wtorek, 28 grudnia 2010

Ach... ta barbera...

Raz w miesiącu (przynajmniej) spotykam się z moim przyjacielem, żeby obgadać nasze wspólne interesy. Nie są wielkie, więc ten temat nie zabiera nam dużo czasu. Jego resztę poświęcamy na rozmowy o życiu i dupie Maryni. Spotykamy się tak już od kilkunastu miesięcy, ale dziś chyba po raz pierwszy rozmowę umiliła nam lampka wina. Zamówiłem sobie krwistego wołowego steka, do niego chciałem dobrać malbeka, ale niestety nie było go w karcie win. Z braku laku, padło na barberę (d'Alba) a barbera, jak pamiętają uważni czytelnicy mojego bloga, "nie daje mi spokoju i wciąż mnie gdzieś uwiera". Barbera jak barbera, trochę pachniała wiśnią, w ustach dobrze wyczuwalna kwasowość. Ale nabrałem ochoty na więcej.


Po powrocie do domu otworzyłem chłodziarkę, bo zdawało mi się że wśród kilku innych znajdę butelkę barbery. Jest! Wino La Ladra Barbera d'Asti (Tenute dei Vallarino) z rocznika 2005 musiało spełnić pokładane w nim nadzieje na miły wieczór. I spełniło. No jakże ono je spełniło... Intensywne aromaty wiśni połączone z korzennymi przyprawami, kwasowość świetnie zrównoważona przez słodycz, taniny obecne, ale bardzo miękkie. Nie wiem jak ma się to wino do klasyki gatunku (ten temat został poruszony w Magazynie Wino nr 3/2010), ale dla mnie to była najlepsza z dotychczas wypitych flaszek trunku stworzonego z barbery.

Wiem, gdzie można to wino kupić i wiem (niestety) ile ono kosztuje. Idę po kupon Lotto.

Luksusowe Chardonnay

Wygląda na to, że przesadziłem. To znaczy jestem tego pewien. Następny poranek świadczył o tym dobitnie. Teściowa to dostrzegła, nic nie powiedziała, ale widziałem to w jej spojrzeniu.

Wieczorem postanowiłem dokończyć butelkę kalifornijskiego chardonnay, takiego z supermarketu, ale zupełnie przyzwoitego. Na pewno było przyzwoite, wypiłem je ze smakiem dość szybko, wypukłe dno butelki w przedziwny sposób odpowiedziało na moje spojrzenie. Wieczór był wczesny, rozmowa zajmująca, tylko wina nam zabrakło. Właściwie tylko mnie, dziewczyny sączyły coś innego. Udałem się w miejsce, gdzie trzymam swoje butelczyny z winem i wyciągnąłem kolejną flaszkę chardonnay, tym razem z Chile. Żywiłem w stosunku do niej pewne nadzieje z dwóch powodów. Po pierwsze prześliczna etykieta przedstawiająca posągi z należącej do Chile Wyspy Wielkanocnej zwiastowała ciekawe wnętrze butelki. Po drugie wino to kupiłem w Tygodniu Luksusu - akcji prowadzonej w Lidlu co jakiś czas, kiedy to oferta win staje się bogatsza i droższa zarazem a dobrze wydany katalog sugerował, że mam do czynienia z winem wyjątkowej klasy. I ja temu katalogowi uwierzyłem. I nadal wierzę, nie mam innego wyjścia, bo znów ujrzałem dno butelki, lecz głowa niezdolna już była wydać komunikatu podsumowującego degustację. Ciało udało się po cichu i niezauważenie w miejsce spoczynku.

Nad głową latały helikoptery, na głowie ciążył kamienny kapelusz skradziony posągowi z Wyspy Wielkanocnej. Nie czułem się luksusowo.

ps. Po kilku dniach pojawiłem się w Lidlu, by ponownie kupić chilijskie chardonnay z tajemniczymi figurami na etykiecie. Niestety, dobra luksusowe rozeszły się błyskawicznie. Trudno będzie powtórzyć degustację, jeszcze trudniej wywołać ją z pamięci. Wciąż wierzę, że wino było świetne.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Rocznik 1975

Chateau Colombier-Monpelou z Pauillac, rocznik 1975, kupiłem mojej żonie na urodziny. Moja żona urodziła się właśnie w roku 1975, co prawda nie na lewym brzegu Żyrondy a na prawym rzeki Elbląg, ale z tego akurat faktu nie będę robił zagadnienia.

Przyznam się od razu i bez bicia, że bałem się otworzyć to wino. Bardzo chciałem je wypić, delektować się nim, ale zdawałem sobie sprawę, że nie jest to WIELKIE wino z Bordeaux i że w tym wieku wcale nie musi być dobre. Ba, może nawet okazać się kiepskie. Uspokoił mnie co prawda fakt, że wino kupiłem niedawno i w dodatku w sklepie, więc zupełnie fatalne być nie może, a że może mnie nie zachwycić to już trudno. W końcu chodziło tu tylko o symboliczne uczczenie dość okrągłej rocznicy.

Korek okazał się bardzo miękki. Tak miękki, że dolna jego część oderwała się od reszty podczas wkręcania weń korkociągu. Wpadka, ale poradziłem sobie z nią wpychając oderwaną część do środka butelki i czym prędzej przelewając wino do karafki.

Przystąpiliśmy do picia. Wino było klarowne, kolor nieco może przygaszony, może nie tak intensywny jak w młodym winie, ale bardzo ładny i czysty. Zapach niezbyt intensywny, trudny do rozszyfrowania dla nosa amatora, ale zachęcający do skosztowania płynu, co też uczyniłem. Owocowość gdzieś jakby schowana, za to taniny zdecydowanie wyczuwalne, ale bardzo wygładzone, miękkie, "nieszarpiące" podniebienia.

Po chwili wypiliśmy po kolejnej porcji wina, któremu natlenienie w karafce zdecydowanie pomogło, stało się bardziej aromatyczne, owocowość wydawała się wyraźniejsza, intensywniejsza. Z każdym kieliszkiem było lepiej i lepiej, aż.... aż wino się skończyło. Mój Boże, jak szybko... za szybko... chcę więcej.

Nie wiem, nie znam się, nie umiem ocenić, jestem amatorem. Ale jeśli wino skończyło się zbyt szybko rozpalając naszą ochotę na więcej to chyba nie było złe.

Dla nas w tej chwili, z tej okazji i tym miejscu było świetne.

środa, 15 grudnia 2010

Barbera d'Asti

O barberze na tym blogu wspominałem już chyba kiedyś i o ile dobrze pamiętam wino to miało być pretendentem do jednego z moich ulubionych gatunków. Pisałem wtedy, że muszę wypić co najmniej kilka jeszcze butelek, żeby mieć co do tego pewność i kilka butelek rzeczywiście wypiłem, choć nie wszystkie tu opisałem.

Dziś sięgnąłem do swej chłodziareczki po wino Blina Barbera d'Asti rocznik 2006. Pamiętam, że do tego wina wcale mnie sprzedawca nie zachęcał, za co należy mu się pochwała, bo dobrze o sprzedawcy to świadczy, że nie wciska klientowi tego, na czym zawiesi się (choćby na moment) jego oko. Oczywiście i tak kupiłem to wino, choć nie wypiłem od razu, przeleżało u mnie mniej więcej trzy kwartały, zanim przyszło mi do głowy, że może warto je wypić. W tym czasie sporo poczytałem o barberze, o silnej kwasowości nadającej jej świeżość, o wyraźnym owocowym aromacie, o łagodnych, niezbyt szorstkich garbnikach. Niewiele wyczytałem o zawartości alkoholu w winach z tego szczepu. Blina zawierała go 13,5%. Tzn. taka wartość widniała na etykiecie, choć zacząłem podejrzewać błąd drukarski (zwany chochlikiem) i gotów byłem obstawić ostatnie pieniądze na to, że było to raczej 15,3% :) W każdym razie wino dość szybko uaktywniło proces wydzielania endorfin i po wypiciu pół butelki gotów byłem przysiąc, że barbera to "moje" wino. Ale to nieprawda.

