wtorek, 18 stycznia 2011

To nie była Bunga Bunga.

Ten pierwszy raz nie zawsze musi skończyć się sukcesem...

Ten pierwszy raz nie był sukcesem.

Musiało upłynąć trochę czasu, żebym mógł zapomnieć smak klęski, przemóc się, spróbować jeszcze raz. Trochę? Cały rok! Dwanaście długich miesięcy.

Nie wszystkie są łatwe, o nie... Ale to dobrze, bo choć dostałem w pysk, to czuję przed nią respekt, szanuję ją i nie czuję żalu. Czekałem długo, nie byłem cierpliwy i wtedy, gdy się nagle pojawiła chciałem to zrobić szybko. Teraz już wiem, że zbyt szybko.

Ten rok nauczył mnie cierpliwości i chociaż w tym czasie nie byłem samotnikiem, miałem kilka romansów, czy niewinnych znajomości, to wciąż myślałem o niej. I nagle, ni stąd, ni zowąd pojawiła się, nie miała pretensji, oddała się w moje ręce. Postanowiłem spróbować jeszcze raz, choć teraz wydawała mi się już nieco inna, już nie tak oczekiwana, choć nadal interesująca.

Nie jest to, drogi czytelniku, pikantna historyjka erotyczna, ale przygoda z pewną butelką wina, o której wspomniałem TU. Mowa o "Ticket to Chile", wina wyprodukowanego (w tym przypadku) ze szczepów syrah/shiraz i cabernet sauvignon. Nieprzypadkowo piszę syrah/shiraz, bo choć zasadniczo szczep jest ten sam, to na etykiecie butelki sprzed roku widnieje napis syrah, a na tej wypitej niedawno jest już shiraz. To zresztą nie jedyna różnica. Poprzednie wino miało 14% alkoholu, obecne 14,5%. Dla jasności obie butelki pochodziły z rocznika 2008.

Jeśli chodzi o wrażenia, to są podobne do tych sprzed roku. To znaczy znów dostałem w twarz, ale jeszcze chwilę sobie pogadaliśmy. Dałem jej odetchnąć, nabrać dystansu. Nie odzywałem się do niej przez godzinę. Dało jej to do myślenia, zrazu stała się milsza, gładsza w obejściu. Wieczór był całkiem miły.

To nie będzie moja miłość, ale kto wie, może spotkamy się za rok.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza