sobota, 27 listopada 2010

Vinho Verde


Nie wiem czy picie vinho verde o tej porze roku to dobry pomysł, ale czy człowiek musi mieć zawsze dobre pomysły? Lato minęło, na następne trzeba poczekać, balkon już zamknięty a vinho verde lepiej wypić wcześniej, niż później. Postanowiłem nie czekać. W domu przy kaloryferze ciepło, przymknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że jestem na portugalskiej plaży i tam, na leżaczku, pociągam chłodne, leciutko musujące wino. Ale kaloryfer to nie plaża, a wino, choć nazwę miało obiecującą, wiele wspólnego z dobrym vinho verde nie miało. Complo Vinho Verde kupione w sklepie należącym do dużej sieci handlowej (E.Leclerc) okazało się porażką maksymalną. Nic w nim nie musowało, nie przywoływało skojarzeń z żadną plażą, nawet tą nadbałtycką. Nie polecam, a nawet odradzam, choć lubię eksperymenty i niejedno dziwne wino wypiłem. Nie tego oczekiwałem, rozczarowałem się tylko i tyle. Może było już za stare, pochodziło z 2007 roku i pewnie lepiej byłoby wypić je ciut wcześniej, ale stawiałbym raczej na to, że po prostu wino to producentowi nie wyszło.

Po kilku dniach sięgnąłem po inną butelkę portugalskiego wina. Vinhas Altas Vinho Verde z 2008 roku dla odmiany okazało się strzałem w dziesiątkę. Leciutkie (tylko 10%), cudownie musujące, orzeźwiające. Pić takie wino to czysta przyjemność. Ale pod jednym warunkiem. Nie powinno robić się tego w samotności, bo nigdy nie osiągnie się pełnej radości z jego picia, tak samo jak nigdy nie będzie cieszyło wylegiwanie się w pojedynkę na portugalskiej plaży. Nawet najpiękniejszej na świecie.

czwartek, 18 listopada 2010

Beaujolais.

Trzeci czwartek listopada, czyli czas na Beaujolais Nouveau. Wiem, wiem, to jest niemodne i to niemodne już od kilku lat. Tak przynajmniej twierdzą Ci, co już trochę wypili, a zatem i parę rozumów zjedli. Ja, jako młody (nouveau) uczniak odnajdują jednak pewną przyjemność w piciu Beaujolais. W tym roku postanowiłem otworzyć dwie butelki. Tegoroczne młode wino z Beaujolais i wino z 2007 roku, ale z apelacji Beaujolais Villages.


To drugie z wymienionych win zaskakuje intensywnym bukietem, fakt że niezbyt różnorodnym, bo wyraźnie wyczuwalne są według mnie tylko powidła truskawkowe. Po spróbowaniu trunku dopisać do wrażeń smakowych można wiśnie wyciągnięte z domowego, dobrze zrobionego kompotu. Taniny są delikatne, wyczuwalne, ale zupełnie do przyjęcia dla osób, które nie znoszą herbacianych fusów w smaku wina.

Tegoroczne nouveau też ma zapach kompotu, ale mocno rozrzedzonego, z owoców z pewnością czerwonych, ale trudno identyfikowalnych. W ustach pojawia się co prawda zarys wiśni, ale odległy, dopiero wyłaniający się z mgły, jeszcze pozbawiony barwy, intensywności.


Obie butelki kosztowały w zasadzie tyle samo, ok. 30 zł. Ich charakter jest podobny ale beaujolais villages z 2007 roku jest jakby "podkręconą" wersją nouveau, bardziej intensywną skoncentrowaną. Wybór zatem jest oczywisty. Świeżak wybiera wersję bardziej dojrzałą.

Gdzie jest malbec?

Pierwszy dzień listopadowego urlopu postanowiłem zaplanować dość szczegółowo i ze sporym wyprzedzeniem. Z życiowego doświadczenia już wiem, że nadmiar tych planów zwykle skutkuje ich niewykonaniem, więc główne cele ograniczyłem do dwóch. Po pierwsze zobaczyć nowo wyremontowany Plac Grzybowski. Po drugie znaleźć prosty i szybki przepis na stek argentyński, który mógłbym popić dobrym malbekiem. To była baza, na której mój plan mógłby się rozwijać, dająca też miejsce na zachcianki miasta, którego polecenia zwykłem spełniać i żądaniom którego ulegam bez większych oporów.

Samochód pozostawiłem na parkingu, moje auto w centrum byłoby uciążliwe i dla mnie, i dla rzeczonego miasta. Nigdy nie miałem zastrzeżeń do miejskiej komunikacji (jestem wielkim fanem metra), udałem się zatem krokiem leniwym, ale pewnym w kierunku metra "Stokłosy". Miasto (dzielnica) i żądza pieniądza kazały mi zajść do kiosku po bilet (całodobowy) i kupon totolotka, który z miejsca stał się świadectwem mojej naiwnej wiary w przyszłość łatwą i przyjemną.

Wysiadłem na stacji "Świętokrzyska" i jak zwykle w kierunku Placu Grzybowskiego ruszyłem ulicą Próżną, która w mej świadomości prosperuje jako ulica "Opróżniona". Mało w niej życia obecnie, stan ten trwa nieznośnie długo. Zbyt długo. Jedynym bogactwem ulicy wydają się być rozliczne ślady (te zwarte jeszcze, i te już rozmazane) psich kup. Tego "majątku" nie pragnę i z uwagą stawiałem kroki, starając się nie wdepnąć w organiczne bogactwo śladów obecności "braci mniejszych". Szczęśliwie docieram do punktu pierwszego mojego planu. Hmmm. Nie umiałem ocenić urody nowego placu, światło (przedpołudniowe jeszcze) nie pozwalało mi uchwycić wyczuwalnego podskórnie piękna tego miejsca. Uznałem, że lepiej będzie jeśli nie będę się silił na udane zdjęcia i poczekam na lepszy moment, aby to miejsce godnie i uczciwie zareklamować. Może lepszą porą na odwiedzenie placu byłby wieczór.

Udałem się zatem w kierunku "Złotych tarasów" by tam, w sieci Marks & Spencer odnaleźć towarzysza mojego posiłku. Ulica E. Plater wygląda coraz piękniej. Kamienno-mozaikowe murki rozdzielające pasy ruchu kojarzą mi się jakoś z Gaudim i Barceloną, w której jak dotąd jednak nie byłem. W "Marks &  Spencer" nie znalazłem malbeka ani z argentyńskiej Mendozy, ani z francuskiego Cahors. Jakoś głupio było mi wyjść z pustymi rękoma, wyszedłem zatem z butelką chateauneuf-du-pape, o której wspomnę zapewnie kiedyś w przyszłości. Zdecydowałem się na wino tego typu, ponieważ kilka dni temu miałem okazję i niewątpliwą przyjemność wypicia chateauneuf, które bardzo mi smakowało i nie było przy okazji bardzo drogie (ok. 70 zł). Etykieta poniżej.




Malbeka musiałem poszukać gdzieś indziej. Wsiadłem do tramwaju nr 33 i pojechałem w kierunku Ronda Radosława. Jazda tramwajem, choć bezproblemowa i szybka (zważywszy na tempo poruszających się obok samochodów) nie była dla mnie przeżyciem szczególnie radosnym. Jakimś smutkiem napełnił mnie obraz tych wszystkich starych ludzi, którzy resztki sił oszczędzają na walkę o ostatnie wolne miejsca w tramwaju. No ale ja nie o tym. Chciałem dotrzeć na ulicę Burakowską. Znajduje się tam znany i cieszący się dobrą marką skład win. Tam bez problemu kupiłem upragnionego malbeka, w zamian zmalał skład banknotów w moim portfelu. Ale co tam, żyje się tylko raz. Koty jednak mają nieco lepiej.

Sam skład win, wraz z towarzyszącą mu restauracyjką okazał się być "złotym środkiem", dosłownie i w przenośni. Leży pomiędzy ośrodkiem warszawskiego konsumpcjonizmu, jakim jest CH "Arkadia" a miejscem spoczynku zacnych obywateli Warszawy, dla których dobra doczesne straciły nieco na znaczeniu. Powązki, bo o nich mowa, wywarły na mnie niesamowite wrażenie. Wstyd się przyznać, ale byłem na tym cmentarzu pierwszy raz w życiu. Miejsce bardzo mi się tam spodobało i będę się starał nawiedzać je częściej. Ile tam ciekawych zakamarków, ile interesujących kadrów...

Co do malbeka, to muszę uczciwie powiedzieć, że mimo trudu włożonego w jego odnalezienie, nie został on ozdobą przygotowanego na argentyńską modłę steku. Nie zmieścił się w chłodziarce wypełnionej już innymi trunkami. Jego rolę przejął zacny przedstawiciel francuskiej apelacji Cotes du Rhone Villages.


Mój Boże, jak bardzo mi to wino smakowało. Połączenie steku z tym winem może nie było idealne (choć zastrzeżeń nie mam), ale trud włożony w wypełnienie dzisiejszego planu opłacił się z nawiązką. Z dużą nawiązką...

środa, 10 listopada 2010

Kolejne eksperymenty.

Im więcej piję win "lepszych" i droższych, tym większą mam pokusę by sięgnąć po niedrogie, a nawet bardzo tanie wina z marketu takiego jak Lidl. Tym razem padło na produkty pochodzące z Włoch, Francji i Grecji. O ile Bordeaux i Montepulciano widziałem wcześniej na półkach Lidla, to wino z Grecji było dla mnie nowością i to, jak na trunki sprzedawane w tej sieci, nowością drogą (niemal 15 zł). Co ciekawe, wino to okazało się całkiem przyjemne w piciu, co stwierdzić musiałem nie tylko ja, bo podczas kolejnej wizyty w sklepie już go dostrzec nie umiałem. Bordeaux i Montepulciano piłem wcześniej (inne roczniki), nie byłem specjalnie zachwycony, ale też i nad nimi nie płakałem. Tym razem Bordeaux okazało się całkiem przyzwoite, lepsze od tego z 2008, natomiast produkt włoski utwierdził mnie w przekonaniu, że 9,99 to cena graniczna, przekroczenie której byłoby bezczelnym zamachem na portfel amatora niedrogich win. Ranking win odpowiada całkowicie cenom, jakie przyszło mi za nie zapłacić. Niecałe 40 zł wydane na trzy wina to i tak niemal okazja, zatem proces badawczy okazał się niezbyt kosztowny, ale wiele wnoszący do mej winnej edukacji.

Mój ranking:
  1. Grecja - 14,99 zł
  2. Francja - 13,45 zł
  3. Włochy - 9,99 zł
A jeśli ktoś próbował i ma zdanie odmienne to zapraszam do skomentowania wpisu i podzielenia się własnymi wnioskami z eksperymentu.

niedziela, 7 listopada 2010

Winne Chiny

W Hongkongu zakończyły się właśnie 3. Międzynarodowe Targi Wina. Brało w nich udział blisko 700 wystawców z 29 krajów. Krajem partnerskim targów była Australia, która jest trzecim pod względem wielkości dostawcą wina do Hongkongu. Najbogatszą ofertą, poza Australią, mogły poszczycić się Francja, Włochy i Hiszpania, które reprezentowało ponad 370 wystawców, dwa razy więcej niż w zeszłym roku, co wyraźnie pokazuje, jak ważnym rynkiem dla wina są Chiny. Całkowita wartość importu wzrosła w pierwszych trzech kwartałach 2010 roku o 72 procent i osiągnęła poziom 4,67 mld hongkońskich dolarów. Dzięki temu Hongkong stał się drugim pod względem wielkości centrum aukcyjnym wina (po Nowym Jorku) spychając Londyn na miejsce trzecie.

Coś mi się zdaje, że przy takim popycie na wino ze strony Chin europejscy amatorzy wina będą musieli zadowolić się winem drugiego i trzeciego sortu albo słono płacić za wina najlepszej jakości.

Idę po kupon Lotto...

poniedziałek, 1 listopada 2010

Amarone


Amarone della Valopolicella, zwykle nazywane po prostu Amarone, jest włoskim winem wytrawnym pochodzącym z regionu Veneto. Powstaje z mieszaniny gron szczepów Corvina (40-80%) i Rondinella (20-40%), dopuszcza się również stosowanie innych czerwonych winogron (5-25%) takich jak molinara, dindarella, oselletta, croatina, jednak udział każdej z tych odmian nie może przekroczyć 10%. W przypadku wina, które miałem przyjemność pić (Lena di Mezzo, Monte del Fra) było to 80% szczepu Corvina i 20% szczepu Rondinella.

Proces produkcji wina jest szczególnie ciekawy i to właśnie jego specyficzny przebieg decyduje i wyjątkowym charakterze tego trunku. Osobom chcącym bliżej poznać szczegóły procesu produkcji wina polecam przeczytanie artykułu ze strony vinisfera.pl, który pierwotnie ukazał się w branżowym miesięczniku branżowym „Rynki alkoholowe”.

Trzeba przyznać, że nie jest to tanie wino, choć jeszcze kilka, kilkanaście lat temu ceny winogron, z których powstaje wino były bardzo niskie i Amarone było bardzo konkurencyjne w stosunku do najbardziej znanych win włoskich, takich jak Barolo i Brunello di Montalcino. Jednak do dzisiaj wzrosły one nawet kilkunastokrotnie, co w połączeniu w wysokimi kosztami produkcji i niemałymi marżami sklepów w Polsce sprawia, że butelkę niezłego Amarone trudno kupić u nas za mniej niż 100 zł. Niemniej jednak zdecydowanie polecam wypicie tego oryginalnego wina, a ocenę jego rzeczywistej wartości pozostawiam amatorom boskiego trunku.

Mi w każdym razie przypadło do gustu.

Winestory, 139 zł

piątek, 29 października 2010

Jak zostałem palaczem.

Tak... Edukując się w temacie wina dowiedziałem się, że rok 2005 był dla winiarstwa Europy i Francji szczególny. Kupowałem zatem francuskie wina z tego rocznika spodziewając się ambrozji, która przepływając przez mój otwór gębowy i dalej, wyzwoliłaby we mnie poczucie uchwycenia Najwyższego za stopy lub jego sukmany w najgorszym przypadku.

To jest modne i na czasie mieć kawałek uprawnej ziemi w okolicach Bordeaux czy w Burgundii, obsadzonej winoroślą rodzącą cudowne owoce, z których powstają zachwycające wina. Winnice mają aktorzy, bankierzy, maklerzy giełdy niekoniecznie rolnej a nawet kierowcy rajdowi. Moje wino było produktem wyobraźni palacza papierosów lub przynajmniej plantatora tabaki. Pijąc ten trunek czułem się jakbym palił papierosa czy też żuł  tabakę.

U nas powstawały wina z jabłek a we Francji rolę winogron przejęły liście tabaki. Ani za jabłkami, ani za tytoniem specjalnie nie przepadam, ale gdybym miał wybierać, wolałbym jabłko.

Papierosy w płynie kosztowały mnie niemal 50 zł i uważam tę kwotę, za jedną z najgorzej zainwestowanych. Słowo daję, wolałbym za tę kwotę kupić w Lidlu co najmniej 3 wina, które dałyby mi radość znacznie większą niż ta paczka marnych fajek z wielkiego rocznika 2005.

piątek, 22 października 2010

Czyste złoto.

Wciąż nie mogę przestać zachwycać się winami ze szczepu Malbec, a Trivento Golden Reserve nie pozwala wygasnąć żarowi tej miłości. Cudownie aromatyczne, w ustach bogate. Uwielbiam smak przetworzonej śliwki mieszającej się z konfiturową, ale nie słodką wiśnią. Wysoki poziom alkoholu (14,8%) sprytnie chowa się gdzieś za wyraźną przyprawową nutą, nadającą winu w końcówce lekko gorzkawy posmak.

Uwielbiam to wino i polecam je wszystkim. Na co dzień i od święta.

środa, 20 października 2010

Sałatka grecka + retsina = :)

Zainspirowany kulinarnymi podróżami Ricka Steina po krajach śródziemnomorskich postanowiłem szybko zrobić sałatkę grecką, do której otworzyłem retsinę. Nigdy nie piłem retsiny, wiedziałem jedynie, że dodaje się do niej żywicę sosnową. W bardzo dawnych czasach żywicą lakowano amfory, żeby wino się nie utleniało. Nieco później dodawano ją do wina, by na jego powierzchni utworzył się szczelny kożuch zapobiegający oksydacji. Dzięki temu zabiegowi retsina uzyskiwała silny, charakterystyczny aromat, co było o tyle korzystne, że savatiano, szczep z którego powstaje trunek jest niemal pozbawiony zapachu.  Obawiałem się tej intensywności, ale okazuje się, że sami Grecy często nie tolerowali nazbyt intensywnego zapachu retsiny i w końcu zaczęto produkować wina łatwiejsze w odbiorze, świeższe, lekko jedynie doprawione żywicą.

Moja Retsina Kourtaki okazała się winem przyjemnym w piciu, o dość dużej (wg. mnie) kwasowości, ale w granicach mojej tolerancji na ten element struktury wina, choć Panowie Bieńczyk i Bońkowski w "Winach Europy" piszą, że akurat ten szczep charakteryzuje się niską kwasowością, przez co wina staję się płaskie i nudne. Na mnie retsina zrobiła niezłe wrażenie, ale zaznaczam, że to była pierwsza w moim życiu butelka tego gatunku, brak mi więc skali porównawczej.

To co mnie zaskoczyło, to brak rocznika na etykiecie. Wydaje mi się, że to też jest cecha charakterystyczna retsiny. Na żadnej z butelek, jakie widziałem w internecie, nie zauważyłem rocznika.

Poziom alkoholu 12%, temperatura serwowania 7-9 st. C.

Cena ok. 25 zł.
----------------
ps. Nuty "żywiczne" stają się coraz bardziej wyczuwalne wraz ze wzrostem temperatury wina. Jeśli chcecie je poczuć zapomnijcie o tych 7-9 stopniach :)

poniedziałek, 11 października 2010

Dobre, bo polskie.

W kwietniu tego roku miałem okazję wypić po raz pierwszy w życiu legalnie wyprodukowane polskie wino (no bo coś dziwnego z jabłek, co wypiłem w liceum, winem było tylko z nazwy) i byłem tym faktem mocno podekscytowany. Chardonnay/auxerrois w wykonaniu Winnic Jaworek było świetne i rozbudziło we mnie chęć poznania innych polskich win. Tym razem w moje ręce wpadł produkt Winnicy Płochockich o nazwie Sibemus pochodzący ze zbiorów w 2009 roku. Sibemus to nazwa pochodząca od głównych szczepów winorośli, z których powstał ten trunek (Sibera 70%, Muskat 20% i 10% Seyval Blanc). Nie wiem za co odpowiadają w tej mieszance poszczególne szczepy, ale smak wina, jak na mój gust i niewielkie doświadczenie, rewelacyjny. Naprawdę pyszne wino.

Postanowiłem kolejny raz wykorzystać (jakkolwiek to brzmi) moją żonę:
- Spróbuj tego wina - mówię - moim zdaniem jest super.
- Nie, dziękuję kochanie, nie piję żadnego wina, jutro muszę wstać rano do pracy.
- Tylko łyczka, weź z mojego kielicha.
- Mmmm, dobre - stwierdziła dość lakonicznie, trochę jakby na odczepkę, nie byłem pewien, czy jej smakowało.
Ale...
- Nie wypij całego, może jeszcze spróbuję, jak położymy dzieci spać - dodała z uśmieszkiem na twarzy.

Tak... to było cholernie dobre wino...

sobota, 28 sierpnia 2010

Detektyw

Lanzarini Montecepas Viognier 2006 kupiłem w mojej ulubionej sieci Winestory. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego wina i rozpocząłem poszukiwania od internetowej strony sklepu. Zdziwiłem się nieco, bo w ofercie winiarni takiego trunku już nie było. Pewnie dobre wino, pomyślałem, szybko zniknęło ze sklepowych półek. Zajrzałem wiec na stronę producenta i... kolejna niespodzianka. Wina ze szczepu viogner brak w ofercie. To już zupełnie rozbudziło moja ciekawość, chwyciłem czym prędzej otwieracz i szybko wyciągnąłem z jego nieocenioną pomocą plastikowy (i co z tego?) korek. Zapach okazał się bardzo interesujący, nie pamiętam żadnego innego wina o tak charakterystycznym aromacie, w którym dominowała, takie odniosłem wrażenie, wyraźna nuta rodzynek. Rzut oka na etykietę: owoce tropikalne z ananasem na czele. To już zmusiło mnie do podjęcia intensywnych działań. Idę do sklepu po małe frykasy. Otworzyłem puszkę z ananasem i torebkę rodzynek. Test porównawczy pozwolił szybko wyciągnąć wniosek: to ani rodzynki, ani ananas.

- Cóż to może być? - Pytam żonę. Żona mniej pije, więc ma lepszy węch i świeższe podejście do tematu.
- Suszone śliwki - odpowiada po krótkiej chwili.
- No, nie wiem, ale może... - Mówię jednak nie do końca zadowolony z odpowiedzi.

Poszukiwania trwają. Otwieram "Wielki atlas świata win" Hugh Johnson'a i Francis Robinson. Szukam szczepu viognier. Jest! "Mocne, pełne, kwiaty głogu i morele". No jasne! Wszystko jasne! Ten intensywny aromat to zapach suszonych moreli, przez który nieśmiało przebijało się jeszcze jabłko.

Cóż, mój nos mnie zawiódł. Okazało się, kolejny raz zresztą, że w rozpoznawaniu zapachów i smaków jestem slaby. Ot, dupa a nie znawca win.

Ale zabawę miałem przednią.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Co dalej, wujku Matt?

Oho... Zdaje się, że dawno tu nie zaglądałem. Dwa miesiące to przecież 1/6 roku - mnóstwo czasu. Nie zapomniałem o swoim blogu, przeciwnie, wiele o nim myślałem. Przejrzałem wcześniejsze wpisy, także te pierwsze, starałem się ustalić jaki charakter ma mieć to moje pisanie. "Uncle Matt in travel" to oczywiste nawiązanie do uwielbianych przeze mnie "Fragglesów" i jednego z bohaterów dziecięcego serialu (Uncle Traveling Matt). Wujek Matt, podróżnik, to wciąż mój idol. Ciągle marzę o dalekich podróżach, nie wyobrażam sobie nie wysłania pamiątkowej kartki do bliskich, w której opisywałbym swoje przygody. Taki miał być ten blog, choć ani pierwsze, ani ostatnie wpisy o tym wcale nie świadczą.

Chyba zbyt dużo poświęciłem tu miejsca winu. Temat, nie powiem, interesujący, wart poznania i dalszej eksploracji, ale im więcej na temat wina pisałem, tym silniej czułem, że ta podróż prowadzi donikąd. Należy o winach, zwłaszcza dobrych, wspomnieć, ale nie warto robić z tych trunków celu samego w sobie. Nie zamierzam (Boże, broń!) rezygnować z degustacji wina, ale postanowiłem, że na tym blogu nie będzie ono tematem dominującym.

Mój blog będzie od teraz miejscem relacji z wycieczek i podróży, tych rzeczywistych, ale i tych wirtualnych, tych bardziej ciekawych i tych mniej zajmujących. Przede wszystkim zaś chciałbym, aby był zapisem mojej osobistej podróży przez życie.

Wujku Matt, pakujmy kieliszki do walizki i ruszajmy w drogę!

czwartek, 15 lipca 2010

Piłka i wino.

Mistrzostwa, mistrzostwa i po mistrzostwach. Nie znam się zbyt dobrze ani na winach, ani na piłce, ale mam wrażenie, że południowoafrykańskie rozgrywki ujawniły pewną paralelę tych dwóch na pozór odmiennych światów. Przyjąłem, że mecz to butelka wina, a turniej to zestaw win, z których wyłonić należy zwycięzcę. Ranking drużyn to także ranking win, w dużej mierze subiektywny, choć budowany na parametrach dających w założeniu opis rzeczowy i obiektywny. Ranking to podstawa typowania zwycięzcy, ale nie zawsze faworyt triumfuje a tegoroczne mistrzostwa są tego najlepszym przykładem.

Zadufana, pełna pychy Francja nie zrozumiała, że nowe może być lepsze, że Nowy Świat może pokonać Stary bez większego wysiłku, tradycja uległa nowoczesności. Włosi mają w drużynie swoje indywidualności - supertoskany wymykające się sztywnym regułom, ale przekonanie o wyższości jednostek może rozbić w pył całą drużynę. Niemcy systematyczną, rzetelną pracą budowali swą potęgę, jako drużyna byli po prostu tak dobrzy i równi jak solidne są wina w kraju leżącego między Odrą i Renem. Zabrakło jednak błysku i pasji, by pokonać wypoczętych i wyluzowanych po sjeście Hiszpanów. A Torres? Czy to czasem nie jest łącznik obu światów?

To że Hiszpania jest tegorocznym Mistrzem Świata w piłce nożnej nie budzi już wątpliwości. Pytanie, czy na taki tytuł będą zasługiwały również hiszpańskie wina.

niedziela, 20 czerwca 2010

Mundialowe pijaństwo.

Mistrzostwa świata w piłce nożnej są doskonałą okazją by cieszyć się nie tylko futbolowym świętem, ale i winami pochodzącymi z krajów, których reprezentacje biorą udział w rozgrywkach. Trudno, rzecz jasna, dostać u nas wino holenderskie czy też z Wybrzeża Kości Słoniowej, znacznie łatwiej kupić wina z Francji, Portugalii, Włoch, Argentyny, Chile czy (a może przede wszystkim) z RPA.

Plan był ambitny, ale w pojedynkę nie do zrealizowania: jedno wino z na mecz. Nie do zrealizowania, bo w domu aktualnie tylko ja zajmuję się opróżnianiem butelek, a sami rozumiecie, że trzy butelki na głowę to lekka przesada. Nawet gdyby się udało to na pewno niewiele bym pamiętał z tych mistrzostw, a nie o to chyba chodzi. W praktyce wygląda to tak, że wypijam jedno wino na trzy mecze, nie zawsze udaje mi się trafić z wyborem w odpowiednią reprezentację a poza tym, jeśli pracuję po południu to o piciu alkoholu w ogóle nie może być mowy. Niemniej jednak kilka win udało mi się otworzyć i tak spokojnie przez te trzy mecze sącząc docieram do butelki dna bez uczucia sponiewierania, co mnie bardzo cieszy, bo im jestem starszy tym gorzej toleruję “syndrom dnia poprzedniego”.

Swój “mundial” rozpocząłem z kilkudniowym poślizgiem w stosunku do otwarcia mistrzostw od australijskiej mieszanki gewurztraminera i rieslinga (Mc Guigan Black Label) w wydaniu, jak na mój gust, zbyt słodkim. Fajne, świeże, ale jednak zbyt dużo cukru, by przekonać mnie jeszcze raz do tej butelki. 

Zupełnie inaczej było z butelką nowozelandzkiego sauvignon blanc (Clocktower). Naprawdę dobre wino, które nie rozczarowuje w odróżnieniu od gry Nowozelandczyków na mistrzostwach. Zresztą jeśli chodzi o ten szczep i ten kraj to jeszcze nie natknąłem się na słabe wina. Wciąż mam w pamięci rześki smak Silverlake’a czy River Stone’a.

Lugana (Monte del Fra) też mi smakowało, mimo sugestii Hugh Johnsona, że szczep Trebbiano di Lugana jest raczej podły i wymaga kupażowania. Moje zdanie jest jednak takie, że wino to jest smaczne i godne polecenia, choć łatwiej byłoby je zarekomendować, gdyby jego cena była niższa. Za niemal 50 zł wybór win jest już naprawdę spory a Lugana, mimo swych zalet, raczej nie będzie numerem jeden na mojej liście zakupów.

Do wina Azul Portugal Ribatejo Branco podchodziłem z taką pewną nieśmiałością, ponieważ przestraszyłem się nieco opinii mojej sklepowej konsultantki na temat białych win z Portugalii. Zaryzykowałem jednak i w moje ręce, a później usta, trafiła butelka naprawdę niezłego wina. Mieszanka lokalnych szczepów przypominała mi nieco chardonnay z lekką orzechową nutą. Końcówka nieco gorzkawa charakterystyczna dla grejpfruta. 

Niemieckie wino Binz+Bratt Franconia 2009 było bardzo przyjemne i osłodziło gorzki smak porażki Niemców z Serbami. Ciekawe wino, którego skład zmienia się w zależności od rocznika, szczegóły dla zainteresowanych na stronie producenta binz-bratt.com. Wino uważam za godne polecenia.

Robert Mondavi Woodbridge Zinfandel - nos mocno owocowy, o dziwo nie atakuje alkoholem, jak to bywało w przypadku zinfandeli, które piłem wcześniej. W ustach wino przypomina śliwkowe powidła, choć jakby nieco za słodkie, co mogłoby sugerować “moc” wina. Rzeczywiście, w końcówce alkohol już jest dobrze wyczuwalny, może nie dominuje nad całością, ale przypomina z całym zdecydowaniem o charakterze zinfandeli. Oczekiwałem po tej butelce Woodbridge jakiegoś odczarowania, przekonania mnie do amerykańskiego szczepu i w pewnym sensie nie zawiodłem się, ale wiem na pewno, że zinfandel nie jest tym, czego bym szukał lustrując sklepowe półki.

I na koniec dwa włoskie, ale niezbyt drogie wina popularne czyli chianti i montepulciano d’abruzzo. Trudno się nimi zachwycać, ale i nic złego powiedzieć o nich nie można. Łatwo wchodzą, kieszeni nie drenują, umilają mecze, nawet Włochów, którzy na tych mistrzostwach reprezentują jednak poziom dolnej półki.



wtorek, 8 czerwca 2010

Nowy świat znów na czele.

Robert Mondavi to słynna i uznana marka kalifornijska, w ofercie której można znaleźć wina jednoodmianowe na każdą kieszeń. Robert Mondavi Woodbridge to bodajże najniższa półka win od tego producenta, ale jeśli najsłabsze wina są tak dobre jak chardonnay, które miałem okazję ostatnio wypić, to trzeba gościowi oddać wielki szacun. Gdzieś w przechowalni moich win schowany jest zinfandel z serii Woodbridge, który - tak to sobie wyobrażam - powinien przywrócić moją wiarę w ten szczep. Czy tak będzie, czy też może okaże się kolejnym, sporym rozczarowaniem - czas pokaże. Chardonnay z 2006 było naprawdę przyzwoite. Swoją drogą ciekaw jestem w jakiej cenie sprzedają Woodbridge w USA, w Polsce butelkę kupiłem za niecałe 50 zł, ale mam jakieś takie przeczucie, że w Stanach za te pieniądze kupiłbym dwie, a może i trzy flaszki. Póki co jestem w Polsce, przy kasie z żalem zaciskam zęby, a szczękościsk ustępuje niestety dopiero przy degustacji zakupionych win.

Zachęcony produktem Mondaviego sięgnąłem po inne chardonnay, tym razem z francuskiej Jury (Domaine Grand, rocznik 2008). Przewodnik Wina Europy 2009 dość ciepło wypowiada się o wytwórcy wina - "Jeden z lepszych producentów drugiego szeregu". "Warte odnotowania jest En Beaumont". Być może, tego akurat nie piłem ale "Cotes de Jura Chardonnay 2008" nie zachwyca. Jak na mój gust jest zbyt kwasowe, choć aromat jest bardzo zachęcający i kuszący. Wydaje mi się, że można jeszcze poczekać z piciem tego rocznika, choć niektórzy twierdzą, że wino to najlepsze ma już za sobą. Mimo to chętnie spróbowałbym go za dwa, trzy lata, ale nie wiem, czy będzie jeszcze wtedy dostępny na rynku. W tym momencie zdecydowanie kupiłbym jeszcze raz Woodbridge chardonnay 2006, zwłaszcza że jest jednak tańszy od produktu francuskiego.