sobota, 19 marca 2011

Na biało.

Nawał pracy, przesilenie wiosenne, katar i parę innych jeszcze czynników sprawiły, że moje winne eksploracje straciły swój impet i przez dobry tydzień, a może i dłużej wina w ustach nie miałem. Dziś jednak nastąpiło odwrócenie trendu i udało mi się otworzyć nawet dwa wina. Pierwszym z nich był alzacki gewurztraminer, w który zaopatrzyłem się w supermarkecie w ramach poszukiwania dobrego wina w rozsądnej cenie. Padło na wino A. Zirnhelt butelkowane dla A.M., cokolwiek to znaczy. Jeśli jakiś oświecony winomaniak, będący przy okazji czytelnikiem tego bloga wyjaśni mi, co oznacza A.M., będę wdzięczny. OK, już wiem, zapytałem wujka Google. A.M. to Arthur Metz, winny kupiec (merchant). Wino o bardzo intensywnym zapachu, w którym doszukiwałem się nut kwiatowych (bo tak nakazują podręczniki), ale najbliższym skojarzeniem okazała się brzoskwinia. W smaku natomiast wiele słodyczy, jak na mój gust zbyt wiele, ale końcówka gorzka, przypominająca owoc grejpfruta czy też bardziej ogólnie smak wewnętrznej warstwy skórki cytrusów zwanej mezokarpem. Ale pojechałem, co? Ogólnie wino niezłe, ale ta nadmierna słodycz mnie nieco mdliła i moja opinia jest taka, że jeśli nie przegryziemy czymś tego wina, to szybko się nim zmęczymy. Na szczęście nie piłem sam, więc nie zdążyłem tego wina znienawidzić.



Drugim winem, którym raczyłem się (no, bez przesady) tego wieczora było australijskie Lindemans Bin 65 chardnonnay z roku 2009. Importerem tego trunku jest Centrum Wina, ale swoją butelkę kupiłem w Realu. Tu pewna ciekawostka. W Centrum Winia butelka kosztuje 52 zł, w Realu zaś 42 zł. Co więcej na jednej półce były roczniki 2007 i 2009. Zawsze w takiej sytuacji ulegam pokusie i kupuje oba, żeby mieć jakieś porównanie. Trochę się zdziwiłem otrzymawszy rachunek, bo się okazało, że wino z 2007 roku Real sprzedawał jedynie za 19 zł. Wygląda na to, że CW pozbywa się niezbyt udanego wina za pomocą hipermarketów. Pisząc o niezbyt udanym winie mam na myśli głównie rocznik 2009, bo wino z 2007 było nie tylko słabe, ale też zwyczajnie za stare.

No cóż, niezbyt udany ten wieczór, jeśli chodzi o wina. Ale ja jestem optymistą. Wierzę, że dzięki temu następna degustacja będzie znacznie lepsza. Jeśli nie - będę musiał ten francusko-australijski tandem prosić o wybaczenie

wtorek, 15 marca 2011

Przygody z prenumeratą

Skoro już się tym winem zainteresowałem i trochę go nawet wypiłem to stwierdziłem, że być może warto zaprenumerować - w ramach poszerzania horyzontów - winne pisemka. Najpierw zamówiłem "Czas wina", oczywiście przez internet i błyskawicznie wysłałem pieniądze elektronicznym przelewem. Druga strona tak szybka nie była. Po tygodniu zapytałem, jak tam moje zamówienie, odpowiedział mi na to automat, że człowiek odpowiedzialny jest na urlopie. Minął kolejny tydzień, ponownie wysłałem zapytanie, tym razem odpowiedź uzyskałem a wraz z nią przeprosiny za zamieszanie, bo coś tam, coś tam. Po trzech dniach pismo trafiło do mych rąk, a wraz z nim butelka hiszpańskiego wina w ramach prezentu za wykupienie prenumeraty. Właśnie dziś je otworzyłem, ale o tym za chwilę.

Drugim pismem, które sobie zamówiłem był oczywiście dwumiesięcznik "Magazyn Wino". Minęły już ponad 3 tygodnie, a mojej gazetki jak nie było, tak nie ma. Tydzień temu zadzwoniłem do redakcji, pani stwierdziła, że sprawdzi, ale dopiero następnego dnia, bo dziś to ona już wychodzi, a poza tym nie ma w wydawnictwie nikogo, kto mógłby coś na ten temat powiedzieć. Następnego dnia otrzymałem telefon z przeprosinami, że to nie ich wina, tylko poczty (w to akurat wierzę), umówiliśmy się, że jak do końca tygodnia pismo nie przyjdzie, to oni wyślą drugi egzemplarz. Oczywiście pismo do piątku nie dotarło, w weekend oczywiście też nie, wiadomo dlaczego. W poniedziałek skrzynka pocztowa niezmiennie była pusta. Dziś więc zadzwoniłem po raz drugi, odebrał tym razem pan, przeprosił za pocztę, powiedział, że akurat wysyła pisma, więc wyśle i mi, ale za pocztę nie ręczy. GIT! Mam nadzieję, że do piątku nowo wysłany egzemplarz dojdzie. Być może nawet z tym wcześniejszym. Chociaż znając naszego państwowego dostarczyciela korespondencji gotów jestem się założyć, że prędzej zobaczę swój magazyn w rękach protestującego i wiecznie niezadowolonego pocztowca, niż w swojej skrzynce. Swoją drogą redakcja magazynu powinna zmienić państwowych doręczycieli na prywatnych, wszak pismo waży więcej niż 50 gramów i może być legalnie dostarczone przez inną firmę.



Po tych gorzkich żalach przystępuję do opisu otrzymanego w prezencie wina. Było to Palacio del Conde Gran Reserva 2004 z apelacji Valencia. Dość ciekawe wino wytworzone ze szczepu tempranillo. Etykieta głosi, że pierwotne aromaty są charakterystyczne dla tego szczepu. Aha, poszli na łatwiznę. Postanowiłem zatem sprawdzić, jakież to aromaty charakteryzują ten szczep. Sięgnąłem po "Szkołę wina" Andrew Jefford'a i wyczytałem, że: "charakter tempranillo jest trudny do sprecyzowania" ale "większość czerwonych odmian [...] będzie wyróżniać truskawka". O rany! Naprawdę? Czytam dalej: "[...] wielkie, gęste wina oparte na tempranillo [...] nie są tak łatwe w ocenie. Bogate, pełne, mocno zbudowane i pikantne (gdy młode), bardziej śliwkowe niż truskawkowe [...]. Basta! Moje wino smakowało jak wiśnie, pachniało intensywnie owocami. Etykieta wspomina też o aromatach wanilii, które pojawiły się w winie na skutek dojrzewania w beczkach. We mnie ta wanilia budziła skojarzenia z karmelowymi cukierkami Werther's Original. Ale wino nie było bynajmniej słodkie, raczej gorzko-pikantne, o dużej kwasowości, która skutecznie zamaskowała obecność 14% alkoholu.

Wino da się spokojnie wypić, ale zdecydowanie nie jest to mój typ. Za bardzo kwasowe. Być może powinienem je czymś "zagryźć", skoncentrować się na jakimś posiłku, ale tego nie zrobiłem, bo moje ręce akurat zajęte były wstukiwaniem tego tekstu. A ponieważ tekst się skończył i wino też, to idę spać. Dobranoc.

----------------------

ps. A nie mówiłem? Dzisiaj (16.03.2011) pocztowcy demonstrują pod Kancelarią Premiera. O Magazynie Wino w tym tygodniu mogę zapomnieć.

czwartek, 3 marca 2011

Ale niespodzianka!

Jeśli chodzi o wina francuskie, to kocham je jak rodzic rozwydrzone dziecko. Męczy mnie jak jest w pobliżu, ale gdy go na chwilę zabraknie zaczynam mocno tęsknić.



Od Chateau La Blanque nie oczekiwałem wiele, bo to jest zawsze podejrzane, gdy bordeaux z niezłej apelacji, z bardzo dobrego rocznika, w dodatku z napisem grand cru zalega na hipermarketowej półce i kosztuje kilka groszy powyżej 50 zł. Jednak zawsze mnie korci, by spróbować tego, co w takiej butelce zostało zakorkowane. Otworzyłem je wczoraj i oniemiałem. Było to naprawdę dobre wino. Bardzo smaczne, z wyrazistym owocowym bukietem (wiśnie na pierwszym planie), z gładkimi taninami, łagodnym alkoholem. No nic tylko polewać. I polewałem. Nie mogłem oderwać ust od kielicha. Postanowiłem, że następnego dnia dokupię jeszcze kilka butelek. Niestety, tam gdzie je kupowałem (było to w styczniu) już go nie znalazłem. Wielka szkoda,ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się pojawi. Oczywiście, nie ma co płakać, zawsze można przecież sięgnąć po kolejną, nieznaną jeszcze butelkę i dalej eksplorować winny świat. Ale to wino zapamiętam jako "złoty środek", smaczne wino z dobrym rodowodem, na które warto było wydać te 5 dych. Jeśli je gdzieś zobaczycie, serdecznie polecam.

wtorek, 1 marca 2011

Doskonała para.

Jak stek wołowy to malbec, jak malbec to stek. To jedna z niewielu rzeczy, której absolutnie jestem pewien i której pewne jest moje podniebienie. Do argentyńskiego malbeka najlepiej byłoby dobrać argentyńską wołowinę i spożyć posiłek właśnie w Argentynie, ale chwilowo było to niemożliwe, więc padło na mięso z Irlandii, natomiast za restaurację robiło moje ursynowskie mieszkanie.


Co do wina, było naprawdę wspaniałe. Lagarde Malbec 2008 z Mendozy było świetne. Kolor ciemny, skoncentrowany, z fioletowymi refleksami. Cudowny smak (kocham ten szczep) i sporo alkoholu (14,9%), ale zupełnie niewyczuwalnego ani nosem, ani podniebieniem, za sensor raczej służyła głowa i narastający w niej szum - odgłos wód południowego oceanu.

W tym błogim stanie mógłbym trwać wiecznie.

czwartek, 24 lutego 2011

Gruzińska niespodzianka

W zeszłym roku, w październiku, dostałem butelkę gruzińskiego wina. Była to dla mnie niespodzianka, bo choć spodziewałem się wina jako prezentu urodzinowego, to zaskoczyło mnie to, że wino było właśnie gruzińskie. Miłe zaskoczenie muszę dodać, bo choć miałem już okazję próbować win z tamtego regionu, to nie udało mi się dotychczas wyrobić jasnego zdania na ich temat. Chciałem je bliżej poznać, ale szkoda mi było na nie pieniędzy. Prezent zatem zapewnił mi darmową naukę. No, powiedzmy początek nauki pod hasłem "pierwsza lekcja gratis".

Gruzja uchodzi za kolebkę winiarstwa, istnieją ślady świadczące o tym, że winorośl była tam uprawiana już ok. 7 tysięcy lat temu. W średniowieczu rolnictwo gruzińskie było świetnie rozwinięte, uprawa winorośli miała charakter niemal przemysłowy, wina zaś były cenionym towarem eksportowym. Czasy radzieckie nie przyniosły jednak chluby winom gruzińskim, choć na rynkach bloku sowieckiego mogło uchodzić za rarytas. Swoją drogą jestem ciekaw jak smakowały ówczesne wina z Gruzji. Obawiam się jednak, że szansa na to, by ich spróbować jest raczej zerowa. Wysoka wydajność z hektara i niska jakość trunku wpisywały się w smutny, szary obraz wielkoprzemysłowej, komunistycznej produkcji planowej. Komunizm upadł, jednak przyzwyczajenia z tamtych czasów w dużej mierze pozostały i pewnie jeszcze długo by tak było, gdyby nie polityczne napięcie między Rosją i Gruzją. Ograniczenie, czy nawet wstrzymanie importu gruzińskiego wina do Rosji sprawiło, że Gruzini musieli szukać nowych rynków zbytu. Europa jest jednak wymagająca, a to wymusza na Gruzinach inwestycje w winiarską infrastrukturę. To daje nadzieję na coraz lepsze wina z tamtego rejonu, choć dla wielu małych, ubogich winnic przetrwanie trudnych czasów będzie graniczyło z cudem. Dla nas, Polaków, wina gruzińskie mogą stanowić niezłą i niedrogą alternatywę dla win z Europy Zachodniej, pod warunkiem jednak, że dystrybutorzy i sprzedawcy nie wywindują nadmiernie cen, co jest możliwe w kraju, w którym chęć szybkiego zysku z jednej strony (wysokie marże sprzedawców i importerów) i nadmierna polityka fiskalna z drugiej (cła, podatki, opłaty nałożone przez państwo) mogą brutalnie pozbawić marzeń winomaniaków śniących o świetnym winie za przyzwoite pieniądze.

No, ale dość tych smutków i żali.

Wino, które otrzymałem to Kindzmarauli Marani Saperavi Barrel Select.


Według informacji zawartych na kontretykiecie, wino przez dwa lata dojrzewało w dębowych beczkach i ta informacja wydaje mi się dość istotna. Nie jestem wielkim znawcą win, mam wciąż zbyt małe doświadczenie, ale wydaje mi się, że właśnie dębowa beczka silnie wpływa na smak tego wina. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale wino było smaczne i charakterne. Moja żona chyba miała podobne odczucia, wino przypadło jej do gustu i choć odmówiła wypicia kolejnej lampki wina, to następnego dnia otrzymałem lekką burę, że opróżniłem butelkę do samego dna.

Ciekawostką dla mnie było to, że wino potrafi zachować swą jakość przez nawet 50 lat i dłużej. Zaraz potem autorzy informacji dopisują jednak, że najlepsze jest w wieku od 4 do 30 lat. Moje pochodziło z 2005 roku, może było jeszcze za młode, nie wiem. Ale przyszłość tego wina widzę w jasnych barwach.

czwartek, 17 lutego 2011

Wino, opony i śpiew.

Uczestniczyłem ostatnio w degustacji przeróżnych kupaży, w tym bordoskiego wina Chateau Roquegrave z rocznika 2006. Wraz z moimi współtowarzyszami od kielicha ustaliliśmy, że wino zalatuje gumą, w głowie pojawiło mi się ponadto pewne skojarzenie z zapachem obecnym przez jakiś czas w moim mieszkaniu. Ta klasyczna skądinąd mieszanka caberneta, merlota i pewnie czegoś tam jeszcze (cabernet franc?) przywoływała z mej pamięci zimowe opony, konkretnie Dunlop'y Wintersport 3D. Trochę się z tego pośmialiśmy, grzecznie wypiliśmy do końca to, co jeszcze przykrywało dno kieliszka i postanowiliśmy o tym akurat winie zapomnieć. Po chwili jednak przypomniało mi się, że jestem posiadaczem całej butelki tego trunku. Spojrzałem do swojego magicznego notesu, z którego odczytałem datę 29.04.2010 - był to dzień, w którym butelka bordeaux zasiliła mój składzik win. Jakoś trzeba będzie przełknąć tę gumową żabę - pomyślałem - choć zachowałem kamienną twarz.

Po powrocie do domu postanowiłem, że otworzę to wino w pierwszej kolejności, bo jakoś tak mam, że najpierw nakupuję wina więcej niż trzeba, a potem wypijam te najsłabsze, albo najtańsze w pierwszej kolejności. Mam wątpliwości, czy doczekam się kiedykolwiek tych lepszych butelek, chociaż w tym miesiącu wstrzymałem winne zakupy do niezbędnego minimum, więc jakiś cień szansy jest.

Otworzyłem, powąchałem... powąchałem raz jeszcze... i jeszcze raz. Może i jakąś gumę było czuć, ale już raczej nie oponę, co najwyżej gumkę myszkę, a to mnie wcale nie przeraziło, wszak w dzieciństwie takie gumki zdarzało się podgryzać na lekcjach. Spróbowałem, smak niezły, charakterystyczny dla świeżo otwartego bordeaux, mianowicie przygaszona owocowość, jakby przysypał ktoś niezbyt słodką konfiturę talkiem, czy inną kredą. Ale takie bordeaux piłem nie pierwszy raz, zdążyłem się przyzwyczaić i wiele po tanich winach (43 zł w Winestory) z tego regionu nie oczekuję. Wino, choć się tego nie spodziewałem, wypiłem ze smakiem bardzo zadowolony z tego, że okazało się jednak miłym rozczarowaniem. Żona załapała się na ostatnie krople wina, ale wyraziła się o nim z uznaniem, a zapytana o gumę spojrzała na mnie takim wzrokiem, że poczułem się jak idiota.

"Zima, zima, mróz za mordę nas trzyma" - z głośnika poleciał głos Maleńczuka. A ja rozgrzany medokiem, równie ciepło pomyślałem o swoich Dunlop'ach. Te gumy pomogą mi przetrwać zimę.

środa, 16 lutego 2011

Uff...

W końcu znalazłem chwilę, żeby odsapnąć i coś napisać. O winie trudno było cokolwiek wspomnieć, bo i czasu na małe nawet degustacje w zasadzie nie miałem. Może to dobrze dla mojej wątroby, ale dla głowy i serca zdecydowanie nie. Nie mówię, że niczego nie spróbowałem, bo to nieprawda, ale wina wybierałem raczej zwykłe, powszechnie dostępne, niewymagające jakiejś szczególnej koncentracji podczas picia. Na przykład całkiem niezłe wino z francuskiego regionu Langwedocja-Roussillon La Vigie (Corbieres Cru Boutenac).

Wspaniały intensywny owocowy nos zachęcał do skosztowania wina i kosztowałem je, oj, kosztowałem. Zapamiętałem smak kojarzący mi się z jagodami, czy innymi tam borówkami amerykańskimi, za którymi przepadam, więc siłą rzeczy i wino przypadło mi do gustu.

Kolejne wino, które udało mi się wypić to produkt chilijskiego oddziału Miguela Torresa o nazwie Santa Digna zrobiony ze szczepu cabernet sauvignon (reserve 2008).

Proste, fajne wino o typowym dla tego szczepu smaku czarnych porzeczek. Chociaż nie wyróżniało się niczym szczególnym, wypiłem je ze smakiem, a muszę w tym miejscu powiedzieć, że nie jestem szczególnym miłośnikiem cabernetów, choć o ile dobrze pamiętam, to wszystkie cabernety z Ameryki Południowej (Trapiche, Sunrise) były smaczne i niedrogie.

Część elementów kompozycji pochodzi ze strony gallofamily.com
Kolejnym "zwyczajnym" winem, które miałem okazję spróbować, było kalifornijskie sauvignon blanc (Gallo), produkt typowo supermarketowy, ale nie chcę przez to powiedzieć, że zły. Wręcz przeciwnie, dobre, solidne winiarskie rzemiosło, które ma smakować i smakuje, a jeśli już o tym mowa to dominuje tu agrest i świeżo skoszona trawa, czyli znów klasyka charakterystyczna dla tego szczepu. Po raz kolejny chciałbym wspomnieć o nowozelandzkich winach ze szczepu sauvignon blanc, czyli Silverlake i Riverstone, które dla mnie są bezbłędne i jak do tej pory niepokonane. Żadne inne, zwłaszcza chilijskie, nie mają z nimi żadnych szans. No jest jeszcze Clocktower, ale to akurat jest również wino z Nowej Zelandii.

Jeśli Gallo, jak wspomniałem, było niezłym produktem rzemieślniczym, to Sutter Home Sauvignon Blanc należy nazwać typową przemysłówką, w której lekko tylko zaznaczony agrestowy smak został zdominowany przez mało szlachetne jabłka. Pomimo wyższej ceny muszę przyznać palmę pierwszeństwa produktowi Gallo, to wybór zdecydowanie lepszy.

Na koniec jeszcze jedno sauvignon blanc, tym razem z Chile. Terra Andina plasuje się pomiędzy produktami z Kalifornii. Nie jest tak wyraziste jak Gallo, ale znacznie smaczniejsze od Sutter Home. Ma to także potwierdzenie w cenie.

Gallo - ok. 29 zł
Sutter Home - ok. 20 zł
Terra Andina - ok. 25 zł

niedziela, 30 stycznia 2011

Komu bilet, komu?

Zakupy były niemal półhurtowe. Ze sklepu wyszedłem z trzema południowoamerykańskimi winami "Ticket to Chile". Jedno z nich ostatnio opisywałem. Drugie, Chardonnay Reserve 2008, też już wypiłem, ale nie ma o czym gadać, wpłynęło, wypłynęło i zostało szybko zapomniane. Trzecim winem był świeżutki merlot (2010) z linii zupełnie podstawowej i o 10 zł tańszej niż seria Reserve. I co? Był to pierwszy "Ticket...", który przypadł mi do gustu i który wypiłem z przyjemnością. Nie jakieś och i ach, ale dobre wino do wypicia bez okazji, w dodatku za przyzwoite pieniądze (27 zł w Winestory).

Cytat z etykiety: "Aromat wiśni uzupełniony zapachem słodkich przypraw oraz delikatny posmak marmolady i słodkiego likieru zaowocowały jakże wspaniałym i delikatnym finiszem tego wina." Ja prawdę mówiąc wyczuwałem w nim raczej nuty porzeczkowe. Jeśli zaś idzie o marmoladę i słodki likier, to zupełnie nie wiem o co chodzi. Wiem tylko tyle, że spokojnie można tego merlota wypić z kumplem nie poddając jego przyjaźni zbyt niebezpiecznej próbie.

sobota, 29 stycznia 2011

O rany, moja głowa...

Zerwałem się na równe nogi na sygnał-znak "wstawaj!". Trwałem w pionie krótką chwilę, coś chlupnęło w głowie, coś ją przycisnęło od góry, straciłem równowagę i znów siedziałem na łóżku. Rzuciłem okiem na biurko, na którym stała nieopróżniona do końca butelka pinotage. Czyżby ona odpowiadała za mój stan? Dlaczego to wino tak mną poniewiera po tylu godzinach? Było smaczne, pachniało orzechami, smakowało wiśnią, tak jak lubię. Taniny wyraźne, dobrze wyczuwalna kwasowość. Alkohol? 13,5%. Mogłoby się wydawać, że to niedużo, chyba że to nieprawda. Wino nie zachwycało, to prawda, ale i nie zniechęcało do sięgnięcia po kolejny kieliszek.

Przypomniało mi się, że coś takiego już mnie kiedyś spotkało. Przejrzałem zdjęcia i znalazłem to, na którym uwieczniłem (w trakcie picia) wino, które bardzo mi smakowało. Niestety, następnego dnia było znacznie gorzej. Okazuje się, że oba pochodziły od tego samego producenta.

W 1988 roku zespół Bon Jovi wypuścił płytę "New Jersey". Płyta łatwo wpadała w ucho, ale była równie marna jak te wina, gładko przepływające przez gardło.

John Bon Jovi śpiewał:

"Well I woke up this morning
I rolled out of bed
I felt like a dog who's been
Kicked in the head."

Piosenka nie była o winie, ale czy to, co piłem winem było?

wtorek, 18 stycznia 2011

To nie była Bunga Bunga.

Ten pierwszy raz nie zawsze musi skończyć się sukcesem...

Ten pierwszy raz nie był sukcesem.

Musiało upłynąć trochę czasu, żebym mógł zapomnieć smak klęski, przemóc się, spróbować jeszcze raz. Trochę? Cały rok! Dwanaście długich miesięcy.

Nie wszystkie są łatwe, o nie... Ale to dobrze, bo choć dostałem w pysk, to czuję przed nią respekt, szanuję ją i nie czuję żalu. Czekałem długo, nie byłem cierpliwy i wtedy, gdy się nagle pojawiła chciałem to zrobić szybko. Teraz już wiem, że zbyt szybko.

Ten rok nauczył mnie cierpliwości i chociaż w tym czasie nie byłem samotnikiem, miałem kilka romansów, czy niewinnych znajomości, to wciąż myślałem o niej. I nagle, ni stąd, ni zowąd pojawiła się, nie miała pretensji, oddała się w moje ręce. Postanowiłem spróbować jeszcze raz, choć teraz wydawała mi się już nieco inna, już nie tak oczekiwana, choć nadal interesująca.

Nie jest to, drogi czytelniku, pikantna historyjka erotyczna, ale przygoda z pewną butelką wina, o której wspomniałem TU. Mowa o "Ticket to Chile", wina wyprodukowanego (w tym przypadku) ze szczepów syrah/shiraz i cabernet sauvignon. Nieprzypadkowo piszę syrah/shiraz, bo choć zasadniczo szczep jest ten sam, to na etykiecie butelki sprzed roku widnieje napis syrah, a na tej wypitej niedawno jest już shiraz. To zresztą nie jedyna różnica. Poprzednie wino miało 14% alkoholu, obecne 14,5%. Dla jasności obie butelki pochodziły z rocznika 2008.

Jeśli chodzi o wrażenia, to są podobne do tych sprzed roku. To znaczy znów dostałem w twarz, ale jeszcze chwilę sobie pogadaliśmy. Dałem jej odetchnąć, nabrać dystansu. Nie odzywałem się do niej przez godzinę. Dało jej to do myślenia, zrazu stała się milsza, gładsza w obejściu. Wieczór był całkiem miły.

To nie będzie moja miłość, ale kto wie, może spotkamy się za rok.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Nuda?

Prosecco i prosecco! Panie, a może byśmy tak poszli na spacer! Tak mógłby powiedzieć Kozłowski do Narożnego (obaj są bohaterami filmu Andrzeja Kondratiuka "Jak to się robi") , znużony robieniem czegoś, co nie daje ani satysfakcji, ani oczekiwanego efektu. Picie prosecco, czy też innego wina musującego, jak na razie najzwyczajniej mi nie wychodzi. Bąbelki mnie dekoncentrują, rozmontowują mój umysł, osłabiają percepcję. Nie pozwalają w żaden sposób ocenić tego rodzaju wina. Wydaje mi się, że wszystkie mają zazwyczaj smak jabłek, mniej lub bardziej kwaśnych (Gancia przypomina niedojrzałe papierówki), choć to proscecco z Lidla, najtańsze ze wszystkich dotychczas przeze mnie wypitych, wyróżnia się na plus, bo smakuje trochę jak brzoskwinia, choć nadal nie w pełni dojrzała.


Tu chciałem zakończyć krótką historyjkę na temat pitych ostatnio win musujących i zająć się opisywaniem innego wina, na którym w przeszłości się zawiodłem, a któremu dałem drugą szansę. Niestety, "noc kilimem mroku z nieba spłynęła", sił zabrakło, oko ciężko opadło. Drodzy czytelnicy, musicie chwilkę jeszcze poczekać.

Dni kilka minęło, żona mówi otwórz... prosecco. Sięgnąłem po butelkę Yello, którą można było ostatnio nabyć z dwoma ręcznie robionymi, dość dziwnie powykręcanymi kieliszkami. Otworzyłem, nalałem, spróbowałem i się nie znudziłem. Żona też nie. Każde z nas czekało na nieuwagę drugiej strony, żeby ukradkiem dolać sobie jeszcze po odrobince, stroiliśmy do siebie niezbyt mądre miny w odpowiedzi na pytające spojrzenia domagające się odpowiedzi, dlaczego wina tak szybko ubywa. Pomyślałem nawet, że te musujące wina straszne nie są, zaczynają intrygować i kto wie, może poprzez prosecco i cavę dotrę do szampana, który zmieni mnie i odmieni.


Głowy nie dam, ale to chyba u Bieńczyka czytałem historyjkę o człowieku, który na łożu śmieci żałował jedynie tego, że tak mało szampana wypił w swoim życiu. Doga do najlepszych win musujących jest może kręta, ale widoki z każdym krokiem wydaję się coraz ciekawsze.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Rocznik rocznikowi...

... nierówny. To jednak prawda i nie ma tu żadnej ściemy. Oczywista oczywistość, o której można wyczytać w byle książce poświęconej winu. Butelki Dourthe No.1 z rocznika 2006 i 2007 wydawały mi się podobne. Nawet identyczne. Naprawdę! To było kilka ładnych miesięcy temu, podniebienie moje było jeszcze zupełnie niewyrobione. Zastanawiam się jak to porównanie wypadłoby dziś. Czy udało mi się czegoś nauczyć?

W każdy razie pewnego wieczoru sączyliśmy z żoną wina. Ona prosecco, które ostatnio mocno polubiła, ja zaś jakieś wino czerwone, nie pamiętam już jakie. Chyba takie, o którym pamiętać nie warto.
- Nie smakuje Ci - pytam - jakoś Ci nie idzie?
- Nie wiem, jest inne - odpowiada - nie smakuje mi tak jak to, które piliśmy wcześniej.
Pewnie się jej już znudziło - pomyślałem - trzeba będzie poszukać nowego ulubionego trunku.

Po kilku dniach nalałem sobie kieliszek tego prosecco. Cholera, rzeczywiście jest jakieś inne! Tamto było wytrawne, ale z lekko wyczuwalną słodyczą, która sprawiała, że tak nam smakowało. W tym już tej słodyczy nie ma. Są fajne bąbelki, wino jest lekkie, nie ma zbyt dużo alkoholu, ale jednak jest inne, bardziej cierpkie.

Spojrzałem jeszcze raz na etykietę. Wyglądała identycznie. No... prawie identycznie. Tamto wino było z rocznika 2009, a to już z 2010. Rocznik, jak widać, ma znaczenie.

Swoją drogą zastanawiam się, czy zauważyłbym różnicę w smaku, gdyby nie uwaga mojej żony. Boję się, trzęsę się ze strachu, nie, raczej z przerażenia, że mógłbym to przeoczyć. Ja pijąc wino zastanawiam się, co czuję. Ona pijąc wino zwyczajnie wie, co czuje. Ja wiem co to jest winny talent. Ona nie wie, że jest jego posiadaczką.

W tej chwili piję z czerwone wino z Sycylii. Za chwilę moja żona mi powie, co czuję pijąc to wino. Może Wam kiedyś o tym opowiem, muszę się tylko trochę zastanowić.

wtorek, 28 grudnia 2010

Ach... ta barbera...

Raz w miesiącu (przynajmniej) spotykam się z moim przyjacielem, żeby obgadać nasze wspólne interesy. Nie są wielkie, więc ten temat nie zabiera nam dużo czasu. Jego resztę poświęcamy na rozmowy o życiu i dupie Maryni. Spotykamy się tak już od kilkunastu miesięcy, ale dziś chyba po raz pierwszy rozmowę umiliła nam lampka wina. Zamówiłem sobie krwistego wołowego steka, do niego chciałem dobrać malbeka, ale niestety nie było go w karcie win. Z braku laku, padło na barberę (d'Alba) a barbera, jak pamiętają uważni czytelnicy mojego bloga, "nie daje mi spokoju i wciąż mnie gdzieś uwiera". Barbera jak barbera, trochę pachniała wiśnią, w ustach dobrze wyczuwalna kwasowość. Ale nabrałem ochoty na więcej.


Po powrocie do domu otworzyłem chłodziarkę, bo zdawało mi się że wśród kilku innych znajdę butelkę barbery. Jest! Wino La Ladra Barbera d'Asti (Tenute dei Vallarino) z rocznika 2005 musiało spełnić pokładane w nim nadzieje na miły wieczór. I spełniło. No jakże ono je spełniło... Intensywne aromaty wiśni połączone z korzennymi przyprawami, kwasowość świetnie zrównoważona przez słodycz, taniny obecne, ale bardzo miękkie. Nie wiem jak ma się to wino do klasyki gatunku (ten temat został poruszony w Magazynie Wino nr 3/2010), ale dla mnie to była najlepsza z dotychczas wypitych flaszek trunku stworzonego z barbery.

Wiem, gdzie można to wino kupić i wiem (niestety) ile ono kosztuje. Idę po kupon Lotto.

