piątek, 20 lipca 2012

Lehmann w Kauflandzie.



Do tej pory myślałem, że wino z australijskiej wytwórni Peter Lehmann to produkt typowo ekskluzywny. Wina Lehmanna można kupić w sieci Winestory, nie są produktami specjalnie tanimi, ale z moich doświadczeń wynika, że ponadprzeciętnie dobrymi. Trochę się zdziwiłem, jak zobaczyłem butelki Lehmanna w elbląskim Kauflandzie, choć dodać od razu muszę, że to linia nieco inna, tańsza od tej oferowanej przez Winestory. Bez wahania sięgnąłem po butelkę niebeczkowanego chardnonnay z rocznika 2009.



Wino jasne, świeże, w smaku delikatnie cytrusowe, obecność kwasu dobrze wyczuwalna. Odpowiednio schłodzone potrafi dać sporo radości, nieco cieplejsze ujawnia dodatkowo przyjemne nuty morelowe. Szału może nie ma, ale i też nie ma się co czepiać.

Oferta Kauflandu zaskoczyła mnie zupełnie i jest sporą odmianą od tego, co zapamiętałem będąc w Elblągu kilka miesięcy temu. Dość powiedzieć, że można znaleźć tu barolo za niecałe 50 zł, barbaresco poniżej 40 zł, do tego kilka win alzackich z przedziału 19,99 - 40,00 zł, a także cru bourgeois za 35 zł. Nie wiem jak z jakością, ale w kilka win się zaopatrzyłem, więc będę w miarę możliwości przedstawiał tu wyniki testów.

środa, 18 lipca 2012

Myśli między bąbelkami.



Czas na odrobinę szaleństwa - otwieram butelkę Il Mosnel Franciacorta Extra Brut 2007 E.B.B.

Zaraz po odkorkowaniu wino wydaje się dość zamknięte, stłumione. Po kilkunastu minutach zmienia się nie do poznania. Staje się aromatyczne, nabiera smaku. Zaczyna zachwycać.

Myślałem, że wino musujące im chłodniejsze, tym lepsze, ale ta franciacorta jest tego zaprzeczeniem. Wraz ze wzrostem temperatury (ale bez przesady) wino staje się coraz bogatsze.

Wina musujące są dla mnie dość trudne w odbiorze, ale mój szanowny kolega, pan lekko po czterdziestce, twierdzi, że do takich win trzeba dorosnąć. No to mam jeszcze chwilę :) Ale przyznaję, że dorastanie przy Il Mosnel to dzieciństwo szczęśliwe.

Po głowie chodzi mi więc pewna piosenka z dziecięcej gry. Modyfikując lekko słowa można ją zanucić tak: "Drinking franciacorta makes my whole heart want to sing."

wtorek, 17 lipca 2012

Winne Wtorki #31

Poszukiwania białych win z Doliny Rodanu to, w naszych warunkach, zadanie dość ambitne. Wcześniej nie zwracałem na te wina uwagi, pewnie dlatego, że na półkach sklepowych ich po prostu nie widziałem. Nawet oferta kultowego w pewnych kręgach ursynowskiego Leclerka okazała się pod tym względem raczej skromna, ale udało mi się kupić tam białe Chateauneuf-du-Pape. Prawdę mówiąc, gdyby nie propozycja Jongleura (przy okazji serdecznie pozdrawiam!) pewnie długo jeszcze nie sięgnąłbym po białe Ch-d-P (czy ten skrót się z czymś nie kojarzy?). A tak w koszyku znalazło się… no właśnie, co?


Wino pochodzi od producenta znanego z wytwarzania trunków nienajdroższych, ale bardzo przyzwoitych – Chateau Mont-Redon, gdzie decyzje podejmują Didier Fabre i Jean Abeille. Na internetowej stronie producenta próżno szukać tej etykiety, ale być może jest to autorskie wino pana Abeille – napis „Vignoble Abeille” może na to wskazywać. Ja mogę się tylko domyślać, ale na ile znam Jongleura sprawę ma rozkminioną. Liczę na komentarz w tej sprawie :)

Jeśli zaś chodzi o samo wino to jest naprawdę dobrze. Wydając niemal 100 zł ma się spore oczekiwania i często – przynajmniej w polskich warunkach – można, mimo wszystko, doznać rozczarowania. Ja go nie doświadczyłem, a z każdym kolejnym kieliszkiem byłem coraz bardziej zadowolony z zakupu i niekoniecznie chodzi mi o pozytywne aspekty działania alkoholu. Po prostu było to dobre, smaczne wino. Sporo kwasu, ale bez przesady. Sporo alkoholu, ale dobrze ukrytego. Sporo... wszystkiego, ale niczego zanadto. 

Przy okazji chciałem sprawdzić, czy prawdą są słowa mojego winnego mentora, który twierdzi, że jeśli nie ma się pewności, jakie wino pasuje do danej potrawy, to trzeba postawić na białe Chateauneuf-du-Pape. Rzeczywiście, pasowało do jarzynowej zupy, którą musiałem wyjadać po dziecku, pasowało do żółtego sera, do litewskich wędlin, wędzonego kurczaka, pasowało nawet do gotowanego bobu.

Wino idealne?

