czwartek, 14 kwietnia 2011

Nie taki diabeł straszny...


Jakiś czas temu przeczytałem na blogu Do Trzech Dych recenzję Tokaju Szamorodni, który jeszcze niedawno można było kupić w Lidlu. Opis zupełnie mnie zniechęcił do tego wina, miałem zresztą pewne podejrzenia, że tokaj za 14.99 zł raczej nie będzie trunkiem wykwintnym. Gdybym przeczytał recenzję, zanim kupiłem wino, pewnie bym się na nie nie zdecydował, ale ponieważ kupiłem je wcześniej, musiałem coś z tym fantem zrobić. Oczywiście poszedłem na łatwiznę i odstawiłem je w kąt licząc na to, że za kilka tygodni nie będę pamiętał w który. Ale jednak nie było ukryte doskonale i znów wpadło w moje ręce, postanowiłem więc je otworzyć. Raz kozie śmierć, jak to mówią. 

Ale okazuje się, że nie taki diabeł straszny, jak go recenzenci z ww. bloga odmalowali. Moje wino pachniało ładnie pieczonym jabłkiem i orzechami włoskimi. Smak całkiem interesujący, przypominał mi sok jabłkowy zmieszany z wiśniowym, alkohol ledwie wyczuwalny w smaku, w głowie nieco mocniej (12,5%). Albo trafiliśmy na różne butelki, albo mamy zupełnie inne podniebienia.

W każdym razie winem nie jestem załamany. Co prawda następną butelkę tokaju pewnie kupię już w innym miejscu i to w wersji bardziej szlachetnej (przynajmniej w teorii), ale dziękuję Lidlowi za wprowadzenie mnie w tajemniczy świat win słodkich. Przy okazji - jeśli czyta mnie ktoś z Lidla. Oddajcie ludziom to pyszne prosecco za 13,99 zł. Wystarczyło, że dobrze o nim napisałem a już zniknęło z półek. 

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Na dobrej drodze.



W jednym z poprzednich postów opisywałem wino Cote de Nuits-Villages z M&S, które okazało się dla mnie ciut za trudne. Oczywiście nie zniechęciło mnie to ani do win z Burgundii, ani do szczepu pinot noir. Wręcz przeciwnie, kupiłem butelkę pinota przy najbliższej nadarzającej się okazji, a była nią degustacja win chilijskiego producenta Chocalan. Choć na degustacji pinota nie próbowaliśmy to właśnie po wino zrobione z tego szczepu sięgnąłem i byłem ciekaw moich wrażeń. Przy okazji po raz kolejny odpaliłem film "Bezdroża", który znam już chyba na pamięć. W filmie nie tyle podoba mi się wątek fascynacji głównego bohatera pinotami, co rozkwitająca znajomość Milesa i Mai, ale butelka pinot noir z winiarni Chocalan, pasowała do tego filmu jak ulał. Ten charakterystyczny pinotowy zapaszek pojawił się tylko na chwilę, zaraz potem się ulotnił i wino z butelki ubywało wraz z rozwojem akcji w filmie. Napisy końcowe pojawiły się akurat wtedy, gdy z kieliszka wysiorbałem ostatni łyk chilijskiego trunku.

OK, pinot z Chile to nie burgund i pewnie bardziej doświadczeni koledzy wyśmieją trochę moje zafascynowanie tym winem. Ale najważniejsze jest to, że się do tego szczepu nie zraziłem i mam ochotę na więcej. W Winestory, gdzie kupowałem Chocalana, usłyszałem, że jest to wino, od którego warto zacząć przygodę z pinot noir. Czekam na Wasze sugestie, może któryś z czytelników (któraś z czytelniczek) wypił(a) fajnego, wartego polecenia burgunda w cenie do 100 zł . Chętnie spróbuję, a wrażenia opiszę.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Włochy na dobranoc.



Wróciłem z pracy, było dość wcześnie jak na wieczorną zmianę, sięgnąłem do chłodziarki i wyciągnąłem butelkę na chybił-trafił. Chyba chybiłem - pomyślałem sobie - bo nie o montepulciano marzyłem tego wieczora, ale o kolejnym winie z Francji, na które ostatnio mam fazę, i które zaczynam doceniać. Otworzyłem je jednak, przyjrzałem się i pomyślałem, że wino nadaje się do wylania, a byłem właśnie po lekturze wpisu na blogu "Środkowa półka", w którym wyczytałem, że wodnista otoczka oznaczać może wino problematyczne, by nie rzec zepsute. Powąchałem, poniuchałem, zaciągnąłem się i oprócz fajnej, nienachalnej wiśni wyczułem delikatny waniliowy aromat (a może to było kakao?). Smak może nie rewelacyjny, ale żadnej tragedii nie było. Siedem lat, brązowy znak akcyzy naklejony na banderolę niebieską mógł zwiastować totalną porażkę, ale muszę szczerze powiedzieć, że wieczór spędzony przy tym winie nie był nieudany. Energię i dobry nastrój zapewniało internetowe radio - stacja RMF FM Classic Rock. W głowie przyjemny szumek, przez który przebijały się słowa Judas Priest - breaking the law, breaking the law... A potem Deep Purple i "Smoke on the water".

Oj działo się, działo.

ps. Radio polecam, wina chyba jednak nie, mimo że dało się bez bólu (lub jak piszą niektórzy - bulu) wypić. Przyjrzałem się mu jeszcze raz i oprócz wodnistej otoczki, o której pisałem wyżej, klarowność była dyskusyjna. Poza tym wino było zdecydowanie "krótkie", więc biorąc wszystkie powyższe okoliczności pod uwagę, można śmiało powiedzieć, że wino zalicza się do kategorii ZŁE. I cóż z tego, że całkiem smaczne, skoro złe...

sobota, 9 kwietnia 2011

Francja tam, a ja ciągle tu..

Oj, chodzi ta Francja za mną, chodzi... Wino, które dziś otworzyłem to Chateau Bel Air rocznik 2007. Bel Air, Bel-Air, Belair to nazwy, które już wcześniej gdzieś widziałem, gdzieś słyszałem, które utkwiły mi, sam nie wiem dlaczego, w mej świadomości. To wino było jednym z kandydatów na obiekt badań w ramach projektu "Winne wtorki", ale nim nie zostało, w zamian w obroty wzięliśmy australijskie McGuigan Shiraz. Już na etapie kupna tego wina byłem lekko zdezorientowany, bo obok butelki Bel Air z apelacji Haut-Medoc stało wino z innej bordoskiej apelacji, sam już nie wiem jak pisane, z kreską, a może nierozłącznie. Wyczuwałem jakąś ściemę, choć nie wiedziałem (nadal nie wiem) na czym miałaby ona polegać. Może na tym, że coś, co wydaje się znanym i prestiżowym kosztuje "tylko" 60 zł. Bardziej doświadczonych czytelników mego bloga, którzy rozkminili już ten problem proszę o info, będę może wtedy ciut mądrzejszy niż dziś. Wino otworzyłem z "taką pewną nieśmiałością", wlałem do nowo nabytego, pokaźnych rozmiarów kielicha typu "bordeaux", którego kształt ma uwypuklać zalety win pochodzących z tego regionu Francji. Zakręciłem, powąchałem i zostałem brutalnie zaatakowany zapachem drożdży, podobnych do tych, których użyłem niedawno do własnoręcznie wypiekanego chleba, a o których trudno powiedzieć, że należą do tych szlachetnych. Zapach zapachem, po pierwszym łyku już wiedziałem, że tragedii nie będzie i że żył z powodu tego wina nie podetnę, w każdym razie nie sobie. Przyjemny, wyraźny wiśniowy smak, kwasowość taka jak lubię, wyczuwalna, ale twarz po kilku łykach zachowuje swój naturalny (choć nie zawsze doskonały) wygląd. Taniny gładkie, obecność alkoholu wyraźna, ale dobrze zrównoważona pozostałymi elementami struktury wina. Zapach po kilkunastu minutach stracił swój irytujący, chlebowy charakter, przypominał bardziej włoskie orzechy. Napowietrzenie zmieniło odbiór wina zdecydowanie na plus.

W zasadzie, mimo początkowych obaw, wino mile mnie zaskoczyło. Piłem je z przyjemnością do samego końca, czyli tak zwanego dna, zupełnie bez poczucia obciachu. Czy kupiłbym je jeszcze raz? Bez przesady. Rozejrzałbym się raczej za etykietą, na której nazwa wina byłaby zapisana z kreską albo nawet nierozłącznie.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Odtrutka z Bordeaux

Tu nie ma co gadać, trzeba pić, żeby zapomnieć. Po dwóch australijskich shirazach, o których śmiało mogę powiedzieć, że były fatalne, i po burgundzie, który na tym etapie mojej winnej edukacji wciąż mnie przerasta, wypiłem wino, którego degustacja była dla mnie prawdziwą przyjemnością. Mowa o Chateau Hauteville 2006. To wino całkiem nieźle pachnie świeżymi porzeczkami, w ustach nie atakuje nadmierną kwasowością, która dobrze współgra z alkoholem i wyraźnie wyczuwalnymi, ale raczej łagodnymi taninami. Cena akceptowalna w polskich warunkach (66 zł), jednak na Zachodzie ten rocznik można było kupić nawet za 5-8€ (ok. 20-32 zł). Ech... nie myśleć.... pić...
---
Alkohol: 12,5%
Skład: Cabernet Sauvignon 50%, Merlot 35%, Petit Verdot 15%.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Winne Wtorki #1

No i mamy pierwszy wtorek miesiąca, dziś poznamy pierwsze efekty projektu o nazwie “Winne wtorki”, w ramach którego grupa blogerów będzie opisywała swe wrażenia z degustacji tego samego wina. Debiutującym trunkiem jest australijskie wino McGuigan Estate Shiraz, które miałem okazję pić już kilka dni temu.

Chciałem się do tej degustacji dobrze przygotować, zajrzałem na internetową stronę producenta i… niestety nic nie znalazłem. Jest kilka linii produktowych, ale wśród nich nie znalazłem informacji na temat tego wina. Pomyślałem sobie, że może to jakaś podróbka, ale znalazłem w sieci opisy naszego wina, nawet dość entuzjastyczne, zwłaszcza przy tej cenie (ktoś w UK kupił je w promocji za niecałe 4 funty czyli jakieś 18 zł, normalnie kosztuje zaś ok. 8-9 funtów). U nas nie jest tak różowo - rocznik 2009 w Almie kupiłem za 49 zł, natomiast 2008 w Leclerku za 53 zł. Jak zawsze w takich przypadkach poczułem się lekko wykorzystany. Podejrzewam jednak, że jest to najprostszy i najtańszy produkt przeznaczony na masowy, supermarketowy rynek. Sprawdziłem, czy uznana sława świata win - pani Jancis Robinson miała przyjemność skosztowania tego trunku i okazało się, że próbowała rocznika 2008. Według opisu z jej portalu winogrona, z których zrobione jest wino, pochodzą z różnych regionów południowej Australii, przy czym 20% z prestiżowego regionu Langhorne Creek. Co więcej, nie jest to czysty shiraz, lecz kupaż - 87% shiraz, 8% petit verdot, pozostałe 5% to inne domieszki.

Tyle wyczytałem w Internecie, teraz czas na degustację rocznika 2008. Najpierw nos. Próbowałem wywąchać jakąś owocową czy kwiatową nutę, ale mi się nie wyszło. Starałem się, ponawiałem próby, bez skutku - żadnych kwiatów, żadnych owoców. Zapachy kojarzyły mi się raczej z czymś mięsnym i najbliższym skojarzeniem była pieprzna frankfurterka, którą uwielbiam pod warunkiem, że jest to frankfurterka a nie wino. Opróżniony z wina kieliszek pachniał natomiast pysznym razowym chlebem okraszonym suszoną śliwką. To bardzo ciekawe doświadczenie i tak naprawdę chyba po raz pierwszy wąchałem pusty kieliszek. Zapachy w nim były silniejsze i przyjemniejsze, niż wtedy, gdy był wypełniony winem. Kolejna, świeżo wlana porcja, tuż po zakręceniu kielichem kojarzyła się dość wyraźnie ze “stajenką”.

Smak wina nie powala, w nim także brakuje owocu (no, można wyczuć lekką wisienkę daleko w tle), jest za to sporo kwasu i pikantna goryczka na końcu. Być może wino zrobiono z tych gron, które odpadły podczas selekcji materiału na wina lepszej jakości. Być może owoce nie zdążyły jeszcze dojrzeć i stąd (tak mi się wydaje) nadmierna jak na mój gust kwasowość.

Moim zdaniem wino nie jest warte więcej niż 20 zł. Jancis Robinson dała mu 15 punktów (na 20 możliwych), co oznacza mniej więcej tyle, że da się bez bólu wypić, ale łba nie urywa. Ale pani Robinson jest elegancką, dobrze wychowaną damą i mam wrażenie, że 15 punktów wino dostało tylko dlatego, że Australia wciąż pozostaje w brytyjskiej koronie i nie wypada kopać swoich. Ja na jej miejscu byłbym bardziej surowy. Wspomnieć tu również należy, że JR zalecała wypicie tego rocznika najpóźniej w 2010, być może wino to już utraciło walor świeżości. Urzekł mnie jednak fakt, że można bardziej zachwycić się zapachem opróżnionego kieliszka, niż płynem wcześniej go wypełniającym.

Rocznik 2009, który otworzyłem dzień później też pachniał stajenką, co potwierdziła moja żona dziwnym grymasem na swej twarzy. Ale od razu można było wyczuć, że wino było świeższe, bardziej żywe, kwasowość nadal była wyraźna, ale to nie był już zwykły winny kwas, a i wiśniowe nuty jakby dobitniejsze. Nadal uważam, że wino nie jest warte 50 zł, ale 25-30 zł można by już bez większego żalu zapłacić.

Podsumowując naszą pierwszą wspólną degustację muszę powiedzieć z przykrością, że wina nie są warte swej ceny. Może byłbym mniej surowy, gdybym za dwie butle zapłacił 50 zł, ale “stówa” to przegięcie. Zastanawiam się przy tym, czy dystrybutor nie zwęszył jakiejś okazji (w polskim stylu) nabywając na wyprzedaży (wietrzenie magazynów?) stare wino za psi grosz i wstawiając je do super- i hipermarketów licząc na to, że “ciemny lud to kupi”. Ja kupiłem i jakoś mi teraz głupio. Ale jest to też nauczka na przyszłość. Pamiętajmy o piciu win z jak najmłodszych roczników. Win, które przetrwają dekady jest tak naprawdę niewiele, a już z całą pewnością nie dostaniemy ich w sklepach wielkopowierzchniowych. Przy okazji polecam tekst Wojciecha Bońkowskiego “Termin przydatności”. Coś jest na rzeczy.