Tych kilka wypitych butelek (chyba jeszcze nie kilkanaście) nie pozwoliło mi się zakochać w barberze. Jak dla mnie (i na tą chwilę) kwasowość zbyt duża, alkohol zbyt mocny. Czy żałuję wypicia butelki tego wina. Na pewno nie. Barbera zawsze będzie dla mnie pokusą, może niekoniecznie ta z Asti albo z Alby, może raczej ta z Monferrato. Zawsze będę pił barberę z zaciekawieniem. Nadal jednak malbec jest moim liderem, choć ostatnio wypita butelka Chateau Tour Seran zasugerowała, że bordoscy żołnierze nie opadli z sił po walkach stoczonych z wojownikami z nowego świata.

sobota, 27 listopada 2010

Vinho Verde


Nie wiem czy picie vinho verde o tej porze roku to dobry pomysł, ale czy człowiek musi mieć zawsze dobre pomysły? Lato minęło, na następne trzeba poczekać, balkon już zamknięty a vinho verde lepiej wypić wcześniej, niż później. Postanowiłem nie czekać. W domu przy kaloryferze ciepło, przymknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że jestem na portugalskiej plaży i tam, na leżaczku, pociągam chłodne, leciutko musujące wino. Ale kaloryfer to nie plaża, a wino, choć nazwę miało obiecującą, wiele wspólnego z dobrym vinho verde nie miało. Complo Vinho Verde kupione w sklepie należącym do dużej sieci handlowej (E.Leclerc) okazało się porażką maksymalną. Nic w nim nie musowało, nie przywoływało skojarzeń z żadną plażą, nawet tą nadbałtycką. Nie polecam, a nawet odradzam, choć lubię eksperymenty i niejedno dziwne wino wypiłem. Nie tego oczekiwałem, rozczarowałem się tylko i tyle. Może było już za stare, pochodziło z 2007 roku i pewnie lepiej byłoby wypić je ciut wcześniej, ale stawiałbym raczej na to, że po prostu wino to producentowi nie wyszło.

Po kilku dniach sięgnąłem po inną butelkę portugalskiego wina. Vinhas Altas Vinho Verde z 2008 roku dla odmiany okazało się strzałem w dziesiątkę. Leciutkie (tylko 10%), cudownie musujące, orzeźwiające. Pić takie wino to czysta przyjemność. Ale pod jednym warunkiem. Nie powinno robić się tego w samotności, bo nigdy nie osiągnie się pełnej radości z jego picia, tak samo jak nigdy nie będzie cieszyło wylegiwanie się w pojedynkę na portugalskiej plaży. Nawet najpiękniejszej na świecie.

czwartek, 18 listopada 2010

Beaujolais.

Trzeci czwartek listopada, czyli czas na Beaujolais Nouveau. Wiem, wiem, to jest niemodne i to niemodne już od kilku lat. Tak przynajmniej twierdzą Ci, co już trochę wypili, a zatem i parę rozumów zjedli. Ja, jako młody (nouveau) uczniak odnajdują jednak pewną przyjemność w piciu Beaujolais. W tym roku postanowiłem otworzyć dwie butelki. Tegoroczne młode wino z Beaujolais i wino z 2007 roku, ale z apelacji Beaujolais Villages.


To drugie z wymienionych win zaskakuje intensywnym bukietem, fakt że niezbyt różnorodnym, bo wyraźnie wyczuwalne są według mnie tylko powidła truskawkowe. Po spróbowaniu trunku dopisać do wrażeń smakowych można wiśnie wyciągnięte z domowego, dobrze zrobionego kompotu. Taniny są delikatne, wyczuwalne, ale zupełnie do przyjęcia dla osób, które nie znoszą herbacianych fusów w smaku wina.

