czwartek, 29 marca 2012

Winni rycerze.

Wypad na północ Polski nie był udany jeśli patrzeć na wyjazd pod kątem zdegustowanego wina. Oprócz opisanego w poprzednim poście rieslinga (całkiem przyzwoitego) z Biedronki miałem okazję wypić w Elblągu jeszcze dwa wina z dyskontowej oferty. Pierwszym z nich było Barocco Prosecco - musujące wino, nad którym nie ma się co rozwodzić, można wypić z przyjemnością i nie żałować wydanych pieniędzy. Natomiast portugalska Quadrifolia okazała się totalną porażką. Płaskie, nudne wino, które - owszem - można wypić do obiadu zamiast tradycyjnego kompotu, ale w tej roli doskonale poradziłoby sobie wino za 10 zł. Niemal dwie dychy wydane na wino z regionu Duoro okazało się nad wyraz kiepską inwestycją. Co prawda płaciła żona, ale jednak...



Na tym tle Chevaliers d' Aymon - tani medoc z Leclerca - to wino niemal wybitne. Oczywiście trochę przesadzam, ale to wino, choć w zapachu neutralne jak woda, w ustach urzeka owocami porzeczki, sporo w nim kwasu, jest też odrobina wanilii. Może nic specjalnego, ale za 22 zł można kupić naprawdę zacne wino - mocarnego francuskiego rycerza, który bez wysiłku pozbawia życia portugalską Quadrifolię, włoskie Barocco i niemiecką Villę Sittmann. Jednym cięciem... 

-----------------------------------------------
Chevaliers d' Aymon
Medoc AOC, 2008
Alk. 12%
Leclerc (Ursynów) - 21,99 zl (24.01.2012)
-----------------------------------------------

sobota, 24 marca 2012

Szkoła przetrwania.

Trochę chyba przesadziłem z tym tytułem. W końcu nie trafiłem na bezludną i 'bezwinną' wyspę, tylko do Elbląga - królestwa Biedronek. Ostatnio co prawda "odpuściłem" sobie winną eksplorację dyskontowej oferty - nie porywa mnie już tak, jak kiedyś, ale w Elblągu czuję się usprawiedliwiony.



Z ostatnich nowości należy odnotować mozelskiego rieslinga - Villa Sittmann - wino na pewno nie rewelacyjne, ale zważywszy cenę - naprawdę pijalne. Dość rześkie, świeże, jeszcze leciutko musujące, ze sporą ilością cukru resztkowego, ale równoważonego wyraźnie zaznaczoną kwasowością. Kontretykieta wspomina o aromatach jabłka, limonki i moreli, ale dla mnie była to swojska dojrzała renkloda - taki słodko-kwaśny smak.

Wino zaliczam do kategorii balkonowej - pić mocno schłodzone w promieniach słońca :)

-------------------------------------------------------------
Villa Sittmann
Riesling
Rocznik 2011
alk. 10%
Biedronka - 17,99 (zakup własny, ale płaciła żona)
-------------------------------------------------------------

środa, 21 marca 2012

Pierwsza Chorwacja.

Trzeba uczciwie powiedzieć, że to był strzał w ciemno. Po zorganizowanej przez Winestory degustacji win z hiszpańskiego regionu Rioja nie mogłem zdecydować się na żadne z prezentowanych win, a prawdę mówiąc, w ogóle nie mogłem się zdecydować na żadne wino. Kręciłem się między półkami, aż w końcu stwierdziłem, że wezmę wino z Chorwacji, takie nienajdroższe, ale i nienajtańsze, powiedzmy - w sam raz. Prosta etykieta, nieco tajemnicze napisy, których znaczenie miałem rozszyfrować na spokojnie, w domu.



Wybrałem wino o nazwie Plavac Hvar - Plavac to nazwa szczepu, Hvar natomiast jest nazwą chorwackiej wyspy. Wino miało bardzo ładny, intensywnie rubinowy kolor, sam widok zachęcał do dalszego flirtu. W nosie tak ładnie już nie było. Wcale nie było ładnie. Coś w rodzaju stajni urządzonej w budynku po zakładzie wulkanizacyjnym, w którym tu i ówdzie zalegają sterty starych opon. Kiedyś pewnie bym wpadł w panikę, może nawet wylał wino do zlewu, ale nauczony doświadczeniem wyciągnąłem karafkę i do niej przelałem zawartość butelki. Próbkę wina nalałem sobie do kieliszka, reszcie dałem odpocząć. Smak wina w kieliszku był całkiem niezły. Dość mocne garbniki, sporo kwasu, nieco owocu. Coś mi to przypominało, coś mi w głowie świtało, ale zająłem się czymś innym i przez parę ładnych chwil nie myślałem o chorwackim trunku.

Nagle przyszło olśnienie! Toż to wino, choć zrobione z zupełnie innego szczepu i w zupełnie innym miejscu, jako żywo przypominało mi libańską Massayę w swym najbardziej hardcorowym wydaniu Silver Selection. Po godzinie (a może i dwóch) wino miało już zupełnie inne oblicze. Owszem, nadal zalatywało gumą, ale już nie tak okrutnie jak na początku, natomiast i w nosie, i w ustach zaczęły dominować czerwone owoce, których wcześniej niemal nie wyczuwałem.

Ciekaw jestem jak wypadłoby bezpośrednie porównanie tych dwóch win. Wiadomo, pamięć jest niedoskonała, pozostają w niej jedynie mgliste wspomnienia, notatki mogą być zbyt mało dokładne. To, co z oddali wydaje się podobne, z bliska może różnić się ewidentnie. A co jeśli mam rację? Może Plavac Hvar jest taką winiarską Dosią - jeśli smakuje niemal tak samo jak Massaya Silver Selection, to po co przepłacać?

