sobota, 30 marca 2013

CH x 2.

Dzięki uprzejmości Artura Marculi z Vinoteki 13 i Wojciecha Bońkowskiego z Winicjatywy miałem okazję uczestniczyć w degustacji chablis z Domaine Jean Collet & Fils oraz szampanów Rene Geoffroy. Będzie to relacja z gatunku obrazkowych, ponieważ nie jestem znawcą tego typu win, wypiłem ich w swoim życiu niewiele. Szampany są drogie, bardzo drogie i nieprzyzwoicie drogie, więc win musujących szukam raczej wśród hiszpańskich cav, a jeśli już ma być Francja, to raczej cremant. Chablis, jeśli jest stosunkowo tanie, to zazwyczaj podłe, a jeśli jest naprawdę dobre, to wzorem szampana potrafi skutecznie wydrenować kieszeń (tą z portfelem). Z finansowych względów nie są to dla mnie wina pierwszego wyboru, dlatego bezczelnością byłoby mędrkowanie na ich temat. Obrazki muszą Wam wystarczyć.

Drużyna chablis. Ogólnie rzecz biorąc żyletkowa kwasowość i niuanse aromatyczne zarezerwowane dla super wyczulonych nosów. Do ryby będzie świetne petit chablis (najtańsze w stawce, "jedynie" 65 zł). To najbardziej wyraziste - Chablis Grand Cru Valmur 2009 kosztuje już 215, zł ale nie wymaga "zagrychy" - jest najbardziej bogate, pełne... jakieś. Mając do wydania tylko stówkę dałbym jeszcze szansę Chablis Premier Cru Vaillons 2010 (89 zł). Zwykłe Chablis 2011 kosztuje niewiele mniej (75 zł), niż Vaillons, więc nie warto, a oferuje niewiele więcej niż petit chablis, więc tym bardziej nie warto.   

Artur Marcula mówi, Andrzej Daszkiewicz słucha, ale swoje wie. Domaine Collet nie jest dla niego nowością.

Michał Misior, czyli Wine Mike wtyka nos... i też swoje wie.

Od 129 zł za nierocznikowane Expression do 365 zł za Millesime 2002. And now, everybody, count  your money! To najdroższe (poza dziwacznym nosem, w ustach bardzo fajne) podobno najlepsze ma już za sobą, więc dostaliśmy...

... rocznik 2004. Świeższy, ale o innym składzie. 2002 to 60% pinot noir, 35% chardonnay, 5% pinot muenier,  natomiast 2004 to 71% chardonnay i 29% pinot noir. Skład różny, ale charakter wina (jak na mój gust) zaskakująco podobny, tyle że 2004 zdecydowanie świeższy.

Vinoteka 13 to nie tylko wina, ale też wspaniałe sery. Na zakończenie mogliśmy spróbować nowości w ofercie i powiadam Wam: "warto!". Szczególnie z konfiturą z cebuli. Drużyna degustatorów obowiązkowo wyposażona w okulary. 

Wino nie zawsze na kieliszki, sery zawsze na kawałki. Jak duży będzie ów kawałek zależy tylko od  Was. No może od tego, czy jesteście po wypłacie, czy jeszcze przed. Tak, czy owak, spróbujcie koniecznie!

piątek, 29 marca 2013

Jaume Serra Cava Chardonnay

Rozczarowało mnie to wino, choć jest wielce prawdopodobne, że po prostu nie umiem go docenić. Moje niezbyt subtelne podniebienie nie zostało oczarowane niuansami chardonnay, z którego zrobiona została ta cava. Wyrazista kwasowość i coś, co od biedy nazwać by można mineralnością (nie pytajcie co to znaczy), a co tak naprawdę przypomina nieco mdławy posmak lizanego w dzieciństwie krzemienia, nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Pata Negra od tego samego producenta mówi do mnie znacznie prostszym językiem. I bardzo dobrze.

 
Wino otrzymałem w prezencie od J. Garcia Carrion - właściciela marek Jaume Serra i Pata Negra.

środa, 27 marca 2013

Szary kolor.

Miałem okazję spróbować ostatnio kilka butelek pinot gris, zrobionych różnych w stylach i w oddalonych od siebie miejscach, wszak Nową Zelandię od Alzacji dzielą tysiące kilometrów, ale węgierska interpretacja tego szczepu - wino Figula z rocznika 2009 zrobiło na mnie szczególnie dobre wrażenie.

