czwartek, 26 września 2013

Simonsig.

Wina z Południowej Afryki miały swój niemały udział w mojej winnej edukacji, później moja do nich miłość (jak mi wówczas wydawało) jakby zelżała, gorący żar zmienił się w zimny popiół. Wypite wtenczas trunki były raczej niedrogie, dostępne w supermarketach, niespecjalnej jakości, ale zazwyczaj pijalne. Dopiero po dłuższej przerwie sięgnąłem po kolejne południowoafrykańskie etykiety, nieco już droższe, takie jak Groot Constantia czy Glen Carlou. Były to naprawdę dobre (i nietanie) wina, kilka butelek mam jeszcze w swoim składziku, zapewne uchronię je od niepamięci jakimś wpisem, ale dziś kilka słów na temat wina bardziej przystępnego cenowo jakim jest Simonsig. Oczywiście nietrudno znaleźć butelki od tego producenta, których cena w Polsce przekroczy "stówkę", ale można też znaleźć i takie, które kosztują niewiele ponad 30 zł. Długo zwlekałem z kupnem Simonsig, zawsze coś mnie od niego odciągało, inne butelki wydawały mi się atrakcyjniejsze. Ale w końcu udało się - padło na kupaż cabernet sauvignon-shiraz z rocznika 2011.


Choć winiarnia ma długie tradycje, ten blend dostępny jest na rynku dopiero od 10 lat. Nie jest to wino niezwykłe, raczej dość proste, ale bardzo pijalne. Mocno owocowe (wiśnie, czereśnie), z gładkimi taninami i przyjemnymi nutami czekolady w końcówce, może trafić zarówno w gusta ludzi "siedzących" już w winie, jak i tych, którzy wina piją sporadycznie. Jest po prostu smaczne i zdaje się być bardzo bezpiecznym wyborem.

Wino kupiłem w Piotrze i Pawle za 32,49 zł. Wino dostępne jest również w sieci Winestory i internetowym sklepie importera - Vininova.

wtorek, 24 września 2013

U ambaSadorA.

Na początku przepraszam za jakość zdjęć. Są fatalne, wiem. Na miejscu spodziewałem się chłopców ze spluwami, zasieków, a już na pewno bramek wykrywających metal - postanowiłem mieć przy sobie tylko zaproszenie i telefon (niby z aparatem). Trochę się zdziwiłem, bo w rezydencji ambasadora USA jankesów niewielu, w stroju bojowym ani jednego, ogólnie sympatycznie i radośnie, gdybym widział wcześniej, wziąłbym jednak jakiś normalny aparat. Do fotografowania butelek oczywiście, bo tych w większości nie znałem, w odróżnieniu od twarzy przybyłych osobników, te rozpoznaję już szczególnie dobrze i mam sporą ich kolekcję w swojej pamięci. Taka winiarska rodzina, choć nie tylko, bo sporo ludzi z blogów kulinarnych, niektórzy z nich do swych potraw rekomendują wino. Przez żołądek do serca, przez wino do duszy, serca w gardle nie miałem, ani duszy na ramieniu, na widelcu też nie, jeśli już to na wykałaczce.
Szkoda, że państwo tego nie widzą.
Ambasador Stanów Zjednoczonych przesympatyczny i serdeczny, ale o tym wiedziałem - nie od dziś obserwuję jego wpisy na Twitterze.
Słowa ambasadora lecą w świat.
Drugiego ambasadora, tego od win kalifornijskich, znam nie z serwisu społecznościowego, ale z poczynań w "realu". Parę razy przecięły się nasze spojrzenia, raz nawet ramię w ramię degustowaliśmy przekrojowo Quinta do Vale Meao, z jego portfolio, jak się potem okazało. Mowa o Robercie Mielżyńskim, który w rezydencji Stephena Mulla równo rozlewał wina od różnych producentów, niekoniecznie sprzedawanych w jego własnych lokalach.
Może kieliszeczek chardonnay?
Tutaj mogliśmy spróbować importowanych przez niego win Starmont. Nie wszyscy zachwycali się Chardonnay, choć mi ono smakowało, mniej wątpliwości wzbudzał Cabernet Sauvignon - zebrani cmokali z uznaniem, wielu poszło po dolewkę. Ja dolewałem sobie raczej wina Francisa Coppoli - Zinfandel bardzo dobry, Shiraz wyśmienity. Lubię też wina Mondavi'ego - seria Woodbridge nie drenuje zanadto kieszeni, a wina naprawdę przyzwoite. W Polsce możemy dostać też linie Twin Oaks i Private Selection. Ironstone znam z całkiem przyzwoitego Cabernet Franc, u Ambasadora próbowałem Syrah - złego słowa nie dam powiedzieć. Sutter Home, Carlo Rosi i Barefoot świadomie pominąłem w degustacji, choć nie jestem z tych, którzy z założenia potępiają te wina. Mam zresztą do nich pewien sentyment. Bardzo, bardzo smakował mi Viognier z Gnarly Head, ale nie wiem dlaczego milczy o nim strona producenta. Dziwne… No i na pewno ciekawostką było wino Apothic Red. Ta niesamowita mieszanka szczepów Zinfandel, Syrah, Cabernet Sauvignon i Merlot na wielu obecnych robiła piorunujące wrażenie. Chętnie przygarnąłbym buteleczkę.
Znamy się? Spotkaliśmy się już kiedyś? Na pewno...

------------------------------------------------------------------------------------------------
Dziękuję Ambasadzie USA i Agnieszce Wojtowicz-Jach za zaproszenie na prezentację "Taste of America". 

poniedziałek, 23 września 2013

Nowości u Marka Kondrata.

Wydawało mi się, że znam ofertę win jakie można kupić w sklepach Marka Kondrata. A to Winicjatywa coś skrobnie, a to DoTrzechDych pochwali się flaszką otrzymaną do degustacji, a to bloger jeden z drugim coś napomknie o wypitej butelce. W głowie tworzy się niemal kompletny obraz półek sklepu na Wierzbowej, ale jakby lepiej poszperać to brak w niej odnośników do własnych doświadczeń, a jedynie przekierowania do otrzymywanego niemal codziennie newslettera (nota bene całkiem dobrego). Trochę wstyd.

Okazją do nadrobienia zaległości było spotkanie, na którym kilku blogerów i część redakcji "Magazynu Wino" mogło zapoznać się z nowościami, które już są lub będą wkrótce w sprzedaży.

Jest w czym wybierać.
Jak na mój amatorski nos i wątpliwej klasy podniebienie nie było tam win złych, nawet najsłabsze z 35-ciu zaprezentowanych butelek, były przyzwoite. Powiedzmy sobie szczerze, że wina nie należały też do najtańszych. Przedział 36-275 zł za butelkę każe nam już nieco od nich wymagać i oszczędniej korzystać z pobłażliwości, z jaką często traktujemy tańsze etykiety.

Mamy tu prawdziwe perełki - Domaine Weinbach z Alzacji, Pierre Gaillard z północnej części Doliny Rodanu, czy Huerta de Albala z Hiszpanii to wina drogie i bardzo drogie, ale nie sposób odmówić  im klasy. Czarują swymi aromatami, a przepływając przez usta uruchamiają lawinę doznań, których wcześniej zapewne nie wszyscy mieli okazję odczuć.

Koszmarne etykiety, wspaniałe wina.
Niebo w gębie.
Taberner. Zapamiętajcie, wielka rzecz!
Co ciekawe nowy Nowy Świat wcale nie jest na straconej pozycji. Spróbujcie "El Leon" albo "Las Cruces" z winiarni De Martino, a zrozumiecie jaki potencjał drzemie w jednym z najciekawszych krajów winiarskich, do których z czystym sumieniem zaliczam Chile.

120 zł za butelkę to nie mało. Ale wina też małe nie są.
Argentyna, jeśli pozostaje w tyle, to tylko o krok. "Enamore" z winnicy Renacer naśladuje słynne Amarone, ale choć czujemy, że do oryginału nieco mu brakuje, to nie można odmówić mu ambicji. "Punto Final" jest za to pierwszej klasy malbekiem pokazującym solidne rzemiosło argentyńskiej Mendozy.
Nie wiem jak Wy, ale ja mam słabość do win argentyńskich.
Na odnotowanie zasługują też moim zdaniem umbryjskie wina Barbi. Il Ruspo z dzikiem na etykiecie jest winem co najmniej ciekawym, ale Lago di Corbara za cenę poniżej 60 zł po prostu kopie tyłek.


-----------------------------------------------------
Wina degustowałem na spotkaniu zorganizowanym przez MAREK KONDRAT WINA WYBRANE. Organizatorom serdecznie dziękuję.
-----------------------------------------------------

czwartek, 19 września 2013

Kilka Gewurtztraminerów.

Miałem ostatnio okazję zmierzyć się z kilkoma alzackimi etykietami, a wszystkie były winami zrobionymi ze szczepu gewurztraminer. Właśnie w tej części Francji gewurztraminery udają się najlepiej, oczywiście jeśli winiarz ma talent i kawałek porządnej działki. W innym przypadku może być różnie. I jak bardzo może być różnie mogłem przekonać się na własnej skórze, czy może raczej podniebieniu.


Pierwsze wino - Henri Ehrhart Gewurztraminer 2011 kupiłem w ursynowskim Leclerku za dość przyzwoitą sumę 36 zł. Owszem posiadało cechy odmianowe takie jak różany zapach i słodkawy posmak przypominający liczi, ale całość była jakaś taka blada i słabo przekonywująca. Dało się wypić, ale słaba koncentracja dawała wrażenie zbyt rozwodnionego kompotu i dużej przyjemności prawdę mówiąc nie miałem.


Lepiej było z winem drugim, a właściwie trzecim, bo to wino było ostatnim w próbowanej przeze mnie serii.  A. Zirnhelt Gewurztraminer 2011 kupiłem za ok. 30 zł w Makro C&C i wino okazało się całkiem przyjemne. Koncentracja nieznacznie lepsza, spodziewałem się może nawet większej słodyczy, ale na pewno nie była ona elementem dominującym. Ogólnie wino przyjemne i w całym zestawieniu najtańsze.


A jeśli jesteśmy przy cenach, to nie ukrywam, że ostatnie wino było też najdroższym. Powiedzmy sobie szczerze, było winem bardzo drogim - kosztuje 170 zł w sklepie Marka Kondrata. Miałem to szczęście, że próbowałem je na degustacji w "centrali" i nie musiałem za nie płacić. Ale wino Gewurztraminer Cuvee Laurence 2009 było tak pełne, tak intensywne, tak skoncentrowane, że już po pierwszym łyku wiedziałem, że mam do czynienia z winem niezwykłym. Aromaty buszowały po nozdrzach, słodyczy było sporo, ale zrównoważonej całkiem przyzwoitą, jak na ten szczep, kwasowością. Producentem jest Domaine Weinbach, oprócz gewurtza mieliśmy okazję spróbować także dwóch rieslingów Grand Cru - Schlossberg 2011 i Cuvee Sainte Catherine Schlossberg 2009 - wszystkie wina, bez wyjątku - świetne. Tego producenta trzeba zapamiętać. Życzę Wam, żeby były to dla Was wina codzienne, ale mam wrażenie, że dla większości z nas będą to wina na specjalne okazje. Ja w każdym razie już za taką okazją się rozglądam. 

niedziela, 15 września 2013

Villadoria Langhe Nebbiolo.

Temat Barolo i innych win z Piemontu miał swoje pięć minut przy okazji wydarzenia "Barolo&Friends" zorganizowanego przez Magazyn Wino w kwietniu. Impreza trwała co prawda tylko kilka godzin, ale tak naprawdę z tej okazji odbywały się w Warszawie również i inne spotkania. Ja miałem okazję uczestniczyć w degustacji win pochodzących z winnicy Villadoria, których importerem w Polsce jest Marek Kondrat. Od kwietnia do września kilka miesięcy minęło, więc możecie zapytać dlaczego piszę o tym dopiero teraz. Przyznaję, że mogło to wówczas wyglądać tak, że przyszedł niewdzięcznik, opił się zacnych win za darmo i jeszcze nie podziękował. Otóż nie. Po pierwsze nie opiłem się, czułem niedosyt. Po drugie wina rzeczywiście były zacne, a moje uznanie dla nich i podziękowanie organizatorom wyraziłem od razu na miejscu. Kilka dni później, by ów niedosyt zaspokoić, odwiedziłem sklep przy Wierzbowej w Warszawie i bez zbędnych słów zagłosowałem na piemonckie wina portfelem, a mój zapas powiększył się o kilka butelek, o których na spotkaniu tak pięknie mówiła przedstawicielka winnicy Paola Lanzavecchia. Wśród tych butelek nie zabrakło oczywiście Barolo, ale dzisiaj poruszam temat win Villadoria z okazji otwarcia  butelki Nebbiolo z apelacji Langhe. Nebbiolo (wino, nie szczep) jest dobrym wstępem do poważniejszych win piemonckich jakimi niewątpliwie są Barolo i Barbaresco (zrobione właśnie ze szczepu niebbiolo). Langhe Nebbiolo to wina znacznie krócej starzone w beczkach, zwykle mniej potężne i na pewno łatwiejsze do picia za młodu, choć trudno odmówić im kwasowości i solidnego garbnika. Ich niewątpliwym atutem jest oczywiście cena - za porządne Barolo lub Barbaresco musimy wydać kwoty znacznie przekraczające 100-150 zł, natomiast za 50-60 zł dostaniemy solidne wina, które wiele mogą powiedzieć o wyższej półce danego producenta.


Barolo 2009 i Barolo Riserva 2004 mogą jeszcze chwilę poczekać, natomiast Langhe Nebbiolo 2011 można już teraz pić z przyjemnością, co niniejszym czynię i z czystym sumieniem Wam polecam. Teraz już kończę, bo wino wciąż do mnie gada, gada i gada. A ja tej historii chcę posłuchać.
------------------------------------------------------------------------------
Wina kupiłem w sklepie przy Wierzbowej w Warszawie.
Villadoria Nebbiolo Langhe DOC, 2011 - 46 zł
Villadoria Barolo DOCG, 2009 - 135 zł
Villadoria Barolo Riserva DOCG, 2004 - 170 zł
------------------------------------------------------------------------------

wtorek, 3 września 2013

Winne Wtorki #58.

Lato się kończy, dni stają się chłodniejsze, więc podrzucając temat Winnych Wtorków pomyślałem sobie, że może warto przedłużyć najcieplejszą porę roku poprzez wina jednoznacznie z latem się kojarzące. Zaproponowałem Prosecco. Jest to wino pochodzące z północno-wschodnich regionów Włoch - Veneto i Friuli. W naszej świadomości wino funkcjonuje jako stosunkowo tanie wino musujące, powszechnie dostępne w sklepach winiarskich, supermarketach i dyskontach, coraz częściej można je dostać w barach, restauracjach, klubach i pubach, nie tylko w butelkach, ale i nalewane z "kija". Tych ostatnich, przyznaję się bez bicia i picia, nie miałem okazji skosztować, natomiast tych butelkowanych wypiłem już całkiem sporo. Darzę je zresztą pewnym sentymentem. Do win musujących długo nie miałem przekonania, być może dlatego, że piłem je zwykle przy okazji specjalnych wydarzeń i większym gronie, zatem materiał poznawczy był rzadki i skromny. Ale kiedyś "szarpnąłem się" na karton Prosecco, co nie kosztowało mnie więcej niż 90 zł. Ach, co za czasy, co za wspomnienia, to były początki mojego świadomego wina picia. To była etykieta lidlowska, o której już kiedyś na blogu wspominałem, a która wprowadziła mnie w świat win z bąbelkami i od tamtej pory częściej goszczą one w mym kieliszku, zwłaszcza gdy upały królują na zewnątrz.

