wtorek, 8 października 2013

Dzień Otwartej Butelki.

Kilka dni temu, 3 października, w restauracji Na Lato na warszawskim Powiślu (ul. Rozbrat 44) miałem okazję uczestniczyć w arcyciekawym wydarzeniu, jakim była prezentacja oferty Vini e affini - importera znakomitych win włoskich. Żałuję, że byłem tam tylko przez moment (cóż, praca, praca), ale tych kilkanaście próbek wypróbowanych w pół godziny dało mi sporo do myślenia. Wina były wspaniałe. Niektóre za młode do picia - Barolo i Barbaresco mogą spokojnie kilka lat poczekać, ale z zakupami pewnie nie warto czekać, zwłaszcza że dostęp do tych win został znacznie ułatwiony dla winiarskich mas dzięki uruchomionemu właśnie sklepowi internetowemu. Do tej pory można je było dostać jedynie w niektórych sklepach specjalistycznych, ale głównym odbiorcą był sektor HoReCa.


Podczas prezentacji nie próbowałem, ale miałem okazję pić już nieco wcześniej świetne Chianti Pogni, niedrogie i trzymające klasę, na pewno wyróżniające się wino tej apelacji.

Sam robię zakusy na Chianti Classico Il Molino di Grace, które często pojawia się wysoko w zestawieniach Decantera.

No i oczywiście czekam z niecierpliwością na moment otwarcia butelki, którą mam już w swojej kolekcji, a mianowicie Vigna Elena Barolo Riserva 2006 z winiarni Cogno.

Przyjrzyjcie się ofercie Vini e affini. Naprawdę mocna rzecz.

poniedziałek, 7 października 2013

Portugalczyki.

Przegląd nowych win portugalskich z Biedronki planuję zakończyć opisem win Dourosa z Quinta de la Rosa i Paço do Monsul z Quinta do Vallado. Po nich spodziewam się najwięcej i pierwsze sygnały od innych blogerów zdają się potwierdzać moje przypuszczenia. Chwilkę to potrwa, uzbrójcie się w cierpliwość, dziś będzie o innym winie z Biedronki - czerwonym titular: z rocznika 2010 produkowanym przez Caminhos Crusados w apelacji Dão.


Ale na dokładkę wspomnę o winie VDS Fafide, również z rocznika 2010, tyle że z apelacji Douro. Opisywał je (ocena entuzjastyczna) Wojciech Bońkowski, na portalu Winicjatywa było ono winem dnia.


Obie butelki otworzyłem jednego dnia, stąd pomysł na ich porównanie. Być może niektórzy z Was zapytają dlaczego chcę zestawić ze sobą wina z różnych regionów Portugalii, czy to ma jakiś sens. Prawdopodobnie redaktor Bońkowski powiedziałby, że sensu w tym nie ma, że to dwa zupełnie różne wina. No, ale on - jestem pełen podziwu - potrafił rozpoznać, że wino w jednym roczniku było zamknięte innego rodzaju korkiem niż butelki z pozostałych roczników, które mieliśmy okazję próbować podczas degustacji win Villadoria z oferty Marka Kondrata. 

Ja tak wysublimowanego nosa nie mam, jeśli w ogóle mogę mówić o czułości na niuanse mojego aparatu węchowego. W każdym razie, dla mnie przynajmniej, te wina są bardzo do siebie podobne, zresztą tak podobnych do siebie butelek wypiłem w życiu kilka, wszystkie oczywiście z Portugalii. W mojej głowie układa się pewien obraz  win portugalskich, mam wrażenie, że te butelki kosztujące w Polsce nawet do 30-40 zł są robione wg jakiegoś wzorca. Wzorca, powiedzmy to szczerze, bardzo dobrego, odpowiadającego świetnie mojemu gustowi. Są dość delikatne, z wypolerowanymi taninami, o wyraźnej, ale nienachalnej kwasowości i rozsądnej ilości alkoholu. Wszystko to sprawia, że wina te świetnie pije się solo, ale bardzo dobrze pasują też do mięsnych obiadów. Ja wspomnianymi dzisiaj winami popijałem żeberka duszone ze śliwkami i kompozycja była naprawdę dobra.


Jeśli mowa o wspomnianych niuansach, to Fafide wydało mi się bardziej przejrzyste, czystsze (mówię o wrażeniach smakowych, a nie barwie i klarowności płynu) i nieco bardziej intensywne jeśli chodzi o owoc, ale charakter tych win (podkreślam, moim zdaniem) jest bardzo podobny. Oba warte są polecenia, co niniejszym czynię, wyrażając swoje zadowolenie z faktu istnienia dobrych i niedrogich wina na półkach naszych sklepów. W przypadku titular: na półkach Biedronek rozsianych w całej Polsce, z dostępnością Fafide będzie pewnie nieco gorzej. Ja swoją butelkę kupiłem w ursynowskim Leclerku, być może w innych sklepach tej sieci są również dostępne.   