Nie epatowało słodyczą, nie krzyczało alkoholem, nie zwalało z nóg przesadnymi aromatami - swoim stonowaniem i elegancką skromnością wyciszało moje ciało i umysł od wyrazistego, ale trudnego dla mnie wina Napbor. Może właśnie dlatego zapadło mi w pamięci. Powiedzmy sobie szczerze - to nie jest artystyczna perełka, ale kawał porządnego rzemiosła. Nie wywołuje szczególnych uniesień, a jednak pije się łatwo i z coraz większą chęcią sięga po kolejny kieliszek. Lubię takie wina, bo pozwalają szybko się zrelaksować, nie trzeba o nich rozmyślać, doszukiwać się się w nich ukrytej prawdy - wystarczy pić i pozwolić odpłynąć stresom i bolączkom szarej (gris?) rzeczywistości.

Wino otrzymałem do degustacji od importera Interwin Sp. z o.o. Serdecznie dziękuję!

wtorek, 19 marca 2013

Winne Wtorki #47.

W dzisiejszej edycji Winnych Wtorków na tapetę bierzemy wina z węgierskiego Egeru i niekoniecznie musi to być Egri Bikaver. Wspominałem Wam kiedyś, że mój pierwszy, szerszy kontakt z winami węgierskimi miał miejsce podczas Grand Prix Magazynu Wino - jak pamiętacie gośćmi specjalnymi byli wtedy winiarze z Egeru.

Pisałem wówczas tak: "Fajnym winem był [...] Egri Csillag 2011 od Thummerera. Taki biały Egri Bikaver - kupaż kilku białych odmian. Świeże, aromatyczne wino (przeważają nuty kwiatowe), bardzo przyjemne w piciu. Te białe wina sprawiły, że mam ochotę bliżej poznać winiarstwo węgierskie."

I staram się poznawać. Dzięki firmie Interwin dziś mogę cieszyć się butelką o nazwie "Napbor", pochodzącą z winnicy St. Andrea.


Napisałem "cieszyć się", choć nie jest to radość bezgraniczna. Ale o tym za chwilę. Ze szczegółów technicznych należy odnotować skład tego niezwykłego kupażu, na który składają się następujące szczepy: olaszrizling, harslevelu, pinot blanc, chardonnay, sauvignon blanc, rajni rizling i leanyka. Jaki jest ich udział w całości pozostaje dla mnie zagadką, na stronie internetowej producenta najświeższym rocznikiem wina "Napbor" jest 2009, a moje pochodzi z 2011. W zasadzie mógłbym napisać o tym winie to samo, co o produkcie Thummerera, ale prawdę mówiąc 14% alkoholu, który wychodził z każdej strony i nijak nie dawał się ujarzmić, psuło ogólne, dość pozytywne wrażenie i zabijało przyjemność picia tego wina. Najprawdopodobniej znacznie lepiej wypadłoby z jakimś konkretnym jedzeniem. Ja podjadałem różne rzeczy i za każdym razem wino pokazywało inne oblicze. To było nawet ciekawe, bo miałem wrażenie, że piję różne wina. Jednak nadmiar alkoholu za każdym razem dawał o sobie znać i to już takie fajne nie było. Być może miłośnicy procentów będą zadowoleni, ja wolę wina lżejsze, mniej męczące. Niemniej jednak warto spróbować - nie ma nic bardziej cennego niż własne doświadczenia.

Wino otrzymałem do degustacji od importera Interwin Sp. z o.o. Serdecznie dziękuję!

------------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #46 na podniebieniach innych blogerów:
------------------------------------------------------------------
Blurpp
Pora na wino
------------------------------------------------------------------

sobota, 16 marca 2013

Austria w Warszawie.

Austriacy przywieźli wina do Warszawy i bardzo się z tego powodu ucieszyłem, bo szeroka degustacja win z tego uznanego, choć mam wrażenie nie dość docenianego, regionu winiarskiego idealnie wpisuje się w moje noworoczne postanowienie. Win było naprawdę sporo, czasu znacznie mniej, na szczęście miałem wsparcie w moich kolegach, dzięki którym mogłem uderzać punktowo zdobywając maksimum punktów i niesamowitych wrażeń.


Zacznę od małej (a może sporej) wpadki z mojej strony. Chodzi o stanowiska Interwin, na których prezentowane były wina Markusa Hubera i Franza Weningera. To spore niedopatrzenie z mojej strony, bo miałem już okazję pić zachwycające wina tych producentów, ale pominięcie szerokiej prezentacji asortymentu uznanych winiarzy było takim błędem, że do tej pory nie mogę się z tego otrząsnąć. Na szczęście będzie to dla mnie silną motywacją do wysupłania pieniędzy na kilka butelek - dobrze, że można je dostać w Polsce.


Wrażenie robiły butelki z winiarni Schloss Gobelsburg. Limonkowa, ostra kwasowość jest wyróżnikiem tych win, ale zapewnia im też długowieczność. Oprócz win z najnowszych roczników, miałem okazję spróbować bardziej dojrzalszych rieslingów. Gaisberg z rocznika 2006 zachwycał nosem i cudownymi ustami, podobnie jak Heiligenstein z 2007 roku. Klarowny dowód na to, jak fantastycznie potrafią zmieniać się w czasie rieslingi. Warto szarpnąć się na porządną butelkę i uzbroić się w cierpliwość.


Po raz drugi przekonałem się o tym na stanowisku winnicy Bründlmayer. "Lyra" z 2002 była zachwycająca. W tym wypadku też warto zainwestować pieniądze w młode wina i czekać, czekać, czekać... Albo sięgnąć głębiej do portfela i szukać bardziej dojrzałych roczników.


Guillaume Deliancourt - właściciel poznańskiej firmy DELiWINA - osobiście polewał wina z winnicy Johann Donabaum. Guillaume'a miałem okazję poznać jakiś czas temu w Warszawie podczas spontanicznej prezentacji win z jego portfolio i pamiętam, że wszystkie, co do joty, były bardzo dobre, niektóre wręcz doskonałe. Czuję, że mogę zaufać jego wyczuciu i wina Danabaum mnie w tym przekonaniu utwierdziły. Dobry wybór, choć tego dnia bardziej doceniałem rieslingi niż grüner veltlinery, ale to dotyczyło właściwie wszystkich wystawców. Guillaume - szykuj ofertę dla mnie, wszak w tym roku piję Austrię :)

Stolik obok prezentowały się wina Umathum. Blaufränkisch Joiser Kirschgarten był po prostu świetny jak na mój gust. No i oczywiście fantastyczne słodkie Auslese Cuvee (50% chardonnay, 50% scheurebe).


Jeśli jesteśmy przy słodkich to muszę także pochwalić wina Rudolfa Rabla (a w zasadzie Rudolfów - seniora i juniora), którego produkty zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Nie tylko słodkie, ale przede wszystkim podstawowe rieslingi i grüner veltlinery, a także pinot noir.


Chwilę spędziłem też przy winach importowanych przez Mielżyńskiego. Wina Wieninger i Heinrich są tymi, na które należy zwrócić uwagę - mi szczególnie przypadły do gustu chardonnay od Wieningera i blaufänkisch Heinricha. Ale pozostałe trzymały bardzo solidny poziom.

Bardzo się cieszę, że mogłem uczestniczyć w tej winiarskiej imprezie, bo dość szybko (choć też jednak wyrywkowo) mogłem zapoznać się z tym, co mają do zaoferowania winiarze z Austrii. A trzeba powiedzieć, że mają się czym chwalić i jestem przekonany, że po austriackie butelki będę sięgał częściej i chętniej niż do tej pory.  

piątek, 15 marca 2013

Śladem czarnej nogi.

Można by to napisać tak: "Pata Negra - pachnące jabłkami, lekko cytrusowe wino musujące z Hiszpanii dostępne w Biedronce za 14,99 zł" i byłby to do bólu uczciwy, wyczyszczony ze zbędnych ozdobników, opis prostej cavy dostępnej od niedawna w całej Polsce dzięki sklepom pomalowanym na charakterystyczny żółty kolor.


Jednak dla mnie musująca Pata Negra okazała się klamrą spinającą w całość kilka wydarzeń, o których dziś wam trochę opowiem. Wszystko zaczęło się w ostatnim dniu stycznia podczas prezentacji kilku etykiet, które za chwilę miały stanowić trzon rozpoczynającego się w sklepach Biedronki Festiwalu Win Hiszpańskich. Kto się trochę interesował wydarzeniami w polskim winnym światku, ten się zorientował, że oferta wywołała spory szum - nie tyle za sprawą samych win, a raczej tego, kto się o nich wypowiadał. Oberwało się blogerom-amatorom, oberwało się dziennikarzom-profesjonalistom i oberwało się też paru innym według powszechnie u nas obowiązującej zasady "kto nie z nami, ten przeciwko nam". Nie będę się teraz nad tym pastwił - szkoda słów. Ja wolę zasadę "żyj i daj żyć innym" przemieszaną we właściwych proporcjach z "róbta, co chceta". Tak jest naprawdę łatwiej. 

Impreza Biedronki. To tu się zaczęła przygoda.
Pierwszym winem, które podano obecnym była właśnie musująca Pata Negra. Średnio duże bąbelki żwawo zatańczyły na języku, pobudziły w mózgu jednostki odpowiedzialne za dobry nastrój, jednocześnie nie uruchomiając tych analitycznych. I dobrze, bo tkwiący w mej pamięci materiał porównawczy był niezbyt bogaty i dość marnej jakości. Wniosek był tylko jeden: doskonałe wino musujące na co dzień.  Nie przesadzam - spójrzcie na cenę!