Jako gospodarz tej edycji Winnych Wtorków skusiłem się na trzy butelki Prosecco, degustację rozciągnąłem nieco w czasie, dziś mogę Wam coś o nich powiedzieć. 


Pierwsze z nich okazało się winem "przelewowym", jak zwykle nazywam te, które przelatują przez moje podniebienie (i dalej, ale oszczędźmy sobie szczegółów), nie rozbudzając większych emocji. Ani pozytywnych, ani negatywnych, więc niby nie tak źle, ale kosztowało ono niemal 32 zł, a od win przekraczających pułap trzech dych powinno oczekiwać się czegoś więcej. Co ciekawe, oznaczone było rocznikiem, co nie zawsze jest regułą w przypadku tego typu win, choć wina z Lidla też miały rocznik na etykiecie. Warto spróbować, by mieć własne zdanie na temat Canti, kto wie, może Wam akurat taki charakter włoskich bąbelków będzie odpowiadał.


Drugie wino jest nowością w ofercie sklepów Winestory (Wineonline). To San Martino w wersji dry, co w przypadku Prosecco oznacza wino pół wytrawne. Na etykiecie widać apelację Treviso DOC, która tak naprawdę formalnie jest ogólną apelacją Prosecco DOC, ale producenci win powstających w gminie Treviso mają przywilej (podobnie jak ci z gminy Trieste) umieszczania jej nazwy na etykiecie, w uznaniu zasług, jakie wnieśli tworząc historię Prosecco. Tyle teorii, czas na konkretne wino. Niestety nie jest dobrze. Być może to wina mojej butelki, ale przyjemne wrażenie, jakie pozostawiały tańczące na języku słodkie bąble, zostało zepsute przez nachalny zapach drożdży. I nie chodzi mi tu o, jak to się zgrabnie mówi, "skórkę od chleba", ale o nachalną woń przyniesionych ze sklepu drożdży domowych. Może inne butelki od tego producenta będą pozbawione tej wady, ale ja nie znalazłem przyjemności w piciu tego wina. 


Zupełnie inaczej było z winem trzecim, któremu trudno było cokolwiek zarzucić. W nosie ładny, intensywny owocowo-kwiatowy zapach, przyjemne musowanie i ogólna przyjemność z picia, która nie potrzebuje zbędnych epitetów. Wino nazywa się Ville d'Arfanta Brut Millesimato (2012). Apelacja Valdobbiadene ma status DOCG i należy do ścisłej czołówki wraz z Conegliano DOCG i Asolo DOCG. Co ciekawe cena tego wina jest niewygórowana - 35,70 zł w promocji, poza nią nie przekracza czterdziestu złotych. Inną ciekawostką jest to, że podstawowe Prosecco od tego producenta  - Terra Serena - możecie dostać w Żabce za niecałe 19 zł. Co prawda też "przelewowe", ale w tej cenie całkiem przyzwoite.

W tym zestawieniu zdecydowanym zwycięzcą jest wino ostatnie - Ville d'Arfanta. Bardzo dobre i przyjemne w piciu, a w zestawieniu cenowym z konkurentami jego wartość oceniam na doskonałą.

-----------------------------------------------------------------------
1. Canti Prosecco DOC - 31, 89 zł, Leclerc Ursynów
2. San Martino Dry Treviso AOC - 39,00 zł, Winestory (Wineonline)
3. Ville d'Arfanta Brut Millesimato (2012) Valdobbiadene DOCG - 35,90 zł, Piccola Italia & Mediterrano 
-----------------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #58 na podniebieniach innych blogerów:
-----------------------------------------------------------------------
Winniczek
Blurpp
Czerwone czy białe?
-----------------------------------------------------------------------

Inne moje doświadczenia z Prosecco opisywałem >>TU<<

niedziela, 1 września 2013

Greckie, czerwone.

Białe wina zaczynają mnie powoli nudzić. To chyba pierwsze takie lato, kiedy białe wina zdecydowanie zdominowały czerwone. Zawsze twierdziłem, że wolę czerwone, teraz - po białym maratonie - tęsknota za tym kolorem jest szczególnie silna. Kilka tygodni temu otworzyłem butelkę Félix Rocha i byłem nią (zawartością) oczarowany.


Nie żeby było jakieś szczególnie wyjątkowe, ale po długiej serii win białych miało taryfę ulgową. Szczerze mówiąc nie była ona wcale potrzebna, wino miało dość siły by bronić się samodzielnie. Biorąc pod uwagę fakt, że "Portugalczyk" jest niemal stale obecny w Biedronce, dobrze mieć świadomość, że w razie potrzeby wino będzie pod ręką.

No ale nie o nim miałem napisać, bo dziś "na warsztat" wziąłem butelkę wina greckiego. Czerwonego, rzecz jasna. To Tsantali Naousa Reserve z rocznika 2006. Wino zostało zrobione w greckiej Macedonii, w regionie Naousa (Naoussa) z bardzo ciekawego szczepu xinomavro (xynomavro), który właśnie tam daje najlepsze efekty.


Idąc trochę na łatwiznę (bo nie ma sensu wyważać otwartych drzwi), z przyjemnością zacytuję fragment "Win Europy" Bieńczyka i Bońkowskiego, w którym autorzy krótko i bardzo celnie scharakteryzowali ten szczep:

"Nazywa się go greckim Pinot Noir, obu szczepom bowiem wspólna jest malinowo-kwiatowa perfuma, wysoka kwasowość i raczej jasna barwa, a także zdolność przekazywania niuansów terroir. Xynomavro daje wina o bardzo złożonych bukietach - Grecy lubią mówić, że jego zapach to suma zapachów wszystkich wielkich win europejskich. Coś w tym jest, bo nuty kwiatowe tego szczepu przywodzą na myśl Nebbiolo, wiśniowe Tempranillo, karmelowe i czekoladowe - Garnatxę z Prioratu, stajenne zaś, zwłaszcza od starzenia w beczkach, nie byłyby od rzeczy w dobrym burgundzie."

Nic dodać, nic ująć. Wdzięczny autorom za to, że zaoszczędziłem trochę czasu, jego resztę mogłem spożytkować na leniwe opróżnienie butelki, której zawartość rzeczywiście sprawiła mi sporo radości.

Wino kupiłem w Outlecie Domu Wina.

piątek, 16 sierpnia 2013

Erdőbénye

"Czuję się zachęcony do odwiedzenia Erdőbénye i bardzo chciałbym tam pojechać". Tak napisałem na blogu jakiś czas temu, ale - niestety - z tych planów wyszły nici. Dziś, gdy część moich znajomych, kolegów i przyjaciół od wina spędza miłe chwile wśród winiarzy z Erdőbénye, mi musi wystarczyć butelka wina Alpha z tamtejszej winiarni Bardon. To furmint z niewielką domieszką hárslevelű. Do Warszawy i do mnie trafił tydzień po zabutelkowaniu, sama butelka zaś nie miała nawet etykiety. Jedynie zakrętka zdradzała miejsce pochodzenia wina.


Samo wino znacznie polepsza mój nastrój. Świeże (nawet bardzo), pełne kwiatowo-owocowych niuansów podbudowanych porządną kwasowością. W te, ciepłe jeszcze, dni daje mnóstwo radości. Polecam!

"Czuję się zachęcony do odwiedzenia Erdőbénye i bardzo chciałbym tam pojechać". I pojadę, tyle że na kolejną edycję.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Cud nie nad Wisłą.

Lubię niespodzianki, oczywiście tylko te miłe i skłamałbym pisząc, że się nie zdarzają. Ale ta dzisiejsza bardzo mnie zaskoczyła, choć obiektywnie rzecz biorąc, nie wydarzyło się nic wielkiego.

Pozwólcie, że przedstawię Wam kilka szczegółów tego wydarzenia:

1) Podróż krajową "siódemką" na północ, odległość do przebycia to ponad 300 km.
2) Podróż jest dość męcząca, bo to ja muszę prowadzić auto.
3) Męczę się, bo auto prowadzę wśród miliona innych zmierzających na północ.
4) Milion aut zmierza na północ, bo dziś zaczyna się długi weekend.
5) Długi weekend zaczyna się już w czwartek, bo w czwartek jest święto.
6) W święto świętują głównie sklepy, więc u celu podróży mogę pocałować sklepową klamkę próbując kupić wino na wieczór.
7) Sytuacja wygląda na beznadziejną, bo choć przezornie zabrałem ze sobą jakąś flaszkę, to jej schłodzenie może zabrać kilka godzin.

I tu, w rocznicę cudu nad Wisłą, choć nie nad Wisłą co prawda, ale nad rzeką Elbląg, spotkało mnie inne nadprzyrodzone zjawisko. Zajrzałem do lodówki teściowej, a trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że to osoba "nietrunkowa", w której znalazłem - nie, w ten w ten cud nie uwierzycie - cavę.

Mała rzecz, a cieszy.
Co prawda tylko "semi dulce", ale i tak przecież "metodo tradicional". Po tych trzystu z okładem kilometrach dała ulgę i radość, jakiej można oczekiwać po niezłym szampanie. Ale wino otwiera umysły i mój też się nieco otworzył. Przypomniało mi się, że to wino zostawiłem teściowej sam osobiście, kilka miesięcy temu, odwiedzając Elbląg w maju.