I jeszcze mała ciekawostka, otwórzcie stronę producenta titular i zobaczcie różnicę w etykiecie.

Wino Titular otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska.
Dziękuję!

Wino Fafide kupiłem w sieci Leclerc.

-----------------------------------------------------
Caminho Cruzados titular Vinho Tinto, DAO 2010
mieszanka: Touriga Nacional, Tinta Roriz, Alfrocheiro, Jaen
alkohol: 13%
cena: 14,99 zł - Biedronka
-----------------------------------------------------
VDS Fafide, Douro 2010
mieszanka: Tinta Barroca, Tinta Roriz, Tauriga Franca, Tauriga Nacional
alkohol: 13%
cena: 28,19 zł - Leclerc Ursynów (02.05.2013)
-----------------------------------------------------

czwartek, 3 października 2013

Tytan z tanin.


Dawno nie piłem tak garbnikowego wina, jakim okazało się Cunha Martins - wino regionalne z Terras do Dão. Zaraz po otwarciu butelki wino jest mocno taniczne, co w połączeniu ze sporą kwasowością predysponuje je jako partnera jakiegoś solidnego, grillowanego kawałka mięsa. Ja w każdym razie po pierwszym łyku miałem ochotę na steka. Po kilku godzinach aromaty ciemnych owoców przebijają się przez garbnikowy pancerz, ale wino najlepsze jest dopiero po kilkunastu godzinach. Przydałoby się zdekantować je przed podaniem. Bez tego może być ono zbyt trudne dla kogoś, kto w winie szuka owocowej bomby. Atutem jest cena - niecałe 15 zł za kawał porządnego wina.

Wino otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska. Dziękuję!

------------------------------------------
Cunha Martins, 2011
Vinho Regional Terras do Dão
Alk.13,0%
Cena: 14,99 zł
------------------------------------------

środa, 2 października 2013

Fado i Fado.

Jedyne białe wino, jakie znalazło się w skrzynce z próbkami portugalskiej oferty, to Fado. Zupełnie jak ta melancholijna pieśń, o której mówi się, że odzwierciedla serce i duszę Portugalczyków. Czy białe wino z Biedronki jest w stanie poruszyć serce Polaka i zajrzeć w polską duszę? Zobaczymy.


Na początek cytat z kontretykiety:  
"Pełne charakteru wino Fado powstało z połączenia szczepów Viognier, Arinto i Síria. Jest to trunek o bladym słomkowym kolorze, z zielonymi refleksami. Fado charakteryzuje się orzeźwiającym smakiem, ukazując owocowy aromat. Doskonale łączy się z daniami z ryb i owoców morza oraz potrawami z białego mięsa."

O ile Viognier znam, o tyle Arinto i Síria, były dla mnie nowością, jeśli miałem z nimi kiedykolwiek do czynienie (do wypicia) to odbyło się to poza moją świadomością. Sam kupaż podobał mi się. Fajne aromaty kwiatowe, ale też i odrobina cytrusowych. Podobnie w smaku, cytrusowa kwasowość daje wrażenie świeżości, ale jest dobrze równoważona słodyczą dojrzałych jasnych śliwek i brzoskwiń. Co ciekawe, wino oznaczone jest jako półwytrawne, choć prawdę mówiąc, gdybym tego nie przeczytał, sam bym na to nie wpadł.

Fado z kielichów było zupełnie w porządku, piłem je bez nadmiernego entuzjazmu, ale ze sporą przyjemnością. Podobnie było z Fado-muzyką leniwie sączącą się z głośników (dziękuję ci, Spotify). Też mnie nie porwała, choć wprawiła w niezły nastrój. Za to po jesiennej melancholii ani śladu.

Wino otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska. Dziękuję!
-----------------------------------------------------------------------------
Fado Viognier Arinto i Síria 2012
Vinho Regional Alentejano
Alkohol: 12,5%
Strona producenta: www.fado.pt
Cena: 12,99 zł
-----------------------------------------------------------------------------

Portugalia w Biedronce.

Wkrótce w sklepach Biedronki zawitają wina z nowej portugalskiej oferty. Tym razem nie mogłem uczestniczyć w oficjalnej ich prezentacji, ale otrzymałem kilka win do degustacji, więc wkrótce napiszę coś na ich temat. Pochodzenie zobowiązuje, jak to się zgrabnie mówi, a wina z Portugalii właśnie miały najlepsze recenzje spośród tych oferowanych w różnych promocjach. Z pierwszych opinii wnioskuję, że będzie tak i tym razem.

Muszę przyznać, że jestem zaskoczony otrzymanymi do degustacji próbkami, wcześniej ich nie widziałem w Biedronce, są one dla mnie zupełną nowością. Jednak pobieżna rozkminka samych etykiet, jeszcze przed otwarciem butelek, dała mi nieco do myślenia i przyniosła kilka skojarzeń.


