środa, 22 czerwca 2011

Winne Wtorki #6

Dzisiaj winne wtorki w nowej, nieco innej formule. Do tej pory wybieraliśmy konkretne wino i Ci, którym udało się takie kupić (a były z tym zazwyczaj problemy) opisywali je na swoim blogu w winny wtorek, czyli pierwszy lub trzeci wtorek miesiąca. Tym razem zdecydowaliśmy, że będziemy opisywać wina dowolnie wybrane, byle spełniały założone wymagania co do szczepu, regionu pochodzenia i rocznika, w którym zebrano grona. Wybór padł na szczep primitivo, z roczników 2008 lub 2009. Nazwa primitivo wskazuje na region pochodzenia wina, którym jest włoska Apulia (Puglia), choć dociekliwi mogliby wskazywać jeszcze na Kalifornię, w której ok. 10% upraw winorośli należy do szczepu zinfandel, który jest bratem bliźniakiem szczepu primitivo. Jeszcze bardziej dociekliwi powiedzieliby, że nie chodzi o bliźniaki, lecz trojaczki wskazując trzeciego brata, czyli chorwacki szczep Crljenak Kaštelanski. Rzecz jasna mądrości te nie pochodzą z mojej głowy, lecz z internetu i kilku książek, nie czuję się na siłach, by rozwijać ten temat, wiązało by się to z nadużywaniem funkcji kopiuj/wklej.

Niewiele brakowało a notka ta nie trafiłaby na mojego bloga. Po pierwsze zupełnie zapomniałem o winnym wtorku. Po drugie, jak sobie o nim przypomniałem, to i tak niewiele mogłem zrobić, bo byłem w tak zwanej trasie, a przy polskich drogach najczęściej spotykane sklepy z winami nazywają się Lidl i Biedronka, w których jednakowoż nie spodziewałbym się znaleźć primitivo, choć w Lidlu akurat rozpoczął się Tydzień Włoski. Po trzecie primitivo tak bardzo kojarzyło mi się z zinfandelem, że po nieudanych doświadczniach z tym ostatnim, na włoską odmianę ochotę miałem niewielką. Jednak los rzucił mnie do elbląskiego Leclerka, a tam ręka opatrzności włożyła do mojego koszyka primitivo, jedyne jakie znalazło się pośród setek win należących do oferty hipermarketu. Cena 30 zł za butelkę wydawała się atrakcyjna, choć ten pułap cenowy nie zwiastował rewelacji.

Jakie zatem było to wino. Jak na mój gust całkiem przyzwoite. Ładnie pachniało jagodami i pieprzem, ale też jeszcze niedojrzałą czarną porzeczką. W ustach dość mocne, taniczne, alkoholowe, ale ze sporą dozą żywej kwasowości, przy czym owocowa słodycz jest temu winu nieobca. Miałem już pewne przemyślenia na temat tego wina, ale podałem kieliszek wina żonie, bo jak wiecie, moja żona ma cudowny dar trafnego opisywania win w kilku słowach.
"Ładnie pachnie, bogate" - powiedziała żona, wąchając tylko opary zamknięte w ścianach kielicha.

Nie wiem, czy jestem miłośnikiem primitivo, to było pierwsze w moim życiu wino z tego szczepu (zinfandeli w tej statystyce nie uwzględniam) i prawdę mówiąc nie wiedziałem, czego można oczekiwać po tego typu winach. Jednak sceptycznie nastawiony do tej degustacji zostałem przez nią mile zaskoczony i chętnie sięgnę po kolejną butelkę. Mam jednak świadomość, że po jednej próbce nie uda mi się jednoznacznie powiedzieć, czy primitivo należy do grona moich ulubionych szczepów. Następna butelka równie dobrze może oczarować, co zawieść oczekiwania. Wypijemy, zobaczymy.

-----------------------------------
Barocco Primitivo 2009, Puglia IGT
Alkohol 13,5%
Miejsce zakupu: Leclerc, Elbląg
Cena: ok. 30 zł
-----------------------------------

"Winne wtorki #6" na podniebieniach innych blogerów:

Czerwone czy białe?
Winniczek
Nasze wina
Białe nad czerwonym
Do Trzech Dych
Sstarwines
Bordowe
Viniculture
Książka i Wino

niedziela, 12 czerwca 2011

Niemiecki riesling i coś ekstra...

Plan na dziś przewidywał wypicie niemieckiego rieslinga. Wybór padł na Prum Blue (riesling kabinett 2007). Wino to kupiłem jakiś czas temu w Realu, moją uwagę przykuł symbol VDP oznaczający stowarzyszenie najlepszych niemieckich producentów. Wydałem wówczas bez wahania niemal 55 zł a dziś postanowiłem sprawdzić, czy inwestycję należy zapisać po stronie strat, czy zysków. Okazało się, że jest to świetne, rześkie, lekko musujące (na początku) wino. Od razu można było wyczuć, że ma się do czynienia z winem wyższej klasy. Każdy łyk zachęcał do następnego, co nieubłaganie i zbyt szybko doprowadziło do opróżnienia butelki do dna. Kwasowość i owocowa słodycz dobrze się w tym winie równoważyły. W ustach długo pozostawał morelowo-brzoskwiniowy posmak. Zdecydowanie zysk! Szybko się skończyło, no ale też trzeba dodać, że nie piłem sam, żona mi w tym pomogła.