-----------------------------------------
Plavac Hvar 2008
Szczep: Plavac Mali
alk. 12,4%
Winestory - 42 zł (zakup własny)
-----------------------------------------

wtorek, 20 marca 2012

Winne Wtorki #24

Witamy na pokładzie nowego - przepraszam za wyrażenie - członka projektu Winne Wtorki. Jest nim Jakub Małecki, autor bloga WINE TASTING PL. Kuba w swym debiucie zaproponował wina z hiszpańskiej apelacji Toro, co przyjąłem z zadowoleniem, bo zdaje się, że żadnej flaszki z tego regionu nie piłem, albo piłem i nic nie pamiętam. Na poszukiwania wina wyruszyłem z pewnym wyprzedzeniem, bo:

1) zdarzają się propozycje "nietypowe" i bywają problemy ze znalezieniem produktu spełniającego kryteria wyboru (co ja piszę?!)
2) zdarzają się sytuacje niespodziewane czy losowe, które utrudniają lub zupełnie uniemożliwiają wypicie pracy domowej na zadany temat.

Hiszpańska apelacja dopuszcza stosowanie dwóch rodzajów gron czerwonych oraz dwóch rodzajów gron białych. Odmiany czerwone to Tinta de Toro (czyli Tempranillo) oraz Garnacha (inna nazwa: Tinto Aragonés), natomiast białe to Verdejo i Malvasía.

Ja zdecydowałem się na wino białe, więc może jeszcze kilka słów na temat wymagań apelacji odnośnie białych odmian. W przypadku wykorzystania szczepu Malvasia jego udział w kupażu musi stanowić przynajmniej 85%, reszta to Verdejo. Jeśli natomiast do produkcji nie stosuje się Malvasii, to mamy do czynienia z czystym, stuprocentowym Verdejo.



Wino, które kupiłem w gocławskiej Almie (dostępne jest również w Winkolekcji), to właśnie czyste verdejo. Castillo de Monte la Reina ma bardzo jasny bladożółty kolor, jest niemal przezroczyste. W nosie świeże, czyste, kwiatowo-mineralne. W smaku przypomina żółte owoce cytrusowe przełamane trawiastą nutą (jak sauvignon blanc, choć nie jest tak wyraziste), pozostawiając w ustach lekko gorzki, grejpfrutowy posmak. Alkohol dobrze wtopiony, niemal niewyczuwalny. Wrażenie świeżości podkreślają drobniuteńkie, ledwo wyczuwalne (ale jednak) bąbelki.

-------------------------------------------------------------------
Castillo de Monte la Reina 2010
100% verdejo
alk. 13,5%
Alma - 44, 90 zł (zakup własny)
-------------------------------------------------------------------

Czas na małe podsumowanie. Castillo de Monte la Reina to wino fajne i przyjemne w piciu, ale nie powala jakąś szczególną oryginalnością. Białe, świeże wino rozpoczęło u mnie sezon wiosenno-letni, zwany balkonowym :) i ma za to sporego plusa. Ceny u europejskich dystrybutorów (patrz Winesearcher) podobne do naszych, więc nie ma co narzekać, ale mam wrażenie, że mając do dyspozycji 50 zł można dokonać lepszego wyboru. Win o podobnym charakterze znajdziemy w Polsce mnóstwo, połowa tej kwoty w zupełności powinna na nie wystarczyć. Jeśli jednak ktoś wpadnie do mnie z flaszką hiszpańskiego verdejo, na pewno nie zostanie wyproszony :)

-------------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #24 na podniebieniach innych blogerów
-------------------------------------------------------------------
Bordowe
Nie zawsze wina
Sstarwines
Winne Przygody
Winniczek
Czerwone czy białe?
WINE TASTING PL
------------------------------------------------------------------- 

sobota, 10 marca 2012

Chilean Wine Tour.

Dzięki uprzejmości ekipy z ursynowskiego sklepu Winestory (przy KEN 85), którą serdecznie pozdrawiam, zostałem wyposażony w zaproszenie na przegląd win z Chile, który miał miejsce w warszawskim hotelu Hyatt Regency. O mały włos nie dotarłbym na miejsce, a to za sprawą pewnej żołądkowej niedyspozycji, która nękała po kolei członków mojej rodziny. Zebrałem się jednak w sobie i w końcu dotarłem do sali degustacyjno-wystawienniczej.



To pierwsza tak duża impreza, w której miałem okazję uczestniczyć, czułem się nieco zagubiony, ale gdy wypatrzyłem stanowisko winnicy Estampa, której wina do Polski  importuje Wineonline (czyli właściciel sklepów Winestory), poczułem się nieco lepiej. Tam zostałem poczęstowany próbkami win, które co prawda już znałem, ale zawsze z przyjemnością po nie sięgam. Ich marka Ticket to Chile jest bardzo dobrze znana - przystępna cena i bardzo dobra jakość produktów przekłada się na niezłą sprzedaż. Estampa ma też bardzo ciekawe blendy - malbec mieszany z petit syrah (seria Estate) czy syrah z domieszką viognier (seria Reserve) robią niezłe wrażenie. Przedstawiciel winiarni - Benjamin Gordon - z dumą prezentował najnowszy kupaż carmenere/syrah/cabernet sauvignon (Estampa LaCruz) przygotowany przez toskańskiego winiarza Attilio Pagli, który obecnie jest konsultantem Estampy i z wielkim zaangażowaniem doradza chilijczykom wierząc, że obszar Marchigue (fragment Doliny Colchagua) jest znakomitym miejscem to tworzenia win najwyższej klasy.