-----

Lista blogów i ich autorów zaangażowanych w projekt "Winne wtorki":

Viniculture - Winna Strona Życia - Maciej
Czerwone czy białe? - Jakub
Winezine - Ewa
Winne Przygody - blog winem pisany - Krzysztof i Mateusz
Białe nad czerwonym - Piotr
O winie - Tomasz
Książka i wino - Borysa
Kontretykieta - Jakub
Sstarwines - wino na gwiazdkę
Winna pasja - Rafał


poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Cote de Nuits-Villages



Nalałem wino do dwóch kieliszków. Jeden dla mnie i jeden dla mojej żony, która ma niezwykły dar wyrażania celnej opinii o winie już po pierwszym łyczku. W zasadzie nie musiała nic mówić, grymas rysujący się na jej twarzy opowiedział mi o tym winie niemal wszystko.
- Stajenka? - zapytałem.
- Stajenka to była wczoraj i to dość czysta w porównaniu z tym tutaj. Nalej mi, proszę, coś musującego, co tam już od paru dni się chłodzi - odpowiedziała bez ogródek i już wiedziałem, że z butelką tego pinota będę zmagał się dzielnie, ale w osamotnieniu.
Oj tam, przesadza - pomyślałem. A ja się tak szybko nie poddaję, wydałem w końcu niemałe pieniądze i niełatwo mi jest tak po prostu przyjąć, że wino jest be. W Cote de Nuits powstają wszak najlepsze wina regionu. Cote de Nuits Village co prawda nie cieszy się tak dobrą opinią jak samo Cote de Nuits (ze względu na klimat w którym owoce często nie osiągają pełnej dojrzałości), ale prawdę mówiąc trudno mi to zweryfikować, bo moje doświadczenia z winami z Burgundii są raczej mizerne. Brak prawdziwego odniesienia. Zacząłem przyglądać się bliżej swojej próbce. Barwa ceglasta, wino klarowne, przejrzyste, dość jasne. Tak chyba ten pinot powinien wyglądać. Wydaje mi się, że wino powinno trochę postać otwarte, odsapnąć nieco, bo już po chwili stajenkę zastępowała pachnąca czereśnia z domowego kompotu. Z każdą chwilą smak wina zmieniał się na coraz lepszy, te mniej przyjemne nuty zapachowe traciły swą moc, piło się to wino nawet z pewną przyjemnością, ale chyba trudno mi będzie obronić to wino. Jak to się mówi - niesmak pozostał...

piątek, 1 kwietnia 2011

Winne wtorki



W piątek, w dodatku w prima aprilis, napiszę o wtorku. To nie żart. Ostatnio modne jest skrzykiwanie się grup ludzi a nawet całych mas przez internet. W różnym celu. A to żeby wyrazić sprzeciw wobec polityki Ahmadineżada i jego wyborczych przekrętów w Iranie, a to żeby przegnać z Egiptu niejakiego Mubaraka, a to w Libii, żeby obalić Kaddafiego, czy też na Białorusi, żeby nakrzyczeć na Łukaszenkę. Efekty tych akcji są różne, zwykle kończą się zadymami, krwawymi rozruchami, czasem nawet najprawdziwszą wojną.

Skrzyknęło się ostatnio parę osób w Polsce, w tym i ja, ale nie idziemy na Kancelarię Premiera ani Pałac Namiestnikowski, przynajmniej nie w tej chwili. Akcja nasza ma mieć w założeniu charakter pokojowy a jej celem jest krzewienie winnej kultury w kraju, w którym wyżej wymieniona władza deklaruje zamiłowanie do wina, ale wspiera produkcję wódy, z której budżet czerpie znaczne profity.

Na czym polega nasza inicjatywa, którą nazwaliśmy "Winnymi wtorkami"?. Otóż grupa winnych blogerów w demokratycznym głosowaniu wybiera butelkę wina, którą poddaje drobiazgowemu badaniu, czyli przyglądaniu się jej, wąchaniu a nawet smakowaniu zawartości, żeby stwierdzić jaka ona jest. Efekty tych eksperymentów będą publikowane na poszczególnych blogach właśnie we wtorki w dwutygodniowych odstępach. Zarówno czytelnicy blogów, jak i ich autorzy będę mogli się przekonać, jak różnie (a może tak samo) można odbierać to samo wino. Mamy nadzieję, że projekt będzie służył winnej edukacji nas samych, jak i tych wszystkich obywateli naszego kraju, którym zaczyna już przeszkadzać ból głowy po wypiciu o jeden kieliszek wódki za dużo, czy tłusta piwna oponka, która jeszcze jakiś czas temu była pięknie wyrzeźbionym brzuchem. Chcielibyśmy, żeby nasze teksty zachęcały wszystkich zainteresowanych winem do samodzielnych prób na tym polu i pomogły im wkroczyć w ów bajeczny świat, w którym wszystko wydaje się lepsze i piękniejsze. 

sobota, 19 marca 2011

Na biało.