Prezentacja reszty win przebiegła dość sprawnie i szybko, na ich temat napisano też już sporo, więc teraz ten wątek zgrabnie pominę, by przejść do punktu, który często bywa nazywany gwoździem programu. W tym wypadku było to losowanie wizytówek (dokładnie dziesięciu), których właściciele mogli wziąć udział w kilkudniowym wyjeździe do Hiszpanii, by tam, na miejscu, poznać historię sprzedawanych przez Biedronkę win i przyjrzeć się ich produkcji. Jedną z dziesięciu - zresztą ostatnią - była moja. Byłem lekko oszołomiony, głupawy uśmiech zastygł na mej twarzy. Pomogła odrobina wina - kieliszek musującej cavy wyrwał mnie z niespodziewanego letargu.

Niewiele ponad miesiąc później wylądowałem w Barcelonie, w okolicach której produkuje się miliony hektolitrów musującego dobrodziejstwa. W drugim dniu pobytu odwiedziliśmy winnicę Jaume Serra - oddaloną od stolicy Katalonii o jakieś 50 km (Vilanova i la Geltru). To właśnie tu produkowana jest... cava Pata Negra.

Wejście do winiarni. Mury liczą sobie kilka wieków.

Chwilę później przy oczku wodnym piliśmy cavę Jaume Serra, którą zagryzaliśmy szynką... Pata Negra :)

Znamy ją w wersji Brut (7g cukru/L), ale kto wie, czy do sprzedaży nie trafi któraś z kolejnych odmian: przyjemnie słodka Semi-seco (35g cukru/L), albo różowa Brut Rose (10g cukru/L). Oferta winnicy jest oczywiście dużo szersza. Na stronie internetowej znajdziecie informacje o innych winach tego producenta, nie tylko musujących, ale też i spokojnych.

Panie z pewnym zainteresowaniem patrzą w stronę...

... pijących panów okularników.
Sama winiarnia jest zakładem ultranowoczesnym, skomputeryzowanym, wiele procesów produkcji obsługują roboty. Dla mnie, absolwenta polibudy, obserwowanie automatycznych wózków widłowych czy będących w nieustannym ruchu ramion wszelkiej maści robotów było źródłem szczególnej fascynacji. Zwiedzający winiarnię mogli też zobaczyć tradycyjną, mozolną, ręczną, produkcję szampana i nietrudno sobie wyobrazić, że gdyby nie te nowoczesne metody produkcji i rozwój robotyki, to nawet podstawowa cava byłaby za droga, by móc raczyć się nią każdego dnia.






Wróćmy jednak do bohatera tej opowieści, bo po opuszczeniu Katalonii i wylądowaniu w kraju Basków Pata Negra nie przestała nam towarzyszyć. Wszystko za sprawą prezentu, jaki czekał na każdego uczestnika wyjazdu w pokoju hotelu Carlton w Bilbao. Przesyłka dotarła do nas za sprawą JGC, właściciela marek Jaume Serra i Pata Negra (i wielu, wielu innych - znacie soki albo sangrię Don Simon?) i zawierała dwie butelki.

 
Niespodzianki od J. García Carrión i nie tylko.




Jedną z nich była oczywiście dobrze już nam znana Pata Negra Brut, ale oprócz niej niezmiernie ciekawa butelka rocznikowej cavy (2008) zrobionej w stu procentach z chardonnay, co wcale nie jest takie częste. W każdym razie, ze względu na nieoczekiwany przyrost prezentów i dość ograniczoną pojemność mojej walizki, siłą rzeczy którąś butelkę trzeba było otworzyć. Rzecz jasna nie było sensu przez całą Europę wieźć butelki PN, którą mogę kupić w każdej Biedronce w Polsce. Wrażenia z pobytu w Bilbao (piękne miasto) utrwalałem zatem dobrze już znanym płynem.

W Bilbao nowoczesna architektura urzeka swą urodą.
Jak widać, że nawet zwyczajnej butelce mogą towarzyszyć spore emocje i właśnie te emocje w połączeniu z dobrym towarzystwem są w piciu wina najważniejsze. Przy kieliszku cavy z kija obejrzałem prezentację flamenco w Barcelonie, kieliszkiem cavy potoknęliśmy z TKM umęczone gardła w przyulicznym lokaliku w Bilbao. W obu przypadkach nie były to wielkie wina, a jednak niezapomniane. Całe szczęście, że Pata Negra jest winem, które równie dobrze smakuje zarówno w Hiszpanii, jak i w Polsce, co jest o tyle istotne, że bardzo często wina przywiezione w walizkach, czy bagażnikach samochodów nie zachwycają tak, jak robiły to na miejscu. W przypadku Pata Negry takiego problemu nie było, o czym mogłem się przekonać dość szybko, bo gdy po powrocie do domu otworzyłem lodówkę, w jej wnętrzu ujrzałem dwie butelki musującej cavy. Domyślacie się jakiej. Mądra żona wie jak zadbać o przedłużenie dobrego nastroju.

czwartek, 28 lutego 2013

Panel Barolo.