Po pierwsze Paço do Monsul by Vallado w wersji czerwonej. Vallado dobrze już znamy, w Biedronce można było kupić wino Quadrifolia od tego producenta, którego, piszę to dla przypomnienia, importuje Robert Mielżyński. Kiedy w dyskoncie pojawiła się Quadrifolia na stronie producenta próżno było szukać informacji o tym winie. Dziś już jest inaczej, jest ono elementem stałej oferty Quinta do Vallado. O Paço do Monsul też nie znajdziecie słowa (przynajmniej w chwili pisania tego tekstu). O ile dobrze pamiętam Quadrifolia cieszyła się uznaniem wśród konsumentów i osób piszących o winie. Czy Paço do Monsul ma szansę powtórzyć ten sukces? Zobaczymy.


Drugą ciekawostką jest wino Dourosa z Quinta de la Rosa. Mówi Wam coś ta nazwa? Oryginalna etykieta przedstawia różę na białym tle, ta biedronkowa posiadłość wśród krzewów winorośli, ale informacje na etykiecie jednoznacznie wskazują na wino, którego importerem jest (była?) Enoteka Polska. Na stronie producenta takiej etykiety nie zobaczycie, ostatnie informacje na temat Dourosa odnoszą się do rocznika 2010. Biedronka zaś sprzedaje rocznik 2011.

Z tekstu Ewy Rybak z Magazynu Wino wnioskuję, że degustowane podczas prezentacji wino Terra Antiga Vinho Verde też zostało "podebrane" dotychczasowemu importerowi, czyli Marek Kondrat Wina Wybrane. To też jest jakaś ciekawostka.

Wszystko to wydaje się trochę dziwne, ale nie wnikając w politykę zakupową Biedronki i jej model współpracy (lub nie) z aktualnymi polskimi importerami, ja - jako konsument - mogę być usatysfakcjonowany obecnością takich win na półkach dyskontu, zwłaszcza że kosztują one mniej niż u dotychczasowych dystrybutorów chwalących się dotąd "wyjątkowo" niskimi cenami sprowadzanych przez siebie butelek. No ale cenowe meandry nie są dla prostych ludzi, my tylko musimy wiedzieć, w którym sklepie za 50 zł kupimy jedno wino, a w którym dwa (takie same) wina.   

Winne Wtorki #60.

Wstyd i obciach, ale może lepiej późno niż wcale. Nie mam czym się bronić poza krótką pamięcią, ale co to za wytłumaczenie... Zapomniałem o dość okrągłej edycji Winnych Wtorków, która jest już sześćdziesiątą z rzędu. Winny Wtorek przypadnie zatem w środę i co mi Państwo zrobicie?

A temat ciekawy, bo chodzi o wina z Rumunii, których co prawda wiele w życiu nie wypiłem, ale doświadczenia mam dobre - mówię tu o Anima Pinot Noir od Aurelii Visinescu. Dziś również piję wino Aurelii i też z linii Anima, tyle że białe i zrobione ze szczepu chardonnay.


Wino krzepkie, nie ma co gadać - 14,2% alkoholu i dojrzewanie w beczce sprawiają, że nie mamy do czynienia z byle sikaczem. To jedno z najbardziej aromatycznych chardonnay, jakie miałem okazję pić - dojrzała gruszka i melon przełamana cytrusowym niuansem plus bardzo delikatne nuty orzechowo-maślane tworzą niezłą kompozycję zapachową. Wino w ustach jest masywne, oleiste, lekko gorzkawe, no i jednak dość mocno alkoholowe, ale sprawiające wrażenie poukładanego w zgrabną całość. Być może dla niektórych miłośników chardonnay (zwłaszcza tych świeżych, niebeczkowanych) Anima wyda się trudna, ale charaktery bywają trudne, a to wino niewątpliwie swój charakter ma. Warto spróbować!

Podobnie jak pinot noir, tak i chardonnay nie jest produktem wielkoprzemysłowym, niewiele ponad pięć i pół tysiąca butelek daje temu winu jakiś ekskluzywny rys, choć 820 butelek chardonnay/auxerrois z Winnic Jaworek robiło znacznie większe wrażenie.

Wino kupiłem od importera win Aurelii Visinescu - Interwin Sp. z o.o.

-----------------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #60 na podniebieniach innych blogerów:
-----------------------------------------------------------------------
Blurpp
-----------------------------------------------------------------------

czwartek, 26 września 2013

Simonsig.

Wina z Południowej Afryki miały swój niemały udział w mojej winnej edukacji, później moja do nich miłość (jak mi wówczas wydawało) jakby zelżała, gorący żar zmienił się w zimny popiół. Wypite wtenczas trunki były raczej niedrogie, dostępne w supermarketach, niespecjalnej jakości, ale zazwyczaj pijalne. Dopiero po dłuższej przerwie sięgnąłem po kolejne południowoafrykańskie etykiety, nieco już droższe, takie jak Groot Constantia czy Glen Carlou. Były to naprawdę dobre (i nietanie) wina, kilka butelek mam jeszcze w swoim składziku, zapewne uchronię je od niepamięci jakimś wpisem, ale dziś kilka słów na temat wina bardziej przystępnego cenowo jakim jest Simonsig. Oczywiście nietrudno znaleźć butelki od tego producenta, których cena w Polsce przekroczy "stówkę", ale można też znaleźć i takie, które kosztują niewiele ponad 30 zł. Długo zwlekałem z kupnem Simonsig, zawsze coś mnie od niego odciągało, inne butelki wydawały mi się atrakcyjniejsze. Ale w końcu udało się - padło na kupaż cabernet sauvignon-shiraz z rocznika 2011.


Choć winiarnia ma długie tradycje, ten blend dostępny jest na rynku dopiero od 10 lat. Nie jest to wino niezwykłe, raczej dość proste, ale bardzo pijalne. Mocno owocowe (wiśnie, czereśnie), z gładkimi taninami i przyjemnymi nutami czekolady w końcówce, może trafić zarówno w gusta ludzi "siedzących" już w winie, jak i tych, którzy wina piją sporadycznie. Jest po prostu smaczne i zdaje się być bardzo bezpiecznym wyborem.

Wino kupiłem w Piotrze i Pawle za 32,49 zł. Wino dostępne jest również w sieci Winestory i internetowym sklepie importera - Vininova.

wtorek, 24 września 2013

U ambaSadorA.

Na początku przepraszam za jakość zdjęć. Są fatalne, wiem. Na miejscu spodziewałem się chłopców ze spluwami, zasieków, a już na pewno bramek wykrywających metal - postanowiłem mieć przy sobie tylko zaproszenie i telefon (niby z aparatem). Trochę się zdziwiłem, bo w rezydencji ambasadora USA jankesów niewielu, w stroju bojowym ani jednego, ogólnie sympatycznie i radośnie, gdybym widział wcześniej, wziąłbym jednak jakiś normalny aparat. Do fotografowania butelek oczywiście, bo tych w większości nie znałem, w odróżnieniu od twarzy przybyłych osobników, te rozpoznaję już szczególnie dobrze i mam sporą ich kolekcję w swojej pamięci. Taka winiarska rodzina, choć nie tylko, bo sporo ludzi z blogów kulinarnych, niektórzy z nich do swych potraw rekomendują wino. Przez żołądek do serca, przez wino do duszy, serca w gardle nie miałem, ani duszy na ramieniu, na widelcu też nie, jeśli już to na wykałaczce.
Szkoda, że państwo tego nie widzą.
Ambasador Stanów Zjednoczonych przesympatyczny i serdeczny, ale o tym wiedziałem - nie od dziś obserwuję jego wpisy na Twitterze.
Słowa ambasadora lecą w świat.
Drugiego ambasadora, tego od win kalifornijskich, znam nie z serwisu społecznościowego, ale z poczynań w "realu". Parę razy przecięły się nasze spojrzenia, raz nawet ramię w ramię degustowaliśmy przekrojowo Quinta do Vale Meao, z jego portfolio, jak się potem okazało. Mowa o Robercie Mielżyńskim, który w rezydencji Stephena Mulla równo rozlewał wina od różnych producentów, niekoniecznie sprzedawanych w jego własnych lokalach.
Może kieliszeczek chardonnay?
Tutaj mogliśmy spróbować importowanych przez niego win Starmont. Nie wszyscy zachwycali się Chardonnay, choć mi ono smakowało, mniej wątpliwości wzbudzał Cabernet Sauvignon - zebrani cmokali z uznaniem, wielu poszło po dolewkę. Ja dolewałem sobie raczej wina Francisa Coppoli - Zinfandel bardzo dobry, Shiraz wyśmienity. Lubię też wina Mondavi'ego - seria Woodbridge nie drenuje zanadto kieszeni, a wina naprawdę przyzwoite. W Polsce możemy dostać też linie Twin Oaks i Private Selection. Ironstone znam z całkiem przyzwoitego Cabernet Franc, u Ambasadora próbowałem Syrah - złego słowa nie dam powiedzieć. Sutter Home, Carlo Rosi i Barefoot świadomie pominąłem w degustacji, choć nie jestem z tych, którzy z założenia potępiają te wina. Mam zresztą do nich pewien sentyment. Bardzo, bardzo smakował mi Viognier z Gnarly Head, ale nie wiem dlaczego milczy o nim strona producenta. Dziwne… No i na pewno ciekawostką było wino Apothic Red. Ta niesamowita mieszanka szczepów Zinfandel, Syrah, Cabernet Sauvignon i Merlot na wielu obecnych robiła piorunujące wrażenie. Chętnie przygarnąłbym buteleczkę.
Znamy się? Spotkaliśmy się już kiedyś? Na pewno...

------------------------------------------------------------------------------------------------
Dziękuję Ambasadzie USA i Agnieszce Wojtowicz-Jach za zaproszenie na prezentację "Taste of America". 

poniedziałek, 23 września 2013

Nowości u Marka Kondrata.