-------------------------------------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #31 na podniebieniach innych blogerów
-------------------------------------------------------------------------------------------
Wine Tasting
Czerwone czy białe?
Nie zawsze wina.
Białe nad czerwonym
Sstarwines
-------------------------------------------------------------------------------------------

Silverlake 2011



Z roku na rok wina Silverlake Sauvignon Blanc są coraz bardziej kwasowe. Kiedyś bałem się kwasowości, dziś mnie już nie przeraża, za chwilę będę jej zagorzałym pochlebcą. Dzięki niej to wino jest ostre jak żyleta - na podniebieniu bardzo świeże, do tego aromatyczne, a przy okazji lekko musujące. Nie ukrywam, że to wino należy do moich ulubionych sauvignon, a w ogóle jest jednym z pierwszych win z Nowej Zelandii, jakie piłem. Jak widać stara miłość nie rdzewieje. Bardzo polecam, choć robię to przepełniony emocjami - więc obiektywizmu w tej notce nie ma za grosz :)

piątek, 13 lipca 2012

Alzacka mgła.



Dziecko we mgle - tak można podsumować moją obecność na Festiwalu Win Alzackich, który odbył się 12.07.2012 w Pałacu Zamoyskich w Warszawie. Alzacja to dla mnie praktycznie nowość, więc - jak we mgle - poruszałem się po omacku szukając jakiegoś punktu odniesienia. Punkt ten odnalazłem jednak dość szybko, natknąłem się na moich przyjaciół z Winestory (Wineonline), dzięki którym na tym festiwalu w ogóle się znalazłem (przy okazji dziękuję serdecznie). Całe szczęście, że ich stanowisko było bardzo blisko wejścia. Dzięki temu mogłem od razu odbyć przyśpieszony, ale kompleksowy kurs Alzacji na przykładzie win pochodzących z Domaine Saint-Remy. Na pierwszy ogień poszło Cremant d'Alsace - wino musujące, które w pierwszej chwili mnie nie zachwyciło, ale to nie był ostatni mój kontakt z tym winem, o tym za chwilę. Następny w kolejce był naprawdę niezły Muscat, a po nim Pinot Gris (świetne wino!). Gewurztraminery i Rieslingi też bardzo dobre, choć Pinot Gris trochę ustawiło całą degustację i sprawiło, że postanowiłem w czasie festiwalu skoncentrować się na winach z tego szczepu.

W tym przekonaniu utwierdziła mnie próbka Rieslinga Grand Cru Preiss Zimmer (importer Vininova), która była tak silnie kwasowa (za czym nie przepadam, choć doceniam i rozumiem zalety porządnej kwasowości w winie), że postanowiłem zostawić temat alzackich rieslingów na inną okazję.

Biodynamiczny Pinot Gris od Meyera (importer Enoteka Polska) zupełnie mi nie podszedł, ale Meyer uchodzi za dziwaka i potrafi produkować wina, które znajdują amatorów, choć nawet jemu niekoniecznie smakują.

Za to Pinot Gris sprowadzany przez Winkolekcję (Cave Vinicole Kientzheim-Kayserberg) był wg mnie bardzo dobry, choć nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak wino z Saint-Remy.

Wróciłem do stanowiska Wineonline, chciałem jeszcze raz spróbować Cremant, które tym razem było zachwycające (inna butelka?), rześki smak świeżych mirabelek bardzo mi się spodobał, choć od razu dodaję, że pod koniec imprezy zgłosiłem się po trzecią próbkę tego wina, która znów różniła się od dwóch poprzednich. Nie potrafiłem podzielić zachwytu importera, który twierdził, że to najlepsze wino od tego producenta, chyba będę musiał pofatygować się do sklepu, zaopatrzyć się w butelkę lub dwie i jeszcze raz dać szansę temu musującemu winu.

Oczywiście nie piłem wszystkich win na festiwalu, ale z tych, które udało mi się spróbować najbardziej mi smakowały pochodzące z winnicy Meyer-Fonne (importer Consulting & Commerce). Pinot Gris i Gewurztraminer były świetne - aromatyczne, smaczne, zrównoważone, z chęcią wrócę do nich w przyszłości.

Na koniec wróciłem do stanowiska Enoteki Polskiej, gdzie spróbowałem kolejnych win Meyera. Riesling w odróżnieniu od Pinot Gris podobał mi się bardziej, dla mnie było to najlepsze białe wino od tego producenta. Cremant d'Alsace nie wzbudził we mnie żadnych emocji, za to Pinot Noir, jedyne czerwone wino, które piłem podczas festiwalu wydało mi się dość ciekawe - nie skreślam zatem Meyera z listy zakupów, chętnie spróbuję jeszcze raz przynajmniej niektórych win tego kontowersyjnego biodynamika.

Podsumowując degustację muszę przyznać, że Alzacja była dla mnie przyjemnym odkryciem, nie piłem wcześniej zbyt wielu win z tego regionu. Zwycięzcą wieczoru został szczep Pinot Gris - to na nim będę koncentrował swoją uwagę kontynuując eksplorację alzackich białych win, chociaż rieslingów, gewurztraminerów i musujących cremant z pewnością nie będę unikał.

wtorek, 10 lipca 2012

Uff, jak gorąco...

