran Reserva 2004 z apelacji Valencia. Dość ciekawe wino wytworzone ze szczepu tempranillo. Etykieta głosi, że pierwotne aromaty są charakterystyczne dla tego szczepu. Aha, poszli na łatwiznę. Postanowiłem zatem sprawdzić, jakież to aromaty charakteryzują ten szczep. Sięgnąłem po "Szkołę wina" Andrew Jefford'a i wyczytałem, że: "charakter tempranillo jest trudny do sprecyzowania" ale "większość czerwonych odmian [...] będzie wyróżniać truskawka". O rany! Naprawdę? Czytam dalej: "[...] wielkie, gęste wina oparte na tempranillo [...] nie są tak łatwe w ocenie. Bogate, pełne, mocno zbudowane i pikantne (gdy młode), bardziej śliwkowe niż truskawkowe [...]. Basta! Moje wino smakowało jak wiśnie, pachniało intensywnie owocami. Etykieta wspomina też o aromatach wanilii, które pojawiły się w winie na skutek dojrzewania w beczkach. We mnie ta wanilia budziła skojarzenia z karmelowymi cukierkami Werther's Original. Ale wino nie było bynajmniej słodkie, raczej gorzko-pikantne, o dużej kwasowości, która skutecznie zamaskowała obecność 14% alkoholu.

Wino da się spokojnie wypić, ale zdecydowanie nie jest to mój typ. Za bardzo kwasowe. Być może powinienem je czymś "zagryźć", skoncentrować się na jakimś posiłku, ale tego nie zrobiłem, bo moje ręce akurat zajęte były wstukiwaniem tego tekstu. A ponieważ tekst się skończył i wino też, to idę spać. Dobranoc.

----------------------

ps. A nie mówiłem? Dzisiaj (16.03.2011) pocztowcy demonstrują pod Kancelarią Premiera. O Magazynie Wino w tym tygodniu mogę zapomnieć.

środa, 17 lutego 2010

Merlot, cabernet i mała rewolucja.

Degustacja mieszanek Cabernet Sauvignon/Merlot, zorganizowana przez ursynowski sklep Winestory dostarczyła mi pewnych refleksji i spostrzeżeń, którymi chciałbym się z czytelnikami podzielić.

1. Starałem się podsłuchać, co inni uczestnicy spotkania sądzą o degustowanych winach, porównać to do opinii prowadzącego i zestawić z moimi własnymi wrażeniami. Większość zaproszonych gości zgadzała się z odczuciami, którymi dzielił się Piotr, co wprawiło mnie w pewien niepokój, bo najczęściej nie pokrywało się to z moimi osobistymi doznaniami. Na szczęście byli też i tacy, którzy mówili co innego, niż Piotr, a fakt ten humor mój poprawiał, choć nie całkowicie - ich opinie różniły się również od moich. Trzeba zatem zawierzyć starej prawdzie, która mówi, że pić należy te wina, które smakują tobie, a nie te, które podobają się innym. Oceny innych należy traktować jak indywidualny, odmienny dla każdego punkt widzenia, nie zaś jak wyrocznię - jedyną i zawsze słuszną - starej wiedźmy Ple Ple. 

Najważniejsze są własne doświadczenia, ale o tym już chyba kiedyś pisałem, więc nie będę rozwijał tego wątku.

2. Czy miejsce i czas degustacji ma wpływ na ocenę wina? Chyba tak. Tak mi się wydaje. Podczas spotkania próbowaliśmy bordoskiego wina Bois de Roc, które piłem już wcześniej, choć moja butelka pochodziła z rocznika 2006, ta w sklepie zaś z 2007 roku. Cechą charakterystyczną degustowanego wina był specyficzny aromat, przywodzący na myśl pełną naturalnych zapachów stajenkę, które nie u każdego pozostawiają miłe wspomnienia. Byłem nieco zaskoczony, ponieważ wino z mojej butelki, wypite w domu, miało zupełnie inny bukiet i zupełnie inny smak. Może to właśnie wpływ miejsca, czasu, towarzystwa, nastroju? A może jednak samego wieku wina? Czy poszczególne roczniki mogą się różnić tak wyraźnie? Na naszym kontynencie jest to bardzo prawdopodobne. Peter Hellman z działu wina The Wall Street Journal twierdzi, że wina francuskie, czy europejskie w ogóle, są silnie uzależnione od pogody i że to właśnie ona (a nie działania rozleniwionych winiarzy) determinuje jakość win. Według niego rocznik 2007 był całkiem niezły, o niebo lepszy od 2006, ale w żaden sposób nie może równać się z rokiem 2005, wielce łaskawym dla europejskich winiarzy.

I cóż z tego, skoro mi przypadło do gustu właśnie to z rocznika 2006.

3. Po raz pierwszy kupiłem “Magazyn wino” - dwumiesięcznik poświęcony kulturze wina w Polsce. Wcześniej jakoś nie miałem okazji nawet go przejrzeć. Pismo jest ładnie wydawane, papier i format przypominają mi “Pozytyw”, który zniknął już dawno temu z rynku, a szkoda, bo był to najlepszy magazyn fotograficzny w Polsce. Mam nadzieję, że taki los nie spotka “Magazynu wino”. Byłoby szkoda. Na jego łamach (grudzień 2009) znalazłem garść informacji i opinii na temat twórcy wideobloga TV.WINELIBRARY.COM Gary’ego Veynerchuka. Okazało się, że osoby budzącej w redakcji pisma pewne kontrowersje, jeśli porównać teksty pani Ewy Wieleżyńskiej i pana Andrzej Daszkiewicza. W pamięci utkwił mi dość agresywny, w mojej opinii, artykuł pani Ewy na temat niecodziennych wyczynów Gary’ego. Z jednej strony konfrontacja tradycyjnej krytyki winiarskiej z nowoczesnym sposobem mówienia o winie, z drugiej zaś wyraźnie negatywna ocena samego człowieka. Oczywiście, widać gołym okiem niedostatki i błędy realizacyjne programu Veynerchuka, nerwowe, nieznośne drgania kamery, gdy tylko zdjęta zostanie ze statywu, amatorskie pseudo-studio telewizyjne, kiepskie światło itd. Można się zgodzić z twierdzeniem, że jego opisy win są monotonne, podobne do siebie i “pozbawione osobistej nuty”, można krytykować jego wystąpienia pod względem merytorycznym, ale pastwienie się nad ekspresyjną gestykulacją “jakby miał ADHD” czy nazywanie go pajacem wielbiącym futbol amerykański i stroniącym od książek wygląda na jakąś osobistą wojenkę w małym światku. Nie wiem, czy Gary jest rewolucjonistą, nie wiem czy jest w stanie rzeczywiście zmienić świat wina, ale trudno nie zauważyć ogromnej pasji i radości czerpanej z tego, co robi. Widać gołym okiem (no właśnie, widać), że wino go “kręci”, nawet “grzmoci”, a że przy okazji potrafi sprytnie zareklamować kilka butelek ze swojego sklepu, to już zupełnie inna sprawa. Sklep daje mu zarobić na chleb, show przynosi zaś rozgłos, może nawet sławę? Nie widzę w tym nic złego, to jego sposób na życie. Wideo nie zabiło kina, Internet nie uśmiercił prasy, jestem też pewien, że program Gary’ego nie unicestwi winiarskich krytyków “obgryzających nad kieliszkiem swój ołówek”. Pani Ewo, bez obaw!