Nawał pracy, przesilenie wiosenne, katar i parę innych jeszcze czynników sprawiły, że moje winne eksploracje straciły swój impet i przez dobry tydzień, a może i dłużej wina w ustach nie miałem. Dziś jednak nastąpiło odwrócenie trendu i udało mi się otworzyć nawet dwa wina. Pierwszym z nich był alzacki gewurztraminer, w który zaopatrzyłem się w supermarkecie w ramach poszukiwania dobrego wina w rozsądnej cenie. Padło na wino A. Zirnhelt butelkowane dla A.M., cokolwiek to znaczy. Jeśli jakiś oświecony winomaniak, będący przy okazji czytelnikiem tego bloga wyjaśni mi, co oznacza A.M., będę wdzięczny. OK, już wiem, zapytałem wujka Google. A.M. to Arthur Metz, winny kupiec (merchant). Wino o bardzo intensywnym zapachu, w którym doszukiwałem się nut kwiatowych (bo tak nakazują podręczniki), ale najbliższym skojarzeniem okazała się brzoskwinia. W smaku natomiast wiele słodyczy, jak na mój gust zbyt wiele, ale końcówka gorzka, przypominająca owoc grejpfruta czy też bardziej ogólnie smak wewnętrznej warstwy skórki cytrusów zwanej mezokarpem. Ale pojechałem, co? Ogólnie wino niezłe, ale ta nadmierna słodycz mnie nieco mdliła i moja opinia jest taka, że jeśli nie przegryziemy czymś tego wina, to szybko się nim zmęczymy. Na szczęście nie piłem sam, więc nie zdążyłem tego wina znienawidzić.



Drugim winem, którym raczyłem się (no, bez przesady) tego wieczora było australijskie Lindemans Bin 65 chardnonnay z roku 2009. Importerem tego trunku jest Centrum Wina, ale swoją butelkę kupiłem w Realu. Tu pewna ciekawostka. W Centrum Winia butelka kosztuje 52 zł, w Realu zaś 42 zł. Co więcej na jednej półce były roczniki 2007 i 2009. Zawsze w takiej sytuacji ulegam pokusie i kupuje oba, żeby mieć jakieś porównanie. Trochę się zdziwiłem otrzymawszy rachunek, bo się okazało, że wino z 2007 roku Real sprzedawał jedynie za 19 zł. Wygląda na to, że CW pozbywa się niezbyt udanego wina za pomocą hipermarketów. Pisząc o niezbyt udanym winie mam na myśli głównie rocznik 2009, bo wino z 2007 było nie tylko słabe, ale też zwyczajnie za stare.

No cóż, niezbyt udany ten wieczór, jeśli chodzi o wina. Ale ja jestem optymistą. Wierzę, że dzięki temu następna degustacja będzie znacznie lepsza. Jeśli nie - będę musiał ten francusko-australijski tandem prosić o wybaczenie

wtorek, 15 marca 2011

Przygody z prenumeratą

Skoro już się tym winem zainteresowałem i trochę go nawet wypiłem to stwierdziłem, że być może warto zaprenumerować - w ramach poszerzania horyzontów - winne pisemka. Najpierw zamówiłem "Czas wina", oczywiście przez internet i błyskawicznie wysłałem pieniądze elektronicznym przelewem. Druga strona tak szybka nie była. Po tygodniu zapytałem, jak tam moje zamówienie, odpowiedział mi na to automat, że człowiek odpowiedzialny jest na urlopie. Minął kolejny tydzień, ponownie wysłałem zapytanie, tym razem odpowiedź uzyskałem a wraz z nią przeprosiny za zamieszanie, bo coś tam, coś tam. Po trzech dniach pismo trafiło do mych rąk, a wraz z nim butelka hiszpańskiego wina w ramach prezentu za wykupienie prenumeraty. Właśnie dziś je otworzyłem, ale o tym za chwilę.

Drugim pismem, które sobie zamówiłem był oczywiście dwumiesięcznik "Magazyn Wino". Minęły już ponad 3 tygodnie, a mojej gazetki jak nie było, tak nie ma. Tydzień temu zadzwoniłem do redakcji, pani stwierdziła, że sprawdzi, ale dopiero następnego dnia, bo dziś to ona już wychodzi, a poza tym nie ma w wydawnictwie nikogo, kto mógłby coś na ten temat powiedzieć. Następnego dnia otrzymałem telefon z przeprosinami, że to nie ich wina, tylko poczty (w to akurat wierzę), umówiliśmy się, że jak do końca tygodnia pismo nie przyjdzie, to oni wyślą drugi egzemplarz. Oczywiście pismo do piątku nie dotarło, w weekend oczywiście też nie, wiadomo dlaczego. W poniedziałek skrzynka pocztowa niezmiennie była pusta. Dziś więc zadzwoniłem po raz drugi, odebrał tym razem pan, przeprosił za pocztę, powiedział, że akurat wysyła pisma, więc wyśle i mi, ale za pocztę nie ręczy. GIT! Mam nadzieję, że do piątku nowo wysłany egzemplarz dojdzie. Być może nawet z tym wcześniejszym. Chociaż znając naszego państwowego dostarczyciela korespondencji gotów jestem się założyć, że prędzej zobaczę swój magazyn w rękach protestującego i wiecznie niezadowolonego pocztowca, niż w swojej skrzynce. Swoją drogą redakcja magazynu powinna zmienić państwowych doręczycieli na prywatnych, wszak pismo waży więcej niż 50 gramów i może być legalnie dostarczone przez inną firmę.



Po tych gorzkich żalach przystępuję do opisu otrzymanego w prezencie wina. Było to Palacio del Conde Gran Reserva 2004 z apelacji Valencia. Dość ciekawe wino wytworzone ze szczepu tempranillo. Etykieta głosi, że pierwotne aromaty są charakterystyczne dla tego szczepu. Aha, poszli na łatwiznę. Postanowiłem zatem sprawdzić, jakież to aromaty charakteryzują ten szczep. Sięgnąłem po "Szkołę wina" Andrew Jefford'a i wyczytałem, że: "charakter tempranillo jest trudny do sprecyzowania" ale "większość czerwonych odmian [...] będzie wyróżniać truskawka". O rany! Naprawdę? Czytam dalej: "[...] wielkie, gęste wina oparte na tempranillo [...] nie są tak łatwe w ocenie. Bogate, pełne, mocno zbudowane i pikantne (gdy młode), bardziej śliwkowe niż truskawkowe [...]. Basta! Moje wino smakowało jak wiśnie, pachniało intensywnie owocami. Etykieta wspomina też o aromatach wanilii, które pojawiły się w winie na skutek dojrzewania w beczkach. We mnie ta wanilia budziła skojarzenia z karmelowymi cukierkami Werther's Original. Ale wino nie było bynajmniej słodkie, raczej gorzko-pikantne, o dużej kwasowości, która skutecznie zamaskowała obecność 14% alkoholu.

Wino da się spokojnie wypić, ale zdecydowanie nie jest to mój typ. Za bardzo kwasowe. Być może powinienem je czymś "zagryźć", skoncentrować się na jakimś posiłku, ale tego nie zrobiłem, bo moje ręce akurat zajęte były wstukiwaniem tego tekstu. A ponieważ tekst się skończył i wino też, to idę spać. Dobranoc.

----------------------

ps. A nie mówiłem? Dzisiaj (16.03.2011) pocztowcy demonstrują pod Kancelarią Premiera. O Magazynie Wino w tym tygodniu mogę zapomnieć.

czwartek, 3 marca 2011

Ale niespodzianka!

Jeśli chodzi o wina francuskie, to kocham je jak rodzic rozwydrzone dziecko. Męczy mnie jak jest w pobliżu, ale gdy go na chwilę zabraknie zaczynam mocno tęsknić.



Od Chateau La Blanque nie oczekiwałem wiele, bo to jest zawsze podejrzane, gdy bordeaux z niezłej apelacji, z bardzo dobrego rocznika, w dodatku z napisem grand cru zalega na hipermarketowej półce i kosztuje kilka groszy powyżej 50 zł. Jednak zawsze mnie korci, by spróbować tego, co w takiej butelce zostało zakorkowane. Otworzyłem je wczoraj i oniemiałem. Było to naprawdę dobre wino. Bardzo smaczne, z wyrazistym owocowym bukietem (wiśnie na pierwszym planie), z gładkimi taninami, łagodnym alkoholem. No nic tylko polewać. I polewałem. Nie mogłem oderwać ust od kielicha. Postanowiłem, że następnego dnia dokupię jeszcze kilka butelek. Niestety, tam gdzie je kupowałem (było to w styczniu) już go nie znalazłem. Wielka szkoda,ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się pojawi. Oczywiście, nie ma co płakać, zawsze można przecież sięgnąć po kolejną, nieznaną jeszcze butelkę i dalej eksplorować winny świat. Ale to wino zapamiętam jako "złoty środek", smaczne wino z dobrym rodowodem, na które warto było wydać te 5 dych. Jeśli je gdzieś zobaczycie, serdecznie polecam.

wtorek, 1 marca 2011

Doskonała para.

Jak stek wołowy to malbec, jak malbec to stek. To jedna z niewielu rzeczy, której absolutnie jestem pewien i której pewne jest moje podniebienie. Do argentyńskiego malbeka najlepiej byłoby dobrać argentyńską wołowinę i spożyć posiłek właśnie w Argentynie, ale chwilowo było to niemożliwe, więc padło na mięso z Irlandii, natomiast za restaurację robiło moje ursynowskie mieszkanie.


Co do wina, było naprawdę wspaniałe. Lagarde Malbec 2008 z Mendozy było świetne. Kolor ciemny, skoncentrowany, z fioletowymi refleksami. Cudowny smak (kocham ten szczep) i sporo alkoholu (14,9%), ale zupełnie niewyczuwalnego ani nosem, ani podniebieniem, za sensor raczej służyła głowa i narastający w niej szum - odgłos wód południowego oceanu.