Tegoroczne nouveau też ma zapach kompotu, ale mocno rozrzedzonego, z owoców z pewnością czerwonych, ale trudno identyfikowalnych. W ustach pojawia się co prawda zarys wiśni, ale odległy, dopiero wyłaniający się z mgły, jeszcze pozbawiony barwy, intensywności.


Obie butelki kosztowały w zasadzie tyle samo, ok. 30 zł. Ich charakter jest podobny ale beaujolais villages z 2007 roku jest jakby "podkręconą" wersją nouveau, bardziej intensywną skoncentrowaną. Wybór zatem jest oczywisty. Świeżak wybiera wersję bardziej dojrzałą.

Gdzie jest malbec?

Pierwszy dzień listopadowego urlopu postanowiłem zaplanować dość szczegółowo i ze sporym wyprzedzeniem. Z życiowego doświadczenia już wiem, że nadmiar tych planów zwykle skutkuje ich niewykonaniem, więc główne cele ograniczyłem do dwóch. Po pierwsze zobaczyć nowo wyremontowany Plac Grzybowski. Po drugie znaleźć prosty i szybki przepis na stek argentyński, który mógłbym popić dobrym malbekiem. To była baza, na której mój plan mógłby się rozwijać, dająca też miejsce na zachcianki miasta, którego polecenia zwykłem spełniać i żądaniom którego ulegam bez większych oporów.

Samochód pozostawiłem na parkingu, moje auto w centrum byłoby uciążliwe i dla mnie, i dla rzeczonego miasta. Nigdy nie miałem zastrzeżeń do miejskiej komunikacji (jestem wielkim fanem metra), udałem się zatem krokiem leniwym, ale pewnym w kierunku metra "Stokłosy". Miasto (dzielnica) i żądza pieniądza kazały mi zajść do kiosku po bilet (całodobowy) i kupon totolotka, który z miejsca stał się świadectwem mojej naiwnej wiary w przyszłość łatwą i przyjemną.

Wysiadłem na stacji "Świętokrzyska" i jak zwykle w kierunku Placu Grzybowskiego ruszyłem ulicą Próżną, która w mej świadomości prosperuje jako ulica "Opróżniona". Mało w niej życia obecnie, stan ten trwa nieznośnie długo. Zbyt długo. Jedynym bogactwem ulicy wydają się być rozliczne ślady (te zwarte jeszcze, i te już rozmazane) psich kup. Tego "majątku" nie pragnę i z uwagą stawiałem kroki, starając się nie wdepnąć w organiczne bogactwo śladów obecności "braci mniejszych". Szczęśliwie docieram do punktu pierwszego mojego planu. Hmmm. Nie umiałem ocenić urody nowego placu, światło (przedpołudniowe jeszcze) nie pozwalało mi uchwycić wyczuwalnego podskórnie piękna tego miejsca. Uznałem, że lepiej będzie jeśli nie będę się silił na udane zdjęcia i poczekam na lepszy moment, aby to miejsce godnie i uczciwie zareklamować. Może lepszą porą na odwiedzenie placu byłby wieczór.

Udałem się zatem w kierunku "Złotych tarasów" by tam, w sieci Marks & Spencer odnaleźć towarzysza mojego posiłku. Ulica E. Plater wygląda coraz piękniej. Kamienno-mozaikowe murki rozdzielające pasy ruchu kojarzą mi się jakoś z Gaudim i Barceloną, w której jak dotąd jednak nie byłem. W "Marks &  Spencer" nie znalazłem malbeka ani z argentyńskiej Mendozy, ani z francuskiego Cahors. Jakoś głupio było mi wyjść z pustymi rękoma, wyszedłem zatem z butelką chateauneuf-du-pape, o której wspomnę zapewnie kiedyś w przyszłości. Zdecydowałem się na wino tego typu, ponieważ kilka dni temu miałem okazję i niewątpliwą przyjemność wypicia chateauneuf, które bardzo mi smakowało i nie było przy okazji bardzo drogie (ok. 70 zł). Etykieta poniżej.