Jestem zmarźlakiem, nie lubię trząść się z zimna, ale ostatnie upały nie są tym, za czym chciałbym tęsknić. 22-24 stopnie to temperatura właściwa dla mnie. Będąc na Sardynii doświadczałem temperatur wyższych od tych w Warszawie, ale tam w każdej chwili mogłem schłodzić się w basenie albo potoknąć gardło odrobiną orzeźwiającego vermentino. Zresztą nadmiar procentowego chłodziwa i pyszne jedzenie sprawiły, że do domu wróciłem bogatszy o parę kilo. Zarządziliśmy z żoną kulinarną dyscyplinę, procenty odstawiliśmy z dala od nas i rozpoczęliśmy skrupulatny monitoring naszej wagi. Ja dałem sobie dwa tygodnie, żeby sprawdzić, czy jest to słuszna taktyka - no bo jak nie, to po co siedzieć o suchym pysku. Rzeczywiście, waga spadła, sylwetka nieco się poprawiła, trzeba będzie kontynuować serię wyrzeczeń (co nie jest takie straszne wbrew pozorom), ale od czasu do czasu wypada jednak zmienić liczebny stan butelek upchniętych po kątach coraz ciaśniejszego mieszkania.



Chwyciłem za Vacqueyras z jakiejś lidlowej promocji, choć miałem podejrzenie graniczące z pewnością, że czerwone wino z południowej części Rodanu wypite w upalny dzień niekoniecznie sprawi mi bezgraniczną przyjemność. Nie pomyliłem się, wino dość szybko mnie zamuliło, ukojenia nie przyniosło, głową zakręciło i zwiotczyło ciało. Podobno wina z tego regionu bez problemu potrafią osiągać 15% alkoholu i miałem wrażenie, że to wino zalicza się do mocarnych, choć na etykiecie zapisano jedynie 13% alkoholu, który zresztą był dobrze w całość wtopiony. Co więcej? Owoc był, taniny były (i to dość solidne), miałem wrażenie, że to jest naprawdę niezłe wino, a nie wyrób winopodobny. Tyle, że to ogólne wrażenie popsuł ten cholerny upał. Trzeba było otworzyć coś białego, super-zimnego, najlepiej z bąbelkami... 

wtorek, 3 lipca 2012

Winne Wtorki #30

Upał jest nieznośny. Zimne piwo albo, jeszcze lepiej, whisky schłodzona kilkoma kostkami lodu mogłyby ukoić umęczone dusznym gorącem ciało. Słodkie wino, a jest ono tematem Winnych Wtorków #30 jakoś nie pasuje mi do roli skutecznego chłodziwa. Nie śpieszyłem się z otwieraniem butelki, odkładałem w czasie niemiły (w tych warunkach) obowiązek, byłem gotów zapomnieć o winnym projekcie. Ale przyszła burza i wszystko w jednej chwili się odmieniło. Oczywiście nie do tego stopnia, żeby owijać szyję szalikiem (reprezentacji?) i rozgrzewać się procentami, ale lekki wiaterek przywrócił ochotę na wino. Dziękuję Matce Naturze i sięgam po korkociąg, choć trochę już późno. Ale jak się postaram Winny Wtorek wypadnie jeszcze we wtorek.



Chwyciłem za tokaj Magita z winnicy należącej do rodziny Beres. Nazwa Magita wzięła się od imienia pięknej i dzielnej dziewczyny, żyjącej w czasach tureckiej okupacji. Kim była owa Magita? Wzmiankę o niej znajdziemy na stronie hotelu o tej samej nazwie.

"[...] o bohaterskiej śmierci Magity narodziła się legenda. Według wieści w czasach panowania Turków dom Magity, córki pana ziemskiego z Erdőbénye, był dobrze znanym miejscem schronienia. Dziewczyna ryzykując własne życie chowała Węgrów przed wrogiem. Swoimi czynami spowodowała gniew panów tureckich, i dlatego zaczęli ją ścigać. Podczas ucieczki utopiła się w jeziorze, znajdującym się na granicy wsi, gdzie utopili się także i ścigający ją panowie tureccy i w ten sposób Erdőbénye zostało ocalone od obcego panowania. Pamięci jej bohaterskiej śmierci strzeże do dnia dzisiejszego jezioro Magita, które znajduje się na granicy Erdőbénye."

Czy wino, które piję jest równie piękne i dzielne, by godnie nosić imię bohaterskiej dziewczyny? Mi tam nawet smakuje, choć wielkim miłośnikiem win słodkich nie jestem. Legenda Tokaju mnie jakoś tam kręci, ale wciąż nie mam odwagi sięgnąć po wina z wyższej półki. Jak na razie jedynym odnośnikiem jest dla mnie tokaj lidlowski, który smakował mi nawet bardziej, niż ten, choć jego cena jest przecież trzy razy niższa. Prawdę mówiąc nie wiem, ile trzeba poświęcić czasu, ile trudu włożyć w winnicę, by otrzymać solidny tokaj. Winnica rodziny Beres obchodzi dziesiąte urodziny. Dopiero, czy już? Czy wino, z którego są dumni jest już tym legendarnym trunkiem, czy dopiero do niego aspiruje? Ja, niestety, nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Pal licho, szarpnę się i kupię gdzieś butelkę uznanego tokaja. Będę miał przynajmniej jakiś odnośnik. Będę wiedział, co jest blaskiem, co jest cieniem. Dziś jeszcze nie wiem nic...