Potem zdecydowaliśmy się na prosecco. Było to wino Col Solivo kupione w ursynowskim sklepie Leclerc (21,99 zł). Niewiele dobrego o tym winie mogę powiedzieć. Zapach mało intensywny i trudny do określenia, zatem "nijaki". Smak za to charakterystyczny, kojarzący się wyraźnie z kartonem. Taki mocno rozwodniony, nagazowany kompocik z tekturowego kubka. Zdecydowanie nie polecam, chyba że ktoś pracuje w branży introligatorskiej i lubi takie aromaty.

Kolejnym winem był jeden z ostatnich wynalazków sprzedawanych w Lidlu, mianowicie Chablis (1er Cru) butelkowane przez niejakiego Pierr'a Vincent (49,99zł - jak na Lidla okrutnie drogie). W zapachu delikatne masełko, choć żona twierdzi, że zajeżdżało szmatą. Pozwoliłem sobie nie zgodzić się z nią i w ramach zawierania małżeńskich kompromisów ustaliliśmy, że wino ma zapach czystej ścierki, którą przed chwilą starto masło ze stołu. W smaku wyczuwalny delikatny karmel - to pewnie efekt dojrzewania wina w beczce. Kwasowość jak na mój gust wysoka, owoc niemal wcale niewyczuwalny. Wino nie w moim guście, ale jednak pijalne, choć jeśli jeszcze raz miałbym wydać pieniądze na któreś z tych win, bez wahania wybrałbym niemieckiego rieslinga. Pozostałe trunki można sobie spokojnie darować. Przyznać jednak muszę, że to chablis zyskało na smaku przegryzione biedronkowym serem z Portugalii o nazwie Sao Jorge. Nie zmienia to jednak mojej oceny, riesling był zdecydowanie najlepszy.

Biała Portugalia

Wino o przyjemnym intensywnym (ale bez przesady) zapachu kojarzącym się raczej z kwiatami, niż owocami. W smaku dość łagodne, o kwasowości wyraźnej, ale nie pozostawiającej w ustach kwaśnego posmaku. W końcówce cytrusowa goryczka. Wino zupełnie przyzwoite, co do którego nie miałem żadnych oczekiwań, więc o rozczarowaniu mowy nie było, a biorąc pod uwagę biedronkową cenę (11,99 zł) mogę je tylko pochwalić. Warte polecenia jako niezobowiązujące wino codzienne do wypicia na balkonie/tarasie. Pić schłodzone w pełnym słońcu :)

wtorek, 7 czerwca 2011

Winne Wtorki #5


Winny wtorek w piątej odsłonie, tym razem na scenie wina węgierskie. Kuba i Borysa wspólnie zaproponowali wino Egri Bikaver, które sporządził niejaki Lajos Gal, a które można kupić w sieci Alma oraz sklepach firmowych Krakowskiego Kredensu. O winie tym wspomnę z kronikarskiego li tylko obowiązku, ponieważ go nie piłem :) I owszem, leży sobie w chłodziarce i od jakiegoś czasu nabiera odpowiedniej temperatury, ale cóż kiedy nie mam ochoty go otworzyć. Szczerze mówiąc, nie mam ochoty na żadne wino, Lajos Gal niech wie, że nie mam nic przeciwko jego trunkowi.

Co się stało?

W ostatnim tygodniu maja gościłem w mieście rodzinnym mojej żony, w Elblągu. Elbląg nie jest miastem obfitującym w specjalistyczne sklepy z winami, ale postanowiłem wykorzystać fakt, że sieć Biedronka tak się tu zadomowiła, że w promieniu kilkuset metrów od mieszkania mojej teściowej są co najmniej trzy sklepy tej sieci. A w Biedronce sprzedają wina portugalskie, które zachwalają nawet Ci, którzy na co dzień opróżniają butelczyny znacznie droższe i pochodzące z winnic cieszących się większą estymą, niż te z Portugalii. Padła nawet sugestia (po winnym wtorku #4), by tam dokonywać zakupów trunków z segmentu popularnego, a o Lidlu zapomnieć raz na zawsze. Lubię eksperymenty więc sięgnąłem po wino Monte Velho, wysupłując z kieszeni niemal 20 zł (17,99). Piłem to wino, piłem, próbowałem poczęstować nim żonę, ale ona skrzywiła się tylko wąchając kieliszek, choć wino, dalibóg, pachniało przyzwoicie. W smaku było zaś tak nudne i nijakie, że czułem się jeszcze bardziej rozczarowany i umęczony niż po pamiętnej degustacji nr 4. Wieczorem zaś dopadło mnie jakieś paskudztwo, które tak bardzo rozstroiło mój układ pokarmowy, że od tamtego czasu nie mogę patrzeć na wino. Nie chcę powiedzieć, że była to wina wina, raczej nie sądzę. Ale ponieważ wydarzyło się to właśnie wtedy skojarzenia mam straszne i chyba minie jeszcze chwila, zanim sięgnę po wino. Zwłaszcza czerwone, bo prawdę mówiąc na białe, a najlepiej białe lekko musujące już robię zakusy.

Dziś wybieram się na degustację win ze szczepu sauvignon blanc. Mam nadzieję, że uleczą one moje bolączki i sprawią, że sięgnę jednak po "byczą krew". Jeśli się uda, opisu szukajcie za kilka dni w post scriptum :)


-----------------------
"Winne wtorki #5" na podniebieniach innych blogerów:
Białe nad czerwonym
Kontretykieta
Czerwone czy białe?
Sstarwines
Winniczek
Nasze Wina
Winne przygody
Viniculture
-----------------------
ps. No i odważyłem się otworzyć wino jeszcze we wtorek, ale trochę żałuję.