Malbeka musiałem poszukać gdzieś indziej. Wsiadłem do tramwaju nr 33 i pojechałem w kierunku Ronda Radosława. Jazda tramwajem, choć bezproblemowa i szybka (zważywszy na tempo poruszających się obok samochodów) nie była dla mnie przeżyciem szczególnie radosnym. Jakimś smutkiem napełnił mnie obraz tych wszystkich starych ludzi, którzy resztki sił oszczędzają na walkę o ostatnie wolne miejsca w tramwaju. No ale ja nie o tym. Chciałem dotrzeć na ulicę Burakowską. Znajduje się tam znany i cieszący się dobrą marką skład win. Tam bez problemu kupiłem upragnionego malbeka, w zamian zmalał skład banknotów w moim portfelu. Ale co tam, żyje się tylko raz. Koty jednak mają nieco lepiej.

Sam skład win, wraz z towarzyszącą mu restauracyjką okazał się być "złotym środkiem", dosłownie i w przenośni. Leży pomiędzy ośrodkiem warszawskiego konsumpcjonizmu, jakim jest CH "Arkadia" a miejscem spoczynku zacnych obywateli Warszawy, dla których dobra doczesne straciły nieco na znaczeniu. Powązki, bo o nich mowa, wywarły na mnie niesamowite wrażenie. Wstyd się przyznać, ale byłem na tym cmentarzu pierwszy raz w życiu. Miejsce bardzo mi się tam spodobało i będę się starał nawiedzać je częściej. Ile tam ciekawych zakamarków, ile interesujących kadrów...

Co do malbeka, to muszę uczciwie powiedzieć, że mimo trudu włożonego w jego odnalezienie, nie został on ozdobą przygotowanego na argentyńską modłę steku. Nie zmieścił się w chłodziarce wypełnionej już innymi trunkami. Jego rolę przejął zacny przedstawiciel francuskiej apelacji Cotes du Rhone Villages.


Mój Boże, jak bardzo mi to wino smakowało. Połączenie steku z tym winem może nie było idealne (choć zastrzeżeń nie mam), ale trud włożony w wypełnienie dzisiejszego planu opłacił się z nawiązką. Z dużą nawiązką...

środa, 10 listopada 2010

Kolejne eksperymenty.

Im więcej piję win "lepszych" i droższych, tym większą mam pokusę by sięgnąć po niedrogie, a nawet bardzo tanie wina z marketu takiego jak Lidl. Tym razem padło na produkty pochodzące z Włoch, Francji i Grecji. O ile Bordeaux i Montepulciano widziałem wcześniej na półkach Lidla, to wino z Grecji było dla mnie nowością i to, jak na trunki sprzedawane w tej sieci, nowością drogą (niemal 15 zł). Co ciekawe, wino to okazało się całkiem przyjemne w piciu, co stwierdzić musiałem nie tylko ja, bo podczas kolejnej wizyty w sklepie już go dostrzec nie umiałem. Bordeaux i Montepulciano piłem wcześniej (inne roczniki), nie byłem specjalnie zachwycony, ale też i nad nimi nie płakałem. Tym razem Bordeaux okazało się całkiem przyzwoite, lepsze od tego z 2008, natomiast produkt włoski utwierdził mnie w przekonaniu, że 9,99 to cena graniczna, przekroczenie której byłoby bezczelnym zamachem na portfel amatora niedrogich win. Ranking win odpowiada całkowicie cenom, jakie przyszło mi za nie zapłacić. Niecałe 40 zł wydane na trzy wina to i tak niemal okazja, zatem proces badawczy okazał się niezbyt kosztowny, ale wiele wnoszący do mej winnej edukacji.