Wydawało mi się, że znam ofertę win jakie można kupić w sklepach Marka Kondrata. A to Winicjatywa coś skrobnie, a to DoTrzechDych pochwali się flaszką otrzymaną do degustacji, a to bloger jeden z drugim coś napomknie o wypitej butelce. W głowie tworzy się niemal kompletny obraz półek sklepu na Wierzbowej, ale jakby lepiej poszperać to brak w niej odnośników do własnych doświadczeń, a jedynie przekierowania do otrzymywanego niemal codziennie newslettera (nota bene całkiem dobrego). Trochę wstyd.

Okazją do nadrobienia zaległości było spotkanie, na którym kilku blogerów i część redakcji "Magazynu Wino" mogło zapoznać się z nowościami, które już są lub będą wkrótce w sprzedaży.

Jest w czym wybierać.
Jak na mój amatorski nos i wątpliwej klasy podniebienie nie było tam win złych, nawet najsłabsze z 35-ciu zaprezentowanych butelek, były przyzwoite. Powiedzmy sobie szczerze, że wina nie należały też do najtańszych. Przedział 36-275 zł za butelkę każe nam już nieco od nich wymagać i oszczędniej korzystać z pobłażliwości, z jaką często traktujemy tańsze etykiety.

Mamy tu prawdziwe perełki - Domaine Weinbach z Alzacji, Pierre Gaillard z północnej części Doliny Rodanu, czy Huerta de Albala z Hiszpanii to wina drogie i bardzo drogie, ale nie sposób odmówić  im klasy. Czarują swymi aromatami, a przepływając przez usta uruchamiają lawinę doznań, których wcześniej zapewne nie wszyscy mieli okazję odczuć.

Koszmarne etykiety, wspaniałe wina.
Niebo w gębie.
Taberner. Zapamiętajcie, wielka rzecz!
Co ciekawe nowy Nowy Świat wcale nie jest na straconej pozycji. Spróbujcie "El Leon" albo "Las Cruces" z winiarni De Martino, a zrozumiecie jaki potencjał drzemie w jednym z najciekawszych krajów winiarskich, do których z czystym sumieniem zaliczam Chile.

120 zł za butelkę to nie mało. Ale wina też małe nie są.
Argentyna, jeśli pozostaje w tyle, to tylko o krok. "Enamore" z winnicy Renacer naśladuje słynne Amarone, ale choć czujemy, że do oryginału nieco mu brakuje, to nie można odmówić mu ambicji. "Punto Final" jest za to pierwszej klasy malbekiem pokazującym solidne rzemiosło argentyńskiej Mendozy.
Nie wiem jak Wy, ale ja mam słabość do win argentyńskich.
Na odnotowanie zasługują też moim zdaniem umbryjskie wina Barbi. Il Ruspo z dzikiem na etykiecie jest winem co najmniej ciekawym, ale Lago di Corbara za cenę poniżej 60 zł po prostu kopie tyłek.


-----------------------------------------------------
Wina degustowałem na spotkaniu zorganizowanym przez MAREK KONDRAT WINA WYBRANE. Organizatorom serdecznie dziękuję.
-----------------------------------------------------

czwartek, 19 września 2013

Kilka Gewurtztraminerów.

Miałem ostatnio okazję zmierzyć się z kilkoma alzackimi etykietami, a wszystkie były winami zrobionymi ze szczepu gewurztraminer. Właśnie w tej części Francji gewurztraminery udają się najlepiej, oczywiście jeśli winiarz ma talent i kawałek porządnej działki. W innym przypadku może być różnie. I jak bardzo może być różnie mogłem przekonać się na własnej skórze, czy może raczej podniebieniu.


Pierwsze wino - Henri Ehrhart Gewurztraminer 2011 kupiłem w ursynowskim Leclerku za dość przyzwoitą sumę 36 zł. Owszem posiadało cechy odmianowe takie jak różany zapach i słodkawy posmak przypominający liczi, ale całość była jakaś taka blada i słabo przekonywująca. Dało się wypić, ale słaba koncentracja dawała wrażenie zbyt rozwodnionego kompotu i dużej przyjemności prawdę mówiąc nie miałem.


Lepiej było z winem drugim, a właściwie trzecim, bo to wino było ostatnim w próbowanej przeze mnie serii.  A. Zirnhelt Gewurztraminer 2011 kupiłem za ok. 30 zł w Makro C&C i wino okazało się całkiem przyjemne. Koncentracja nieznacznie lepsza, spodziewałem się może nawet większej słodyczy, ale na pewno nie była ona elementem dominującym. Ogólnie wino przyjemne i w całym zestawieniu najtańsze.


