poniedziałek, 30 stycznia 2012

Wino na medal.



To wino zdobyło złoty medal w kategorii białych win do 50 zł Grand Prix Magazynu Wino. Ale nie dlatego o nim wspominam. Piszę o nim dlatego, że wcześniej już miałem okazję pić wina duetu Binz i Bratt. Były to Franconia (lub Francona - sam nie pamiętam, a na stronie producenta można spotkać obie nazwy) i Riesling Gewurztraminer. I szczerze muszę powiedzieć, że były to wina warte każdej wydanej złotówki, przy czym wspomnieć uczciwie należy, że wtedy gdy je piłem (2010) były sporo tańsze niż teraz, kosztowały poniżej 40-stu złotych. Niestety po nowym roku, ceny poszły ostro w górę i teraz każde z win Binz+Bratt kosztuje 49 zł, nawet zwycięski Weisser Riesling, choć złoty medal zdobył kosztując jeszcze 45 zł. Niemniej jednak podtrzymuję swoje zdanie, że wina warte są swojej ceny. 

Weisser Riesling to wino o bogatym kwiatowym aromacie. Żywa kwasowość zapewnia mu niesamowitą świeżość. Piłem je z nieukrywaną przyjemnością, choć moja żona (a w kwestii wina jej zdanie niezmiernie cenię) wcale tym winem zachwycona nie była. Rozmawiałem z kilkoma pracownikami Winestory (Wineonline) i ich zdania również były podzielone. To już kolejny przykład na to, że jakakolwiek ocena wina, niezależnie od tego kto cenzurkę wystawia, jest kwestią mocno subiektywną. Zachęcam zatem do samodzielnych prób, dzielcie się swoimi wrażeniami w komentarzach. Zobaczymy, która grupa jest liczniejsza - ta, która zgadza się z moim zdaniem, czy ta popierająca zdanie mojej żony.

------------------------------------------
Binz+Bratt
Weisser Riesling 2010
Winestory (Wineonline) - 49 zł
Alk. 12%
------------------------------------------

niedziela, 29 stycznia 2012

'r Mesueto Rosso



O tym winie wspominałem już kiedyś pisząc o Super Mario. Wówczas skoncentrowałem się na opisie białego wina ze szczepu vermentino, które podarował mi mój przyjaciel Hubert po powrocie z Włoch. Kiedy rozmawialiśmy o trunku stworzonym na cześć wielkiego Mario, Hubert zapytał mnie jak smakowało mi wino czerwone. Nie bardzo wiedziałem o co chodzi, ale po chwili okazało się, jak wielkim gapą jestem i niewdzięcznikiem przy okazji. Otóż zanim dostałem butelkę Super Mario, Hubert okazał swą hojność wręczając mi 'r Mesueto Rosso - wino od tego samego producenta, produkowane według klasyfikacji IGT (Golfo dei Poeti) ze szczepów canaiolo, ciliegiolo, i sangiovese. Zupełnie mi to wypadło z głowy, za co Huberta  serdecznie przepraszam.

Pijąc je pomyślałem sobie, jak bardzo szczęśliwi muszą być Włosi mając pod nosem takie trunki. Nie żeby 'r Mesueto było wybitne czy pozbawione wad, ale to wino we Włoszech kosztuje mniej więcej tyle, co u nas butelka Carlo Rossi (3-4 euro), a klasą wyprzedza kalifornijską masówkę o kilka długości. Nie znam Włoch, ale przypuszczam, że każdy mieszkaniec Italii, jeśli ma ochotę napić się niedrogiego wina, znajdzie w swojej okolicy dziesiątki, jeśli nie setki niewielkich producentów zaspokajających winne potrzeby lokalnych społeczności. Być może, jak twierdzą niektórzy, postępujące ocieplanie się klimatu sprawi, że i my będziemy mogli cieszyć się hektolitrami win, wyprodukowanymi przez rodzimych, lokalnych producentów. Ale gdy za oknem temperatura spada kilkanaście stopni poniżej zera, wiara w winną przyszłość naszego kraju jest równie żywa, jak cząsteczki wody zastygłe w lodowej skorupie.

' r Mesueto Rosso jest oszczędne jeśli chodzi o aromaty, w smaku nieco bogatsze - bez trudu rozpoznać można fajne suszone śliwki, ale jeśli chodzi o zawartość alkoholu to Rosso jest nadzwyczaj hojne. 13%, które widnieje na etykiecie, to wartość zdecydowanie zaniżona. Ale w ten mroźny wieczór gotów jestem przymknąć oko na wady, dzięki którym trzewia na brak ciepła narzekać nie mogą.

Żeby tylko wino stołowe nie sprawiło, że nad ranem blat stołu będę oglądał od spodu :) 

czwartek, 26 stycznia 2012

Musująca imprezka.

Dawno, dawno temu - to chyba było w zeszłym roku - na spotkaniu typu "przyjdź z własną butelką" pojawili się pełni entuzjazmu ludzie, którzy przynieśli ze sobą wina musujące. Ich entuzjazm wynikał stąd, że byli w takcie rozkręcania interesu opierającego się właśnie na winach lekko musujących określanych jako "frizzante". Miałem wrażenie, że testują nieco pozostałych uczestników spotkania, bacznie przyglądając się tym, którzy właśnie przybliżali do ust kieliszek z musującym płynem. Jakiś czas później na polskim rynku pojawiła się nowa marka win - Frizzante - będąca owocem współpracy polskich zapaleńców z jedną z piemonckich winnic. Skuszony promocją cenową zamówiłem zestaw sześciu win i jeszcze tego samego dnia znalazł się on w moim domu. Wina umieszczone były w kształtce styropianowej, która zapewnia butelkom bezpieczeństwo podczas transportu, ale też dzięki własnościom polistyrenu pozwala utrzymać wina w stałej temperaturze, przynajmniej przez pewien czas. 

fotografia: vinofrizzante.pl


Zestaw składał się z wina białego (bianco), dwóch win różowych (rosato), wina czerwonego (rosso) i dwóch butelek wina wytworzonego z chardonnay wg wymogów piemonckiej apelacji D.O.C Chardonnay.

Wina frizzante określiłbym mianem "imprezowe". Przy ich piciu nie jest wymagana jakaś głęboka kontemplacja, dają one radość właśnie dlatego, że są tłem dla wydarzeń, jakie mają miejsce podczas wspólnej zabawy. Twórcy marki angażują się w promowanie kultury i sztuki, ich wina coraz częściej umilają czas ludziom odwiedzającym muzea i galerie, wydają się wręcz idealne na wernisaże i wystawy.

Przyznam się szczerze, że z winami Frizzante "rozprawiłem" się dość szybko, w czym pomogło rodzinne spotkanie. W trakcie toczących się rozmów wina znikały z kieliszków w zastraszającym tempie. I choć ich smak nie zostawił w mej świadomości wielu śladów, to spotkanie zapamiętałem jako bardzo miłe. Taka widać jest rola tych musujących trunków.

Następny zestaw zamówię sobie latem. Trudno wyobrazić sobie lepszego kompana dla błogiego leniuchowania na skąpanym w słońcu tarasie. 

środa, 18 stycznia 2012

Winne Wtorki #20

Gemischter satz! - zaklął książę po niemiecku, gdyż bardzo dobrze znał ten język. Tak można by sparafrazować słynne przekleństwo z bajki o rozbójniku Rumcajsie biorąc się za opisywanie pewnego rodzaju win, o których istnieniu Star przypomniał niektórym z nas, większości zaś zaimponował znajomością terminu, którego z powodzeniem możnaby używać zamiast nieco bardziej popularnych form wyrażania swego gniewu i niezadowolenia. Ja oczywiście byłem w tej grupie, która nie wiązała tego wyrażenia w jakimkolwiek winem, dziś jednak już mógłbym podjąć próbę zaimponowania wiedzą zarówno znajomym lubiącym sączyć zacne trunki, jak i tym, którzy po napojach mniej szlachetnych upiększają miejskie mury. W tym drugim przypadku byłbym może ciut ostrożniejszy i przed wydaniem okrzyku "Gemischter satz, obszczymurze!" porównałbym postury kandydatów do ewentualnego starcia, a jeśli nie postury, to może chociaż długość nóg.

No, ale cóż to za zwierz, ten gemischter satz? "Z grubsza rzecz biorąc słowa te mówią nam, że grona różnych odmian rosną wspólnie i takoż są dalej przetwarzane" - pisze na swym blogu Piotr i w zasadzie tym krótkim zdaniem wyczerpuje temat. Niemieckie brzmienie terminu bierze się stąd, że tego typu wina są bardzo popularne w okolicach stolicy Austrii, gdzie "w tym systemie prowadzone są najstarsze wiedeńskie winnice". To zaś cytat z nieocenionego przewodnika Wina Europy. Star próbując przybliżyć maluczkim temat tego typu  win sugeruje zerknięcie w stronę win portugalskich i słynącego z Porto regionu Douro. W ursynowskim Leclerku przejrzałem półkę z winami portugalskimi i choć na etykietach/kontretykietach win z Douro można czasem wyczytać z jakich gron wyprodukowano wino, to ich udział jest tajemnicą chyba nawet dla samych winiarzy. Być może ta informacja by się na drobnej naklejce nawet nie zmieściła, ponieważ - tu znów posiłkuję się Winami Europy - stare winnice charakteryzują się chaotycznymi nieraz nasadzeniami nawet kilkudziesięciu szczepów.

Być może na inną skalę, ale tego typu uprawy spotyka się także w Alzacji, a jak się dowiaduję z arcyciekawego wpisu Jongleura - także w Langwedocji.

Szperanie po książkach, wyszukiwanie informacji w internecie, przeglądanie winnych blogów zajęło mnie na tyle, że po pierwsze nie zdążyłem z własnym wpisem na Winny Wtorek, a po drugie nie udało mi się wypić żadnego wina powstałego z tego typu upraw. No może skłamałbym pisząc, że żadnego, bo w wakacje piłem biedronkowe porto próbując wprowadzić trochę portugalskiego słońca do swej świadomości tonącej w mrokach deszczowych dni nad polskim morzem. Ale akurat to wino opisał Piotr, więc jeśli nie potrafię zrobić tego lepiej, to lepiej żebym nie robił tego wcale. Ot, takie domowe zastosowanie brzytwy Ockhama dla usprawiedliwienia własnego lenistwa.

-----------------------------------------
Winne Wtorki # 20 na podniebieniach innych blogerów
-----------------------------------------
Sstarwines #1
Sstarwines #2
Nie zawsze wina/Jongleur
Białe nad czerwonym
Czerwone czy białe?
Książka i wino
-----------------------------------------

piątek, 13 stycznia 2012

Massaya Gold



Na koniec degustacji win libańskich, które miałem okazję wygrać kiedyś w konkursie organizowanym przez Winestory, zostawiłem sobie oczywiście butelkę najdroższą (179 zł) i najstarszą (rocznik 2000). Etykieta z tego rocznika różni się nieco od nowszych, ale sądząc po opisie tego wina na stronie importera mamy do czynienia z winem będącym kupażem o następującym składzie:
50% cabernet sauvignon
40% mourvedre
10% syrah.

Wino przed butelkowaniem nie jest filtrowane, nie dziwi zatem spora ilość osadu, który po tylu latach miał prawo się już wytrącić. Czerwone wina z czasem tracą swój intensywny ciemny kolor, stają się jaśniejsze, mają barwę bardziej ceglastą - nie wiem jak długowieczne mogą być wina tego producenta, ale sądzę że już najwyższy czas, by opróżnić butelkę.

Zgodnie z zaleceniem wino zdekantowałem, co pozwoliło je nieco napowietrzyć i pozostawić osad w butelce. Nieco obawiałem się "bretta", ale w przypadku tego wina nie był to problem. W każdym razie znacznie mniejszy niż w przypadku Silver Selection.

Wino okazało się bardzo smaczne, aromatyczne, owocowe. Sporo suszonej śliwki, odrobina kwaskowatej żurawiny, alkohol wyczuwalny, ale zupełnie nieprzeszkadzający w piciu. Brakuje trochę sprężystości caberneta, ale sądzę, że to już chyba kwestia wieku. To nie muskularny osiłek, a okrzepły już nieco pan w średnim wieku, nadal jednak silny, postawny i wytwornie elegancki.

Ponieważ wszystkie wina z Libanu, jakie miałem w swej kolekcji zostały już wypite, pokuszę się o małe podsumowanie. Dla mnie, jako amatora, najbardziej przypadła do gustu Massaya Classic - bardzo smaczna, łatwa w piciu i przystępna cenowo (49 zł). Silver Selection to wino najtrudniejsze w całym zestawie, ale też dające sporo satysfakcji i niezapomnianych wrażeń (cena: 75 zł). Gold Reserve to wino naprawdę smaczne, ale jeśli miałbym wydać niemal 180 zł za butelkę, wolałbym poszukać młodszego rocznika. Według Wojciecha Bońkowskiego, który miał okazję degustować "libańską trójcę", nowsze roczniki Gold Reserve są znacznie lepsze od poprzednich. Sprawdzę to, jeśli tylko będę miał okazję je dostać.

wtorek, 10 stycznia 2012

Massaya Silver Selection



Po winie Massaya Classic Rouge przyszła kolej na Silver Selection. Jest to kupaż składający się z:
40% grenache
30% cinsault
15% cabernet sauvignon
15% mourvedre.
Skojarzenia z Doliną Rodanu wydają się dość oczywiste, zresztą kontretykieta zdradza dodatkowe informacje - Frederic i Daniel Brunier z Le Vieux Telegraphe maczali w tym projekcie swoje palce.

Zostałem uprzedzony, że wino to będzie lepsze, gdy nieco odpocznie napowietrzone w dekanterze. Rzeczywiście, jeśli będziecie mieli okazję pić to wino, przelanie go do karafki na pewno pomoże. Zanim to zrobiłem, spróbowałem oczywiście odrobinę wina z dopiero co otwartej butelki. Spodziewałem się "aromatów" stajennych, ale zamiast nich wyczułem raczej zapachy zakładu wulkanizacyjnego, do którego dostarczono właśnie partię nowiutkich opon. Na szczęście godzinka czy dwie w dekanterze sprawę załatwiają i pozwalają cieszyć się tym dość oryginalnym winem. Oczywiście trudno je polecić komuś, kto chce szybko wypić wino do obiadu, albo z biegu poczęstować znajomych lampką wina. Tu zawód mógłby być okrutny. Ale jeśli przygotujemy wino odpowiednio wcześniej, może ono zaskoczyć pozytywnie nawet tych, którzy morza wina już wypili. 

wtorek, 3 stycznia 2012

Winne Wtorki #19

Winny wtorek #19 przypada na początek 2012 roku, wielu osobom nie przeszły dolegliwości spowodowane wypiciem nadmiernej ilości musujących trunków. Nie dziwi zatem, że będziemy opisywali dziś wina z bąbelkami. W moim przypadku były to hiszpańskie wina musujące, czyli CAVA. Miałem już okazję pisać o tych niedrogich i przyzwoitych winach musujących przy okazji Winnych Wtorków #14. Oczywiście to mój wybór. Moi koledzy-blogerzy, którzy uczestniczą w projekcie, mają do wyboru znacznie większy zakres win. Szampan, Prosecco, Cava, Franciacorta, być może niemiecki Sekt - wybór jest naprawdę spory.

Oprócz mojego tradycyjnego kłopotu (wspominałem o tym wielokrotnie) z opisywaniem win musujących, tym razem doszedł problem zdrowotny. Ostre zapalenie gardła, którego nabawiłem się tuż po Świętach Bożego Narodzenia, a którego skutki odczuwam jeszcze dziś, nie pozwoliło mi się cieszyć w pełni (ba, raczej wcale) z wypitych win. Ból przełykania był tak okropny, że niewiele pamiętam z degustacji win.

Zacznę jednak od tego, z jakimi butelkami miałem do czynienia.
Były to:
1. Grans Moments - Brut
skład: 35% Macabeo, 35% Xarel-lo, 30% Parellada

2. Campos de Estrellas - Brut
skład: 30% Macabeo, 40% Xarel-lo, 30% Parellada



Obie butelki kupiłem w tej samej cenie - 39 zł, w Winestory.

Czy coś jednak udało mi się zapamiętać? Wina składają się z trzech tych samych szczepów, choć ich udział w winach nieco się różni. Być może dlatego Grans Moments wydało mi się nieco bardziej mineralne, niż Campos de Estrellas, które z kolei wydawało się być bardziej owocowo-kwiatowe, nieco łatwiejsze i atrakcyjniejsze smakowo, trochę landrynkowe, na pewno nie tak eleganckie jak Grans Moments. Tak, czy owak oba warte spróbowania, ja z pewnością uczynię to jeszcze raz, jak tylko gardło wróci do normy.

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO W NOWYM ROKU!!!

---------------------------------------------------------
Winne Wtorki # 19 na podniebieniach innych blogerów:
---------------------------------------------------------
---------------------------------------------------------

wtorek, 20 grudnia 2011

Winne Wtorki #18

O mały włos, a nie "zaliczyłbym" winnego wtorku #18. Wszystko przez to, że jak zwykle za późno wybrałem się na poszukiwania zadanego wina. Tematem jest furmint, który uważany jest za najlepszy szczep węgierski. Byłem przekonany, że wina węgierskie zalegają na półkach każdego winiarskiego sklepu, w dodatku w każdym przedziale cenowym. Wszak Polska jest chyba jednym z największych importerów win węgierskich. Z taką świadomością wybrałem się do "swojego" sklepu, a tu lipa. Nie ma. No to do ursynowskiego Leclerka. Coś jest - przedział 11-16 zł, ale to raczej nie to czego szukałem. Rozeznania w winach węgierskich nie mam żadnego, ale taka cena wydała mi się jednak podejrzana i nie rokująca zbyt dobrze. Co za g..., zirytowałem się i przez myśl mi przeszło, żeby sobie w ogóle odpuścić. Nie miałem już czasu, żeby jechać tam, gdzie sprzedają furminta od kultowego Istvana Szepsy'ego, zwłaszcza że i cena (a mamy okres przedświąteczny, kieszenie są już mocno wydrenowane) była w tym momencie lekko zaporowa. Zajrzałem do dyskontu, którego nazwy miałem ostatnio nie wymieniać i choć tym razem szukałem składników do spaghetti, natknąłem się na furminta za... 9,99 zł. Raz kozie śmierć, wrzuciłem butelkę do koszyka - wszak nie zawsze w Winnych Wtorkach opisujemy frykasy, jeśli będzie słabe to trudno.