------------------------------------------------------------------------------------------
Winne wtorki #30 na podniebieniach innych blogerów
------------------------------------------------------------------------------------------
Nie zawsze wina
------------------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Miła niespodzianka.

Zakończyły się, niestety, moje sardyńskie wakacje. Wakacje, które będę wspominał bardzo dobrze nie tylko ze względu na udany wypoczynek w pięknych okolicznościach przyrody, ale też z powodu całkiem niezłych win. Wymądrzał się nie będę, za eksperta od sardyńskich win też nie będę robił, bo choć wypiłem ich sporo, to zdecydowanie za mało, by formułować jakiekolwiek oceny. Wspomnę o nich kilka słów, ale jeszcze nie teraz, bo dziś chciałbym napisać parę zdań o katalońskiej cavie, którą przywiózł mi z Barcelony mój serdeczny przyjaciel - Jacek.



Wino czekało w lodówce ponad dwa tygodnie, dobrze się schłodziło i to właśnie ono umiliło nam powrót z gorącej Sardynii. Marka Celler de l'Avi (Piwnica Dziadka) została stworzona przez producenta Bodegas Mur Barcelona i w założeniu ma symbolizować tradycyjne, domowe podejście do produkcji win - nie tylko musujących, ale i spokojnych. Przypuszczam jednak, że Piwnica Dziadka jest równie swojska jak Szynka Babuni i produkowana na podobną skalę. Nam to jednak nie przeszkadzało, zwłaszcza że to świeże, rześkie i nie nazbyt kwasowe wino było po prostu smaczne, a biorąc pod uwagę jego cenę (4,50-5,00€) można by je śmiało traktować jako zupełnie przyzwoite codzienne wino musujące.

Jacku, dziękuję i proszę o więcej!


wtorek, 5 czerwca 2012

Winne Wtorki #29.

Bardzo przepraszam moich czytelników, że przegapiłem poprzednią edycję Winnych Wtorków - nawał obowiązków w pracy i w domu nie pozwolił mi wziąć w nich aktywnego udziału. Tym razem będzie inaczej, dawka wina podwójna, co mnie cieszy o tyle, że to ja wybrałem temat WW (to już chyba trzecia kolejka). A tematem jest Vermentino - odzew na moją propozycję był nikły, była nawet próba zmiany, czy poszerzenia tematu, ale milcząco się nie zgodziłem, nie wiem czy nie będę przez to ukarany osamotnieniem przy wykonywaniu zadania.

Pod korkociąg trafiły dwie butelki. Obie pochodzą z apelacji Vermentino di Sardegna.



Pierwsze z nich to La Cala (Sella&Mosca) - sporo szczegółowych informacji technicznych na jego temat można znaleźć na stronie producenta, zainteresowanych serdecznie zapraszam. Wino pochodzi z rocznika 2011, jest więc całkiem świeże i to czuć, zarówno w nosie, jak i w ustach. Zapach kwiatowy, w smaku delikatne, dość kwasowe, z lekko goryczkową nutą w końcówce. Na słoneczny balkon w sam raz.


Drugie wino - Bingias (Cantina Trexenta)  było nieco starsze, pochodziło z rocznika 2010, o zdecydowanie ciemniejszym kolorze. Na początku w zapachu nie wyczuwałem żadnych kwiatów, żadnych owoców, lecz pieczywo - takie, które człowiek ma ochotę schrupać bez żadnych dodatków. To pewnie zapach drożdży, ale bardzo przyjemny - mi przypominał hiszpańską cavę Juve y Camps. Po chwili w kieliszku znów dawały znać o sobie kwiaty. Skład tego wina różni się nieco od poprzedniego - vermentino stanowi 85% kupażu, reszta to chardonnay i sauvignon w proporcjach ulegających zmianom, w zależności od rocznika. W smaku można wyczuć jabłka i morele. Końcówka, podobnie jak u poprzednika, lekko goryczkowa. Wino wydaje się bogatsze w smaku i zapachu, ale brakuje mu lekkości La Cala, jest też cięższe i trochę bardziej "zamula". 

Wina z vermentino to może nie są wina wielkie, ale dające wielką radość z picia ot tak, po prostu, bez zbędnych oczekiwań. Cena przystępna, obie butelki kosztują ok. 30 zł - kupiłem je w Winotece Sami Swoi, w której jest spory wybór vermentino - na oko 10-12 różnych butelek. W najbliższym czasie wybieram się na Sardynię, będę mógł zatem skonfrontować nasze, polskie ceny z lokalnymi. Jeśli tylko będę miał tam dostęp do  internetu, będę starał się opisywać swe doświadczenia na bieżąco.

----------------------------------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #29 na podniebieniach innych blogerów
----------------------------------------------------------------------------------------
Sstarwines
Czerwone czy białe?
Winniczek - nie pił we wtorek, ale vermentino :)
Białe nad czerwonym
Winne Przygody
----------------------------------------------------------------------------------------

piątek, 1 czerwca 2012

Czerwona Austria.

W zimowym sezonie włóczył się mój kolega po Austrii. Że niby na nartach był, czy coś takiego. Właściwie to jego sprawa, że zamiast siedzieć w ciepłym domu na mrozie się szwendał, ale dla mnie korzyść z tego taka, że wracając przywiózł mi z wojaży butelkę zweigelta. Nowa tradycja się tworzy wśród moich przyjaciół, z zagranicznych wypadów przywożą mi butelki miejscowych trunków, co bardzo mi pasuje i na pewno nie będę ich od tego odwodził. Hubertowi dziękowałem już za pyszne vermentino z Ligurii, Tomkowi teraz dziękuję za zweigelta z Wagram.



W obu przypadkach były to wina, z którymi spotykałem się po raz pierwszy i nie wiem kiedy bym sięgnął po wina z tych szczepów, gdybym nie dostał ich w prezencie. Tak więc mam się z czego cieszyć i za co być mym kolegom wdzięcznym. W smaku zweigelta można było wyczuć trochę wiśni, trochę malin, a nawet truskawek. Było też w w nim coś, czego nie umiem nazwać, jakaś fałszywa nuta, która trochę mi przeszkadzała, ale też intrygowała, sprawiała, że z zaciekawieniem sięgałem po kolejny kieliszek. Z pewnością do zweigelta jeszcze wrócę.

ps. Widzę, że sytuacja rozwija się dynamicznie. Tym razem kolega Jacek wrócił z Barcelony... w prezencie przywiózł mi butelkę cavy od niewielkiego producenta. Nie zapomnijcie zatem wrócić tu poźniej. Opis wina na pewno się pojawi.

sobota, 26 maja 2012

Roger Sabon.

Nie ukrywam, że wina z apelacji Chateauneuf-du-Pape są dla mnie łakomym kąskiem. Po pierwsze dlatego, że sama nazwa apelacji ociera się o jakieś wyższe sprawy, a po drugie ceny - też wyższe  - sprawiają, że nie są to wina do codziennego picia (przynajmniej dla mnie). Z przyjemnością zapisałem się więc do Enoteki Polskiej na kolację, podczas której przedstawiciel winnicy - Didier Negron, prezentował wina Roger Sabon. Niepokojąco niskie zainteresowanie tak ciekawym wydarzeniem to prawdziwy powód do zmartwienia. Próbki sześciu uznanych win w połączeniu z naprawdę smacznym jedzeniem, a wszystko to za niewiele ponad 100 zł, to prawdziwa okazja, o którą warto się bić. A bił się, niestety, tylko właściciel enoteki, tyle że o frekwencję. Prawdę mówiąc to trochę obciach, że w stolicy czterdziestomilionowego kraju trudno o zapełnienie sali przygotowanej na czterdziestu gości. Mam jedynie nadzieję, że nie będzie to powodem do zaniechania organizowania takich spotkań, bo byłaby to strata naprawdę niepowetowana.

Poniżej zacytuję fragment tekstu zaproszenia, by przybliżyć zainteresowanym menu i listę degustowanych trunków.

"Kolację zaczniemy od grillowanych szparagów (jakżeby inaczej?) z szynką parmeńską, które skonfrontujemy z białym Plaisir 2011, następnie sprawdzimy, które wino: owocowe Côtes du Rhône 2010 czy jedwabiste Lirac 2010 (z miasteczka, którego patronem jest Święty Walenty) lepiej zagra z naszymi pierożkami z borowikami. Na koniec ukłon w stronę naszego gościa z Francji i nietypowe danie dla naszej włoskiej restauracji – wołowina po burgundzku (bouef Bourguignon), która powinna okazać się świetnym połączeniem z dwoma sztandarowymi winami Sabona: Les Olivets 2009 oraz Prestige 2009. Mamy też wisienkę na nasz środowy tort: Prestige 2006 (93 punkty Parkera), które porównamy z jego młodszym bratem."

Plasir 2011 - jedyne wino białe - miało ciekawy landrynkowy posmak równoważony dzielnie przez dość wysoką kwasowość, ale w połączeniu ze szparagami z szynką i pomidorami stanowiło doskonałą całość.

Trudno mi było wykazać przewagę któregokolwiek wina z pary Côtes du Rhône 2010 - Lirac 2010, ale pierożki z borowikami były w tym przypadku niekwestionowanym zwycięzcą.

Jeśli o mnie chodzi, to muszę przyznać, że wszystkie trzy wina z apelacji Ch-d-P, czyli trzy ostatnie, były (mówię o swoich wrażeniach) bardzo do siebie podobne. Różniły się niuansami, które dla mnie - zupełnego amatora - nie są warte różnicy w cenie. Prestige 2009 jest niemal dwukrotnie droższa, niż Les Olivets 2009 i to z tą drugą butelką pod pachą opuszczałem Enotekę Polską.

materiały: roger-sabon.com


Wielką niespodziankę zrobiła mi zaś żona, która dwa dni później spotkała się w enotece z przyjaciółkami. Przyniosła mi w prezencie butelkę Côtes du Rhône, wino z degustacji, które moim zdaniem ma najlepszy stosunek jakości do ceny - za niecałe 40 zł można dostać kawał dobrego wina od naprawdę uznanego producenta.

materiały: roger-sabon.com


Dziękuję zatem mojej żonie za prezent, nowej menedżerce Enoteki - Izie Kamińskiej za fachową poradę, jakiej udzieliła żonie, a właścicielowi restauracji Maćkowi Bombolowi za wytrwałość w organizowaniu spotkań z winiarzami. Wbrew pozorom spora grupa winomaniaków bardzo je ceni.   

piątek, 11 maja 2012

Włoski Tydzień.