A jeśli jesteśmy przy cenach, to nie ukrywam, że ostatnie wino było też najdroższym. Powiedzmy sobie szczerze, było winem bardzo drogim - kosztuje 170 zł w sklepie Marka Kondrata. Miałem to szczęście, że próbowałem je na degustacji w "centrali" i nie musiałem za nie płacić. Ale wino Gewurztraminer Cuvee Laurence 2009 było tak pełne, tak intensywne, tak skoncentrowane, że już po pierwszym łyku wiedziałem, że mam do czynienia z winem niezwykłym. Aromaty buszowały po nozdrzach, słodyczy było sporo, ale zrównoważonej całkiem przyzwoitą, jak na ten szczep, kwasowością. Producentem jest Domaine Weinbach, oprócz gewurtza mieliśmy okazję spróbować także dwóch rieslingów Grand Cru - Schlossberg 2011 i Cuvee Sainte Catherine Schlossberg 2009 - wszystkie wina, bez wyjątku - świetne. Tego producenta trzeba zapamiętać. Życzę Wam, żeby były to dla Was wina codzienne, ale mam wrażenie, że dla większości z nas będą to wina na specjalne okazje. Ja w każdym razie już za taką okazją się rozglądam. 

niedziela, 15 września 2013

Villadoria Langhe Nebbiolo.

Temat Barolo i innych win z Piemontu miał swoje pięć minut przy okazji wydarzenia "Barolo&Friends" zorganizowanego przez Magazyn Wino w kwietniu. Impreza trwała co prawda tylko kilka godzin, ale tak naprawdę z tej okazji odbywały się w Warszawie również i inne spotkania. Ja miałem okazję uczestniczyć w degustacji win pochodzących z winnicy Villadoria, których importerem w Polsce jest Marek Kondrat. Od kwietnia do września kilka miesięcy minęło, więc możecie zapytać dlaczego piszę o tym dopiero teraz. Przyznaję, że mogło to wówczas wyglądać tak, że przyszedł niewdzięcznik, opił się zacnych win za darmo i jeszcze nie podziękował. Otóż nie. Po pierwsze nie opiłem się, czułem niedosyt. Po drugie wina rzeczywiście były zacne, a moje uznanie dla nich i podziękowanie organizatorom wyraziłem od razu na miejscu. Kilka dni później, by ów niedosyt zaspokoić, odwiedziłem sklep przy Wierzbowej w Warszawie i bez zbędnych słów zagłosowałem na piemonckie wina portfelem, a mój zapas powiększył się o kilka butelek, o których na spotkaniu tak pięknie mówiła przedstawicielka winnicy Paola Lanzavecchia. Wśród tych butelek nie zabrakło oczywiście Barolo, ale dzisiaj poruszam temat win Villadoria z okazji otwarcia  butelki Nebbiolo z apelacji Langhe. Nebbiolo (wino, nie szczep) jest dobrym wstępem do poważniejszych win piemonckich jakimi niewątpliwie są Barolo i Barbaresco (zrobione właśnie ze szczepu niebbiolo). Langhe Nebbiolo to wina znacznie krócej starzone w beczkach, zwykle mniej potężne i na pewno łatwiejsze do picia za młodu, choć trudno odmówić im kwasowości i solidnego garbnika. Ich niewątpliwym atutem jest oczywiście cena - za porządne Barolo lub Barbaresco musimy wydać kwoty znacznie przekraczające 100-150 zł, natomiast za 50-60 zł dostaniemy solidne wina, które wiele mogą powiedzieć o wyższej półce danego producenta.


Barolo 2009 i Barolo Riserva 2004 mogą jeszcze chwilę poczekać, natomiast Langhe Nebbiolo 2011 można już teraz pić z przyjemnością, co niniejszym czynię i z czystym sumieniem Wam polecam. Teraz już kończę, bo wino wciąż do mnie gada, gada i gada. A ja tej historii chcę posłuchać.
------------------------------------------------------------------------------
Wina kupiłem w sklepie przy Wierzbowej w Warszawie.
Villadoria Nebbiolo Langhe DOC, 2011 - 46 zł
Villadoria Barolo DOCG, 2009 - 135 zł
Villadoria Barolo Riserva DOCG, 2004 - 170 zł
------------------------------------------------------------------------------

wtorek, 3 września 2013

Winne Wtorki #58.

Lato się kończy, dni stają się chłodniejsze, więc podrzucając temat Winnych Wtorków pomyślałem sobie, że może warto przedłużyć najcieplejszą porę roku poprzez wina jednoznacznie z latem się kojarzące. Zaproponowałem Prosecco. Jest to wino pochodzące z północno-wschodnich regionów Włoch - Veneto i Friuli. W naszej świadomości wino funkcjonuje jako stosunkowo tanie wino musujące, powszechnie dostępne w sklepach winiarskich, supermarketach i dyskontach, coraz częściej można je dostać w barach, restauracjach, klubach i pubach, nie tylko w butelkach, ale i nalewane z "kija". Tych ostatnich, przyznaję się bez bicia i picia, nie miałem okazji skosztować, natomiast tych butelkowanych wypiłem już całkiem sporo. Darzę je zresztą pewnym sentymentem. Do win musujących długo nie miałem przekonania, być może dlatego, że piłem je zwykle przy okazji specjalnych wydarzeń i większym gronie, zatem materiał poznawczy był rzadki i skromny. Ale kiedyś "szarpnąłem się" na karton Prosecco, co nie kosztowało mnie więcej niż 90 zł. Ach, co za czasy, co za wspomnienia, to były początki mojego świadomego wina picia. To była etykieta lidlowska, o której już kiedyś na blogu wspominałem, a która wprowadziła mnie w świat win z bąbelkami i od tamtej pory częściej goszczą one w mym kieliszku, zwłaszcza gdy upały królują na zewnątrz.

Jako gospodarz tej edycji Winnych Wtorków skusiłem się na trzy butelki Prosecco, degustację rozciągnąłem nieco w czasie, dziś mogę Wam coś o nich powiedzieć. 


Pierwsze z nich okazało się winem "przelewowym", jak zwykle nazywam te, które przelatują przez moje podniebienie (i dalej, ale oszczędźmy sobie szczegółów), nie rozbudzając większych emocji. Ani pozytywnych, ani negatywnych, więc niby nie tak źle, ale kosztowało ono niemal 32 zł, a od win przekraczających pułap trzech dych powinno oczekiwać się czegoś więcej. Co ciekawe, oznaczone było rocznikiem, co nie zawsze jest regułą w przypadku tego typu win, choć wina z Lidla też miały rocznik na etykiecie. Warto spróbować, by mieć własne zdanie na temat Canti, kto wie, może Wam akurat taki charakter włoskich bąbelków będzie odpowiadał.


Drugie wino jest nowością w ofercie sklepów Winestory (Wineonline). To San Martino w wersji dry, co w przypadku Prosecco oznacza wino pół wytrawne. Na etykiecie widać apelację Treviso DOC, która tak naprawdę formalnie jest ogólną apelacją Prosecco DOC, ale producenci win powstających w gminie Treviso mają przywilej (podobnie jak ci z gminy Trieste) umieszczania jej nazwy na etykiecie, w uznaniu zasług, jakie wnieśli tworząc historię Prosecco. Tyle teorii, czas na konkretne wino. Niestety nie jest dobrze. Być może to wina mojej butelki, ale przyjemne wrażenie, jakie pozostawiały tańczące na języku słodkie bąble, zostało zepsute przez nachalny zapach drożdży. I nie chodzi mi tu o, jak to się zgrabnie mówi, "skórkę od chleba", ale o nachalną woń przyniesionych ze sklepu drożdży domowych. Może inne butelki od tego producenta będą pozbawione tej wady, ale ja nie znalazłem przyjemności w piciu tego wina. 


Zupełnie inaczej było z winem trzecim, któremu trudno było cokolwiek zarzucić. W nosie ładny, intensywny owocowo-kwiatowy zapach, przyjemne musowanie i ogólna przyjemność z picia, która nie potrzebuje zbędnych epitetów. Wino nazywa się Ville d'Arfanta Brut Millesimato (2012). Apelacja Valdobbiadene ma status DOCG i należy do ścisłej czołówki wraz z Conegliano DOCG i Asolo DOCG. Co ciekawe cena tego wina jest niewygórowana - 35,70 zł w promocji, poza nią nie przekracza czterdziestu złotych. Inną ciekawostką jest to, że podstawowe Prosecco od tego producenta  - Terra Serena - możecie dostać w Żabce za niecałe 19 zł. Co prawda też "przelewowe", ale w tej cenie całkiem przyzwoite.

W tym zestawieniu zdecydowanym zwycięzcą jest wino ostatnie - Ville d'Arfanta. Bardzo dobre i przyjemne w piciu, a w zestawieniu cenowym z konkurentami jego wartość oceniam na doskonałą.

-----------------------------------------------------------------------
1. Canti Prosecco DOC - 31, 89 zł, Leclerc Ursynów
2. San Martino Dry Treviso AOC - 39,00 zł, Winestory (Wineonline)
3. Ville d'Arfanta Brut Millesimato (2012) Valdobbiadene DOCG - 35,90 zł, Piccola Italia & Mediterrano 
-----------------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #58 na podniebieniach innych blogerów:
-----------------------------------------------------------------------
Winniczek
Blurpp
Czerwone czy białe?
-----------------------------------------------------------------------

Inne moje doświadczenia z Prosecco opisywałem >>TU<<

niedziela, 1 września 2013

Greckie, czerwone.

Białe wina zaczynają mnie powoli nudzić. To chyba pierwsze takie lato, kiedy białe wina zdecydowanie zdominowały czerwone. Zawsze twierdziłem, że wolę czerwone, teraz - po białym maratonie - tęsknota za tym kolorem jest szczególnie silna. Kilka tygodni temu otworzyłem butelkę Félix Rocha i byłem nią (zawartością) oczarowany.


Nie żeby było jakieś szczególnie wyjątkowe, ale po długiej serii win białych miało taryfę ulgową. Szczerze mówiąc nie była ona wcale potrzebna, wino miało dość siły by bronić się samodzielnie. Biorąc pod uwagę fakt, że "Portugalczyk" jest niemal stale obecny w Biedronce, dobrze mieć świadomość, że w razie potrzeby wino będzie pod ręką.

No ale nie o nim miałem napisać, bo dziś "na warsztat" wziąłem butelkę wina greckiego. Czerwonego, rzecz jasna. To Tsantali Naousa Reserve z rocznika 2006. Wino zostało zrobione w greckiej Macedonii, w regionie Naousa (Naoussa) z bardzo ciekawego szczepu xinomavro (xynomavro), który właśnie tam daje najlepsze efekty.


Idąc trochę na łatwiznę (bo nie ma sensu wyważać otwartych drzwi), z przyjemnością zacytuję fragment "Win Europy" Bieńczyka i Bońkowskiego, w którym autorzy krótko i bardzo celnie scharakteryzowali ten szczep:

"Nazywa się go greckim Pinot Noir, obu szczepom bowiem wspólna jest malinowo-kwiatowa perfuma, wysoka kwasowość i raczej jasna barwa, a także zdolność przekazywania niuansów terroir. Xynomavro daje wina o bardzo złożonych bukietach - Grecy lubią mówić, że jego zapach to suma zapachów wszystkich wielkich win europejskich. Coś w tym jest, bo nuty kwiatowe tego szczepu przywodzą na myśl Nebbiolo, wiśniowe Tempranillo, karmelowe i czekoladowe - Garnatxę z Prioratu, stajenne zaś, zwłaszcza od starzenia w beczkach, nie byłyby od rzeczy w dobrym burgundzie."

Nic dodać, nic ująć. Wdzięczny autorom za to, że zaoszczędziłem trochę czasu, jego resztę mogłem spożytkować na leniwe opróżnienie butelki, której zawartość rzeczywiście sprawiła mi sporo radości.

Wino kupiłem w Outlecie Domu Wina.

piątek, 16 sierpnia 2013

Erdőbénye

"Czuję się zachęcony do odwiedzenia Erdőbénye i bardzo chciałbym tam pojechać". Tak napisałem na blogu jakiś czas temu, ale - niestety - z tych planów wyszły nici. Dziś, gdy część moich znajomych, kolegów i przyjaciół od wina spędza miłe chwile wśród winiarzy z Erdőbénye, mi musi wystarczyć butelka wina Alpha z tamtejszej winiarni Bardon. To furmint z niewielką domieszką hárslevelű. Do Warszawy i do mnie trafił tydzień po zabutelkowaniu, sama butelka zaś nie miała nawet etykiety. Jedynie zakrętka zdradzała miejsce pochodzenia wina.


Samo wino znacznie polepsza mój nastrój. Świeże (nawet bardzo), pełne kwiatowo-owocowych niuansów podbudowanych porządną kwasowością. W te, ciepłe jeszcze, dni daje mnóstwo radości. Polecam!

"Czuję się zachęcony do odwiedzenia Erdőbénye i bardzo chciałbym tam pojechać". I pojadę, tyle że na kolejną edycję.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Cud nie nad Wisłą.

Lubię niespodzianki, oczywiście tylko te miłe i skłamałbym pisząc, że się nie zdarzają. Ale ta dzisiejsza bardzo mnie zaskoczyła, choć obiektywnie rzecz biorąc, nie wydarzyło się nic wielkiego.

Pozwólcie, że przedstawię Wam kilka szczegółów tego wydarzenia:

1) Podróż krajową "siódemką" na północ, odległość do przebycia to ponad 300 km.
2) Podróż jest dość męcząca, bo to ja muszę prowadzić auto.
3) Męczę się, bo auto prowadzę wśród miliona innych zmierzających na północ.
4) Milion aut zmierza na północ, bo dziś zaczyna się długi weekend.
5) Długi weekend zaczyna się już w czwartek, bo w czwartek jest święto.
6) W święto świętują głównie sklepy, więc u celu podróży mogę pocałować sklepową klamkę próbując kupić wino na wieczór.
7) Sytuacja wygląda na beznadziejną, bo choć przezornie zabrałem ze sobą jakąś flaszkę, to jej schłodzenie może zabrać kilka godzin.

I tu, w rocznicę cudu nad Wisłą, choć nie nad Wisłą co prawda, ale nad rzeką Elbląg, spotkało mnie inne nadprzyrodzone zjawisko. Zajrzałem do lodówki teściowej, a trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że to osoba "nietrunkowa", w której znalazłem - nie, w ten w ten cud nie uwierzycie - cavę.

Mała rzecz, a cieszy.
Co prawda tylko "semi dulce", ale i tak przecież "metodo tradicional". Po tych trzystu z okładem kilometrach dała ulgę i radość, jakiej można oczekiwać po niezłym szampanie. Ale wino otwiera umysły i mój też się nieco otworzył. Przypomniało mi się, że to wino zostawiłem teściowej sam osobiście, kilka miesięcy temu, odwiedzając Elbląg w maju.

Prawdziwy cud. Cud niepamięci.