Otworzyłem, spróbowałem... spróbowałem raz jeszcze... i jeszcze raz. Jak dla mnie OK. Jak wspomniałem, nie znam się na węgierskich winach i doświadczenia nie mam, ale to półsłodkie wino wydało mi się całkiem smaczne i na pewno pijalne, w smaku przypominało mi trochę gruszki i mirabelki (pewnie za sprawą dość wysokiej kwasowości), w końcówce nawet lekka goryczka. Alkohol wyczuwalny, ale nie w ustach lecz w głowie (może dlatego, że pusta). Następnego dnia miałem wrażenie, że wyczuwam zapach włoskich orzechów i smak marcepanu. Całkiem ciekawie, jak na 9,99 zł.

No i cóż mam powiedzieć? Za te pieniądze pewnie nie można oczekiwać zbyt wiele, ale to co dostałem i tak te oczekiwania przekroczyło. Na usta ciśnie mi się tylko powtarzany (do znudzenia) przy takich okazjach żart: "Dlaczego tanie wino jest dobre? Bo jest dobre i tanie".

I takie też też było to wino.

-------------------------------------------------------
Tokaji Furmint 2010 (Tokaj Kereskedohaz)
Miejsce zakupu: dyskont
Cena: 9,99 zł
Alkohol: 11%
---------------------------------------------------------
Winne Wtorki #18 na podniebieniach innych blogerów:

Czerwone czy białe?
Kontetykieta
Winniczek
Winezine.pl
---------------------------------------------------------



środa, 14 grudnia 2011

Massaya

Czas odpocząć nieco od tych dyskontowych win z Lidla i Biedronki, które ostatnio zajmowały zbyt dużo miejsca w moim "składziku", wszak sieci mianowały swoich ambasadorów wśród blogerskiej braci - chętnie poczytam ich opinie, natomiast sam zajmę się winami, które zamiast cieszyć me podniebienie, niepotrzebnie ustępują miejsca tym, które niekoniecznie na to zasługują.

Na pierwszy ogień pójdzie wino Libanu, choć skojarzenie z ogniem w przypadku tego kraju może nie jest zbyt fortunne.

"Kolejny rok a Liban płonie
Obłędny taniec nad własnym grobem
W imię Chrystusa i Mahometa
Żywe torpedy giną w płomieniach"

Tak kiedyś śpiewał zespół KSU i ilekroć myślę o Libanie słowa te tłuką się w mej głowie. Nie o geopolityce i "świętych" wojnach ma być jednak ten tekst, lecz o winie, butelkę którego wygrałem jakiś czas temu w konkursie Winestory.



Massaya Classic Rouge jest kupażem cinsault (60%), cabernet sauvignon (20%) i syrah (20%). Po raz pierwszy piłem wino, w którego składzie cinsault ma tak duży udział. Szczep ten jest bardzo popularny w Langwedocji-Roussillon, natomiast jego krzyżówka z pinot noir dała najsłynniejszą odmianę uprawianą w RPA, czyli pinotage. Być może to, że naprawdę lubię południowoafrykańskie wina, sprawiło że i Massaya w tym wydaniu była winem, które piłem z przyjemnością.

Co o tym winie możemy wyczytać na internetowej stronie Winestory?

"Massaya Classic Red jest winem pełnym aromatów owocowych. Wyczujemy nuty truskawki, maliny, wiśni i bardzo intrygujące aromaty rajskich jabłek. W ustach jest zarazem pełne i lekkie, krągłe ze świeżym i owocowym finiszem.
Polecamy je do dań kuchni śródziemnomorskiej, potraw pikantnych, a także jako aperitif."

Ja w swoim małym piekiełku rajskich jabłek nie wyczułem, ale pozostała część opisu dość dokładnie oddaje moje odczucia.