Luksusowe Chardonnay

Wygląda na to, że przesadziłem. To znaczy jestem tego pewien. Następny poranek świadczył o tym dobitnie. Teściowa to dostrzegła, nic nie powiedziała, ale widziałem to w jej spojrzeniu.

Wieczorem postanowiłem dokończyć butelkę kalifornijskiego chardonnay, takiego z supermarketu, ale zupełnie przyzwoitego. Na pewno było przyzwoite, wypiłem je ze smakiem dość szybko, wypukłe dno butelki w przedziwny sposób odpowiedziało na moje spojrzenie. Wieczór był wczesny, rozmowa zajmująca, tylko wina nam zabrakło. Właściwie tylko mnie, dziewczyny sączyły coś innego. Udałem się w miejsce, gdzie trzymam swoje butelczyny z winem i wyciągnąłem kolejną flaszkę chardonnay, tym razem z Chile. Żywiłem w stosunku do niej pewne nadzieje z dwóch powodów. Po pierwsze prześliczna etykieta przedstawiająca posągi z należącej do Chile Wyspy Wielkanocnej zwiastowała ciekawe wnętrze butelki. Po drugie wino to kupiłem w Tygodniu Luksusu - akcji prowadzonej w Lidlu co jakiś czas, kiedy to oferta win staje się bogatsza i droższa zarazem a dobrze wydany katalog sugerował, że mam do czynienia z winem wyjątkowej klasy. I ja temu katalogowi uwierzyłem. I nadal wierzę, nie mam innego wyjścia, bo znów ujrzałem dno butelki, lecz głowa niezdolna już była wydać komunikatu podsumowującego degustację. Ciało udało się po cichu i niezauważenie w miejsce spoczynku.

Nad głową latały helikoptery, na głowie ciążył kamienny kapelusz skradziony posągowi z Wyspy Wielkanocnej. Nie czułem się luksusowo.

ps. Po kilku dniach pojawiłem się w Lidlu, by ponownie kupić chilijskie chardonnay z tajemniczymi figurami na etykiecie. Niestety, dobra luksusowe rozeszły się błyskawicznie. Trudno będzie powtórzyć degustację, jeszcze trudniej wywołać ją z pamięci. Wciąż wierzę, że wino było świetne.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Rocznik 1975

Chateau Colombier-Monpelou z Pauillac, rocznik 1975, kupiłem mojej żonie na urodziny. Moja żona urodziła się właśnie w roku 1975, co prawda nie na lewym brzegu Żyrondy a na prawym rzeki Elbląg, ale z tego akurat faktu nie będę robił zagadnienia.

Przyznam się od razu i bez bicia, że bałem się otworzyć to wino. Bardzo chciałem je wypić, delektować się nim, ale zdawałem sobie sprawę, że nie jest to WIELKIE wino z Bordeaux i że w tym wieku wcale nie musi być dobre. Ba, może nawet okazać się kiepskie. Uspokoił mnie co prawda fakt, że wino kupiłem niedawno i w dodatku w sklepie, więc zupełnie fatalne być nie może, a że może mnie nie zachwycić to już trudno. W końcu chodziło tu tylko o symboliczne uczczenie dość okrągłej rocznicy.

Korek okazał się bardzo miękki. Tak miękki, że dolna jego część oderwała się od reszty podczas wkręcania weń korkociągu. Wpadka, ale poradziłem sobie z nią wpychając oderwaną część do środka butelki i czym prędzej przelewając wino do karafki.

Przystąpiliśmy do picia. Wino było klarowne, kolor nieco może przygaszony, może nie tak intensywny jak w młodym winie, ale bardzo ładny i czysty. Zapach niezbyt intensywny, trudny do rozszyfrowania dla nosa amatora, ale zachęcający do skosztowania płynu, co też uczyniłem. Owocowość gdzieś jakby schowana, za to taniny zdecydowanie wyczuwalne, ale bardzo wygładzone, miękkie, "nieszarpiące" podniebienia.

Po chwili wypiliśmy po kolejnej porcji wina, któremu natlenienie w karafce zdecydowanie pomogło, stało się bardziej aromatyczne, owocowość wydawała się wyraźniejsza, intensywniejsza. Z każdym kieliszkiem było lepiej i lepiej, aż.... aż wino się skończyło. Mój Boże, jak szybko... za szybko... chcę więcej.

Nie wiem, nie znam się, nie umiem ocenić, jestem amatorem. Ale jeśli wino skończyło się zbyt szybko rozpalając naszą ochotę na więcej to chyba nie było złe.

Dla nas w tej chwili, z tej okazji i tym miejscu było świetne.