Tydzień jeszcze się nie skończył, ale śmiało mogę nazwać go tygodniem włoskim. Pomijam chłodzące się w lodówce Orvieto, ale nie mogę nie wspomnieć o dwóch fantastycznych degustacjach, w których miałem przyjemność uczestniczyć. Oczywiście chodzi o degustację win z Italii. Pierwszą z nich zorganizowała firma Wineonline - importer toskańskich win Sada, prezentację prowadził zaś ich pomysłodawca i producent, pan Davide Sada, sama zaś impreza miała miejsce w "Cudzie nad Wisłą" - wspaniałym miejscu położonym nad rzeką, w którym funkcjonuje bar winny "Bardeaux". Druga prezentacja odbyła się w Enotece Polskiej, gdzie można było spróbować słynnych włoskich win musujących Franciacorta. O winach opowiadała pani Lucia Barzano, współwłaścicelka rodzinnej winiarni Il Mosnel, w której oprócz win musujących powstają też białe i czerwone wina spokojne.

Zacznijmy jednak od win z Toskanii. Wina czerwone - Integolo, Baldoro i Carpoli znajdują się w ofercie sklepów Winestory już od jakiegoś czasu, nowością było natomiast wino białe zrobione w 100% ze szczepu Vermentino, noszące zresztą taką nazwę. Przyznam szczerze, że zrobiło ono na mnie chyba największe wrażenie tego wieczoru. Bardzo rześkie, a jednocześnie mocno skoncentrowane, soczyste i nad wyraz aromatyczne. Dobrze schłodzone i podane ze wspaniałymi przekąskami, w promieniach zachodzącego słońca musiało się podobać.

materiały: www.agricolasada.com


Wspomniane wcześniej Integolo (60% Cabernet Sauvignon, 30% Montepulciano, 10% Alicante) to podstawowe czerwone wino producenta. Pan Sada określa je jako "codzienne", nadające się do ugaszenia pragnienia, ale i potrafiące umilić każdy posiłek. By ograniczyć zawartość alkoholu, producent nie pozbawia winorośli liści, w których cieniu grona dojrzewają aż do zbiorów. Dzięki temu ma ono jedynie 12,5% alkoholu. Powstaje bez użycia beczki.

Skład drugiego wina - Baldoro - jest podobny - 60% Cabernet Sauvignon, 35% Montepulciano i 5% Alicante - choć w różnych rocznikach udziały poszczególnych szczepów mogą się zmieniać. W przypadku tego wina producent stosuje już przycinanie liści dzięki czemu grona dorastają w słońcu, a w momencie zbiorów są w pełni dojrzałe. Przekłada się to na wyższy poziom alkoholu (13,5%), ale też i na koncentrację wina. To wino bucha owocowymi aromatami, jest pełne i skoncentrowane, smaczne, choć dla niektórych "przesadzone", jak obecnie mówi się o supertoskanach. To wino bardzo mi smakowało, lubię taką wyrazistość i mi ona nie przeszkadza. Wino to, podobnie jak Integolo, dojrzewa bez udziału beczki, jednak znacznie dłużej przebywa w stalowych kadziach.

Przed prezentacją win Sada (pan Davide w środku).


Ostatnie wino to Carpoli. 65% Cabernet Sauvignon, 30% Cabernet Franc i 5% Petit Verdot, choć i tu producent dopuszcza odstępstwa od normy, w zależności od sposobu dojrzewania gron w danym roczniku. To wino poddaje się już leżakowaniu w beczkach dębowych. Miałem z tym winem największy problem, bo choć bardzo mi smakowało, to miałem poczucie, że brakuje mu oryginalności. Miałem wrażenie, że wina o takim charakterze już piłem. Według mnie jest ono bardzo podobne do południowoafrykańskiego czystego caberneta z winiarni Glen Carlou (Wineonline jest również jego importerem), tyle że Wino pana Sady jest dwukrotnie droższe, a nie wnosi żadnych dodatkowych wartości.

Jeśli już wspomniałem o cenach to przedstawiają się one następująco: Integolo - 49 zł, Baldoro - 65 zł, Carpoli - 139 zł. Nie znam dokładnej ceny Vermentino (nowość!), ale najprawdopodobniej będzie ona oscylować w granicach 70-80 zł.

Tyle o winach z Toskanii, teraz czas na wina z Lombardii, gdzie znajduje się apelacja win musujących Franciacorta. Jak już wspomniałem wyżej, wina próbowaliśmy w Enotece Polskiej, a towarzyszyły one wspaniałej kolacji, dla której były niewątpliwą ozdobą. Il Mosnel to winiarnia dobrze znana miłośnikom włoskich win musujących. Hugh Johnson w swym przewodniku po winach wymienia ją wśród najlepszych producentów tego regionu.

materiały: ilmosnel.com


Wielokrotnie wspominałem na blogu, że mam kłopot z winami musującymi, że nie bardzo je rozumiem i że bąbelki potrafią mnie skutecznie zdekoncentrować. Na szczęście winna ewolucja trwa i zaczynam się do win musujących przekonywać. Prawdą jest, że to wyższa szkoła jazdy, ale jak człowiek nie będzie próbował to się nie nauczy, a nie skorzystać z okazji spotkania z czołowym producentem Franciacorty to tak, jakby popełnić grzech całkiem ciężki.