Po kilku próbkach stan mojego układu pokarmowego uległ znacznej poprawie (wino czyni cuda?), więc z większym zaangażowaniem przystąpiłem do eksploracji chilijskich propozycji w czym wydatnie pomogli mi koledzy prowadzący bloga "Winne przygody". Znaliśmy się wcześniej z internetu. "Winne przygody", mój blog i kilka innych biorą udział w projekcie Winne Wtorki, ale to już wszyscy czytający moje wpisy wiedzą. Fajnie, że przy okazji prezentacji win chilijskich mogliśmy spotkać się osobiście.

z lewej Benjamin Gordon (Estampa), po prawej Winne Przygody 


Dwudziestu siedmiu wystawców, win całe mnóstwo, wszystkiego nie sposób spróbować. Udałem się w kierunku przedstawicielki winnicy O.Fournier. Wcześniej piłem już niezłe malbeki z argentyńskiego oddziału firmy (Alfa Crux i Beta Crux), trochę mnie zdziwiło, że nikt w Polsce nie importuje win chilijskich. Spróbowałem kilku z nich. Alfa Centauri Red Blend (45% cabernet franc, 40% cabernet sauvignon, 15% merlot) może przez moment zalatywał lekko acetonem, ale po chwili było już bardzo dobrze - naprawdę smaczne wino. Kupaż, który nazywał się po prostu O. Furnier (80% cabernet franc, 10% carignan, 10% cabernet sauvignon) nie zrobił już na mnie takiego wrażenia, jak poprzednie wina. Niezłym było sauvignon blanc 2010 (z Leydy), ale naprawdę zachwyciło mnie inne wino z tego samego szczepu (tyle że z rocznika 2009), no ale to też była topowa seria Alfa Centauri.

Mateusz Papiernik i Krzysztof Rychlicki-Kicior są już trochę "out of focus"


Nie tylko O. Fournier, ale niemal połowa wystawców nie miała żadnego przedstawiciela w Polsce, co dziwi o tyle, że ogólne wrażenie jest takie, że każdy sklep i każdy supermarket ma w swej ofercie wina chilijskie. Być może to zasługa dużych i znanych importerów, takich jak PWW, czy TIM, które "zalały" półki sklepowe markami Frontera, Sunrise, Casillero del Diablo, czy Cono Sur. Wina te - głównie jednoszczepowe i dość sztampowe - są łatwo pijalne, przystępne cenowo i jakoś wpasowujące się w gust polskich konsumentów, ale trudno oczekiwać po nich jakichś rewelacyjnych doznań. Choć jeśli już piszę o Cono Sur, to warto wspomnieć o serii Neblina Reserva, która zrobiła na mnie dobre wrażenie, ale prawdę mówiąc nigdzie jej nie widziałem. Podobno można ją dostać w restauracjach i hotelach, ale wiadomo powszechnie, że marże w takich obiektach popularyzacji wina nie służą. Szkoda.

Niektórzy zwracali uwagę na rewelacyjną jakość win El Principal (brak polskiego importera, choć podobno interesował się nimi Mielżyński). Dla mnie zdecydowanie za ciężkie, za bardzo alkoholowe i trochę przekombinowane, ale ponieważ to są blendy różnych szczepów więc warto o nich wspomnieć. Jeśli pojawią się już w Polsce, dam im jeszcze szansę.

Zupełnym rozczarowaniem były dla mnie wina Calcu (brak importera) - wszystkie mocno kwasowe, dość brutalne w ustach, choć jak zapewniała nas przedstawicielka winnicy - wysoka kwasowość sprzyja starzeniu wina i po kilku latach powinny być znacznie lepsze. Biorąc pod uwagę fakt, że u nas wina południowoamerykańskie wypija się zwyczajowo raczej szybciej, niż później -  trudno wróżyć sukces tym winom w Polsce, ale kto wie. Wszak miłośników "kwasiorów" z górnej półki w Polsce odnaleźć też można.

Bardzo dobre odczucia miałem po degustacji kilku win z Bodegas y Vinedos Melozal. Oni akurat mają w Polsce przedstawiciela - i bardzo dobrze. Kilka próbek win Segu przypadło mi do gustu, warto wspomnieć o gewurztraminerze, czy rieslingu (late harvest). Z czerwonych zapamiętałem cabernet sauvignon (Segu Reserva 2007).

Inny late harvest, tym razem gewurztraminer pochodził z winnicy Aresti (importer Rolmex - Winkolekcja). Świetne wino (jeśli ktoś lubi słodkie) w doskonałej cenie. Poza tym niezłe sauvignon blanc (Estate Selection), takie sobie chardonnay, zupełnie przeciętne Rose (ale ogólnie wina różowe były co najwyżej takie sobie), ale bardzo dobry kupaż cabernet  sauvignon/merlot/syrah (Family Collection).

To chyba tyle, co zapamiętałem z win prezentowanych podczas Chilean Wine Tour, wielu z nich niestety nie piłem. Może kiedyś jeszcze nadarzy się okazja.

Maciej Gontarz (Winicjatywa) i Piotr Chełchowski (Wineonline-Winestory)


Jeśli chodzi o atmosferę, to było naprawdę fajnie. Mimo sporej liczby gości nie było problemu z dostępem do win, ani z brakiem miejsca na sali. Oprócz producentów i importerów można było spotkać  na sali przedstawicieli Magazynu Wino - Tomasza Prange-Barczyńskiego i Ewę Wieleżyńską, trzon Winicjatywy - Marka Bieńczyka, Wojciecha Bońkowskiego i Maćka Gontarza, kilku mniej znanych blogerów albo znanych, ale nierozpoznawalnych dla ogółu autorów piszących swe winne notki na sstarwines.pl. Z Maciejem Bombolem można było pogadać o najbliższych spotkaniach z winiarzami w jego przeuroczej Enotece Polskiej.

Było też, mam wrażenie, trochę osób spoza branży, dla których wine tour, to okazja do pokazania się w "towarzystwie" i wypicia za darmo o jeden kieliszek za dużo, ale na szczęście nie zepsuło to ogólnie fajnej, a dla mnie bardzo fajnej imprezy.

Wkrótce uzupełnię wpis o listę wystawców i importerów biorących udział w Chilean Wine Tour.

środa, 7 marca 2012

Winne Wtorki #23



Uciekł mi ostatni winny wtorek, a tak starałem się go dogonić. W poprzednim wpisie informowałem Was o mojej zsyłce na zachodnie rubieże Polski, co sprawiło że moje winne plany zostały zniweczone i zamiast pić piemonckie dolcetto musiałem zadowolić się winami południowoamerykańskimi - swoją drogą, całkiem niezłymi. Wczoraj, czyli we wtorek, był już ostatni dzwonek, żeby się napić wina z dolcetto, które dla niektórych jest winem trzeciego wyboru, ale dla mnie było sporą pokusą, bo w swej winnej podróży nie udało mi się jeszcze na nie trafić. Już byłem w ogródku, witałem się z gąską, gdy nagle zadzwonił telefon i musiałem szybko wracać do domu - mój najmłodszy przejął po siostrze jakiegoś wirusa, przez co z jego ust strumieniem szerokim wydobywały się wymioty złote. Gdyby nie to, w moje ręce zapewne wpadłoby wino Icardiego (Rousori), zainteresowani mogą o nim poczytać we wpisie na blogu Białe nad czerwonym, ja na swoją kolejkę muszę poczekać.

Skoro sam nie próbowałem, ograniczę się do podlinkowania wpisów innych blogerów, którzy aktywnie uczestniczą w naszej winnej inicjatywie :)

--------------------------------------------------
Winne Wtorki #23 na podniebieniach blogerów
--------------------------------------------------
Białe nad Czerwonym
Winniczek
Czerwone czy białe?
Środkowa półka
Wine Tasting PL
--------------------------------------------------

niedziela, 4 marca 2012

Służba.

Służba nie drużba, jak to mówią, więc jak trzeba to trzeba. Albo jak mawiał jeden z naszych prezydentów - "Nie chcę, ale muszę". Los zwany dyspozyturą wysłał mnie na przymusową wycieczkę do Głogowa, co wkur... mnie o tyle, że na ten dzień (3. marca) przypadały 6. urodziny mojej ukochanej córki. Zamiast spędzać dzień z rodziną tłukłem się po polskich bezdrożach do miasta, którego nazwa pochodzi od słowa glogh, które oznacza cierń lub kolec. I jak korona cierniowa Chrystusa, tak mnie decyzyjny kolec dyspozytury uwierał mocno, wyzwalając poczucie krzywdy, którego tak silnie nie doznałem już dawno.




Ale trzeba się było ogarnąć, a potem jakoś pocieszyć. Na szczęście Hotel Qubus okazał się przyzwoity (w dodatku nie miałem współlokatora), a naprzeciwko niego znajdowała się stacja benzynowa Statoil, w której o każdej porze dnia i nocy można zaopatrzyć się w wina. WINA!?  - krzyknąłby ktoś słysząc te słowa, ale ja odpowiedziałbym spokojnie - TAK, WINA - bo w odróżnieniu od stacji warszawskich można w Głogowie kupić przyzwoite wina Torresa (i te z Hiszpanii, i te z Chile), jak również argentyńskie Trivento.

Chętni na nie się znaleźli, karty płatnicze poszły w ruch i choć obsługa gotowa była wzywać ochronę słysząc słowa CARMENERE i MALBEC, to szczęśliwie udało nam się opuścić stację, bez uszczerbku dla zdrowia, ale z siatką win w ręku.

Carmenere to oczywiście Santa Digna Torresa. Wino o typowym dla tego szczepu aromacie jeżyn i porzeczek, choć współuczestnicy niedoli wspominali też o wiśni i agreście nawet, jak również waniliowym posmaku francuskiej beczki, nazywając ją dębową dechą. Porządne "3+" w skali pięciostopniowej.

Na więcej zasługiwało Trivento, wino ze szczepu malbec (Golden Reserve 2007), któremu ja przyznałbym mocną czwórkę z perspektywą podniesienia oceny w przyszłości. Teraz przeszkadzał mi nieco waniliowy posmak, którego nie zapamiętałem degustując rocznik 2006, o którym pisałem już kiedyś tu.

Ciekawa rozmowa z kompanami i pyszne wina osłodziły mi jakoś gorycz rozłąki z rodziną. To było widać na zewnątrz. Niewidoczny dla przyjaciół ból serca łagodziłem ciepłymi wspomnieniami o tych wszystkich dobrych i tych trochę mniej dobrych wyczynach mojej Lenki. 

Z dalekiego Głogowa życzę Ci córuniu WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!
----------------------
ps. Zdjęć etykiet nie zrobiłem, ale zainteresowane nimi osoby znajdą je na stronach producentów:


niedziela, 26 lutego 2012

Weekendowo.

Mogłem się tego spodziewać, ale nigdy nie można mieć pewności. Wolny dzień, co tam dzień - cały weekend wolny - to u mnie zdarza się ostatnio rzadko. Dobry to czas, by po kilku dniach przedpostnej posuchy sięgnąć po jakieś wino. Żona oznajmiła, że odniosła sukces w pracy, a sukcesy opijamy bąbelkami, i chociaż miłośnikiem bąbelków nie jestem z przyjemnością otworzyliśmy australijskie wino musujące od znanego producenta Jacob's Creek. Wino supermarketowe, znane wszystkim, nic specjalnego, da się bez problemu pić, choć miałem wrażenie, że trochę mokrym kartonem zajeżdżało, ale żona stwierdziła, że się mylę.


--------------------------------------------------------------
Jacob's Creek Brut Cuvee
Chardonnay, Pinot Noir
Real - 28 zł (zakup własny, płaciła żona)
alk. 11%
--------------------------------------------------------------

Bąbelki się skończyły, więc otworzyłem Chablis (Domaine Vrignaud, Les Champreaux) z rocznika 2009. Powiew świeżości i wszechobecna wanilia, w zapachu i w smaku. W tym przypadku byliśmy z moją żoną jednogłośni, podobnie zresztą o winie wyrażał się sam producent na internetowej stronie (www.domaine-vrignaud.com). Informacje na firmowej stronie są wyjątkowo dokładne, producentowi należy się za to ogromny szacunek. Przyznam się szczerze, że choć większą miłośniczką tego wina okazała się żona, to ja mam ochotę na inne wina Vrignaud'a, właśnie dlatego, że ujął mnie swą nadzwyczajną skrupulatnością.



--------------------------------------------------------------
Domaine Vrignaud, Les Champreaux, 2009
Chardonnay
Winestory - 85 zł (zakup własny - 29.01.2012)
alk. 12,5%
--------------------------------------------------------------

No, ale atrakcją wieczoru, przynajmniej dla mnie okazało się bordoskie Chateau Citran z roku 1975. Dla przypomnienia dodam, że to rok urodzenia mojej małżonki. Piliśmy już kiedyś wino z tego rocznika - było to Chateau Colombier-Monpelou. Citran zrobiło jednak na mnie dużo większe wrażenie. Przede wszystkim nie miałem problemów z otwarciem butelki, uważni czytelnicy zapewne pamiętają, że korek od Colombier-Monpelou był tak miękki, że dolna jego część oderwała się od reszty przy wkręcaniu śruby korkociąga i trochę narobiła bałaganu w płynie. W przypadku Citran korek był wymieniony na nowy u producenta i był w doskonałym stanie, przy okazji wino zostało na miejscu sprawdzone i uznano, że może trafić na rynek będąc w doskonałym stanie.



Wrażenia zapachowe były bardzo bogate - czerwone owoce (głównie porzeczka, trochę jeżyny), wędzony boczek, skóra, odrobina zadbanej stajenki. W połączeniu z mocnymi, kredowymi garbnikami całość tworzyła naprawdę niesamowitą mieszankę. Zaskakująca była żywotność i sprężystość tego wina, mając teraz porównanie mogę powiedzieć, że Colombier-Monpelou było przy Citran nader wątłe, rozlazłe, bez krzty werwy. 

Jedno z lepszych win jakie miałem okazję pić do tej pory.


--------------------------------------------------------------
Chateau Citran, 1975
58% Cabernet Sauvignon, 42% Merlot
Winestory - 199 zł (zakup własny - 07.06.2011)
--------------------------------------------------------------



czwartek, 23 lutego 2012

Chińskie chateaux.

Chińska ekspansja na francuskim rynku podziałała na nerwy wielu osobom. Ceny win z Bordeaux są coraz wyższe z co najmniej dwóch względów. Po pierwsze primo ostatnie 2-3 lata były dla tego regionu (i Europy w ogóle) dość łaskawe, eksperci nieźle ocenili roczniki 2009 i 2010, a 2011 zapowiada się wcale nie gorzej, więc jeśli wina są dobre i jest na nie popyt, to czemu nie podnieść ich cen. A po drugie primo, wina dobrze się sprzedają, bo modne są w Chinach i Indiach, a jak wiadomo właśnie tam jest obecnie sporo wolnej gotówki, więc cwani Francuzi orientują swój eksport na Wschód. To jednak dla Chińczyków wciąż za mało. Nie tylko kupują całą produkcję jakiegoś chateau, coraz częściej się słyszy, że kupują całe posiadłości, oferując dotychczasowym właścicielom takie pieniądze, że już sama myśl o kwocie wchodzącej w grę doprowadza ich na skraj szaleństwa.



Na stronach Dekantera wyczytałem właśnie, że niejaki Jin Shan Zhang - skromy właściciel biura podróży - wykupił Chateau du Grand Moueys. Nie piłem dotychczas ich wina i pewnie się nie napiję. Byłoby to o tyle trudne, że w Europie ma pozostać jedynie jakieś 20% produkcji. Nie trudno się domyślić, co stanie się z pozostałą częścią. 

Pomyślałby ktoś, kto ten tekst czyta, że mam do Chińczyków jakieś uprzedzenia i żal, że wykupują Francję kawałek po kawałku. Otóż nie, Jin Shan Zhang kupił  chateau nie od Francuzów, ale od Niemców - niejakich Bomersów, którzy Grand Moueys posiadali od 1989 roku. Słynne Chateau Margaux należy do Greków od 1977 roku, kiedy to Andre Mentzelopoulos - skromny właściciel sieci supermarketów - żyjący zresztą już od jakiegoś czasu we Francji postanowił zainwestować środki w winny interes. Od jego śmierci posiadłością zarządza córka Corinne. Chateau Camensac był w rękach nieżyjącego już Hiszpana Enrique Fornera, właściciela słynnego Marques de Caceres (Rioja). Takich przykładów z pewnością jest więcej.

Jeśli więc kolejny Chińczyk kupi jakieś chateau nie bądźcie na niego źli, najsłynniejsze marki i tak są już w rękach międzynarodowych koncernów, funduszy inwestycyjnych i bogaczy z całego świata. Być może wino to miłość i pasja, może nawet odrobina magii, ale przede wszystkim to jest dobry interes.

wtorek, 21 lutego 2012

Winne Wtorki #22

Temat wina szeroki jest jak morze, a może jak ocean, którego powierzchnię znamy doskonale, ale co kryje głębia - tego nie wie nikt. Każdy Winny Wtorek, tym razem już dwudziesty drugi, jest inny - obecnie zajmować się będziemy winami hiszpańskimi z najbardziej chyba znanego regionu - Rioja. Kevin Zraly w swoim "Kursie wiedzy o winie" zwraca uwagę, że rejon ten był swoistym El Dorado dla winiarzy z Bordeaux, którzy przez epidemię filoksery utracili większość swoich upraw. Hiszpański region pod względem klimatycznym podobny jest do Bordeaux, winiarze uznali, że właśnie tu mogą kontynuować swoją pracę. Być może właśnie z tego związku ludzkich talentów i doskonałych warunków do uprawy winorośli wyrosła sława regionu Rioja, który cieszy się wielką estymą, a dla wielu jest wręcz synonimem wina hiszpańskiego.



Ja na warsztat wziąłem dziś wino Muga, na które zwróciłem uwagę podczas jakiejś degustacji organizowanej przez Winestory. Co prawda nie piliśmy wówczas Mugi, ale wśród gości marka ta wywołała spore poruszenie. Wina pojawiły się nagle, szybko zniknęły mimo stosunkowo wysokich cen, pojawiają się jednak czasem w ursynowskiej placówce (przy stacji metra Stokłosy).

Ja swoją butelkę - Crianza 2007 - kupiłem podczas pobytu w Barcelonie. W centrum miasta, w supermarkecie Carrefour wino kosztowało niecałe 15€.