Dzięki Klubowi Miłośników Wina miałem przyjemność uczestniczyć w zeszłym tygodniu (21.02.2013) w mini panelu, w ramach którego organizatorzy i zaproszeni goście mogli zapoznać się z kilkoma butelkami słynnego piemonckiego wina - Barolo. Wkrótce na portalu nasze-wina.pl pojawi się obszerna relacja z tego wydarzenia, zaś u mnie możecie zobaczyć obrazkową relację ze spotkania, które odbyło się w Barze Cenzura przy ulicy Mysiej 3 w Warszawie.

Grzegorz Wajner

Michał Misior, Krzysztof Chełpiński i Bożena Skibicka

Agata Gebhardt i Hanna Stanisławska

Andrzej Różycki

Ewa Hutny i Mariusz Boguszewski

Znakomici bohaterowie wieczoru 

środa, 27 lutego 2013

Campos de Espana.

Przeglądacze-szperacze internetu interesujący się nieco winami zdążyli już zauważyć, że coś się dzieje. Na blogach (chwilowo) niewiele się pisze o winach z dyskontów, za to sporo o winach importowanych do Polski przez Wineonline, właściciela winiarskiej sieci sklepów Winestory. Wszystko przez akcję promocyjną importera i portalu DoTrzechDych.pl. Wineonline zaopatrzyło najaktywniejszych blogerów w zestawy win z serii Campos de Espana, a od dziś (do końca marca) w sklepach Winestory będzie obowiązywała promocja na butelki z tej serii. Jak się zapewne domyślacie ich cena na półce nie przekroczy magicznej bariery cenowej, czyli trzech dych złotych polskich.

Próżność winnych blogerów została mile połechtana  serią Campos de Espana.

Czym jest Campos de Espana? To projekt Roberta Huntera (od niemal trzydziestu lat mieszkającego w Hiszpanii), którego założeniem było spopularyzowanie hiszpańskich szczepów poprzez wina zrobione w optymalnych dla nich siedliskach. Przy okazji, ponieważ projekt ma charakter komercyjno-popularyzatorski, pomysłodawcy zależy na tym, by dostarczyć klientowi wina najwyższej jakości nie pozbawiając go przy okazji ostatnich zaskórniaków. Warto też wspomnieć, że wino CAMPOS DE LUZ GARNACHA zostało uhonorowane przez Magazyn Wino (w 2009 roku) brązowym medalem w kategorii win czerwonych do 30 zł. Obecnie tej kategorii już nie ma, podwyżka cen sprawiła, że organizatorzy Grand Prix podnieśli próg cenowy do 50 zł. W tym kontekście warto odnotować, że CAMPOS DE LUZ GARNACHA wciąż mieści się w pierwotnej klasie cenowej.

Robert Hunter prezentuje i wyjaśnia. Bardzo fajny człowiek.

W niektórych sklepach Winestory (m.in. przy KEN na Ursynowie, w pobliżu Metra Stokłosy) dość regularnie odbywają się otwarte degustacje win z portfolio importera, ale niezależnie od tematu spotkania, z półek ubywa w tym czasie najwięcej win Roberta Huntera. Ten niecny proceder ciągnie się już dobrych kilka lat i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić.

Jeśli już jesteśmy przy degustacjach, to właśnie wczoraj w rzeczonym sklepie gościł sam Robert Hunter i zgromadzeni goście mogli dowiedzieć się więcej o samym projekcie i winach powstałych w jego ramach. Robert z uczuciem i pasją opowiadał o Campos de Espana. Dało się zauważyć, że przedsięwzięcie jest jego oczkiem w głowie.

W ramach spotkania zapoznaliśmy się z pięcioma próbkami win.

Campos de Sueños Verdejo - fajne białe wino z apelacji D.O. Rueda, aromatyczne w nosie, świeże w ustach z lekko goryczkową końcówką. Piłem to wino wcześniej, podczas wakacji, dobrze schłodzone umilało czas na balkonie.

Campos de Luz Rosé  - jak nazwa wskazuje wino różowe w 100% wykonane ze szczepu garnacha, który obok tempranillo jest najbardziej znanym szczepem uprawionym w Hiszpanii. Przy mojej niechęci do win różowych tą butelkę uznaję za dość ciekawą. To wino najlepiej sprawdzi się latem jako dodatek do grillowanych mięs przygotowanych w czasie weekendowych wypadów za miasto. Jak nie macie działki (ja nie mam) zalany słońcem balkon i drobne przekąski (tapas) też będą odpowiednie dla Rosé. Apelacja D.O. Cariñena.