Mój ranking:
  1. Grecja - 14,99 zł
  2. Francja - 13,45 zł
  3. Włochy - 9,99 zł
A jeśli ktoś próbował i ma zdanie odmienne to zapraszam do skomentowania wpisu i podzielenia się własnymi wnioskami z eksperymentu.

niedziela, 7 listopada 2010

Winne Chiny

W Hongkongu zakończyły się właśnie 3. Międzynarodowe Targi Wina. Brało w nich udział blisko 700 wystawców z 29 krajów. Krajem partnerskim targów była Australia, która jest trzecim pod względem wielkości dostawcą wina do Hongkongu. Najbogatszą ofertą, poza Australią, mogły poszczycić się Francja, Włochy i Hiszpania, które reprezentowało ponad 370 wystawców, dwa razy więcej niż w zeszłym roku, co wyraźnie pokazuje, jak ważnym rynkiem dla wina są Chiny. Całkowita wartość importu wzrosła w pierwszych trzech kwartałach 2010 roku o 72 procent i osiągnęła poziom 4,67 mld hongkońskich dolarów. Dzięki temu Hongkong stał się drugim pod względem wielkości centrum aukcyjnym wina (po Nowym Jorku) spychając Londyn na miejsce trzecie.

Coś mi się zdaje, że przy takim popycie na wino ze strony Chin europejscy amatorzy wina będą musieli zadowolić się winem drugiego i trzeciego sortu albo słono płacić za wina najlepszej jakości.

Idę po kupon Lotto...

poniedziałek, 1 listopada 2010

Amarone


Amarone della Valopolicella, zwykle nazywane po prostu Amarone, jest włoskim winem wytrawnym pochodzącym z regionu Veneto. Powstaje z mieszaniny gron szczepów Corvina (40-80%) i Rondinella (20-40%), dopuszcza się również stosowanie innych czerwonych winogron (5-25%) takich jak molinara, dindarella, oselletta, croatina, jednak udział każdej z tych odmian nie może przekroczyć 10%. W przypadku wina, które miałem przyjemność pić (Lena di Mezzo, Monte del Fra) było to 80% szczepu Corvina i 20% szczepu Rondinella.

Proces produkcji wina jest szczególnie ciekawy i to właśnie jego specyficzny przebieg decyduje i wyjątkowym charakterze tego trunku. Osobom chcącym bliżej poznać szczegóły procesu produkcji wina polecam przeczytanie artykułu ze strony vinisfera.pl, który pierwotnie ukazał się w branżowym miesięczniku branżowym „Rynki alkoholowe”.

Trzeba przyznać, że nie jest to tanie wino, choć jeszcze kilka, kilkanaście lat temu ceny winogron, z których powstaje wino były bardzo niskie i Amarone było bardzo konkurencyjne w stosunku do najbardziej znanych win włoskich, takich jak Barolo i Brunello di Montalcino. Jednak do dzisiaj wzrosły one nawet kilkunastokrotnie, co w połączeniu w wysokimi kosztami produkcji i niemałymi marżami sklepów w Polsce sprawia, że butelkę niezłego Amarone trudno kupić u nas za mniej niż 100 zł. Niemniej jednak zdecydowanie polecam wypicie tego oryginalnego wina, a ocenę jego rzeczywistej wartości pozostawiam amatorom boskiego trunku.

Mi w każdym razie przypadło do gustu.

Winestory, 139 zł

piątek, 29 października 2010

Jak zostałem palaczem.

Tak... Edukując się w temacie wina dowiedziałem się, że rok 2005 był dla winiarstwa Europy i Francji szczególny. Kupowałem zatem francuskie wina z tego rocznika spodziewając się ambrozji, która przepływając przez mój otwór gębowy i dalej, wyzwoliłaby we mnie poczucie uchwycenia Najwyższego za stopy lub jego sukmany w najgorszym przypadku.