Przyznam szczerze i z pewnym poczuciem wstydu, że o winach musujących z tej apelacji usłyszałem zaledwie kilka miesięcy temu. Dla mnie alternatywą dla drogich szampanów była zawsze katalońska cava, też produkowana metodą szampańską. Jednak Franciacorta, w odróżnieniu od cavy powstaje z tych samych szczepów, z których produkuje się wina w Szampanii. 

Na internetowej stronie producenta możemy odnaleźć cały katalog produkowanych win, w którym zamieszczono szczegółowe informacje na temat poszczególnych butelek. Zachęcam do zapoznania się z nim, ponieważ moje notatki nie były aż tak dokładne, ja natomiast wspomnę o kulinarnych kompozycjach, które towarzyszyły spotkaniu z arcysympatyczną panią Barzano.

Jako aperitif podano Franciacorta DOCG Brut (69 zł), które było winem chyba najbardziej wyrazistym ze wszystkich jakie degustowaliśmy i mimo tego, że to wino podstawowe i najtańsze, to nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że było najsłabsze. Moim zdaniem broniło się do samego końca.

Pierwszą pozycją w menu były krewetki z patelni z czosnkiem, ziołami i świeżymi pomidorami do których podano Fraciacorta DOCG Brut Saten Millesimato 2008 (77,25 zł). 

Następnie do pysznego risotto z borowikami i szafranem polano nam Franciacorta DOCG Pas Dose (95,25 zł). W tym momencie pan Michał, stały bywalec Enoteki Polskiej, stwierdził, że coś mu w tym winie nie pasuje, choć ja takiego wrażenia nie miałem. No może poza tym, że było ono dla mnie mało wyraziste. Dostaliśmy próbkę z innej butelki i rzeczywiście było lepiej. Wielki szacun dla pana Michała!

Po risotto podano doradę z grilla z oliwą z oliwek, pomidorami i czosnkiem. Z tą potrawą skomponowano Franciacorta DOCG Extra Brut Millesimato "EBB" 2007 (108 zł). To wino powstało na cześć matki pani Barzano, która założyła winiarnię i widać było, że dla pani Lucii to wino jest bardzo ważne. Na szczęście okazało się też winem wspaniałym, z którego Lucia Barzano może być bardzo dumna. Wino z rybą, moim zdaniem, było jeszcze lepsze, niż próbowane samodzielnie. 

Ostatnim winem było wino różowe Franciacorta DOCG Rose Pas Dose Millesimato "Parose" 2006 (108 zł).  W tym momencie muszę przyznać się do mojej ogólnej niechęci do win różowych, które do tej pory nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. Różowa cava z wytwórni Freixenet, którą piłem w katalońskiej wytwórni  zupełnie mi nie podeszła i tego samego spodziewałem się po różowym winie Il Mosnel. Jakież to było miłe rozczarowanie! Wspaniałe wino, moim zdaniem najlepsze tego wieczoru, w połączeniu z kaczką w sosie z pomarańczy z chrupiącymi jarzynami było gwoździem programu.

Podsumowując tą degustację muszę wyrazić swoje zadowolenie, bo i wina wspaniałe, i potrawy wyśmienite, i miejsce magiczne, i ceny bardzo przystępne. Zresztą Enoteka Polska znana jest z tego, że relacja cen win do ich jakości jest po prostu doskonała. Butelki czołowych, znanych producentów w przystępnych cenach to coś, czego brakuje na naszym rynku. Dlatego też Maciejowi Bombolowi, szefowi Enoteki, należą się szczególne słowa uznania. Maćku, DZIĘKUJĘ!
  

środa, 2 maja 2012

Crozes-Hermitage.


Crozes-Hermitage - nazwa apelacji z północnej części Doliny Rodanu wydaje się być wyjątkowa, magiczna. Takie przynajmniej miałem przeświadczenie wkładając do koszyka butelkę z tą nazwą na etykiecie. Jeśli jednak dobrze zrozumiałem tekst poświęcony temu rejonowi w "Winach Europy", jest to jednak apelacja niezbyt prestiżowa. Być może nawet najsłabsza - kiedyś, wg. autorów - zupełnie supermarketowa. Fakt, kupiłem wino w supermarkecie. Pierwszy łyk rzeczywiście nie zachwycał, ale też nie czułem dyskomfortu, z czasem lepiej, choć uniesień nie było. Rocznik 2008 wg. Hugh Johnsona też taki sobie, więc w gruncie rzeczy nie można było mieć specjalnych oczekiwań. Ale trzeba też powiedzieć, że wino nieźle pasowało do holenderskiej goudy przywiezionej prosto z Amsterdamu. Całkiem udana kompozycja. Może nawet okraszona odrobiną magii...

-----------------------------------------
Gabriel Meffre, Les Murieres 2008
Crozes-Hermitage
alk. 12%
Leclerc Ursynów - 44,99 zł 
-----------------------------------------

wtorek, 1 maja 2012

Winne Wtorki #27

Czas płynie szybko, a im człowiek starszy, tym większe i bardziej bolesne uczucie, że zbyt szybko. Nim się człowiek obejrzał minął rok od powstania Winnych Wtorków. Prawdę mówiąc było to kilka, czy kilkanaście dni temu, ale czas płynie tak szybko... nie zdążyłem odnotować tego wcześniej.

