niedziela, 31 maja 2020

Podsumowanie miesiąca, maj 2020.

Powiedzmy sobie szczerze, podsumowanie maja nie będzie spektakularne. Regularny wpis na blogu był tylko jeden, może trochę więcej działo się na Instagramie, ale powodów do dumy szukać próżno. Czasu na degustacje za dużo nie było, sam nie wiem dlaczego, w końcu pracowałem nie więcej niż zwykle, dokładnie tyle samo miałem czasu wolnego. Widać z tego, a wspominałem już chyba o tym wcześniej, bardziej uzależniony jestem od kupowania, niż od picia. Cóż zrobić, wszystko przede mną, wybaczcie!

Niemniej jednak w ostatnim dniu miesiąca udało mi się otworzyć wino, nawet dwa, co więcej - oba polskie. Powiedzmy że tak właśnie wygląda mój patriotyzm. Ale za nim o tym powiem, to może trochę statystyki, wszak ten wpis ma właśnie temu służyć.

W tym miesiącu na wina przeznaczyłem 10,39% moich zarobków. Najtańsze wino kosztowało 14,99 zł, najdroższe 139,99 zł. Najbliżej miałem do Tesco i Leclerka i tam wina kupowałem osobiście, Mondovino mieści się w Warszawie, ale w tym wypadku wino zostało do mnie dostarczone, podobnie jak wina z Winnicy Miłosz czy Winnicy Jura (rejony znacznie odleglejsze). To kolejny miesiąc, w którym wspierałem polskich producentów, jak zapewne pamiętacie, w kwietniu kupowałem wina z polskiej Winnicy Sanna.

Udział poszczególnych dostawców w ogólnych wydatkach wyglądał następująco:
 Importer/dostawca/sklep      % wydatków na wino
 Winnica Miłosz 30,45%
 Winnica Jura 23,24%
 Mondovino 19,68%
Leclerc 18,10%
Tesco 8,53%

W tym miesiącu od importerów i dystrybutorów nie otrzymałem żadnego wina do recenzji.

Teraz mogę wrócić do win, którymi mogłem zamknąć wieczór i cały miesiąc, a były to wina, które zrobiły na mnie naprawdę dobre wrażenie. Oba pochodzą z Polski.


Pierwszym z nich było wino musujące (metoda tradycyjna) z Winnicy Miłosz - Grempler Sekt Zweigelt Blanc de Noir. Świetnie prezentowało się w kieliszku, miało kolor, który trudno mi jednoznacznie określić, ale moje skojarzenia oscylowały między kolorem łososiowym, bladą miedzią czy czerwonym złotem. W ustach wino było bardzo rześkie, o dobrze wyczuwalnej kwasowości, według producenta jest ono ekstra wytrawne, ja miałem wrażenie, że pozostała w nim odrobina cukru. Na podniebieniu dobrze wyczuwalne owoce, które mi kojarzyły się z morelą, jabłkiem (świeżym i pieczonym) oraz brzoskwinią. Bardzo fajne, smaczne wino - polecam, choć cena jest dość wysoka - 110 zł za butelkę 0,75 l.


Drugim winem, które umilało mi ostatni wieczór majowy, był Muscaris 2018 z Winnicy Dworu Sanna. Muscaris jest krzyżówką odmian muskat i solaris, kontr-etykieta mówi jeszcze o domieszce johannitera. Jest to wino niezwykle aromatyczne - jeśli lubicie muskaty czy gewurtraminery, to jest ono dla Was. Moje pierwsze skojarzenie to Torres Vina Esmeralda - hiszpańskie wino, które zrobione jest z odmiany muscat of alexandria z domieszką (15%) gewurztraminera. To chyba dobrze, że polskie wina kojarzą się ze światowymi, dobrze znanymi markami i w dodatku wcale nie pozostają w ich cieniu. Cena, niestety, dość wysoka - 80 zł, choć ja kupowałem z Winnicy Dworu Sanna zestaw 6 win, więc mnie butelka wina kosztowała średnio niecałe 64 zł. Wino sprawiło mi naprawdę sporą przyjemność, nie żałuję ani jednej wydanej na nie złotówki.

Na koniec porcja majowych wpisów z Instagrama:


Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Mariusz Boguszewski (@mboguszewski)

wtorek, 26 maja 2020

Glen Carlou, Petite Classique, 2018.


Sam nie wiem kiedy zleciał ten miesiąc, trzeba już myśleć o jego podsumowaniu, a na blogu ani jednego nowego wpisu. Coś tam się działo na Facebooku, coś na Instagramie, ale tutaj - jak w rolnictwie - susza. By utrzymać przy życiu ten kanał komunikacji z Wami, postanowiłem nasączyć się winem z RPA, które okazało się pożywką całkiem przyzwoitą.

W poprzednim wpisie wspomniałem Wam o lekko korkowym winie Glen Carlou Grand Classique 2016, które charakteryzowało się całkiem ciekawym składem, wyraźnie nawiązującym do blendów bordoskich. Wczoraj i dziś w kieliszku miałem wino, które nazwą i składem również wskazuje swe źródło inspiracji. Petite Classique 2018 jest mniej bogate niż Grand Classique, jeśli chodzi o liczbę wykorzystanych w kupażu odmian, mamy tu jedynie merlota i malbeka, zakładam, że w równych proporcjach. Wino jest nowością w ofercie Glen Carlou, dziś na stronach internetowych producenta próżno szukać informacji na temat tego wina. Mam nadzieję, że w tej ofercie utrzyma się dłużej, moim zdaniem ma zadatki, aby być winem poważniejszym, niż sugerowałaby to jego nieco pieszczotliwa nazwa.

Wino wydaje się dość kwasowe, pobudzające apetyt, ja momentalnie poczułem chęć zjedzenia czegoś. Steka tym razem pod ręką nie miałem, musiałem zadowolić się pieczonym żeberkiem i muszę przyznać, że była to dobra kombinacja. Tak było wczoraj, dziś Glen Carlou popijam solo i utwierdzam się w przekonaniu, że zostawienie go na później było strzałem w dziesiątkę. Wino zachowało swój intensywny aromat, przy czym odbeczkowe nuty wanilii zniknęły, za to owoc ujawnił się w całej swej krasie. Także kwasowość wydawała mi się nieco mniej dokuczliwa, za to do głosu doszła przyjemna tanina. Wino drugiego dnia wydało mi się dużo bardziej zrównoważone.

Prawdę mówiąc jestem bardzo ciekaw, jak to wino będzie się zachowywało w przyszłości. Jest zamykane zakrętką, ale tego się nie boję, Tortoise Hill 2013 od tego samego producenta również było zakręcane i dobrze zniosło próbę czasu. Z pewnością jeszcze wrócę do tego wina.

Wino kupiłem w sieci Winestory, cena ok. 50 zł za butelkę 0,75l.

czwartek, 30 kwietnia 2020

Podsumowanie miesiąca, kwiecień 2020.


Ten wpis pierwotnie miał opisywać Glen Carlou Grand Classique 2016 - wino, które kupiłem w Winestory (21.03.2020 ) i które powinno dobrze wpisywać się w mono-tematykę tego bloga, jeśli przyjrzeć się wpisom z 2020 roku. Grand Classique to swego rodzaju hołd oddany winom bordoskim - jest kupażem czerwonych odmian uprawianych w tym bodaj najbardziej rozpoznawalnym winiarskim regionie Francji. To, że na renomę win francuskich składają się nie tylko Bordeaux, Burgundia i Szampania to oczywista oczywistość dla osób interesujących się tym tematem, być może kiedyś wrócę do tego zagadnienia, ale dziś pozostańmy jeszcze przy Bordeaux, przynajmniej na chwilę, bo jak wspomniałem wyżej oraz w tytule, charakter tego wpisu będzie nieco inny od dotychczasowych, a najprawdopodobniej stanie się cyklem, który zwiększy transparentność tego bloga, choć nigdy (chyba) z tym problemu nie było. Przynajmniej dla tych, którzy wpisy czytali od początku do końca.

Wróćmy do wspomnianego Glen Carlou, a zwłaszcza do jego składu, bo w nim jest rozwiązanie zagadki dotyczącej obecności wina z RPA w tematyce Bordeaux. Mamy tu 25% cabernet sauvignon, 25% malbec i 25% cabernet franc, a na dokładkę 13% merlot i 12% petit verdot. Odmiany te występują w winach bordoskich, choć z pewnością w innych proporcjach. Dwie główne odmiany win z Bordeaux (któryś z czerwonych cabernetów i merlot) stanowią zazwyczaj 85-95% kupażu, pozostałe zaś (petit verdot i malbec) to tylko „przyprawy” wzbogacające czy podkręcające charakter danej posiadłości. W winie z RPA uwagę zwraca stosunkowo duży udział malbeka, kosztem merlot i któregoś z cabernetów, ale fakt pozostaje faktem, że wszystkie wymienione odmiany mają zastosowanie w Bordeaux i dlatego Grand Classique miało znaleźć swoje miejsce na łamach tego bloga. Wino okazało się jednak lekko korkowe (naprawdę lekko), więc ocena moja mogłaby być tym faktem zaburzona, a ponieważ nie chciałbym z tego powodu skreślać wina - z Glen Carlou mam naprawdę dobre skojarzenia - postanowiłem zmienić temat tego wpisu. Co do samego wina pewien jestem, że chciałbym powtórzyć jego degustację, wada korkowa była na tyle nieuciążliwa, że wypiłem je do końca, ale właściwą oceną zostawię sobie na inną okazję.

Jeśli zaś chodzi o tytułowe podsumowanie, to chciałbym (i mam nadzieję, że w tym postanowieniu wytrwam) w ostatnim dniu miesiąca zamieszczać statystykę zakupów oraz listę wpisów w mediach społecznościowych dotyczących spróbowanych win, bo nie o wszystkich zdegustowanych winach wspominam na blogu.  

Kwiecień to pierwszy pełny miesiąc obostrzeń spowodowanych epidemią COVID-19, które znacząco wpłynęły na branżę gastronomiczno-winiarską, w poczuciu solidarności, którą na swój sposób wyraziłem w tym wpisie, dokonywałem sukcesywnie zakupów w swoich ulubionych sklepach, ale pojawiły się też i zupełnie nowe źródła dostaw, o których u mnie jeszcze nie czytaliście.

Od tych nowości zacznę. Pierwszy nowy zestaw, w jaki zainwestowałem swoje pieniądze, pochodził z Mondovino, a zachęcił mnie do niego facebookowy film Roberta Komosy, miłośnika dobrej kuchni, win i chyba życia w ogóle, poświęcony autorskiej selekcji o intrygującej nazwie „WTF?”. Roberta obserwuję w mediach społecznościowych, gdzie można zauważyć jego niespożytą energię w poznawaniu gastronomicznego świata i propagowaniu stylu życia nastawionego na kulinarne przyjemności. Czasami drażnią mnie techniczne niedostatki jego produkcji, ale ja pracuję od niemal ćwierćwiecza w mediach opłacających koncesje na profesjonalne nadawanie, więc mam wrażliwe oko i ucho na niedoskonałości w tym względzie. Podziwiam jednak jego upór w realizowaniu własnych pomysłów i w tym wypadku traktuję go jako niedoścignionego lidera.

Drugi zestaw, który mogę zaliczyć do nowości, to karton win z Dworu Sanna. To wymierny efekt "Festiwalu Polskie Wino online”, inicjatywy, która dobrze pokazuje, że można z sukcesem funkcjonować w warunkach pewnych ograniczeń. To zresztą otwiera spore możliwości, bo wbrew pozorom takie inicjatywy pozwolą w przyszłości dotrzeć do znacznie większej liczby odbiorców niż obecnie. Wystarczy spojrzeć chociażby na takie projekty jak ten Citibanku i Karola Okrasy. Karol mógłby stworzyć warsztaty w realnym świecie dla kilkunastu, czy kilkudziesięciu osób. Dzięki temu, że produkty do jego kulinarnych poczynań dostajemy pod drzwi i możemy uczestniczyć online w kursie gotowania, którego odbiorcami mogą być już nawet tysiące osób, paradoksalnie trudno nie docenić efektu skali, jaki nakładają pozorne ograniczenia. To się dzieje na naszych oczach.