Massaya, jak możemy wyczytać w "Winach Europy" to projekt, w który zaangażowani są enolodzy z uznanych posiadłości francuskich, takich jak Angelus, Cheval Blanc i Vieux Telegraphe. Być może jest to kolejny przykład na to, że restrykcyjne francuskie apelacje stają się zbyt ciasnym gorsetem dla utalentowanych winiarzy, którzy swój potencjał wykorzystują w Libanie, ale też w Maroku, Tunezji czy Algierii. Być może właśnie tam należy szukać czegoś ciekawego, w dodatku za przyzwoite pieniądze.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Cimarosa/Viajero

Przypomniały mi się ostatnio początki mojej winnej edukacji. Było to w czasach, kiedy "Lidl był tani" i jego winna oferta była źródłem zaopatrzenia w niedrogie przybory szkolne. Należały do nich wina z różnych stron świata sprzedawane pod marką Cimarosa. Twórcą brandu jest firma Vineris GmbH, której działalność w skrócie polega na tym, że dokonuje selekcji win, które jako Cimarosa trafiają na półki Lidla. Nie są może wybitne, ale łatwo pijalne i rzeczywiście dość tanie, nie pamiętam by te najdroższe kosztowały więcej niż 13,99 zł. Lidl jednak walczy ostatnio w półkę nieco wyższą i coraz częściej w ofercie pojawiają się wina z przedziału cenowego 20-40 zł, choć zdarzają się butelki jeszcze droższe - szampany za 80-90 zł, czy amarone za złotych niemal 78. Kilka dni temu pojawiły się nowości Cimarosy, ale to butelki z innymi już etykietami, kosztujące niemal 25 zł. Z ciekawości kupiłem nowozelandzkie sauvignon blanc rocznik 2011 i muszę powiedzieć, że wino to było naprawdę dobre, za tą cenę - moim zdaniem - świetne. Nieco inaczej ocenił je autor bloga "Białe nad czerwonym", który ma okazję być szczęśliwcem otrzymującym od Lidla promocyjne przesyłki. Smak wina to kwestia gustu, zdążyłem się już przyzwyczaić do tego, że Piotr (który - wspomnę przy okazji - wprowadził mnie w świat win) ma percepcję różniącą się nieco od mojej. Wkrótce pewnie pojawią się w sieci kolejne recenzje tego sauvignon, bo Lidl ma na celowniku kilku (kilkunastu?) blogerów, którym dostarcza wina - zobaczymy jak będą smakowały innym.



Spoglądając na etykietę wina nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że już ją gdzieś widziałem. Stylistyka, typografia wydawały mi się znajome. Sprawdziłem w notkach z przeszłości i odnalazłem chilijskie chardonnay o bardzo podobnej etykiecie, ale sprzedawane w ramach Tygodnia Luksusu pod marką Viajero. I Cimarosa, i Viajero są własnymi markami Lidla, ale zdaje się że wiodącym winnym brandem pozostanie jednak Cimarosa, te same wina, wcześniej sprzedawane jako Viajero, zmieniają nazwę na Cimarosa.

niedziela, 4 grudnia 2011

Winne Wtorki #17

Winne Wtorki #17, czyli moja kolej na ustalenie tematu. Jest nim malbec, w każdej postaci i skądkolwiek, choć muszę się przyznać, że ja mam słabość jednak do tych z Argentyny. Podczas winnych wtorków trochę różnych win się już przewinęło, ale malbeka pijemy po raz pierwszy. Cieszę się, że to ja mogłem zaproponować wina z tego szczepu, bo jak wiedzą uważni czytelnicy tego bloga, wina z malbeka należą do moich ulubionych.



Alfa Crux 2006, o nim mowa w tej notce, to wino wyprodukowane przez Bodegas y Vinedos O. Fournier. Butelkę, którą składam Bachusowi w ofierze z okazji Winnych Wtorków, kupiłem już dawno temu - 15.11.2010, u Mielżyńskiego. Ciekawe, czy jeszcze je sprzedaje? Tam też piłem inne wino Fourniera - Beta Crux, które towarzyszyło całkiem niezłemu stekowi. Jak pisze Andre Domine w swym dziele "Wino" Hiszpan Jose Manuel Ortega Gil-Fournier wraz z innymi inwestorami w 2001 roku otworzył w Uco Valley wytwórnię win naszpikowaną najnowszymi technologiami i wzbogaconą o restaurację. Skoncentrowano się na tempranillo, jednak prawdziwą gwiazdą miał się okazać Alfa Crux Malbec. Wiele sobie obiecywałem po tym winie. Po pierwsze, dość wysoka cena - 146 zł, sugeruje też wysoką jakość, zwłaszcza że Alfa Crux dość szybko zyskał renomę wina wartego uwagi. Po drugie, mój ulubiony szczep. No i po trzecie - długie oczekiwanie na degustację. Kiedy otworzyłem butelkę byłem nieco rozczarowany mocnym aromatem alkoholu, Alfa Crux z roku na rok ma go coraz więcej. Oprócz tego skórzany zapach, kojarzący mi się wyraźnie z zapachem piórnika kupionego w krakowskich Sukiennicach. Trochę nut lakierowych - zero owocu. W ustach gładko i przyjemnie, trochę odbeczkowej wanilli i porzeczki, ale nie czarnej, raczej czerwonej. Nie zachwyciło mnie to wino, żal o tym mówić (nie chcem, ale muszem). Zostawiam zatem jego część na inny dzień, wydaje mi się, że dopiero dobry kawał mięcha będzie potrafił wydobyć prawdziwe oblicze Alfy Crux. Zatem czekam...

-------------
24h później
-------------

Dziś wino mnie zaskoczyło bardzo pozytywnie. O ile nos specjalnie się nie zmienił, to w ustach wino było już zupełnie inne - pojawił się cudowny, niesamowity smak wiśni. Widać wino musiało pooddychać. Zresztą producent na etykiecie zaznacza wyraźnie, że wino potrzebuje dekantera. Wcześniej mi to umknęło. 


-------------
16h później
-------------

Nie wołowy stek, ale kilka kawałków wieprzowej karkówki trafiło w moje ręce. Nie przeszkodziło mi to jednak w tym, by doprawić mięso "specyfikiem do steków", jaki dostałem od mego serdecznego przyjaciela - Tomasza, który spędzał ostatnie wakacje w dalekim Teksasie.

Efekt? Zgodny z przewidywaniem. Malbec + grillowane mięso zawsze musi smakować. A dobry malbec i świeżutkie grillowane mięso to już prawdziwe niebo w gębie.

Podsumowując degustację stwierdzam, że wino Alfa Crux jest naprawdę niezłe. Jednak biorąc pod uwagę jego cenę muszę szczerze powiedzieć, że aż tyle warte nie jest. Beta Crux, Lagarde czy Trivento (GR) potrafią dać jeszcze więcej przyjemności za zdecydowanie mniejsze pieniądze.


------------------------------------------
O.Fournier
Alfa Crux Malbec 2006
alkohol: 14,7%
Mielżyński - 146 zł (15.11.2010)
------------------------------------------ 

------------------------------------------

piątek, 18 listopada 2011

Winne Wtorki #Extra - Beaujolais

W zeszłym roku pisałem już o winach z Beaujolais, że są przez wielu ludzi, zwłaszcza tych, którzy trochę różnych win wypili, traktowane z pogardą. Moim zdaniem niesłusznie. Oczywiście trzeci czwartek listopada jest nie tyle świętem młodego wina, co winnej komercji, ale mi to wcale nie przeszkadza. Wiele osób uważa, a mi ten pogląd odpowiada, że jakość młodego wina z Beaujolais może być próbką jakości win francuskich w ogóle. Dlatego nie stronię od sięgania po BN - tegoroczne wino było, moim zdaniem, lepsze niż te z 2010 roku, a nawet lepsze, od pochodzącego z rocznika 2009, a wiadomo, że rok 2009 był w Beaujolais naprawdę udany.

Moje tegoroczne wino to Domaine Bertrand (www.domainebertrand.fr), pochodzące z apelacji Beaujolais-Villages, która jest apelacją o oczko wyższą, niż Beaujolais. Zaraz po otwarciu zalatywało lekko drożdżami, ale już po chwili zapachy te należały do przeszłości, a do głosu doszły charakterystyczne dla szczepu gamay aromaty wiśni, truskawek i malin. Byłem naprawdę zadowolony z zakupu tego wina, wypiliśmy je z żoną z przyjemnością.
 

Święto Beaujolais Nouveau postanowiłem potraktować jako pretekst do zapoznania się z szerszą ofertą win z tego regionu. Zaopatrzyłem się więc w następujące butelki:

  • Domaine Chataignier Durand (Jean-Marc Monnet) - Julienas AOC - 2009
  • Chateau du Carra (Pellerin Domaines et Chateaux) - Beaujolais-Villages AOC - 2009
  • Mommessin - Julienas AOC - 2010
  • Olivier Bosse-Platiere - Cote-de-Brouilly AOC - 2010
Początkowo chciałem te wina opisać po kolei, każde z osobna, ale wraz z kolejną wypitą butelką dochodziłem do wniosku, że należy potraktować je jako całość. W gruncie rzeczy wina są bardzo podobne do siebie, dominują w nich dokładnie te same aromaty, które wymieniłem pisząc o tegorocznym BN. Najmniej wyraziste wg mnie było wino Mommessin. Bardzo stonowane, ale eleganckie. Chateau du Carra i Olivier Bosse-Platiere atakowały owocowymi aromatami niemal od razu. Domaine Chataignier Durand rozwijało się powoli, zmieniało w kieliszku z każdą poświęconą mu minutą. Było zdecydowanie najciekawsze.




Wina z Beaujolais przyrównałbym do szlacheckiej rodziny, której członkowie może nie są tak wpływowi i znaczący jak członkowie rodzin królewskich, ale nie sposób im odmówić charakteru i dobrych manier. Czy zasługują na pogardę? Z całą pewnością nie. 

Porta Dos Templarios



To wino niczym mnie nie zaskoczyło. Potworna nuda. Owszem, jest smaczne, pije się dobrze, ale nie ma w nim nic ciekawego. Żadnej zadry, żadnego pazura, wszystko gładkie. To nie jest wino do picia, to jest wino do popijania. Podobne wrażenia miałem pijąc (popijając) Monte Velho czy Loios Tinto, pamiętacie - te z biedronkowej promocji. Tyle, że tamte były tańsze. A w promocji po promocji nawet jeszcze tańsze :)

--------------------------------------
Porta Dos Templarios Reserva 2008
Duoro DOC
Touriga Nacional, Touriga Franca, Tinta Roriz
Alkohol: 13,5%

--------------------------------------

środa, 16 listopada 2011

Cyna malina.



Wino Tola otrzymałem w prezencie z rekomendacją, że jest to wino bardzo smaczne. Ja bym powiedział, że wino jest wielce interesujące, a w kontekście mojego niedawnego wpisu o winach regionalnych, dość oryginalne. Białe wino jest kupażem szczepów chardonnay i insolia, a wyprodukowano je na Sycyli jako Indicazione Geografica Tipica. Jaki jest udział poszczególnych szczepów nie wiem. Nie wiem też, co to za szczep, ta insolia. Wino w każdym razie pachnie i smakuje truskawkami, malinami oraz rodzynkami, co wydało mi się trochę dziwne. Nigdy jeszcze nie piłem białego wina o takich aromatach. Kwasowość jest raczej dość niska, zawartość alkoholu za to niepokojąco wysoka (aż 14%). Całość kupy się nie trzyma i dość szybko zaczyna męczyć, szczególnie ten wysoki alhohol. To wino jest chyba wynikiem jakiegoś szalonego eksperymentu winiarza, być może nawet przez niego samego niezbyt docenianego, bo na stronie Vinitola.it próżno szukać informacji na temat tego wina. 

Jeśli macie ochotę je wypić, zróbcie to w szerszym gronie - w pojedynkę możecie się umęczyć.

------------------------------------------------------
Tola
Chardonnay Insolia 2009
Sicilia I.G.T
alkohol: 14%
------------------------------------------------------




Super Mario



Przyjaciel mój - Hubert, podróżując wraz z Karoliną - swoją uroczą dziewczyną po Włoszech w poszukiwaniu winnego El Dorado, trafił do miasteczka Arcola w Ligurii, gdzie Mauro Biassoli na hektarze pięknie położonej ziemi (ok. 150 m nad poziomem morza) uprawia winne krzewy. Produkuje niewiele, raptem 6-9 tys. butelek wina rocznie, a w ofercie ma tylko dwie etykiety 'R Mesueto - białą i czerwoną. Z czerwonych odmian canaiolo, ciliegiolo i sangiovese produkuje wino stołowe, ale perłą w koronie jest białe vermentino produkowane zgodnie z wytycznymi apelacji Colli di Luni (DOC). Z okazji 150. rocznicy zjednoczenia Włoch, ale tak naprawdę to na cześć ojca Mauro - Mario, który w 1970 roku kupił posiadłość, powstało trzecie wino o nazwie "Super Mario". Na kontretykiecie Mauro składa ojcu podziękowania za młodzieńczy humor i radość, jaką wnosi do jego życia. Tego wina Mauro sprzedawać nie chce, nie wiem jakich argumentów użył Hubert, by "wyrwać" je z rąk winiarza. To pewnie sprawka jego uroku osobistego i humoru na miarę padre Mario. Nie wiem też dlaczego postanowił mnie nim obdarować, ale jestem mu za to wdzięczny, bo wino to było naprawdę świetne. Świeże, raczej kwiatowo-mineralne, niż owocowe - "wchodziło" mi i mej małżonce bardzo dobrze. Nawet zbyt dobrze - standardowa butelka była zdecydowanie za mała. Ale może to dobrze, niedosyt sprawił, że wino to zapadnie nam w pamięci na dłużej.

Dzięki, Hubercie!
Dzięki, Mauro!
Niech żyje padre Mario! Super Mario!

--------------------------------------
Super Mario
'R Meseuto
Vermentino 2010
Colli di Luni DOC
alkohol: 12,5%
--------------------------------------