Prawdziwy cud. Cud niepamięci.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Winne Wtorki #56

Znów udało mi się ominąć (zupełnie niechcący) kilka edycji Winnych Wtorków. O mały włos opuściłbym i dzisiejszą, której tematem są wina greckie. Na szczęście żona zachowała czujność, ale o tym za chwilę. Pisałem niedawno o tym, że oferta win greckich na polskich półkach wygląda mizernie, zdanie to podtrzymuję, choć uczciwie muszę powiedzieć, że w momencie, gdy piszę te słowa w moim składziku są trzy butelki greckiego wina. Jedno z nich kupiłem w Lidlu. Pojawia się w nim co jakiś czas, ja po raz pierwszy piłem je w listopadzie 2010. Wówczas było to Agiorgitiko z Nemei z rocznika 2008, teraz to samo wino można kupić z rocznika 2012.
Rocznik 2008 bardzo mi smakował. Jak będzie z 2012?
Nie czas jednak na nie, jeśli będzie tego warte opiszę je w przyszłości. Drugie wino kupiłem jakiś czas temu w outlecie Domu Wina - to Tsantali Naousa z rocznika 2006. Powstało ze szczepu xinomavro, którego nie znam, podczas pobytu na Rodos piłem głównie wina białe.

Zaczynam węszyć spisek. Kolejne wino w Polsce, o którym brak choć słowa na stronie producenta.
Będzie okazja się zapoznać, ale wątpię bym mógł jeszcze kiedyś powtórzyć tę butelkę, chyba że w Domu Wina nie opróżnią za szybko zapasów, bo na stronie producenta nie ma już o tym winie ani słowa. I ani słowa więcej nie będzie w tej notce. Może innym razem.

Teraz wróćmy do mojej żony, która była bardzo zdziwiona tym, że wyjeżdżam z Grecji bez butelki wina. Wyprawiła mnie do sklepu na lotnisku, więc miałem okazję kupić butelkę, na którą zasadzałem się będąc jeszcze na wyspie, ale jakoś mi nie wyszło. Mowa o sauvignon blanc z rocznika 2012, które powstało w posiadłości Alpha.

Grecka interpretacja mojego ulubionego białego szczepu.

O winie tym po raz pierwszy przeczytałem w którymś z zachodnich magazynów winiarskich. Pamiętam, że wówczas notatka o nim dość mocno mnie zaintrygowała. Pomyślałem wtedy, że fajnie byłoby spróbować to wino. Dzięki mojej żonie udało się, za co jej serdecznie dziękuję, bo teraz mogę podzielić się z Wami moimi wrażeniami.

W nosie czuć świeżość i przyjemne nuty dojrzałych owoców cytrusowych z bardzo wyraźną, grejpfrutową goryczką. Kwasu wcale niemało, alkohol niewyczuwalny zupełnie, a przecież obecny (13,5%). Nie ukrywam, że zaskoczyło mnie to wino. Ta interpretacja sauvignon blanc różni się od tego, co z tym szczepem robią Nowozelandczycy (uwielbiam), czy Chilijczycy (nie przepadam). Niby nie ma w nim tych charakterystycznych, wyraźnie zaznaczonych, powszechnie znanych nut agrestu, pokrzywy, trawy, czy kocich siuśków, a mimo to nie miałem wątpliwości, że jest to sauvignon blanc, które tak bardzo lubię i cenię. Warto spróbować.
------------------------------------------------------------
Wszystkie opisywane wina kupiłem za ciężko zarobione pieniądze.

Nemea Agiorgitiko 2012 - Lidl, 14,99 zł
Tsantali Naousa 2006 - Dom Wina (outlet), 29,75 zł
Alpha Estate Sauvignon Blanc 2012 - lotnisko w Rodos, 15 euro
------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #56 na podniebieniach innych blogerów
------------------------------------------------------------
Nasze Wina
Nie zawsze wina
------------------------------------------------------------

sobota, 3 sierpnia 2013

Pocztówka z Grecji.

Przez kilka ostatnich tygodni nie napisałem na blogu żadnej winnej notki, ale to nie moje wrodzone lenistwo było tego powodem, lecz wakacyjny urlop. W tym roku spędzałem go na greckiej wyspie Rodos, wspominam bardzo dobrze, przede wszystkim za sprawą doskonałego, wpasowanego w mój gust jedzenia, ale też win, których w Polsce brakuje. Możemy, co prawda, tu i ówdzie dostać jakąś retsinę, jakieś masowo produkowane wina półsłodkie, ale dopiero pobyt w Grecji kontynentalnej, albo na którejś z wysp uświadamia nam jak bogata może być oferta tamtejszych producentów.

Rok, a może i dwa lata temu zadałem przedstawicielowi jednego z importerów win, dlaczego tak marnie wyglądają u nas półki z greckimi butelkami. Usłyszałem odpowiedź, że bardzo ciężko jest się z nimi dogadać, często nie odpowiadają na pytania ofertowe, nie chce im się bawić w te wszystkie procedury związane z importem/eksportem win. Napływ turystów i wysoki popyt wewnętrzny sprawiają, że tak naprawdę Grecy nie potrzebują się w to bawić. Po powrocie do kraju usłyszałem od znanego konsultanta winnego taką oto opinię, że nawet konsumenci chwalący wina na miejscu, nie kwapią się do wydawania pieniędzy na greckie trunki w Polsce. Początkowo myślałem, że to fatalna sytuacja, ale szybko mi przeszło i teraz nawet się z tego powodu cieszę. Zawsze będzie dobry pretekst, żeby Grecję odwiedzić, a na miejscu poznawać tylko i wyłącznie miejscowe wina, co też czyniłem podczas ostatniego pobytu.

Dla mnie zaskoczeniem były przede wszystkim wina musujące. Na Rodos istnieje wytwórnia - CAIR, której produkty wykonane z lokalnych, greckich szczepów śmiało konkurować mogą z katalońskimi cava'mi czy francuskimi cremant. W cenie 6-10 euro dostajemy naprawdę przyzwoite bąbelki.

Bardzo przyzwoite wino musujące zrobione ze szczepu athiri.
Inną ciekawostką było to, że pomimo ogromnej liczby miejscowych szczepów bardzo popularne są szczepy międzynarodowe. Czasem miesza się je z odmianami endemicznymi, ale bardzo często na ich bazie powstają wina jednoszczepowe. Dominują oczywiście cztery podstawowe odmiany: chardonnay, sauvignon blanc, merlot i cabernet sauvignon. Ale bez problemu znajdziemy tu także szczepy takie jak barbera czy tannat.

Na mnie wrażenie zrobił bordoski kupaż cabernet sauvignon, merlot i cabernet franc. Było w nim wszystko - kwas, owoc, taniny, alkohol - w doskonałej równowadze. Nie muszę dodawać, że za bardzo przyzwoite pieniądze (ok. 10 euro).
Kupować, pić, cieszyć się...
Miałem okazję pić także wino słodkie z późnego zbioru, którego podstawą były grona szczepu gewurztraminer.

Słodycz zamknięta w butelkach 0,5 l. Mat. producenta.
Wino nazywa się Omega, wytwórnia zaś Alpha i jest to pewien symbol. Greckie winiarstwo jest bowiem bogate, pełne win słabszych, ale i tych bardzo dobrych, tanich i drogich, zrobionych ze szczepów lokalnych i tych międzynarodowych. Po prostu Alfa i Omega.  

środa, 10 lipca 2013

Na upały.


Jakie powinno być Vinho Verde? Lekkie, kwasowe, rześkie, nieco musujące. Na upały w sam raz. Biorąc pod uwagę, że są to wina stosunkowo tanie (pomijam ambitne wina robione ze szczepu alvarinho), a to kosztuje tylko 12,99 zł, zastanawiam się, czy nie kupić kartonu, a może i dwóch, żeby złagodzić skutki niemiłosiernych upałów. Niska zawartość alkoholu - 10,5% nie męczy zupełnie, więc czego chcieć więcej. No chyba tylko więcej wina. I pamiętajcie - dobrze schłodzonego!

Santola Vinho Verde kupiłem w sieci Biedronka.   

środa, 3 lipca 2013

Jack Rabbit i reszta.

Tak jak zapowiedziałem, tak uczyniłem. Postarałem się o konkurentów dla otrzymanego od Żabki wina Jack Rabbit, by przetestować dla Was popularne wina, które ja nazywam "imprezowymi". Jak się sprzedaje seria Jack Rabbit, tego jeszcze nie wiemy, ale plany są ambitne, Żabka chce sprzedawać je w liczbie 5 mln butelek rocznie. Jack Rabbit ma stawić czoła dobrze znanym u nas winom Carlo Rossi (CEDC), które od lat okupują pierwsze miejsce tabeli najlepiej sprzedających się win. Na popularności zyskują też wina El Sol (Ambra), ale ich sprzedaż w Polsce jest o rząd wielkości mniejsza. Jak Żabka sobie poradzi z tym wyzwaniem czas pokaże, dziś zobaczymy, jak wypadnie ich Sauvignon Blanc w starciu z konkurentami.

Jack Rabbit i spółka.
Już na starcie marka win Jack Rabbit, ma pewną przewagę, jeśli chodzi o cenę. Carlo Rossi California White kosztuje 16,99 zł (Real), El Sol Australia jeszcze więcej - 17,99 zł (Real). Żabka za swoje wina żąda jedynie 14,99 zł. Niby różnica niewielka, ale w praktyce oznacza, że zamiast czterech butelek El Sol, możemy mieć pięć butelek Jack Rabbit. Po za tym, tylko wino z Żabki ma wymienioną nazwę szczepu, oraz rocznik, z którego pochodzą grona. El Sol i Carlo Rossi to wina mieszane i co jest w środku i w jakich proporcjach, jeden Bóg raczy wiedzieć. Zatem kolejny plus dla Jack Rabbit.

Jack Rabbit zamykany jest zakrętką, reszta plastikowym korkiem.
Przypuszczam jednak, że kwestia szczepu i rocznika dla większości konsumentów tych win nie ma żadnego znaczenia, liczy się cena i smak. O cenach już coś powiedziałem, przejdźmy zatem do oceny (subiektywnej) smaku.