Zaraz po otwarciu uderza intensywny zapach wiśniowego kompotu, w ustach atak alkoholu, co dziwi przy 12,5% widniejących na etykiecie. Żona stwierdziła, że śmierdzi whisky. Trochę owocu, trochę pieprznych nut, wysoka kwasowość - to chyba jednak nie jest moja bajka. Na szczęście nie było korkowe jak donosili inni wtorkowicze, więc chociaż taki plus. Szkoda, że nie miałem gulaszu pod ręką, bo może akurat wino by się wtedy jakoś wybroniło, a tak dupa blada i kolejna porażka. Coś nie mamy szczęścia do win w ramach naszego projektu. Zobaczymy, co będzie dalej...

Kilka danych informacyjnych:
Rocznik 2007, wytrawne, 12,5% alkoholu.
Kupaż pięciu szczepów: kekfrankos, cabernet sauvignon, pinot noir, cabernet franc, menoire.
-----------------------

sobota, 21 maja 2011

Umarł król...

Na tym blogu, jak również w bezpośrednich rozmowach ze znajomymi wychwalałem prosecco z Lidla jako wino dobre i tanie. Smakowało ono szczególnie mojej żonie a cena ustalona na poziome 13,99 zł za butelkę wydawała nam się wyjątkowo atrakcyjna, a stosunek jakości do ceny wręcz rewelacyjny.

Wino dość szybko znika ze sklepowych półek i są spore problemy z jego dostaniem. Ale gdy przyuważyłem w "swoim" sklepie dostawę, bez wahania kupiłem cały karton. Jak się później okazało, nie była to nawet dostawa, ale przesunięcie towaru z innego sklepu. Widać ursynowianie piją więcej, niż inni :) No, ale im więcej piję win musujących, tym szybciej podniebienie wyczula się na niuanse i niestety... król został zdetronizowany. Może przesadziłem z tytułem posta, król jeszcze żyje, ale już nie rządzi.

Jak to się stało?

Otóż w wolny dzień wygrzewałem się na balkonie i im bardziej słońce muskało promieniami moją umęczoną facjatę, tym bardziej chciało mi się czegoś napić. Winne wtorki #4 zniechęciły mnie nieco do win z Lidla, ale w lodówce chłodziła się jeszcze butelka różowego dornfeldera, więc stwierdziłem, że im szybciej opróżnię lidlowskie wynalazki, tym lepiej wyjdzie na tym moje zdrowie. Wino okazało się całkiem przyjemne w smaku i już nawet powoli wracała wiara w dyskontowe trunki, gdy wparowała żona i rzuciła:

- Co tu tak wódą śmierdzi?
- Jaką wódą, kochanie? Winko piję.
- Nie wiem, wódką śmierdzi w całym domu.

To co pozostawało w butelce wylądowało w zlewie. Niech sobie żona nie myśli, że będę psuł sobie zdrowie różową wódeczką. Nadal jednak twierdzę, że dało się to pić, choć muszę też przyznać, że szum w głowie - jak na tę ilość procentów (11%) i spożytą objętość - mógł niepokoić.

Coś trzeba było zrobić z tak pięknie (mimo tych kontrowersji) rozpoczętym popołudniem, odkorkowałem więc vino frizzante ze spółdzielni Monte del Fra o nazwie Frattino. Super przyjemne wino do wypicia na coraz gorętszym tarasie. Było tak dobre, że z butelką rozprawiliśmy się dość szybko i ogarnęło nas poczucie niedosytu. I w tym momencie rozpoczął się proces detronizacji króla. Otworzyłem żonie prosecco, nalałem sobie odrobinę do kieliszka, spróbowałem i... już wiedziałem, że wino z Lidla nie będzie tak czarujące jak kiedyś.

- Kochanie, muszę Ci powiedzieć, że to Frattino jest...
- Tak, tak, to zupełnie inna klasa - rzuciła moja żona nie pozwalając mi dokończyć zdania.

No i właśnie od tego momentu na tronie siedzi nowy król Frattino. Jest bardziej cool od tego starego, ale od razu podniósł podatki i teraz musimy się liczyć z tym, że miłe wieczory w jego obecności będą kosztowały nas dwa razy więcej :(


------
Allini Prosecco vino frizzante - Lidl 13,99 zł
Monte del Fra Frattino vino frizzante - Winestory 29,00 zł

wtorek, 17 maja 2011

Winne Wtorki #4

Pod czarną maską krył się niewidzialny dla innych uśmiech. Dobrze się bawił widząc przerażone twarze oficerów zszokowanych informacją, którą usłyszeli przed chwilą.
- Alderaan zostanie zniszczona - do uszu zgromadzonych dotarły dobitne słowa Imperatora.
Ale dopiero kwestia wypowiedziana chwilę później zmroziła żołnierzy zgromadzonych przed wielkimi ekranami, na których śledzili rozpaczliwe działania rebelii.
- Gdy się to dokona, udamy się na drugi kraniec układu. Sukces uczcimy na oddanej nam planecie Lidl, Vespral już na nas czeka. Generale, wykonać rozkaz!
Mroczny strach zapanował nad całą galaktyką.

--------

Mroczny strach i niedowierzanie zapanowały wśród winnych wtorkowiczów, którzy oddali się służbie, ale dopiero teraz dociera do nich świadomość jak trudnej i niebezpiecznej misji się podjęli. Pierwszy swe wątpliwości wyraził Maciej (viniculture.pl) sugerując, że zaproponowane wina są już zbyt stare, by można było się nimi cieszyć. Sstar (sstarwines.pl) lubi hardcore i choć optował za beaujolais, zaakceptował mój wybór. Kuba (kontretykieta.pl) jęknął “O, mamo…”, ale podjął rzuconą rękawicę, choć w jego dyskusji ze Sstarem dało się wyczuć przerażenie. Drugi Kuba - pomysłodawca projektu (czerwone-czy-biale.blogspot.com) wyraził zaś zaciekawienie propozycją. Paweł (nasze-wina.pl) ucieszył się nawet, że będziemy próbować aż dwie butelczyny. Mateusz (winne-przygody.pl) jednakowoż boi się lidlowych win. Borysa (ksiazkaiwino.blogspot.com) też się boi, choć wydaje mi się, że strach to udawany. Okaże się. Ewa (winezine.pl), choć chwilowo nieco z boku, wsparła mój wybór, bo zgodny jest on z założeniami projektu Winne Wtorki. Trochę mi ulżyło. Rafał (winnapasja.blogspot.com) też się nie boi, chętnie spróbuje winnych wynalazków.

--------

Degustację zatem czas zacząć.

Na pierwszy ogień poszła Reserva 2006, czyli biała etykieta, z ceną na półce ustaloną na poziomie 13,99 zł. Czego można oczekiwać po takim winie? Ja miałem nadzieję na coś, co można podać do obiadu (takiego zupełnie zwykłego, domowego), co tego obiadu nie obrzydzi. I to wino moje oczekiwania spełniło w stu procentach. Dość łagodny porzeczkowo-jagodowy smak nie przeszkadza w jedzeniu, śmiało może zastąpić kompot. Hej, jaki kompot? Czy ktoś w ogóle pije jeszcze kompot do obiadu? Trudno mówić o aromatach tego trunku, ja nie wyczułem w każdym razie zbyt wiele, wino jest też - jak to się mówi - “krótkie”, ani w pamięci, ani na podniebieniu nie utrzymuje się zbyt długo. Podsumowując, jest to wino do popicia kotleta, natomiast egzystencjonalne bóle dupki raczej by przy nim nie ustały.

Nie ustałyby też i przy drugim winie (Gran Reserva 2005 - czarna etykieta, 14,99 zł). Gran Reserva ma inny skład - tam był kupaż tempranillo i garnacha, tu tempranillo i cabernet sauvignon. Ma ciemniejszą barwę, zapach intensywniejszy - borówkowo-jeżynowy. Wino zaskakująco łagodne, łatwe w piciu, niewymagające jakiejś szczególnej uwagi. Właściwie pijąc te wina lepiej o nich nie myśleć, nie szukać w nich głębi, na pewno nie zapewnią żadnych uniesień i mistycznych wrażeń. Lepiej popić nimi kiełbasę, czy inną karkówkę z grilla, albo żłopać przy jakimś głupawym i równie nijakim filmie. Wypić i zapomnieć.

Ja już zapomniałem…




"Winne wtorki #4" na podniebieniach innych blogerów:

Do Trzech Dych
Winne Przygody
Sstarwines
Nasze-wina
Kontretykieta
Nie zawsze wina / Jongleur
Czerwone czy białe?
Białe nad czerwonym
Viniculture
Amarone
Winna Pasja

wtorek, 3 maja 2011

Winne Wtorki #3

Dziś mam przyjemność opisać kolejne - trzecie już - wino degustowane w ramach projektu Winne Wtorki. Tym razem... znów białe. Wiem, że niektórzy są już tym faktem lekko zmęczeni, zwłaszcza że ostatnie próbki były, powiedzmy szczerze, takie sobie. Moje oczekiwania odnośnie niemieckiego rieslinga były duże, ale po wcześniejszych doświadczeniach byłem gotowy na wszystko. Nawet na totalną porażkę. Na szczęście porażki nie było, ale czy oznacza to automatycznie sukces? Po australijskich niepowodzeniach sukcesem może być chyba wszystko. Wino Markus Molitor Zeltinger Hammelreich (mój Boże, co to znaczy?) z rocznika 2009 było znów zbyt słodkie jak na wino wytrawne, ale z każdą kolejną próbą ta słodycz przeszkadzała mi coraz mniej, zaczęła mi nawet odpowiadać. W zapachu dominuje taka słodka owocowość, w ustach wino pozostawia posmak dojrzałej brzoskwini. Doszukać się można także ananasa. Jest też sporo fajnej kwasowości, która nie pozwala znudzić się wyżej wspomnianą słodyczą.

Wino pije się z przyjemnością, nie wymaga ono wielkiego skupienia, nie przeszkadza w rozmowie, bez wątpienia ją umila. Kabinett to rodzaj win wykonanych z gron nieselekcjonowanych, co w ludzkim języku pewnie oznacza, że jest to wino przeznaczone raczej na rynek masowy. Oczywiście przy zachowaniu pewnych proporcji, produkcja winnicy zwykle nie przekracza 300 000 butelek. Siłą rzeczy musi kosztować więcej niż wina z naprawdę masowej produkcji. A czy jest tego warte? Kupcie, spróbujcie, oceńcie. Ja w każdym razie dalej szukam złotego środka.