W tym błogim stanie mógłbym trwać wiecznie.

czwartek, 24 lutego 2011

Gruzińska niespodzianka

W zeszłym roku, w październiku, dostałem butelkę gruzińskiego wina. Była to dla mnie niespodzianka, bo choć spodziewałem się wina jako prezentu urodzinowego, to zaskoczyło mnie to, że wino było właśnie gruzińskie. Miłe zaskoczenie muszę dodać, bo choć miałem już okazję próbować win z tamtego regionu, to nie udało mi się dotychczas wyrobić jasnego zdania na ich temat. Chciałem je bliżej poznać, ale szkoda mi było na nie pieniędzy. Prezent zatem zapewnił mi darmową naukę. No, powiedzmy początek nauki pod hasłem "pierwsza lekcja gratis".

Gruzja uchodzi za kolebkę winiarstwa, istnieją ślady świadczące o tym, że winorośl była tam uprawiana już ok. 7 tysięcy lat temu. W średniowieczu rolnictwo gruzińskie było świetnie rozwinięte, uprawa winorośli miała charakter niemal przemysłowy, wina zaś były cenionym towarem eksportowym. Czasy radzieckie nie przyniosły jednak chluby winom gruzińskim, choć na rynkach bloku sowieckiego mogło uchodzić za rarytas. Swoją drogą jestem ciekaw jak smakowały ówczesne wina z Gruzji. Obawiam się jednak, że szansa na to, by ich spróbować jest raczej zerowa. Wysoka wydajność z hektara i niska jakość trunku wpisywały się w smutny, szary obraz wielkoprzemysłowej, komunistycznej produkcji planowej. Komunizm upadł, jednak przyzwyczajenia z tamtych czasów w dużej mierze pozostały i pewnie jeszcze długo by tak było, gdyby nie polityczne napięcie między Rosją i Gruzją. Ograniczenie, czy nawet wstrzymanie importu gruzińskiego wina do Rosji sprawiło, że Gruzini musieli szukać nowych rynków zbytu. Europa jest jednak wymagająca, a to wymusza na Gruzinach inwestycje w winiarską infrastrukturę. To daje nadzieję na coraz lepsze wina z tamtego rejonu, choć dla wielu małych, ubogich winnic przetrwanie trudnych czasów będzie graniczyło z cudem. Dla nas, Polaków, wina gruzińskie mogą stanowić niezłą i niedrogą alternatywę dla win z Europy Zachodniej, pod warunkiem jednak, że dystrybutorzy i sprzedawcy nie wywindują nadmiernie cen, co jest możliwe w kraju, w którym chęć szybkiego zysku z jednej strony (wysokie marże sprzedawców i importerów) i nadmierna polityka fiskalna z drugiej (cła, podatki, opłaty nałożone przez państwo) mogą brutalnie pozbawić marzeń winomaniaków śniących o świetnym winie za przyzwoite pieniądze.

No, ale dość tych smutków i żali.

Wino, które otrzymałem to Kindzmarauli Marani Saperavi Barrel Select.


Według informacji zawartych na kontretykiecie, wino przez dwa lata dojrzewało w dębowych beczkach i ta informacja wydaje mi się dość istotna. Nie jestem wielkim znawcą win, mam wciąż zbyt małe doświadczenie, ale wydaje mi się, że właśnie dębowa beczka silnie wpływa na smak tego wina. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale wino było smaczne i charakterne. Moja żona chyba miała podobne odczucia, wino przypadło jej do gustu i choć odmówiła wypicia kolejnej lampki wina, to następnego dnia otrzymałem lekką burę, że opróżniłem butelkę do samego dna.

Ciekawostką dla mnie było to, że wino potrafi zachować swą jakość przez nawet 50 lat i dłużej. Zaraz potem autorzy informacji dopisują jednak, że najlepsze jest w wieku od 4 do 30 lat. Moje pochodziło z 2005 roku, może było jeszcze za młode, nie wiem. Ale przyszłość tego wina widzę w jasnych barwach.

czwartek, 17 lutego 2011

Wino, opony i śpiew.

Uczestniczyłem ostatnio w degustacji przeróżnych kupaży, w tym bordoskiego wina Chateau Roquegrave z rocznika 2006. Wraz z moimi współtowarzyszami od kielicha ustaliliśmy, że wino zalatuje gumą, w głowie pojawiło mi się ponadto pewne skojarzenie z zapachem obecnym przez jakiś czas w moim mieszkaniu. Ta klasyczna skądinąd mieszanka caberneta, merlota i pewnie czegoś tam jeszcze (cabernet franc?) przywoływała z mej pamięci zimowe opony, konkretnie Dunlop'y Wintersport 3D. Trochę się z tego pośmialiśmy, grzecznie wypiliśmy do końca to, co jeszcze przykrywało dno kieliszka i postanowiliśmy o tym akurat winie zapomnieć. Po chwili jednak przypomniało mi się, że jestem posiadaczem całej butelki tego trunku. Spojrzałem do swojego magicznego notesu, z którego odczytałem datę 29.04.2010 - był to dzień, w którym butelka bordeaux zasiliła mój składzik win. Jakoś trzeba będzie przełknąć tę gumową żabę - pomyślałem - choć zachowałem kamienną twarz.