Tak jak się można było spodziewać, sauvignon blanc z Chile wyróżniało się na tle konkurentów, miało odmienny charakter, pozostałe dwa bazują raczej na innych szczepach. Ale to też nie było sauvignon takie, jakie lubię. Za mało wyraziste, trochę wygładzone, choć z większą (dużo większą) niż konkurencja kwasowością. El Sol jest w ogóle jakieś dziwne, jakieś sztuczne, ale można w nim wyczuć fajne nuty białych porzeczek i agrestu, jest trochę kwasu, ale i sporo słodyczy. Niestety pozostawia w ustach posmak popiołu z papierosów. I to nie jest fajne. Carlo Rossi nie jest takie złe, jakby to mogło wynikać z powszechnej opinii krytyków. Wydaje się nieco rozwodnione, ma niewiele alkoholu, ale jest czyste, pachnie i smakuje nie najgorzej - jabłkami i żółtymi śliwkami. Jack Rabbit jest winem najbardziej… winnym i w tym sensie warto dać mu plusa, owocu jest tu jednak niewiele, zielone nuty typowe dla sauvignon blanc, choć rozpoznawalne, są raczej blade, ukryte, mało wyraźne. Jest też winem bardzo wytrawnym, wymaga nieco bardziej wyrobionego podniebienia. Dla niedzielnych, rzadko pijących amatorów wina może okazać się dość trudne. Konkurencyjne wina piją się łatwiej, bo są mniej kwaśne, by nie powiedzieć wprost: mają więcej cukru.

Drugie podejście do win zrobiłem dobę później. Ponieważ wrażenia były podobne do tych z dnia poprzedniego mogłem pokusić się o stworzenie rankingu win imprezowych. Rankingu, który mocno mnie zadziwił, muszę dodać. Otóż najbardziej pijalnym, łatwym i przyjemnym winem okazało się… Carlo Rossi. Dość rześkie, o wyczuwalnych nutach jabłek i cytrusów robiło dość dobre (na tle konkurencji) wrażenie. Jack Rabbit atakował agresywną kwasowością, która odbierała nieco przyjemność picia, owoc był słaby, specjalnych plusów (poza tymi wymienionymi we wstępie) nie zauważyłem. Mimo pokładanych w nim nadziei spada na trzecie miejsce rankingu. Niespodzianką okazał się El Sol ze względu na swój dość oryginalny smak i łatwość picia (to wino miało najwięcej słodyczy w sobie). Drugiego dnia posmaku popiołu nie wyczuwałem i wino wydało mi się całkiem, całkiem.

Daleki jestem od rekomendowania któregokolwiek z tych win. Jeśli jednak będziecie na niezobowiązującej imprezce, a do wyboru będą tylko takie wina, to pamiętajcie, że ten diabeł, czyli Carlo Rossi, nie jest aż tak straszny, jak go niektórzy malują. Ale jeżeli wybieracie się z wizytą do kogoś, kto się dobrze orientuje w winach, to zabierzcie raczek króliczka, jest trudniejszy w piciu, ale ma najwięcej charakteru.

Swoją drogą ciekaw jestem jak smakuje Jack Rabbit Chardonnay. Przypuszczam, że jego styl znacznie lepiej pasowałby do testowanych przeze mnie win i ranking mógłby wyglądać nieco inaczej. Postaram się to sprawdzić przy jakiejś okazji.

Wino Jack Rabbit otrzymałem w prezencie od importera. Wina Carlo Rossi i El Sol kupiłem w supermarkecie Real.

czwartek, 27 czerwca 2013

Grand Cru u Mielżyńskiego.

Byłem pierwszy raz. Jestem pewien, że nie ostatni. I wszystkim to polecam. Producenci lub ich przedstawiciele na otwartej dla wszystkich degustacji pokazali najlepsze flaszki, jakie można kupić u Roberta Mielżyńskiego. Najsłabsze były bardzo dobre, najlepsze - brak słów, by je opisać. To trzeba po prostu przeżyć.




Do zobaczenia za rok!

Biały królik.

Zaproszenie na imprezę promocyjną win Jack Rabbit dotarło do mnie na tyle wcześnie, że mogłem zrobić dla niej miejsce w swym kalendarzu. Ale życie to nie tylko plany, ale i nieoczekiwane okoliczności, a właśnie te ostatnie sprawiły, że na tej głośnej już promocji nie mogłem się pojawić.


Przeczytałem za to opinie koleżanek i kolegów, którym udało się dotrzeć na miejsce. O ile sam sposób promocji wywołał sporo kontrowersji, o tyle wina miały dość dobrą prasę. W kilku miejscach spotkałem się z opinią, że konkurencją dla win Jack Rabbit mają być bardzo popularne (jeśli chodzi o wolumen sprzedaży) marki, takie jak Carlo Rossi czy El Sol. 


Będzie okazja, aby to sprawdzić. Butelka Jack Rabbit Sauvignon Blanc 2012 dotarła do mnie za sprawą marketingowców działających na rzecz sieci Żabka. Ja ze swej strony dołożę rzeczone El Sol i Carlo Rossi i wkrótce zrobię dla Was małe porównanie. Sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie - El Sol nigdy nie piłem, białe Carlo Rossi pewnie tak, choć było to w czasach, gdy niespecjalnie zaprzątałem sobie głowę winami.

Bądźcie zatem czujni!