Markus Molitor Zeltinger Hammelreich 2009
Winkolekcja - 59 zł



"Winne wtorki #3" na podniebieniach innych blogerów:

Amarone
Białe nad czerwonym
Kontretykieta
Nie zawsze wina
Czerwone czy białe?
Viniculture
Książka i Wino
Nasze-wina.pl
Sstarwines
O winie

-----------------------------------------

ps. Po opublikowaniu tego wpisu otrzymałem maila o Jongleura z kilkoma uwagami na temat mojego tekstu. Uznałem, że uwagi te są na tyle istotne, że warto je opublikować pod moim tekstem, zwłaszcza że niewątpliwie posiadają one walor edukacyjny i pomogą mniej doświadczonym winomaniakom (takim jak ja) lepiej zrozumieć zawiłości niemieckiego systemu klasyfikacji win.

-----------------------------------------

Pisze Jongleur do Mariusza

Witaj,
i od razu wybacz, że się trochę powymądrzam na temat ostatniego wpisu. Dwie uwagi

1.określenie kabinett nie ma nic wspólnego z selekcją, a raczej ma gdyż oznacza, że wino wyprodukowano z winogron w pełni dojrzałych, zawierających moszcz o gęstości 67 - 85 stopni Oechslego (chodzi o zawartość cukru), bez szaptalizacji. więc wybranie takich owoców oznacza wstępną selekcję podczas winobrania.

2. Co do masowości w ogóle. 300 tys. butelek o których piszesz oznacza powierzchnię winnicy co najmniej 25 ha, przy wydajności 90 hl/ha, jaką uzyskują molochy w rodzaju Petera Mertesa. Dobrzy producenci z reguły tną wydajność rieslinga nie przekraczajac 40 do 50 hl/ha. Aby uzyskać 300 tys butelek potrzebowaliby ponad 40 ha, tymczasem winiarze w siedlisku Zeltingen Himmelreich mają działki w granicach 1 do 3 ha. Np Molitor - 2,9, Pauly-Bergweiler 1,8 itd, a robi się tam nie tylko kabinett ale i spatlese itp, tak że ilości pojedynczych win są mikroskopijne, po parę tysięcy butelek.
Inna rzecz, że jest to nie do końca dla mnie zrozumiała maniera mozelskich winiarzy, którzy z paru hektarów produkują kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt różnych win

jeszcze raz przepraszam za śmiałość i serdecznie pozdrawiam

Jongleur


-----------------------------------------

Pisze Mariusz do Jongleura

Bardzo dziękuję za maila w sprawie mojego wpisu. To pierwsza wymierna korzyść z mojego winnego blogowania - dzięki uwagom innych do moich wypocin mogę się czegoś dowiedzieć, czy nauczyć.

Oczywiście wina niemieckie klasyfikuje się wg dojrzałości gron w chwili zbioru. "Kabinett" to, jak rozumiem, wina z pierwszych zbiorów gron, które osiągnęły minimalną dopuszczalną dla win jakościowych dojrzałość. Założyłem, że takich gron zbiera się najwięcej (w każdym razie więcej niż "spatlese" czy "auslese") i stąd pewnie wzięło się zdanie o masowości win "kabinett", zwłaszcza że innych rodzajów win z siedliska Zeltingen Himmelreich zdaje się w 2009 roku nie wyprodukowano, zatem i selekcji pewnie nie było. Inna sprawa, że 300 tysięcy butelek to produkcja pochodząca nie z ww. siedliska, a ogólna produkcja Markusa Molitora.

Ufff, wiem, że nachrzaniłem trochę w swoim tekście, ale mam nadzieję, że choć częściowo się z tego wytłumaczyłem :)

Jeszcze raz dziękuję za uwagi. Nie krępuj się wytykać moich błędów w przyszłości, wyjdzie mi to tylko na dobre.

Pozdrawiam
Mariusz

-----------------------------------------

niedziela, 1 maja 2011

Vieux Telegraphe

Moje Chateauneuf-du-Pape (Domaine du Vieux Télégraphe) czekało na odpowiednią okazję, żeby je otworzyć. Trudno wymyślić lepszy powód do odkorkowania takiej flaszki niż... beatyfikacja papieża Jana Pawła II. A propos korka, przestrzegał mnie sprzedawca tego wina, że zdarza się, że wyżej wymienione wino może ulec zepsuciu na skutek wadliwego korka. Jego słowa zapadły mi w pamięć i przez długi czas nie mogłem się odważyć, by otworzyć to wino. Najzwyczajniej bałem się, że może być korkowe. Na szczęście tak się nie zdarzyło i mogłem w pełni cieszyć się tym winem. A trzeba powiedzieć, że było czym. To jest takie wino, że aż głupio o nim mówić, że smakuje jak wiśnia złamana nutą wanilli, czy co tam równie głupiego mógłby wymyślić amator pozujący na wielkiego znawcę win. Próbując tego wina, człowiek od razu nabiera przekonania, że tego typu trunki potrafią wprowadzić go w stan jakiejś euforii. Słowa wtedy wydają się zbędne, tworzenie opisu jest stratą czasu, istnieje tylko człowiek i wino, i jakaś niewytłumaczalnie wielka więź między nimi.

Czy to jest wino doskonałe? Nie wiem. Czy stan w jaki mnie wprowadziło jest jego zasługą? Być może. Ale równie dobrze mógł być to efekt jakiejś duchowej magii, którą wniósł do mego życia dzień. Ten dzień.

piątek, 29 kwietnia 2011

Hit sezonu!

Dziś na warsztat wziąłem sauvignon blanc z Niemiec i nie wiem, czy to nie będzie (albo już był) hit sezonu. Do tej pory miałem przyjemność pić rewelacyjne zazwyczaj sauvignon blanc z Nowej Zelandii i blado wyglądające na ich tle - przynajmniej do tej pory - wina z Chile. Niemieckie sauvignon blanc (kupione w Lidlu) piłem po raz pierwszy i uważam, że wypadło całkiem nieźle. Kolor bladosłomkowy. Zapach zupełnie podręcznikowy: trawa, agrest, a po solidnym zakręceniu kielichem kocie siuśki, ale zarejestrowanie akurat tego "aromatu" wymagało największego skupienia i koncentracji. Smak intensywny, w porównaniu z winami nowozelandzkimi bardziej wyrazisty, ale jak na wino wytrawne słodyczy jest tu ponad miarę.

Moje wrażenia są bardzo pozytywne. Nie wiem, czy to wino jest dobrze zrobione (przez winiarza lub zakładowych chemików), bo się na tym znam, jak kura na pieprzu. Ale pijąc to wino czuję, że tej ślepej kurze przytrafiło się smakowite ziarno. W dodatku za niewielkie pieniądze - jedyne 17,99 zł.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Money, money, money...

Ile razy ten temat już był wałkowany. Na blogach, na forach, na degustacjach. Wniosek zawsze ten sam: za drogo. Mowa oczywiście o cenach wina w Polsce. Może nie jest to problem dla osób, które kupują wina od święta, zwłaszcza że najprawdopodobniej strefa ich poszukiwań zamyka się zwykle w obrębie monopolowego stoiska w najbliższym supermarkecie, gdzie nie stracą majątku. Ci, którzy złapali winnego bakcyla (jak ja) i kupują wina częściej mają jednak pewien problem z kosztami swej edukacji. Oczywiście dobrze znamy stanowisko importerów i dystrybutorów wina, którzy wysokie marże (w niektórych przypadkach ekstremalnie nieprzyzwoite) tłumaczą niewielkimi obrotami i małym (w ujęciu statystycznym) zainteresowaniem Polaków winem. Dochodzą do tego koszty utrzymania magazynów i sklepów, koszty związane z pozyskaniem i rozdysponowaniem znaków akcyzy oraz kilka mniej lub bardziej ukrytych podatków nakładanych przez nasze państwo. Przeczytałem dziś wpis na blogu "Winne przygody" dotyczący wina, które można (albo można było) przez internet zamówić w Niemczech (Wein-Bastion.de) za ok. 25 zł, a u polskiego importera (dystrybutora) kosztuje 66 zł, co stanowi 264% ceny niemieckiej. Czy jest to różnica uzasadniona polskimi realiami? Jestem przekonany, że nie. Inna polska firma, właściciel sklepów "Galeria wina" premiuje większe zakupy, poprzez "system specjalnych upustów". Znana była promocja 6+6 gratis (miałem okazję z niej skorzystać, a wina były naprawdę niezłe), która polegała na tym, że przy zakupie sześciu win kolejnych sześć jest "za darmo". Oczywiście na tej promocji sklep (importer) i tak wychodzi na swoje, co oznacza, że poza promocją wina są mega mocno przeszacowane. Stali klienci mogą nawet pojedyncze butelki kupować za 50%, klient z ulicy w tym przypadku wychodzi na arcyfrajera. Przykłady można mnożyć. Nawet Lidl, który kiedyś reklamował się jako tani (to już przeszłość), a przez wielu jest wielbiony za ofertę niedrogich, przyzwoitych win, nie jest wcale takim "dobrym wujkiem" na jakiego wygląda. Wystarczy wejść na niemiecką stronę tego dyskontu (ze znacznie bogatszą ofertą niż polska), aby przekonać się, że wino Viajero Cabernet Sauvignon 2005, które kosztuje u nas 39,99 tam można kupić za 7€ (ok. 28) zł, a proste bordeaux (do schaboszczaka w sam raz) za śmieszną, jak na nasze warunki, cenę 13,45 zł, w Niemczech kosztuje 1,99€ (ok. 8 zł).

No i co o tym sądzicie, drodzy winomaniacy? Nie czujecie się lekko wykorzystani? Może czas na zmiany? Tomasz Prange-Barczyński z okazji wydania 50-tego numeru Magazynu Wino zauważył, że od początku istnienia tego czasopisma, ceny wina w Polsce uległy znacznej obniżce. Współczuję tym, którzy musieli kupować wino w czasach, kiedy znajdowało się ono jeszcze poza sferą moich zainteresowań. Sądzę, że dziś, kiedy problem cen wina dotyka mnie bezpośrednio, jest jeszcze wiele do zrobienia. Winomaniaków zachęcam do propagowania winnej kultury w społeczeństwie, dystrybutorów (importerów) zachęcam zaś do tego, by swoimi - często chorymi - cenami nie przeszkadzali nam w tym procesie. Globalizacja i dostępność do informacji jaką daje internet, czynią z nas konsumentów bardziej świadomych od tych z początków MW. Dobrze by było, żeby nasi rodzimi importerzy mieli tego świadomość, bo my doskonale wiemy jak korzystać z przywileju członkostwa w Unii Europejskiej.

ps. Projekt "Winne wtorki" rozwija się zaskakująco szybko, wkrótce będziemy dość pokaźną siłą, może warto wykorzystać ten fakt i lobbować na rzecz uczciwego traktowania klientów. Jeśli importerzy czują się bezsilni wobec państwa, pomóżmy im z nim walczyć. Ale jeśli dbają tylko o swój zysk, niech wiedzą, że wiemy jak ich osłabić.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Viajero Chardonnay

Dziś opis z gatunku "ku przestrodze".