Wino jest kupażem 70% tempranillo, 20% garnacha, pozostałe 10% stanowią szczepy graciano i mazuelo. Graciano i mazuelo (carignan) stosuje się często, by polepszyć (dzięki wyższej kwasowości) strukturę wina i jego zdolność do dłuższego starzenia.

Bardzo często winom na bazie tempranillo zarzuca się brak odpowiednio wysokiej kwasowości, przez co wydają się nieco płaskie i nudne, brakuje im poszukiwanej przez niektórych wielowymiarowości. Jednak ci, którzy kwasowych win nie lubią, bardzo często są zadowoleni z win hiszpańskich zrobionych z tego szczepu.

Muga Crianza 2007 to wino bardzo smaczne, o wyczuwalnym kwasie, dobrze ukrytym alkoholu (13,5%) i fajnej owocowości. Mi taki styl odpowiada, lubię tempranillo i jego wysoką pijalność, wcale się przy nim nie nudzę, choć z drugiej strony moja Muga nie była obiektem jakiejś szczególnej fascynacji. Pamiętam, że w Barcelonie piłem wino Torres'a o nazwie Ibericos - też crianza, też 2007 i też Rioja, tyle że 100% tempranillo. Ibericos, kosztujący połowę tego, co Muga smakował mi bardziej. Może za sprawą silniejszych odbeczkowych aromatów wanilii (jako amator nie uznaję ich za wadę), może za sprawą widoku z okna, a być może dzięki śródziemnomorskiemu klimatowi - tamtą degustację uznaję za bardziej interesującą.

Widok na Sagrada Familia i Sagrat Cor na wzgórzu Tibidabo umilał degustacje.

--------------------------------------------------------
Muga Crianza 2007, Rioja DOC
70% tempranillo, 20 garnacha, 10% graciano i mazuelo
Carrefour@Barcelona - 14,95€
alk. 13,5%
--------------------------------------------------------
Winne Wtorki #22 na podniebieniach innych blogerów:
Sstarwines
Winniczek
Nie zawsze wina
Winne Przygody
--------------------------------------------------------

poniedziałek, 20 lutego 2012

Chianti raz jeszcze.



Nie udał mi się Winny Wtorek, którego tematem było Chianti. Toskańskie wina w swej całej masie, nie muszą być doskonałe, zwłaszcza  że opisane przeze mnie wino należało do kategorii tych raczej tanich, szczególnie na zachodzie Europy. Na osłodę kupiłem w Winestory butelkę Chianti Riserva z rocznika 2008, pochodzącą od Renzo Masi & C. Wino kosztowało 49 zł, czyli mniej więcej dwa razy tyle, co to z Reala, ale wrażeń zapewniło co najmniej 4 razy więcej. Piłem je czatując na sstarwines.pl, dyskusja dotyczyła projektu o nazwie Winicjatywa, a gościem czatu był Maciek Gontarz. Ludzie stale piszący na sstarwines potrafią być okrutni dla swych rozmówców, choć to ich "okrucieństwo" było okraszone sporą dawką humoru. Ja w każdym razie ubawiłem się po pachy czytając pytania zaczepne, popijałem Chianti, dla którego w tym czasie od nowa nabrałem szacunku. 

Riserva produkowana jest tylko w najlepszych rocznikach, przy czym selekcja gron jest bardziej staranna, niż zwykle. To które miałem przyjemność pić było kupażem sangiovese i colorino (95%/5%). Wino wypuszczane jest po starzeniu trwającym przynajmniej 30 miesięcy, przy czym piętnaście miesięcy spędza w beczułkach z dębu francuskiego.

-------------------------------------------------
Renzo Masi & C.
Chianti Riserva 2008
95% sangiovese. 5% colorino
Winestory - 49 zł (06.02.2012 - zakup własny)  
alk. 13,5%
--------------------------------------------------            

Les Coteaux de Camensac.



A tak mnie jakoś naszło, żeby znów otworzyć francuskie wino, więc sięgnąłem po Les Coteaux de Camensac, które to wino podobno jest drugą etykietą Chateau Camensac, choć kilka źródeł, do których mam dostęp twierdzi, że drugie wino Camensac zwie się La Closerie de Camensac. Czytelnicy, którzy znają odpowiedź na pytanie czy Les Coteaux de Camensac to rzeczywiście drugie wino piątego Grand Cru Camensac (czy to nie nazbyt skomplikowane?) proszeni są o napisanie jakiegoś komentarza pod tekstem. Z góry dziękuję. Rok 2000 był dla Bordeaux raczej udany, kupno butelki z tego rocznika zawsze jest jakąś pokusą, ale w roku 2012 można zadać pytanie, czy jednak nie jest już za późno na picie takiego wina. Pytanie o tyle uzasadnione, że wino z którym mam do czynienia powstało z gron z młodych winorośli i nawet opis z kontretykiety sugeruje wypicie tego wina raczej wcześniej, niż później.

Jak na mój gust wino jest nieźle pijalne, ale co ja tam wiem o winie (to po pierwsze), a biorąc pod uwagę moją słabość do win francuskich (to po drugie) można założyć, że nawet ewidentne paskudztwa z tego kraju będę na swój sposób wychwalał. To wino paskudne nie jest, owoc jest co prawda trochę schowany za stertą opon i stosami beczek z kiszoną kapustą (jak się zakręci kielichem), ale jakoś niespecjalnie mi to przeszkadza. Gorzej, że winu zaczyna brakować już struktury. Niby wszystko trzyma się jeszcze kupy, ale brakuje w nim jakiejś sprężystości, żywotności.

Płacąc niemal 100 zł za Les Coteaux de Camensac spodziewałem się czegoś więcej, niż tylko wina, które da się w wypić. Szukałem jakiejś namiastki Grand Cru, choćby tylko piątego, ale nic takiego w tym winie nie znalazłem. Być może to wino najlepszy czas ma już za sobą. Być może, tego nie wiem. Ale to już kolejny raz, kiedy mówię sobie, by dać spokój z winami "wiekowymi". Chyba lepiej wypić wino nieco za młode, niż ciut za stare.