W każdym razie dziś znów mamy wtorek, dzięki Kubie Jurkiewiczowi jest to Winny Wtorek, a dzięki Winnym Przygodom mamy wtorek z białym, wytrawnym bordeaux.



W moim przypadku było to wino, które pojawiło się niedawno w ofercie Winestory - Chateau Charron z rocznika 2010. Wino powstało ze szczepów Sauvignon Blanc (80%) i Semillon (20%). W odróżnieniu od mojej żony lubię wina ze szczepu, czy z przewagą szczepu Sauvignon Blanc, ona zaś - wychowana wśród kotów - wyczulona jest na charakterystyczny dla tego szczepu zapach kocich siuśków, który ją do tych win zniechęca. Akurat Chateau Charron nie cierpi na tę przypadłość, to dość gładkie wino, w którym nawet nuty trawiaste, czy pokrzywowe nie są tak ostre jak w przypadku win nowoświatowych. Tuż przed degustacją białego bordeaux miałem okazję pić inne francuskie wina (z Doliny Loary) zrobione z Sauvignon Blanc, stały się więc one chwilowym wzorcem, względem którego mogłem oceniać białe Chateau Charron.



Domaine du Moulin Granger (apelacja Sancerre) to prawdziwe antypody białego bordeaux. Tu wszystkie typowe cechy szczepu Sauvignon Blanc skupione są jak w soczewce, skoncentrowane i bardzo wyraziste, ostre i charakterne.



Domaine de La Tour Ambroise (apelacja Touraine) umiejscowiłbym pomiędzy wyżej wymienionymi winami. Bardziej wyraziste niż Chateau Charron - tu nie ma wątpliwości, z jakim szczepem mamy do czynienia, ale przy okazji pozbawione tego charakterystycznego zapachu kocich siuśków, który nie każdemu musi się podobać.

Wszystkie opisane dziś przeze mnie wina uważam za bardzo dobre, żadne nie było wpadką, choć trzeba sobie powiedzieć, że Touraine ma najlepszy stosunek jakości do ceny. Jego cena była dwukrotnie niższa od konkurentów.

-------------------------------------------------------------
Chateau Charron, 2010
Blaye Cotes de Bordeaux
Winestory - 43 zł
-------------------------------------------------------------
Domaine du Moulin Granger, 2011
Sancerre
Albert Heijn (Amsterdam) - 9,99€
-------------------------------------------------------------
Domaine de La Tour Ambroise, 2011
Touraine
Albert Heijn (Amsterdam) - 4,99€
-------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #27 na podniebieniach innych blogerów.

Białe nad czerwonym
Winne Przygody
Nie zawsze wina
Winniczek
Czerwone czy białe?
Sstarwines #1
Sstarwines #2
-------------------------------------------------------------


wtorek, 17 kwietnia 2012

Winne Wtorki #26

Tematem Winnych Wtorków #26 jest Pinotage - wino, które wydaje się być symbolem RPA, choć udział nasadzeń tej odmiany, wedle mojej wiedzy, nie przekracza 8%. Swego czasu uważałem wina z tego szczepu za moje ulubione. Dziś oszczędniej używam słowa "ulubione", ale wówczas wystarczyły dwa, a może trzy wina, które mi smakowały, by po ich stronie ulokować swoje sympatie. Potem były dwie, a może trzy butelki barbery, które przypadły mi do gustu i to do nich wzdychałem. Ale barberę zdradziłem dla dwóch, a może trzech butelek argentyńskiego malbeka i byłem pewien, że to właśnie ten szczep jest tym, który kocham najbardziej.

Dziś nie kocham malbeka, nie wielbię barbery i nie wzdycham do pinotage, ale przyjaźń na szczęście przetrwała, stosunki między nami układają się nieźle.

Cieszę się, że pomysłem na aktualną edycję Winnych Wtorków jest szczep, który powstał ze skrzyżowania pinot noir i cinsault (znanego w Afryce Południowej jako hermitage), ponieważ dzięki temu mogłem powrócić do swych "młodzieńczych" fascynacji.



Na wtorkową degustację wybrałem Fleur du Cap Pinotage 2009 z serii Bergkelder Selection. To co mnie uderzyło w tym winie, to dosyć spora kwasowość. Byłem zaskoczony, bo w mej pamięci pinotage zapadł, jako wino raczej mało cierpkie, dość gładkie i łatwe w piciu. A tu niespodzianka, trochę kwasu (do którego przekonuję się z butelki na butelkę), trochę tanin (ale bez przesady) i trochę alkoholu (ale nieźle wtopionego). Dość przyjemne wino, choć akurat w ten wieczór było tylko tłem dla filmowego dokumentu o Antonio Gaudim. Ostatnia kropla z butelki wypadła dokładnie wtedy, gdy kończył się film. Niestety, o ile z tego ciekawego dokumentu coś mi w głowie zostało, o tyle Fleur du Cap za bardzo nie pamiętam.

I prawdę mówiąc nie wiem, czy to dobrze, czy to źle...

-------------------------------------------------------------------------------------------------
Fleur du Cap
Pinotage, 2009
alk. 14%
Leclerc (Ursynów) - 37 zł (13.04.2012) - zakup własny
-------------------------------------------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #26 na podniebieniach innych blogerów
Winniczek
Białe nad Czerwonym
Winne Przygody
Sstarwines
Czerwone czy białe?
-------------------------------------------------------------------------------------------------