W poprzednim poście pisałem o nowych winach w Lidlu i jedno z nich miałem dziś (nie)przyjemność skosztować. Do próby byłem nastawiony raczej optymistycznie, bo piłem już chardonnay od tego producenta i byłem (chyba) zadowolony. Pod nazwą "Viajero" sprzedawane są wina butelkowane przez VIA VINES dla Lidla, na stronie producenta próżno jednak szukać informacji na temat tego wina.

No dobra, zacznijmy od tego, że zostałem bezczelnie zaatakowany alkoholem, 14,5% - jak na chardonnay - to chyba lekka przesada i mam podejrzenie, że ktoś jednak do kadzi dolał trochę spirytusu. Odwiedził mnie dziś znajomy, też amator wina, z którym rozmawialiśmy od tym, jak na smak wina wpływa jego dojrzewanie w beczkach. Ustaliliśmy, że niewiele wiemy na ten temat, ale okazało się, że dzisiejszy wieczór dał mi pewną na ten temat lekcję. Producent (rozlewnik-butelkownik) na etykiecie napisał, że wino dojrzewało przez co najmniej 6 miesięcy w dębowych beczkach (barrique). Nie wiem, czy to prawda, ale wiem, że to co wyobrażałem sobie jako subtelny niuans, okazało się czymś mocno ordynarnym. Smak wina kojarzył mi się ze świeżo urżniętą dębową deską i gotów jestem założyć się o ostatnie pieniądze (spokojnie, nie ma ich znowu tak dużo), że trunek ten, zamiast leżakować w beczce, przelewał się raczej przez dębowe trociny w pobliskim tartaku.

Cóż, Lidl kojarzył mi się z winami nienajgorszymi za bardzo dobrą cenę, a tu taka porażka: kiepskie wino, za dość duże (jak na ten sklep) pieniądze - 21,99 zł. Radzę omijać z daleka, ale jak już ktoś je kupił to - mimo tak dużego poziomu alkoholu - zalecam jego wypicie, gdy temperatura wina przekroczy sugerowane 8-10 stopni C. Dębinowe drzazgi nie kaleczą wówczas ust tak boleśnie, a otrzymane tak czy owak rany łagodzi delikatny cytrusowy posmak.

środa, 20 kwietnia 2011

Drużyna z Lidla

Wpadłem do Lidla, by zrobić szybkie zakupy... Hmmmm. Czy w Lidlu da się jeszcze zrobić szybkie zakupy? Ruch tam z dnia na dzień coraz większy, bo choć w markecie nie jest już tak tanio, jak kiedyś, to jeszcze nie tak drogo, jak gdzie indziej. Ostatnio chyba kasy na Ursynowie przebudowali, jest ich teraz więcej, kolejek zatem też, ale są krótsze. Niestety na "monopolu" nadal dwie, z czego czynna jest zwykle tylko jedna i to tylko "na żądanie", czyli trzeba dzwonkiem przywołać sprzedawcę. Ale oferta stoiska monopolowego mnie ostatnio zaskoczyła. Nie wiem czy to wystawa stała, czy tylko czasowa, ale przyjmując za prawdziwą opcję drugą sięgnąłem szybko po kilka flaszek, bo za kilka dni może już ich nie być.


Sauvignon blanc kupiłem, bo lubię ten szczep, a wcześniej w Lidlu nie widziałem win z niego zrobionych. Ciekaw jestem jak wypadnie ich degustacja, szczególnie wina niemieckiego.

Chilijskie chardonnay i cabernet sauvignion kupiłem dlatego, że - uważni czytelnicy na pewno to zauważyli - wino Viajero miałem okazję już pić, a swoje wrażenia opisałem w tym poście. Jestem niezmiernie ciekaw propozycji chilijskiego producenta, a zwłaszcza caberneta, który jak na Lidla (który nie jest już tani) kosztuje makabrycznie dużo (ok. 40 zł).

No i secco. Tego wina musującego obawiałem się najbardziej, ale przekonała mnie nazwa "Allini" na etykiecie. Ja, a szczególnie moja żona, jesteśmy miłośnikami ich prosecco. I choć zniknęło ono z półek Lidla, tkwi nadal w naszej pamięci i podsyca nadzieję, że wkrótce znów powróci, być może już jako rocznik 2011.

Bardzo jestem ciekaw tych win, mam nadzieję, że wypiję je wkrótce, choć kolejka trunków do degustacji jest równie długa jak kolejka do operacji refundowanych przez NFZ.


wtorek, 19 kwietnia 2011

Winne Wtorki #2

Moja mowa będzie krótka, nie wypełni się tym winem moja lodówka.