To jest modne i na czasie mieć kawałek uprawnej ziemi w okolicach Bordeaux czy w Burgundii, obsadzonej winoroślą rodzącą cudowne owoce, z których powstają zachwycające wina. Winnice mają aktorzy, bankierzy, maklerzy giełdy niekoniecznie rolnej a nawet kierowcy rajdowi. Moje wino było produktem wyobraźni palacza papierosów lub przynajmniej plantatora tabaki. Pijąc ten trunek czułem się jakbym palił papierosa czy też żuł  tabakę.

U nas powstawały wina z jabłek a we Francji rolę winogron przejęły liście tabaki. Ani za jabłkami, ani za tytoniem specjalnie nie przepadam, ale gdybym miał wybierać, wolałbym jabłko.

Papierosy w płynie kosztowały mnie niemal 50 zł i uważam tę kwotę, za jedną z najgorzej zainwestowanych. Słowo daję, wolałbym za tę kwotę kupić w Lidlu co najmniej 3 wina, które dałyby mi radość znacznie większą niż ta paczka marnych fajek z wielkiego rocznika 2005.

piątek, 22 października 2010

Czyste złoto.

Wciąż nie mogę przestać zachwycać się winami ze szczepu Malbec, a Trivento Golden Reserve nie pozwala wygasnąć żarowi tej miłości. Cudownie aromatyczne, w ustach bogate. Uwielbiam smak przetworzonej śliwki mieszającej się z konfiturową, ale nie słodką wiśnią. Wysoki poziom alkoholu (14,8%) sprytnie chowa się gdzieś za wyraźną przyprawową nutą, nadającą winu w końcówce lekko gorzkawy posmak.

Uwielbiam to wino i polecam je wszystkim. Na co dzień i od święta.

środa, 20 października 2010

Sałatka grecka + retsina = :)

Zainspirowany kulinarnymi podróżami Ricka Steina po krajach śródziemnomorskich postanowiłem szybko zrobić sałatkę grecką, do której otworzyłem retsinę. Nigdy nie piłem retsiny, wiedziałem jedynie, że dodaje się do niej żywicę sosnową. W bardzo dawnych czasach żywicą lakowano amfory, żeby wino się nie utleniało. Nieco później dodawano ją do wina, by na jego powierzchni utworzył się szczelny kożuch zapobiegający oksydacji. Dzięki temu zabiegowi retsina uzyskiwała silny, charakterystyczny aromat, co było o tyle korzystne, że savatiano, szczep z którego powstaje trunek jest niemal pozbawiony zapachu.  Obawiałem się tej intensywności, ale okazuje się, że sami Grecy często nie tolerowali nazbyt intensywnego zapachu retsiny i w końcu zaczęto produkować wina łatwiejsze w odbiorze, świeższe, lekko jedynie doprawione żywicą.

Moja Retsina Kourtaki okazała się winem przyjemnym w piciu, o dość dużej (wg. mnie) kwasowości, ale w granicach mojej tolerancji na ten element struktury wina, choć Panowie Bieńczyk i Bońkowski w "Winach Europy" piszą, że akurat ten szczep charakteryzuje się niską kwasowością, przez co wina staję się płaskie i nudne. Na mnie retsina zrobiła niezłe wrażenie, ale zaznaczam, że to była pierwsza w moim życiu butelka tego gatunku, brak mi więc skali porównawczej.

To co mnie zaskoczyło, to brak rocznika na etykiecie. Wydaje mi się, że to też jest cecha charakterystyczna retsiny. Na żadnej z butelek, jakie widziałem w internecie, nie zauważyłem rocznika.

Poziom alkoholu 12%, temperatura serwowania 7-9 st. C.

Cena ok. 25 zł.
----------------
ps. Nuty "żywiczne" stają się coraz bardziej wyczuwalne wraz ze wzrostem temperatury wina. Jeśli chcecie je poczuć zapomnijcie o tych 7-9 stopniach :)

poniedziałek, 11 października 2010

Dobre, bo polskie.

W kwietniu tego roku miałem okazję wypić po raz pierwszy w życiu legalnie wyprodukowane polskie wino (no bo coś dziwnego z jabłek, co wypiłem w liceum, winem było tylko z nazwy) i byłem tym faktem mocno podekscytowany. Chardonnay/auxerrois w wykonaniu Winnic Jaworek było świetne i rozbudziło we mnie chęć poznania innych polskich win. Tym razem w moje ręce wpadł produkt Winnicy Płochockich o nazwie Sibemus pochodzący ze zbiorów w 2009 roku. Sibemus to nazwa pochodząca od głównych szczepów winorośli, z których powstał ten trunek (Sibera 70%, Muskat 20% i 10% Seyval Blanc). Nie wiem za co odpowiadają w tej mieszance poszczególne szczepy, ale smak wina, jak na mój gust i niewielkie doświadczenie, rewelacyjny. Naprawdę pyszne wino.

Postanowiłem kolejny raz wykorzystać (jakkolwiek to brzmi) moją żonę:
- Spróbuj tego wina - mówię - moim zdaniem jest super.
- Nie, dziękuję kochanie, nie piję żadnego wina, jutro muszę wstać rano do pracy.
- Tylko łyczka, weź z mojego kielicha.
- Mmmm, dobre - stwierdziła dość lakonicznie, trochę jakby na odczepkę, nie byłem pewien, czy jej smakowało.
Ale...
- Nie wypij całego, może jeszcze spróbuję, jak położymy dzieci spać - dodała z uśmieszkiem na twarzy.

Tak... to było cholernie dobre wino...

sobota, 28 sierpnia 2010

Detektyw

Lanzarini Montecepas Viognier 2006 kupiłem w mojej ulubionej sieci Winestory. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego wina i rozpocząłem poszukiwania od internetowej strony sklepu. Zdziwiłem się nieco, bo w ofercie winiarni takiego trunku już nie było. Pewnie dobre wino, pomyślałem, szybko zniknęło ze sklepowych półek. Zajrzałem wiec na stronę producenta i... kolejna niespodzianka. Wina ze szczepu viogner brak w ofercie. To już zupełnie rozbudziło moja ciekawość, chwyciłem czym prędzej otwieracz i szybko wyciągnąłem z jego nieocenioną pomocą plastikowy (i co z tego?) korek. Zapach okazał się bardzo interesujący, nie pamiętam żadnego innego wina o tak charakterystycznym aromacie, w którym dominowała, takie odniosłem wrażenie, wyraźna nuta rodzynek. Rzut oka na etykietę: owoce tropikalne z ananasem na czele. To już zmusiło mnie do podjęcia intensywnych działań. Idę do sklepu po małe frykasy. Otworzyłem puszkę z ananasem i torebkę rodzynek. Test porównawczy pozwolił szybko wyciągnąć wniosek: to ani rodzynki, ani ananas.

- Cóż to może być? - Pytam żonę. Żona mniej pije, więc ma lepszy węch i świeższe podejście do tematu.
- Suszone śliwki - odpowiada po krótkiej chwili.
- No, nie wiem, ale może... - Mówię jednak nie do końca zadowolony z odpowiedzi.

Poszukiwania trwają. Otwieram "Wielki atlas świata win" Hugh Johnson'a i Francis Robinson. Szukam szczepu viognier. Jest! "Mocne, pełne, kwiaty głogu i morele". No jasne! Wszystko jasne! Ten intensywny aromat to zapach suszonych moreli, przez który nieśmiało przebijało się jeszcze jabłko.

Cóż, mój nos mnie zawiódł. Okazało się, kolejny raz zresztą, że w rozpoznawaniu zapachów i smaków jestem slaby. Ot, dupa a nie znawca win.

Ale zabawę miałem przednią.