Po powrocie do domu postanowiłem, że otworzę to wino w pierwszej kolejności, bo jakoś tak mam, że najpierw nakupuję wina więcej niż trzeba, a potem wypijam te najsłabsze, albo najtańsze w pierwszej kolejności. Mam wątpliwości, czy doczekam się kiedykolwiek tych lepszych butelek, chociaż w tym miesiącu wstrzymałem winne zakupy do niezbędnego minimum, więc jakiś cień szansy jest.

Otworzyłem, powąchałem... powąchałem raz jeszcze... i jeszcze raz. Może i jakąś gumę było czuć, ale już raczej nie oponę, co najwyżej gumkę myszkę, a to mnie wcale nie przeraziło, wszak w dzieciństwie takie gumki zdarzało się podgryzać na lekcjach. Spróbowałem, smak niezły, charakterystyczny dla świeżo otwartego bordeaux, mianowicie przygaszona owocowość, jakby przysypał ktoś niezbyt słodką konfiturę talkiem, czy inną kredą. Ale takie bordeaux piłem nie pierwszy raz, zdążyłem się przyzwyczaić i wiele po tanich winach (43 zł w Winestory) z tego regionu nie oczekuję. Wino, choć się tego nie spodziewałem, wypiłem ze smakiem bardzo zadowolony z tego, że okazało się jednak miłym rozczarowaniem. Żona załapała się na ostatnie krople wina, ale wyraziła się o nim z uznaniem, a zapytana o gumę spojrzała na mnie takim wzrokiem, że poczułem się jak idiota.

"Zima, zima, mróz za mordę nas trzyma" - z głośnika poleciał głos Maleńczuka. A ja rozgrzany medokiem, równie ciepło pomyślałem o swoich Dunlop'ach. Te gumy pomogą mi przetrwać zimę.

środa, 16 lutego 2011

Uff...

W końcu znalazłem chwilę, żeby odsapnąć i coś napisać. O winie trudno było cokolwiek wspomnieć, bo i czasu na małe nawet degustacje w zasadzie nie miałem. Może to dobrze dla mojej wątroby, ale dla głowy i serca zdecydowanie nie. Nie mówię, że niczego nie spróbowałem, bo to nieprawda, ale wina wybierałem raczej zwykłe, powszechnie dostępne, niewymagające jakiejś szczególnej koncentracji podczas picia. Na przykład całkiem niezłe wino z francuskiego regionu Langwedocja-Roussillon La Vigie (Corbieres Cru Boutenac).

Wspaniały intensywny owocowy nos zachęcał do skosztowania wina i kosztowałem je, oj, kosztowałem. Zapamiętałem smak kojarzący mi się z jagodami, czy innymi tam borówkami amerykańskimi, za którymi przepadam, więc siłą rzeczy i wino przypadło mi do gustu.

Kolejne wino, które udało mi się wypić to produkt chilijskiego oddziału Miguela Torresa o nazwie Santa Digna zrobiony ze szczepu cabernet sauvignon (reserve 2008).

Proste, fajne wino o typowym dla tego szczepu smaku czarnych porzeczek. Chociaż nie wyróżniało się niczym szczególnym, wypiłem je ze smakiem, a muszę w tym miejscu powiedzieć, że nie jestem szczególnym miłośnikiem cabernetów, choć o ile dobrze pamiętam, to wszystkie cabernety z Ameryki Południowej (Trapiche, Sunrise) były smaczne i niedrogie.

Część elementów kompozycji pochodzi ze strony gallofamily.com
Kolejnym "zwyczajnym" winem, które miałem okazję spróbować, było kalifornijskie sauvignon blanc (Gallo), produkt typowo supermarketowy, ale nie chcę przez to powiedzieć, że zły. Wręcz przeciwnie, dobre, solidne winiarskie rzemiosło, które ma smakować i smakuje, a jeśli już o tym mowa to dominuje tu agrest i świeżo skoszona trawa, czyli znów klasyka charakterystyczna dla tego szczepu. Po raz kolejny chciałbym wspomnieć o nowozelandzkich winach ze szczepu sauvignon blanc, czyli Silverlake i Riverstone, które dla mnie są bezbłędne i jak do tej pory niepokonane. Żadne inne, zwłaszcza chilijskie, nie mają z nimi żadnych szans. No jest jeszcze Clocktower, ale to akurat jest również wino z Nowej Zelandii.

Jeśli Gallo, jak wspomniałem, było niezłym produktem rzemieślniczym, to Sutter Home Sauvignon Blanc należy nazwać typową przemysłówką, w której lekko tylko zaznaczony agrestowy smak został zdominowany przez mało szlachetne jabłka. Pomimo wyższej ceny muszę przyznać palmę pierwszeństwa produktowi Gallo, to wybór zdecydowanie lepszy.

Na koniec jeszcze jedno sauvignon blanc, tym razem z Chile. Terra Andina plasuje się pomiędzy produktami z Kalifornii. Nie jest tak wyraziste jak Gallo, ale znacznie smaczniejsze od Sutter Home. Ma to także potwierdzenie w cenie.

Gallo - ok. 29 zł
Sutter Home - ok. 20 zł
Terra Andina - ok. 25 zł