Moimi „tradycyjnymi” dostawcami win - nie za darmo, lecz za moje pieniądze, za to najczęściej z rabatem - byli w tym miesiącu: Winestory, M&P Wina i Alkohole Świata, Leclerc, Tesco i Odido. Poniżej kilka realnych liczb, które rabaty (lub ich brak) uwzględniają, są zatem prawdziwym odzwierciedleniem poniesionych przeze mnie kosztów. Lubiący matematykę będą mogli sobie oszacować na tej podstawie kwoty, których w sposób jawny nie pokazuję.

W kwietniu na wina wydałem 14,45% mojej miesięcznej pensji i w tym przypadku muszę dodać, że zazwyczaj aż tyle na wina nie wydaję, jest to efekt akcji wspierających pomioty z wina żyjące.

W kwietniu najdroższe wino (0,75l) kosztowało 149,99 zł, najtańsze zaś 1,00 zł, ale odrzucając tę ostatnią cenę jako mocno promocyjną i będącą jedynie śladem dla księgowości, należy przyjąć, że najtańsze wino kosztowało 11,99 zł.

Udział poszczególnych dostawców w ogólnych wydatkach wyglądał następująco:

 Importer/dostawca/sklep     % wydatków na wino
 M&P Wina i Alkohole Świata 34,71%
 Dwór Sanna 20,72%
 Leclerc 14,29%
 Mondovino 10,58%
 Winestory/Wineonline 8,42%
 Tesco 7,74%
 Odido 3,54%


W tym miesiącu od importerów i dystrybutorów nie otrzymałem żadnego wina do recenzji.

Kwietniowe wpisy na blogu pod tym linkiem.

Kwietniowe recenzje na Instagramie:

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Fleur de Pédesclaux, Pauillac, 2015


No cóż, znów Bordeaux.

Jestem od czasu do czasu namawiany przez moich czytelników do zakupu nieco droższych butelek od tych, które ostatnio opisywałem, a których cena zawierała się w przedziale mniej więcej 30-85 zł. Łatwo mówić, gdy namawia się kogoś do wydania pieniędzy nie ze swojej kieszeni, niemniej jednak i mi ta myśl nieraz świtała w głowie, żeby wyskoczyć ponad granicę 100-150 zł i poszukać wrażeń w tym rejonie cenowym.

Na początku marca bieżącego roku kupiłem w Leclerku na Ursynowie butelkę Fleur de Pédesclaux, drugiego wina z Château Pédesclaux, który to zamek znalazł się w słynnej klasyfikacji Grand Cru win bordoskich z roku 1855 (5. klasa). Sami się już na pewno domyślacie, że wraz z butelką do domu wdarły się spore emocje, które studziłem przez kilka tygodni, by na spokojnie zająć się degustacją wina. W ruch znów poszedł dekanter, a po kilku kwadransach wino znalazło się w kieliszku. Czy dekantacja była potrzebna, czy wino, które sam producent poleca pić jako młode, wymagało tego zabiegu? Nie wiem, ale zrobiłem to.

Na początku wino czarowało wspaniałym kwiatowym aromatem i miękkością na podniebieniu, ale z każdym kolejnym kieliszkiem stawało się takie... zwyczajne. Owoc tracił na intensywności, aromaty stawały się nieco przygaszone, zupełnie blade. Miałem wrażenie, że nie odbiega znacząco jakością od chociażby tych win z Grupy Castel, które opisywałem dla Was wcześniej. Powiem więcej, tamte sprawiały mi więcej przyjemności.

Muszę tu powiedzieć, że ja nie należę do grupy, którą określa się jako "label drinkers", nie daję forów za nazwę. Mówię jak jest, mnie to wino specjalnie nie zachwyciło, a biorąc pod uwagę fakt, że kosztowało niemal 140 zł, wydaje mi się przeszacowane. Ale, tu jednak muszę przyznać się do swojej słabości, prawdopodobnie nie zniechęci mnie to do sięgnięcia po kolejne butelki Pédesclaux, zwłaszcza że i pierwsze wino ma dla mnie cenę jeszcze akceptowalną. Nie jako wino codzienne, ale okazję do ponownej próby znajdę się z łatwością.

Jeśli piliście Pédesclaux, zostawcie po sobie znak w komentarzu, ja zaś wypiję resztką Wasze zdrowie.


wino: Château Pédesclaux, Fleur de Pédesclaux 2015.
pochodzenie: Francja, Bordeaux, Pauillac AOC
odmiany: merlot 74%, cabernet sauvignon 20%, petit verdot 6%
alk.: 13%
cena: 139.99 zł za butelkę 0,75l (Leclerc Ursynów w Warszawie, 2020-03-04)

wtorek, 14 kwietnia 2020

A co Ty zrobiłeś dla branży?

Czas koronawirusa, czas zarazy, czas zamknięcia. Winna branża cierpi, głównie przez lockdown całego rynku HoReCa. To czas wielu akcji oznaczanych w mediach społecznościowych hashtagami #zostajęwdomuniezostawiamwina czy #winonaratunek, których celem jest wsparcie branży winiarskiej i gastronomicznej w tych trudnych, dziwnych czasach. Mam w stosunku do tego typu inicjatyw mieszane uczucia, bo z jednej strony solidaryzuję się i wspomagam branżę (szczególnie tę z najbliższego sąsiedztwa) swoimi zakupami, a z drugiej strony czuję delikatny, ale uporczywy owej branży nacisk, choć nikt z niej przecież mnie nie pyta o moją kondycję finansową. 

Robię jednak co mogę, na wina przeznaczam miesięcznie 10-15% swojej pensji (póki jeszcze ją otrzymuję), ale tak, jak nie przeczytam każdej wydanej książki, czy nie obejrzę każdego nakręconego filmy, tak i nie wypiję wszystkich dostępnych w Polsce win. Tym samym zrzucam z siebie ciężar (niewykluczone, że to ja sam się nim obarczyłem) ratowania świata win - wystarczy, że nie przyczyniam się do jego upadku.

Jeśli interesuje Was, gdzie robię winne zakupy, to zazwyczaj wiąże się to z moim najbliższym sąsiedztwem. Ze sklepów specjalistycznych najczęściej wybieram Winestory przy KEN w Warszawie, bo tam zaczęła się moja przygoda z winami i zawsze miałem dobry kontakt z ludźmi tam pracującymi. Chętnie wpadam tam pogadać i zazwyczaj wychodzę z kilkoma winami w kartonie. Mam też w tej okolicy sąsiada, którego nazywam swoim osobistym dilerem. To człowiek z branży, który obecnie pracuje dla M&P Alkohole i  Wina Świata, dba o swoich klientów i organizuje dla nich dostawy z firmowej oferty. Dlatego też na łamach mojego bloga, mojej facebookowej strony, czy na Instagramie częściej możecie zobaczyć wina od tego importera. Lubię robić zakupy w ursynowskim Leclerku, bo też mam do niego blisko, tam najchętniej kupuję wina francuskie, bo ich wybór jest naprawdę szeroki. Jeśli mam zaś ochotę na niezbyt wysublimowane, ale za to tanie wina, idealne do sączenia przy oglądaniu serialu, przeglądaniu gazet, czy lekturze książek, to najczęściej kupuję je w Tesco, ich nieduży market znajduje się w budynku obok mojego miejsca zamieszkania i mogę tam iść nawet zimą w kapciach. Nie stronię też od Biedronek i Lidlów, choć mam do nich nieco dalej i dlatego ostatnio z nich rzadziej korzystam, a w zasadzie robię to raczej przy okazji wyjazdów poza Warszawę, ponieważ ich sklepy można znaleźć niemal w każdym polskim mieście.

Akcja #zostajęwdomuniezostawiamwina ma zaś tę zaletę, że w jednym miejscu grupuje firmy skłonne (w końcu) dostarczać wina do indywidualnych odbiorców.  W wielu przypadkach było to niemożliwe w czasach sprzed Covid-19, bo my - winopijcy amatorzy - nie byliśmy partnerami mogącym konkurować pod względem siły nabywczej z restauracjami czy hotelami i z ich punktu widzenia nie warto było tracić na nas czasu. Mam nadzieję, że kiedy sytuacja wróci do normy, nadal będziemy dla nich ważnymi klientami, o czym teraz jesteśmy na każdym kroku zapewniani. Czas pokaże.

Na zdrowie!

niedziela, 29 marca 2020

Glen Carlou, Tortoise Hill 2013.


Dziś nie piszę o winie z Bordeaux, a z RPA, ale jego skład wyraźnie nawiązuje do bordoskich produktów. Powszechnie wiadomo, że w tym regionie Francji króluje mieszanka cabernet sauvignon i merlot, z niewielkim udziałem innych odmian, takich jak petit verdot, czy malbec. Moje dzisiejsze wino, to mieszanka tylko tych dwóch głównych odmian o równym udziale w kupażu. Skład wina to tylko punkt zaczepienia i nawiązanie do moich tekstów z ostatnich tygodni, ale tak naprawdę kupiłem je kilka dni temu po to, by sprawdzić w jakim stanie może być niedrogie wino z RPA, w dodatku zamknięte zakrętką, po upływie kilku ładnych lat od momentu wypuszczenia go na rynek. 

W nosie czuć nadal odświeżający aromat liści porzeczki z odrobiną nut balsamicznych, w ustach zaś niezmęczone ciemne owoce w tytoniowej otulinie, żywa kwasowość i wciąż wyraźna tanina. Jedynie kolor wina przy uważnej obserwacji może coś powiedzieć o wieku wina, ale próżno szukać tu jakichś wytrąceń.


Jestem mile zaskoczony tym winem, tym jak dzielnie przetrwało transport i kilkuletnie "półkowanie" w nie zawsze optymalnych warunkach. W dodatku mamy do czynienia z tanią, popularną linią win, obecnie już nieistniejącą, ale pokazującą potencjał producenta. Mam jeszcze w zanadrzu dużo droższą butelkę od Glen Carlou, której zawartość również można z łatwością podciągnąć pod bordoski blend, więc możecie spodziewać się jej recenzji na blogu.

Nie bójcie się próbować starszych (tanich) win w obawie przed nieudanym eksperymentem. To wszystko składa się na Wasze doświadczenia. Jestem teraz na etapie edukacji domowej moich dzieci, więc cytowanie klasyków przychodzi mi łatwo, a poniższy fragment jest autorstwa tego, który od wina raczej nie stronił: 
"Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
Że według bożego rozkazu:
Kto nie doznał goryczy ni razu,
Ten nie dozna słodyczy w niebie."
Prawdopodobnie trudno będzie Wam kupić to wino, ponieważ ta linia Glen Carlou nie jest kontynuowana, być może w którymś sklepie stacjonarnym Winestory są pojedyncze butelki, ale dziś - w czasie pandemii - trudno komuś polecać wyjście do sklepu z winami. #zostanwdomu 

wtorek, 24 marca 2020

Kwarantanna z Bordeaux w kieliszku.

Koronawirus. To w zasadzie jedyny temat, jaki wałkowany jest przez media, wszystkie stacje tv odpaliły liczniki zakażonych, oczywiście z uwzględnieniem zgonów. Prowadzenie statystyk utrudniają niektóre przypadki - lekarz, który popełnił samobójstwo chorował z powodu koronawirusa, ale to nie wirus go zabił, czy młoda rodząca kobieta zakażona wirusem, która umarła "tylko" na sepsę. Wyjątkowo często słyszy się słowo sepsa w przypadku zgonów w szpitalach, co bardziej mnie przeraża, niż sam koronawirus.

W pracy wprowadzono system rotacyjny z pozorami izolacji od innych współpracowników. Zaczęło się to u mnie od sześciu dni bez pracy, przez trzy dni będę pracować po 12 godzin, a potem znów 6 dni odrabiania lekcji w domu. Oczywiście z dziećmi, to ich prace domowe zlecane przez internet, chociaż mam poczucie, jakbym to ja był znów w podstawówce, w dodatku w dwóch klasach naraz. 

Po lekcjach (wysysają więcej energii niż praca) czas na relaks przed telewizorem i z kieliszkiem w ręku. Jak zauważyliście na blogu dominującym tematem są wina z Bordeaux, dzisiejszy wpis także będzie tego regionu dotyczył. Siedzenie w domu bez konieczności zajmowania się sprawami zewnętrznymi sprawia, że też zdecydowanie więcej czasu jest na samą celebrację picia win. Coraz częstszym akcesorium jest dekanter, bez niego nie odbyła się żadna domowa degustacja w mijającym tygodniu. A dekantacji, raczej w celu napowietrzenia win, niż oczyszczenia ich z osadu, poddałem zawartość trzech butelek.


Pierwszym winem było Château du Grand Soussans 2013 z apelacji gminnej Margaux. W Margaux znajduje się najwięcej winnic, które znalazły się słynnej klasyfikacji win z 1855 roku. Oczywiście wino, które próbowałem do niej nie należy, ale może i na nie skapnęła kropelka splendoru. Zobaczymy. Wg mojej rozkminki producentem tej etykiety jest Château Tayac na zamówienie Maison Bouey, dużego producenta i dystrybutora win we Francji i na świecie. Samo wino całkiem dobre i bardzo łatwe w picu. Wyjątkowo łagodne, ale na szczęście nie w stylu owocowego kompotu, tylko rasowego wina z wyraźnie zaznaczoną kwasowością, aksamitną taniną i wyraźnym owocem. Byłem zadowolony, choć miałem niedosyt taninowego pazura, być może kilka lat spędzonych w butelce sprawiło, że wino nabrało ogłady i miękkości, nie sposób odmówić mu elegancji. Cena też przyzwoita, wino kosztowało 59,99 zł. Jeśli chodzi to skład, to dominuje tu cabernet sauvignon (55%), w nieco mniejszej ilości merlot (40%) i odrobina petit verdot (5%), czyli to, czego możemy się spodziewać po lewym brzegu Żyrondy  


Taniny nie brakowało zaś w drugim winie - Château Laurensanne 2016 z apelacji Côtes du Burg. Tu była ona bardzo wyraźna, czego nawet w najmniejszym stopniu nie uznaję za wadę, jestem na takim etapie winnej przygody, że szorowanie taniny uznaję za perwersyjną przyjemność. Dekanter z czasem tę taninę wygładził, wino stało się łagodniejsze, a dobre wrażenie, jakie miałem zaraz po otwarciu wina, z czasem spotęgowało swoją moc. Cena bardzo przyzwoita - 38,99 zł. Co do składu, to trzeba było znów przeprowadzić małe śledztwo, co w przypadku win bordoskich jest niemal standardem, ale udało mi się wydobyć te cenne informacje: 65% merlot, 30% cabernet sauvignon i 5% malbec. Winnica należy zaś do rodziny Schweitzer - Vignobles Albert Schweitzer.


Najmniejsze wrażenie zrobiło wino ostatnie Château Beaumont 2017 z apelacji Haut-Médoc, ale tylko w tym sensie, że brakowało mu jakiejś szczególnej cechy, która mogłaby je jakoś specjalnie wyróżnić na tle innych.  Z drugiej strony bez sensu jest jednak zarzucać mu, że nie ma żadnej skazy, albo wyrazistego ozdobnika. To był naprawdę miły, grzeczny, nienaganny kompan podróży po świecie wina, w którego towarzystwie będziecie czuć się komfortowo. Wino najmłodsze z trzech opisanych, ale za to najdroższe - 74,99 zł. Angielska wersja strony internetowej producenta pomija w informacjach technicznych rocznik 2016 i degustowany przeze mnie rocznik 2017, ale można je odnaleźć w wersji francuskiej. W roczniku 2017 cabernet sauvignon stanowił 50% kupażu, merlot 48%, a petit verdot pozostałe 2%. 

W zasadzie wszystkie wina były fajne, podobały mi się, nie miałbym nic przeciwko temu, by jeszcze kiedyś do nich wrócić.

Wszystkie wina kupiłem w Leclerku na Ursynowie.