Campos de Luz Garnacha - to już klasyczne, czerwone wcielenie szczepu garnacha (też 100%). Jak mówi Robert Hunter jest to typowe wino do jedzenia, ale takie właśnie jest podejście Hiszpanów do jedzenia - wino jest elementem potrawy. Czerwona garnacha ze względu na fajną kwasowość i sporo tanin dobrze będzie pasować do lekkich dań mięsnych, ale z ciężkimi sosami może sobie nie poradzić. Apelacja D.O. Cariñena.

Większość klientów Winestory (70%) pija wina solo. Od Campos de Luz Garnacha w tym wypadku lepsze będzie Campos de Risca - monastrell i syrah (90%/10%) - to wino aromatyczne, gładkie w piciu. Poradzi sobie przy obiedzie, ale też może umilić czas przy oglądaniu telewizji czy lekturze książki. D.O. Jumilla.

Ostatnim winem, które piliśmy było Campos de Luz Reserva 2006 - 85% garnacha, 15% cabernet sauvignon. To już poważniejsze wino, niestety nie łapie się na promocję "dotrzechdych", kosztuje 55 zł (wczoraj 50 zł - warto bywać w Winestory). Wino przez 18 miesięcy dojrzewało w beczkach z dębu amerykańskiego, zostało zabutelkowane w grudniu 2008. Teraz mamy rok 2013 i wydaje się, że to najlepszy moment na picie tego wina. Bardzo zrównoważone, z (nie cierpię tego stwierdzenia) dobrze zintegrowaną beczką, gładkie w piciu. Dość powiedzieć, że przed wyjściem z degustacji zdecydowałem się na zakup właśnie tej butelki. Apelacja D.O. Cariñena.

Tego za trzy dychy nie kupicie, ale zaoszczędzić warto!

Nie jest to moje pierwsze wino z serii reserva. O winie z rocznika 2004 wspomniałem tu.

Wina z serii Campos de Espana otrzymałem od importera. Dziękuję! Wino Campos de Luz Reserva 2006 kupiłem w sklepie Winestory za 50 zł (regularna cena 55 zł).

niedziela, 24 lutego 2013

Galić Chardonnay 2011.

Nie miałem do tej pory wielkiego szczęścia do win chorwackich, ale też i nie kończyły one w zlewie, więc jakoś szczególnie źle też  nie było. Wczoraj nawet miałem wrażenie, że było całkiem nieźle. Przynajmniej na początku.


Wszystko za sprawą chardonnay z rocznika 2011 wyprodukowanego w rodzinnej winiarni Galić. Rodzina ta przez wiele pokoleń produkowała wina na potrzeby własne i najbliższych, ale niejaki Josip Galić postanowił przekształcić manufakturę w wytwórnię działającą na nieco większą skalę. Winogrona do produkcji win pochodzą z własnych upraw. Jak wyszło im chardonnay?

Wino otworzyłem do pieczonego kurczaka z ryżem i grillowanymi warzywami i w tym zestawieniu sprawdziło się ono znakomicie. Owoc jabłka i moreli został co prawda zdominowany przez odbeczkowe aromaty wanilii i masła, ale do naszej potrawy bardzo dobrze pasowało. Niestety, gdy dopijałem drugą część wina po obiedzie, nie robiło już tak dobrego wrażenia, zaczęło być po prostu nudne i nijakie. Jeśli zatem trafi w wasze ręce butelka od Galicia, to pamiętajcie o upieczeniu kurczaka. Solo może być takie sobie.

Wino do degustacji otrzymałem z Domu Wina w Krakowie. Dziękuję!

czwartek, 21 lutego 2013

Sauvignon Blanc z Chorwacji.

Nie ukrywam, że należę do klubu tych, co bardziej wolą sauvignon blanc niż chardonnay. Ucieszyłem się więc, gdy w paczce z winami chorwackimi znalazło się to wykonane z SB.


W nosie typowe aromaty trawiasto-pokrzywowe, wino bardzo charakterystyczne, a przy okazji pozbawione wady (dla niektórych zalety) "kocich siuśków". W ustach sporo słodyczy, co mnie nieco zdziwiło, do tej pory piłem raczej rześkie i ultrawytrawne interpretacje tego szczepu. Nie wiem, czy to kwestia cukru resztkowego, być może wrażenie to potęgowane jest przez masakryczną ilość alkoholu (15%), ale wino robi wrażenie półsłodkiego  Jeśli dodać do tego efekt szybkiego "uderzenia" do głowy, to można założyć ze wino będzie się większości naszego społeczeństwa podobało. Ja jednak, wraz z wiekiem doceniam winna lekkie, niskoalkoholowe. Może to się wydawać dziwne, ale nie cierpię upijać się winem. Niestety, w dobie globalnego ocieplenia mogę mieć z tym nie lada problem.

Wino do degustacji otrzymałem z Domu Wina w Krakowie. Dziękuję!

wtorek, 19 lutego 2013

Grüner Veltliner.

Przeglądałem zdjęcia z kilku, kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu miesięcy wstecz i natknąłem się na zdjęcie grüner veltlinera. Wino wyprodukował niejaki JOHANN MÜLLNER i jak się okazuje udało mi się opisać je wcześniej na blogu w ramach Winnych Wtorków.


Recenzja nie była chyba jednoznaczna, może nienajlepsza, ale i ja też wówczas nie byłem najlepszy jeśli chodzi o winne doświadczenie. Dziś jest tylko nieznacznie lepiej, ale popijając właśnie wino z tego szczepu, pomyślałem, że chętnie spróbowałbym tego wina jeszcze raz, żeby zweryfikować swoje odczucia. Niestety Wineonline już jakiś czas temu przestało je importować, więc z pomysłu nici. No chyba, że je gdzieś widzieliście? Jeśli tak, proszę o sygnał.


Dziś piję wino Marcusa Hubera - Grüner Veltliner "Obere Steigen" z rocznika 2010 i... jest to wino zupełnie inne od tego, które wyszło spod ręki Müllnera. Jest niezwykle aromatyczne, kwiatowe. W ustach ściera się dość spora kwasowość z niemałym cukrem resztkowym, ale to walka bardzo równa, a przez to emocjonująca, wciągająca. W dodatku wino pełne jest wigoru, lekko musuje na języku, najzwyczajniej w świecie cieszy. 12,5% alkoholu, sporo ciała i niezła koncentracja. Konkretne wino.

Etykieta Müllnera jest doskonała, śliczna, Huber na tym polu wiele do gadania nie ma. No, ale zawartość butelki do zupełnie inna historia. Wino Marcusa jest zdecydowanie lepsze. Wygląda na to, że będę musiał bliżej przyjrzeć się  jego portfolio. Przy czym "musiał" nie oznacza przymusu, lecz wewnętrzną potrzebę.

Wino otrzymałem do degustacji od importera Interwin Sp. z o.o. Serdecznie dziękuję!

niedziela, 17 lutego 2013

Hity Parkera?

Przeglądając zawartość biedronkowej skrzynki natknąłem się na butelkę, na szyjce której wielkimi bukwami wydrukowano "89", czyli liczbę punktów przyznaną przez redakcję The Wine Advocate Roberta Parkera. Z czymś mi się to kojarzyło i postanowiłem zajrzeć do swojego składziku i znalazłem butelkę podobnie oznaczoną, przy czym liczba na szyjce przedstawiała wartość o jeden punkt wyższą.


Przyjrzałem się etykietom i okazało się, że wina pochodzą z tej samej apelacji (DO Carinena). Co więcej zostały wyprodukowane w tej samej wytwórni, czyli Grandes Vinos y Vinedos.

Wino z Biedronki - Monasterio de las Vinas jest (wg kontretykiety) kupażem czterech szczepów: garnacha, tempranillo, carinena i cabernet sauvignon. Natomiast wg informacji zawartych na stronie producenta jego skład to: garnacha 70%, tempranillo 20% i syrah 10%. I tej wersji się trzymajmy :) Crianza z rocznika 2008 dojrzewała przez 6 miesięcy w beczkach. Odsyłam do strony producenta, tam znajdziecie sporo technicznych informacji. Mnie to aż tak nie interesuję, wolę skupić się na smaku. A ten, niestety, nie porywa, w każdym razie nie od razu. Owoc (głównie wiśnia i suszona śliwka) jest niezbyt intensywny, taniny nieco suche, kredowe. Z czasem, zwłaszcza po napowietrzeniu w karafce robi się ciekawiej, więc wino bardziej dla cierpliwych niż narwanych pistoletów. Kwasowość predysponuje to wino do jakiegoś mięsnego jedzenia.


Beso de Vino jest o rok młodsze, pochodzi z rocznika 2009 i jest kombinacją dwóch szczepów: syrah (85%) i garnacha (15%). W beczce dojrzewało 3 miesiące. Wino jest bardziej aromatyczne niż Monasterio, uwodzi ładnym nosem kojarzącym się z... porto. W ustach sporo owocu (słodka czereśnia) i nuty waniliowo-kawowe. To wino kusi swymi zapachami, a usta wcale nie rozczarowują. Nie ma w nim specjalnej głębi, ale może się podobać, bo to wino towarzyskie, zabawowe. Cytat  z etykiety: "Beso de Vino 'Kiss of Wine', the Spanish Temptation in a bottle. Fall in love. Have Fun." I wszystko jasne.

