piątek, 2 listopada 2012

Malbec i ja.

Czytelnicy mojego bloga doskonale wiedzą, że mam słabość do malbeków. Sam sobie się dziwię, że tak mało o nich piszę. Przyczyna tego stanu rzeczy jest co prawda zdiagnozowana - głowa jest jedna, wątroba też, a flaszek czekających w kolejce bez liku, wina robi się nie tylko z malbeka. Kiedy otrzymałem w prezencie wino z tego szczepu, szczerze się ucieszyłem, z przyjemnością wypiłem, a z tej mojej radości czytelnikom niech pozostanie przynajmniej ta notka.



Trunek, o którym mowa to Vina Santa Maria Malbec 2010. Wina ze słowem "Santa" zawsze wywołują szyderczy uśmieszek na mej twarzy, podchodzę do nich (być może niesłusznie) z rezerwą. Tak jakby ktoś naprędce tworzył markę i nie bardzo przyłożył się do wymyślenia porządnej nazwy. Vina Santa Maria to jednak winnica z pewną już historią, została założona w 1941 roku, potem była sukcesywnie rozwijana i rozbudowywana. Od roku 2000 produkuję się tu też wina z linii "Reserve", które przed zabutelkowaniem dojrzewają w beczkach.

Wino, którym zostałem obdarowany pochodzi z prostszej linii "Varietal Wines" i najprawdopodobniej z beczką nie miało nic wspólnego. To dobra wiadomość dla tych, którym ta mityczna już beczka szczególnie przeszkadza. Dla jasności dodam, że mi akurat nie przeszkadza.

No i co my tu mamy. Jest niezła koncentracja, sporo garbników i intensywne aromaty ciemnych owoców i korzennych przypraw. Daje o sobie znać wyraźna, żywa kwasowość - myślę, że to wino warto przegryźć jakimś porządnym, pieczonym mięsiwem. Etykieta informuje o 13,5% alkoholu, ale nos sugeruje, że jest go znacznie więcej. Czy to dobrze, czy źle przeczytacie w post scriptum. Ja akurat za alkoholowymi aromatami nie przepadam, ale dodam od razu, że w tym winie miałem z nimi problem tylko na samym początku. Z czasem woń alkoholu traci swą intensywność i zostaje samo dobre :)


Malbeki, choć to szczep na wskroś francuski, nieodłącznie kojarzę z Argentyną. A jak Argentyna to stek z wołowiny, też oczywiście argentyńskiej. Nie wiem czy lubicie Bourdaina, ale ja uwielbiam jego program "Bez rezerwacji". Odcinek kręcony w Argentynie to chyba mój ulubiony i powinien być ulubionym dla wszystkich, którzy kochają steki wołowe pochodzące z tego kraju. Spójrzcie na zdjęcie poniżej. Czyż nie tak powinien wyglądać raj.

http://www.flickr.com/photos/ifixit/2554441004/

Wołowy stek popity takim wyrazistym, kwasowym malbekiem to coś, co naprawdę jest w stanie wprawić mnie w stan pozytywnej euforii. I takiej właśnie euforii życzę też czytelnikom mojego bloga.

Wino do degustacji dostałem z Salonu Win i Alkoholi - importera Vina Santa Maria


post criptum

Przychodzi para do sklepu z winami, wyraźnie spóźnieni, szukają czegoś na imprezę.

ON: Weźmy coś czerwonego, co wszystkim smakuje. Może Carlo Rossi.
ONA: Zwariowałeś?

Spojrzałem w ich kierunku, dziewczyna widać już wie, że Carlo Rossi nie jest winem wybitnym.

ON: No co?
ONA: Zobacz ile ma procent. Tylko 9,5. Widzisz, jak oszukują?

Odwróciłem głowę, ta para przestała mnie interesować.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza