Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Winneblogi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Winneblogi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 czerwca 2017

IV Zlot w kolorze różowym.

Winopisarze, winopijcy, winomaniacy itp.
IV zlot winnej blogosfery już dawno za nami, ale jeden temat po tym wydarzeniu zaprząta mi głowę i sprawia, że moje myśli o winie koncentrują się wokół... win różowych. Ci, którzy czytają ten blog regularnie (to znaczy na tyle regularnie, na ile regularnie pojawiają się nowe wpisy, czyli nieczęsto), znają mój lekceważący stosunek do win różowych. Bąbelki o tym kolorze mają jeszcze taryfę ulgową, ale wina spokojne próbowałem tylko wtedy, gdy otrzymałem je w prezencie od rodziny czy znajomych, albo kiedy przyjechały do mnie do testów od importera. Sam raczej omijałem je szerokim łukiem, a liczbę butelek, za które zapłaciłem z własnej kiesy mogę zliczyć na palcach jednej dłoni. A jednak teraz na sklepowych półkach mój wzrok przykuwają tylko wina różowe. Co ciekawe na zlocie nie było ani kropelki wina tego rodzaju, więc skąd w ogóle to zagadnienie? Otóż zastanawialiśmy się nad obecnymi i przyszłymi trendami, które będą wyłaniały hity sprzedaży i wyznaczały kierunki dla winnego pisarstwa.

Wojciech Bońkowski - szef Winicjatywy i organizator zlotu.
Tych trendów omówiliśmy kilka, ale tylko dwa z  nich wydały mi się istotne. Pierwszy to wina ze szczepów rzadko spotykanych na sklepowych półkach, po sobie widzę, że chętniej bym sięgał po butelki na etykietach których widnieją nieznane nazwy, niż powszechnie kojarzone merloty, cabernety i inne rieslingi. Asuretuli, ojaleshi, girgentin, lledoner pelut - takie wina otworzą mój portfel, o ile staną na sklepowych półkach.

Branża rozmawia o rynkowych trendach.
Drugim, jak się domyślacie, są wina różowe. Podobno we Francji ostatnio wina różowe sprzedają się w ilościach większych niż wina białe. I chyba właśnie ta informacja sprawiła, że postanowiłem winom różowym dać szansę, w końcu wszystkie nasze strachy i fobie wynikają z przesądów i niewiedzy. Zrobię rozpoznanie bojem i przekonam się czy jest się czego bać. A może znajdę w nich towarzyszy leniwego wypoczynku na tarasie? Dziś nie będę koncentrował się na opisie konkretnych win, na to jeszcze za wcześnie, ale zamieszczam zdjęcia tych etykiet, które miałem okazję wypić już po zlocie. Powiem tylko, że każde z nich miało wyraźnie różny charakter.





IV zlot winnej blogosfery muszę uznać za przełomowy dla mnie i mojego rozwoju jako winomaniaka. Może polubię wina różowe, a może dalej nie będę ich głośnym orędownikiem, ale z pewnością swoje zdanie będę od teraz mógł oprzeć na doświadczeniu.

niedziela, 25 stycznia 2015

Znakomite wina z Barossy.

Spotkaliśmy się ostatnio w warszawskiej Winosferze w grupce działającej pod szyldem „Winne blogi” by zdegustować kilka win z południowo-wschodniej Australii. Każdy z nas przyniósł po dwa wina i zaczęła się nasza zabawa. Zabawa zabawą, ale zawsze w takim przypadku występuje, jawnie lub nieco skrywany, element konkurencji. Jak wypadnie moje wino? Będzie lepsze od wina sąsiada? A może będzie najlepsze ze wszystkich? Jeśli najlepsze nie będzie to wmawiamy sobie, że to jedynie zabawa. Jeśli zaś wygra, wtedy z pewnością okażemy dumę i podkreślimy swoje zwycięstwo.

Robert (winiacz.com), Mariusz (pisanewinem.pl) i Tomasz (tomaszkoleckimajewicz.pl)
foto: Olaf Kuziemka/powinowaci.pl
Mogłem poczuć dumę. Przyniosłem ze sobą dwa wina (riesling i shiraz, ale dziś skupię się na tym drugim) od uznanego producenta z Barossy Petera Lehmanna. Peter nie tak dawno zmarł, firma należąca ostatnio do Hess Familly przeszła w całości w ręce Casella Family Brands, właściciela Yellow Tail. Jak będzie wyglądać przyszłość producenta to się okaże, w każdym razie wina, które przyniosłem, powstały jeszcze za życia Petera, choć nie on czuwał nad nimi osobiście, a Andrew Wigan. Wigan pracował wcześniej z Lehmannem dla innego uznanego producenta z Barossy - Saltram. W 1979 roku Lehmann poszedł na swoje, a wraz z nim kilku współpracowników. Wigan od samego początku aż do teraz pełni funkcję głównego winemakera. Jeśli nowy właściciel go zatrzyma i da taką swobodę, jaką zapewniał Peter Lehmann, to o wina nie ma się co martwić. Czas pokaże jak będzie.

foto: Olaf Kuziemka/powinowaci.pl
Futures Shiraz z 2009 okazał się jednym z najlepszych win tej degustacji. Aksamitne, gładkie, pełne owocu, ze świetnymi taninami i kwasowością, która sprawia, że wino w ustach żyje.

Drugie wino, które wprawiło nas w zachwyt, przyniósł Tomek Kolecki-Majewicz. Był to Jacob’s Creek, ale na pewno nie ten, jaki znacie z półek w sklepach w Polsce. To Centenary Hill Shiraz, również z rocznika 2009.

foto: Olaf Kuziemka/powinowaci.pl
Mega owoc ze sporą dawką nut pikantnych, z pięknie zaokrąglonymi taninami i delikatnym muśnięciem beczki. Dla Tomka było to wino wieczoru, dla mnie mój shiraz od Lehmanna, ale nie pobiliśmy się o swoje racje. Przewagą mojego wina było to, że jest ono dostępne w Polsce dzięki Winestory (89 zł), natomiast Jacob’s Creek (Pernod Ricard) nie zdecydował się wprowadzić Centenary Hill Shiraz (przynajmniej na razie) do sprzedaży w Polsce, ale gdyby tak się stało, cena byłaby bliska poziomu 200 zł.

Zachęcam do przeczytania innych wpisów dotyczących win z Australii.