--------------------------------------------------
Les Coteaux de Camensac
Haut-Medoc, 2000
Winestory - 99 zł (22.09.2011 - zakup własny)
alk. 13%
--------------------------------------------------

niedziela, 12 lutego 2012

Pocztówka z przeszłości.

Sobota wieczór, dzieci śpią, można sięgnąć po wino i co najważniejsze wypić je w spokoju, bez pośpiechu. A jeśli bez pośpiechu to może sięgnąć po coś starszego, jeszcze z ubiegłego wieku? Les Coteaux de Camensac rocznik 2000 to niby jeszcze wiek XX, ale dwójka z przodu nie pasuje.  Chateau Haut-Piquat odpada, bo to też rocznik 2000. Chateau Citran  - rocznik 1975 - spełnia kryterium wieku, ale miałem je wypić z żoną  - rocznik 1975, a żona usnęła z dzieciakami. To może Chateau Beauvillage - rocznik 1995? Niech będzie, i tak już nie mam nic innego, co by się od jedynki zaczynało.


1995. To już 17 lat, no 16  - mamy luty, zbiory pewnie były w październiku. Przelałem zawartość flaszki do dekantera, czy innej tam karafki, tak chyba trzeba postąpić z niemal pełnoletnim winem. Niech chwilę odpocznie. Ma piękny ceglasty kolor, dość jasny, co może sugerować zaawansowany już wiek.

Sięgam do "Przewodnika po świecie win",  może znajdę w nim trochę informacji o winie. Nie spodziewam się, żeby Johnson pisał coś o tym chateau, wszak apelacja MEDOC jest na tyle rozległa, że nie sposób opisać każdego producenta. Ale krótki opis samego rocznika w Medoc na pewno się znajdzie. W przewodniku na rok 2002 czytam: "Fale upałów i suszy. Sezon uratowany przez deszcz. Wina od dobrych do znakomitych. [Pić] teraz - 2020 i dłużej". Ale w 2010 i 2011 Johnson pisze: "Pić teraz - 2015". Coś się zmieniło, może rocznik 1995 nie był jednak tak dobry, może jednak deszcz nie okazał się zbawienny. W każdym razie nie ma na co czekać.

Jak na dość wiekowe wino poziom garbników i kwasu sugerowałby, że wino może jeszcze trochę "pociągnąć". Ale chyba nie ma po co, niestety. Szkielet pozostał w dobrym stanie, ale poza nim reszta wygląda dość blado. Owocu jak na lekarstwo, taką jego ilość odmierzyć może co najwyżej aptekarska waga. Da się wyczuć ale mi, niedoświadczonemu amatorowi szukającego silnych, łatwych, owocowych wrażeń to nie wystarcza. Rozczarowany nie jestem - może nie wiedziałem, ale podskórnie wyczuwałem, że wino za niecałe 50 zł z rocznika dość odległego (choć przecież niezłego) doskonałe nie będzie. 

Daleki jestem od tego, by akurat to wino gorliwie polecać, ale przyznać muszę, że w ten chłodny, spokojny, cichy wieczór czuje przed nim jakiś milczący respekt. Może jednak coś w tym jest, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem...  

----------------------------------------
Chateau Beauvillage 1995
Medoc AOC
Alkohol: 12%
Winestory  - 47 zł  (14.11.2011 - zakup własny)
----------------------------------------

wtorek, 7 lutego 2012

Winne Wtorki #21

Winne Wtorki #21 nie będą dla mnie zbyt radosne. Przeczuwałem, że tak się stanie. Wciąż myślę o Barolo i Barbaresco, które miałem okazję pić kilka dni temu - te wina zaprzątają mi umysł, nie dają mi spokoju. Tematem Winnych Wtorków zaproponowanym przez Jongleura jest Chianti. Chianti, które wpadło w moje ręce nie jest wielkie, jest supermarketowe, jest takie sobie. Może nie najgorsze jakie piłem (butelkę opróżniłem do końca), ale w żadnym wypadku nie był to trunek pozwalający, choćby na chwilę, zapomnieć o winach z Piemontu. Z początku ucieszyłem się na niską zawartość alkoholu (12,5% na etykiecie), ale jestem przekonany, że było go w winie znacznie więcej. Co ciekawe, alkohol drażnił i rozgrzewał wnętrza, kręcił głową, ale w ustach był niemal niewyczuwalny. Wyczuwalne były natomiast nuty wiśniowe, złamane goryczą rozgryzionej pestki. Może odrobina wanilii. Wszystko jednak niespójne, niepoukładane, zniechęcające.



Wino kupiłem w Realu za złotych 25, niby niedrogo, ale w Realu w Niemczech kosztuje ono jedynie 3,49 euro, czyli jakieś 15 zł, różnica kolosalna. Być może nie narzekałbym na to wino, gdyby i u nas kosztowało 15 zł, ale ćwierć stówy na wino bardzo, bardzo przeciętne to zdecydowanie za dużo. Wg niemieckiego Reala producentem jest Castellani (nie udało mi się tego nigdzie potwierdzić), a jeśli tak jest, to w naszym hipermarkecie można kupić ich chianti Villa Lucia (polski importer: Centrum Wina), które kosztuje ok. 32 zł, ale to akurat zapamiętałem je jako całkiem niezłe.

Oczywiście chianti z Reala za 25zł (czy raczej 15 zł) to podobny przypadek, jak biedronkowe barolo za 30 zł. Może i da się zrobić wino za takie pieniądze, ale można być pewnym, że będą to tylko blade cienie porządnych, starannie wykonanych win, które przynoszą chwałę Toskanii i Piemontowi.

Warto wziąć sobie do serca słowa Marka Bieńczyka, które zawarł w artykule "Sierota na tropie" opublikowanym na Winicjatywa.pl

"Magiczna granica trzech dych to niebezpieczna dla wyobraźni zabawka. Zwłaszcza przy Burgundii czy Piemoncie. Coś czasami ułatwia i umożliwia, częściej daje nam tylko przyjemne pozory. Niekiedy może się udać, jak najbardziej. Przy winach hiszpańskich, czasem portugalskich, z południa Francji; raz na jakiś czas przy bordeaux, może nawet przy chianti i jeszcze innych. Ale na dłuższą metą 30 zł to jest opium dla mas. Lepiej – myślę – pić rzadziej i lepiej. A w międzyczasie marzyć."


Muszę się nad tym poważnie zastanowić. W sumie powinno wyjść smaczniej, taniej i zdrowiej.

Dziękuję za uwagę, idę do kolektury. Dziś wielka kumulacja. Może nie będę musiał kupować chianti polskim Realu, ale w sercu Toskanii, czego i Państwu życzę.

---------------------------------------------------------------------
Terralunga Chianti Colli Senesi 2009
Real - ok. 25 zł (zgodnie z panującym trendem zaznaczam,
że wino kupiłem za własną mamonę)
Alkohol 12,5%
---------------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #21 na podniebieniach innych blogerów:
Nie zawsze wina
Winniczek
Białe czy czerwone?
Środkowa półka
Winne Przygody
---------------------------------------------------------------------


poniedziałek, 6 lutego 2012

Barolo i Barbaresco.

Kilka dni temu miałem okazję uczestniczyć w degustacji kilku znanych win z włoskiego Piemontu, w ramach zorganizowanego przez Winicjatywę i Enotekę Polską spotkania pod tytułem "Barolo i Barbaresco do długiego starzenia". Spotkanie było dla mnie o tyle atrakcyjne, że po raz pierwszy w życiu mogłem spróbować "prawdziwego" Barolo. Piszę "prawdziwego", bo co prawda wypiłem kiedyś Barolo z Lidla, ale jak się nie miało wcześniej do czynienia ze szlachetnymi piemonckimi trunkami, to pytanie "ile Barolo jest w Barolo" pozostaje kwestią otwartą. Wina pochodziły od znanych producentów, w dodatku z roczników, które specjaliści uważają za udane. Właściwości szczepu nebbiolo, a szczególnie wysoka kwasowość win z niego wykonanych sprawiają, że Barolo i Barbaresco mogą cieszyć się długowiecznością, niektórym z nich przypisuje się wręcz boską cechę nieśmiertelności. Tutaj należy wspomnieć o dość ciekawej sprawie. W winach z roczników tzw. "klasycznych" (czytaj: kiepskich), kiedy grona nie osiągają pełnej dojrzałości, kwasowość powinna być wyższa, co teoretycznie powinno zagwarantować im właśnie długie życie. Czy długie życie oznacza życie lepsze, albo bogatszą starość? Z tym już może być różnie. Nie każdy przepada za winami silnie kwasowymi i jeśli nie potrafi cieszyć się nimi w ich młodości, to także ich starość wcale nie musi być bardziej radosna. Ja kiedyś nie cierpiałem win mocno kwasowych. Teraz, trzy lata od rozpoczęcia mojej winnej przygody, potrafię dostrzec w nich zalety. Być może za kolejne trzy będę ich fanatycznym orędownikiem.

Postanowiłem nie mądrzyć się za bardzo w tym wpisie, bo moja wiedza o Barolo i Barbaresco jest zerowa. Na szczęście na spotkaniu byli ludzie bardziej doświadczeni ode mnie, więc pewne fragmenty dyskusji ze sstarwines.pl na temat wypitych win znajdziecie w linkach poniżej.

-------------------------------------------
http://www.sstarwines.pl/wino13064    Giuseppe Rinaldi
http://www.sstarwines.pl/wino13063    Giuseppe Cortese
http://www.sstarwines.pl/wino13050    Cały zestaw
-------------------------------------------

Dla porządku przytoczę listę win, które miałem okazję próbować.

Ceretto Barolo Bricco Rocche Brunate 1996
Giuseppe Cortese Barbaresco Rabajà Riserva 1999
Paolo Conterno Barolo Ginestra 2001
Giuseppe Rinaldi Barolo Brunate-Le Coste 2004
Produttori del Barbaresco Riserva Pora 2005
Produttori del Barbaresco Riserva Ovello 1999
-------------------------------------------

Nie było innego wyjścia, po powrocie do domu na warsztat poszły jeszcze dwa Barbaresco, oba z rocznika 2007 (a więc pewnie za młode) - La Ganghija Barbaresco 2007 oraz Icardi Montubert Barbaresco 2007.



Dla mnie - początkującego amatora - przyjemniejsze w piciu było wino Icardi, w 4/2011 numerze Magazynu Wino określone jako KONTROWERSYJNE! Prawdopodobnie dlatego, że odbiegało nieco od "wzorca" - kwasowe, ale nie aż tak kwasowe, garbnikowe, ale nie aż tak garbnikowe,  owocowe, ale aż za bardzo owocowe.  "Zwolennikom tradycyjnych barbaresco ewidentna słodycz z pewnością będzie przeszkadzać. Wino sprawdzi się jako łagodny wstęp do bardziej wymagających nebbiolo." - pisze Andrzej Daszkiewicz. Dla mnie bardziej wymagającym nebbiolo okazała się La Ganghija. Tu kwasowość i garbniki były bardziej mocne, ale bez przesady - pić się dało. Aromat bardziej ziemisty niż owocowy, ale z pewnością mój nos i podniebie można określić jako niewyrobione, być może wina leży po mojej stronie. Zresztą, przysłuchując się ocenom "na żywo", określeniom używanym do opisu aromatów i smaków degustowanych podczas spotkania win, miałem poczucie własnej ułomności. Z pewnością jest to sprawa niewielkiego doświadczenia, choć odnoszę wrażenie, że mogę być w kwestii "sensorycznej" genetycznym bublem.

Nie przeszkadza mi to jednak w piciu wina, tak jak i muzyka nie przeszkadza w tańcu. :)

Dziękuję, skończyłem. Idę do sklepu po barolo.