W zasadzie mógłbym na tym zdaniu zakończyć opis degustowanego wina, ale byłoby to chyba nieuczciwe. Nie chcę przez to powiedzieć, że wino było złe, czy jakoś szczególnie niedobre. Aż tak źle nie było, to po prostu nie moja bajka. Zapach Mullygrubbera był ... świeży, lekko cytrusowy i to było bardzo miłe. W smaku przypominało jabłko, następnie kwaśną mirabelkę, końcówka zaś to gorzki grejpfrut. Ta świeżość i długość wina to pewnie zasługa wysokiej kwasowości, za którą - jak wiedzą już czytelnicy mojego bloga - nie przepadam. Być może wino dobrze by się sprawdziło w jakiś upalny dzień, wyjęte prosto z lodówki zapewniłoby odrobinę przyjemnej ochłody, ale jak dla mnie podobny efekt mogłaby dać zimna woda cytrynowa. Oczywiście takie wina bardzo dobrze komponują się z rybą skropioną sokiem z cytryny lub limonki, kwasowość wina jest wtedy mniej odczuwalna, wrażenia smakowe przyjemniejsze, co wykazał mój test, bo choć ryby pod ręką nie miałem, to cytrynę i owszem.

Prawdę mówiąc wina pijam zwykle bez "zagrychy", co w przypadku tego typu wina pewnie jest błędem i mogło sprawić, że nie stałem się z miejsca miłośnikiem Mullygrubbera. Ale daleki jestem od tego, by go nie polecać innym amatorom wina, zwłaszcza że - zawsze to podkreślam - każdy ma inne podniebienie i inny gust.

Zatem do kieliszków, drodzy czytelnicy! O ile tylko macie jakąś rybkę :)

-----

"Winne wtorki #2" na podniebieniach innych blogerów:

Do Trzech Dych
Sstarwines
Viniculture
Czerwone czy białe?
Kontretykieta
Winne przygody
Białe nad czerwonym
Książka i wino
Winna pasja
O winie
Amarone Wine Blog

czwartek, 14 kwietnia 2011

Nie taki diabeł straszny...


Jakiś czas temu przeczytałem na blogu Do Trzech Dych recenzję Tokaju Szamorodni, który jeszcze niedawno można było kupić w Lidlu. Opis zupełnie mnie zniechęcił do tego wina, miałem zresztą pewne podejrzenia, że tokaj za 14.99 zł raczej nie będzie trunkiem wykwintnym. Gdybym przeczytał recenzję, zanim kupiłem wino, pewnie bym się na nie nie zdecydował, ale ponieważ kupiłem je wcześniej, musiałem coś z tym fantem zrobić. Oczywiście poszedłem na łatwiznę i odstawiłem je w kąt licząc na to, że za kilka tygodni nie będę pamiętał w który. Ale jednak nie było ukryte doskonale i znów wpadło w moje ręce, postanowiłem więc je otworzyć. Raz kozie śmierć, jak to mówią. 

Ale okazuje się, że nie taki diabeł straszny, jak go recenzenci z ww. bloga odmalowali. Moje wino pachniało ładnie pieczonym jabłkiem i orzechami włoskimi. Smak całkiem interesujący, przypominał mi sok jabłkowy zmieszany z wiśniowym, alkohol ledwie wyczuwalny w smaku, w głowie nieco mocniej (12,5%). Albo trafiliśmy na różne butelki, albo mamy zupełnie inne podniebienia.

W każdym razie winem nie jestem załamany. Co prawda następną butelkę tokaju pewnie kupię już w innym miejscu i to w wersji bardziej szlachetnej (przynajmniej w teorii), ale dziękuję Lidlowi za wprowadzenie mnie w tajemniczy świat win słodkich. Przy okazji - jeśli czyta mnie ktoś z Lidla. Oddajcie ludziom to pyszne prosecco za 13,99 zł. Wystarczyło, że dobrze o nim napisałem a już zniknęło z półek. 

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Na dobrej drodze.



W jednym z poprzednich postów opisywałem wino Cote de Nuits-Villages z M&S, które okazało się dla mnie ciut za trudne. Oczywiście nie zniechęciło mnie to ani do win z Burgundii, ani do szczepu pinot noir. Wręcz przeciwnie, kupiłem butelkę pinota przy najbliższej nadarzającej się okazji, a była nią degustacja win chilijskiego producenta Chocalan. Choć na degustacji pinota nie próbowaliśmy to właśnie po wino zrobione z tego szczepu sięgnąłem i byłem ciekaw moich wrażeń. Przy okazji po raz kolejny odpaliłem film "Bezdroża", który znam już chyba na pamięć. W filmie nie tyle podoba mi się wątek fascynacji głównego bohatera pinotami, co rozkwitająca znajomość Milesa i Mai, ale butelka pinot noir z winiarni Chocalan, pasowała do tego filmu jak ulał. Ten charakterystyczny pinotowy zapaszek pojawił się tylko na chwilę, zaraz potem się ulotnił i wino z butelki ubywało wraz z rozwojem akcji w filmie. Napisy końcowe pojawiły się akurat wtedy, gdy z kieliszka wysiorbałem ostatni łyk chilijskiego trunku.

OK, pinot z Chile to nie burgund i pewnie bardziej doświadczeni koledzy wyśmieją trochę moje zafascynowanie tym winem. Ale najważniejsze jest to, że się do tego szczepu nie zraziłem i mam ochotę na więcej. W Winestory, gdzie kupowałem Chocalana, usłyszałem, że jest to wino, od którego warto zacząć przygodę z pinot noir. Czekam na Wasze sugestie, może któryś z czytelników (któraś z czytelniczek) wypił(a) fajnego, wartego polecenia burgunda w cenie do 100 zł . Chętnie spróbuję, a wrażenia opiszę.