-----------------------------------------------------------------------
Monasterio de las Vinas, Crianza 2008
alk. 13%
Biedronka - 16,99 zł
-----------------------------------------------------------------------
Beso de Vino, Seleccion 2009
alk. 13,5%
La Passion du Vin - 49,00 zł
-----------------------------------------------------------------------

Monasterio de las Vinas otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska. Beso de Vino otrzymałem od kumpla w prezencie. Dziękuję! 

piątek, 15 lutego 2013

Różowy kicz na Walentynki.


Przy swojej niechęci do różowych zabierałem się do otwarcia wina Veralda jak pies do jeża. No, nie przepadam za różowymi winami i już. Widocznie nie trafiłem jeszcze na dobrą butelkę. Różowa Veralda, którą otrzymałem z krakowskiego Domu Wina zrobiona została ze szczepu refošk na półsłodką modłę. Owszem dość aromatyczne (dla mnie to zawsze plus), ale w ustach mocno landrynkowe, słodkawe, choć i kwasu trochę też było. I tylko ta kwasowość w połączeniu z ledwo wyczuwalnym musowaniem jakoś ratowała to wino, ale ochów i achów w tym przypadku nie będzie - typowo balkonowo-tarasowe wino, które w upalny dzień może nieco ulżyć, pod warunkiem, że będzie dobrze schłodzone. Kolejne wino, które nie jest w stanie mnie niczym ująć. Jeśli znacie jakieś dobre różowe wino to mi je polećcie, bo moje wybory do najszczęśliwszych nie należały.

Wino do degustacji otrzymałem z Domu Wina w Krakowie. Dziękuję!

środa, 13 lutego 2013

Zmiana kursu.

Wśród chorwackich win, które trafiły do mnie za sprawą krakowskiego Domu Wina, była butelka pochodząca ze spółdzielni rolniczej Svirče, mieszczącej się na wyspie Hvar. Nie jest to wino zupełnie mi obce, pierwszą w moim życiu butelką chorwackiego wina był właśnie Plavac Hvar od tego producenta, tyle że z rocznika 2008. Wino było bardzo ciekawe, niezbyt łatwe w piciu, przypominało mi libańskie wino Massaya Silver Selection.


Byłem totalnie zaskoczony tym, jak butelka z rocznika 2010 różniła się od tej z 2008. Tym razem było to proste owocowe wino, bardzo lekkie (alkohol poniżej 12%), charakteryzujące się dość niską kwasowością i herbacianymi taninami. Z felietonu Jancis Robinson opublikowanym w najnowszym numerze Czasu Wina wyczytałem, że panuje teraz taki trend by winna były lekkie i nienapakowane i że taką rewolucję rozpoczęli... Australijczycy. Być może Chorwaci z Hvar podążają ich tropem. Kto wie, może to właśnie oni wyznaczają nowe kierunki w winiarstwie.

Wino do degustacji otrzymałem z Domu Wina w Krakowie.

wtorek, 12 lutego 2013

Cabernet Franc.

Do tej pory wypiłem (świadomie) chyba tylko 3 wina zrobione ze szczepu cabernet franc, każde z innej strony świata. OOPS pochodziło z Chile (85% cabernet franc i 15% carmenere), Les Pouches z Doliny Loary (100% cabernet franc), a ostatnie przeze mnie wypite Ironstone - z Kalifornii (95% cabernet franc, 5% merlot).


Od sasa do lasa, zdawałoby się, że wina będą bardzo różne od siebie, bo i skład nieco inny, i miejsca uprawy mocno od siebie oddalone. Ale muszę przyznać, że te wina zapamiętałem jako dość podobne do siebie. Miały gęstą, aksamitną fakturę, dominowały w nich porzeczkowe nuty (raz więcej czerwonych, innym razem czarnych). Ich nieco mroczny charakter dobrze pasowałyby do niektórych opowiadań Edgara Alana Poe. Do "Beczki Amontillada" nie - wiadomo dlaczego, ale do "Zagłady domu Usherów" jak najbardziej. I wino, i opowiadanie, wywołują sporo emocji. Jeśli jesteście gotowi na tak dużą ich dawkę, to spróbujcie w tej właśnie kombinacji. 
--------------------------------------------------------------
Ironstone Cabernet Franc 2010
95% cabernet franc, 5% merlot
13,5% alk.
importer: Dom Wina
--------------------------------------------------------------

Wino kupiłem za własne, ciężko zarobione pieniądze.