wtorek, 1 czerwca 2010

Kurczak w zieleni.

Korzystając z wolnego dnia, a takich ostatnio wiele nie ma, postanowiłem coś upichcić. Sięgnąłem do książki "Wok", by znaleźć jakąś inspirację i znalazłem w niej prosty przepis na kurczaka w zieleni.

składniki:
  • 2 łyżki oleju
  • 450 g piersi kurczaka, bez skóry i kości
  • 2 ząbki czosnku, wyciśnięte
  • 1 zielona papryka
  • 100 g groszku cukrowego
  • 6 dymek, w talarkach, oraz dodatkowo na przybranie
  • 225 g młodej kapusty, poszatkowanej
  • 160 żółtej pasty z fasoli
  • 50 g prażonych orzechów nerkowca
przepis:
  1. Rozgrzać olej w gorącym woku.
  2. Ostrym nożem pokroić mięso w cienkie paski.
  3. Kurczaka wraz z czosnkiem wrzucić do woka. Smażyć, mieszając, 5 minut, aż mięso będzie usmażone z każdej strony i zacznie się rumienić.
  4. Ostrym nożem usunąć nasiona z papryki, po czym pokroić ją w cienkie paski.
  5. Do woka z mięsem dodać groszek cukrowy, dymkę, paprykę oraz kapustę i smażyć, mieszając, kolejne 5 minut.
  6. Dodać żółtą pastę z fasoli i podgrzewać około 2 minut, aż sos zacznie bulgotać.
  7. Gotową potrawę posypać prażonymi owocami nerkowca, po czym zdjąć wok z ognia.
  8. Potrawę rozłożyć na talerzach, przybrać dymką i podawać od razu.
Smacznego!

Po posiłku otworzyłem butelkę La Croix Belle "Le Champs des Lys" - mieszankę szczepów Grenache, Viognier oraz Sauvignon i Chardonnay. Bardzo udane wino, w którym oprócz moreli i brzoskwini pojawia się delikatny niuans pieczarkowy, za który pewnie odpowiadają jakieś drożdże. Gorąco polecam.

poniedziałek, 31 maja 2010

Czerwień namiętna.

Nie pamiętam, czy już o tym wspominałem wcześniej, ale utwierdzam się w przekonaniu, że malbec pretenduje do miana mojego ulubionego szczepu. Butelka argentyńskiego “Miamor” (Finca Pasion), choć może nie zachwycająca ale na pewno bardzo dobra, trafiła dokładnie w mój gust. Uwielbiam aromat suszonych śliwek i jakiejś takiej “przydymionej” konfitury. To co mnie zadziwiło to czerwony plastikowy korek. Do plastikowych korków jestem przyzwyczajony, nie odstraszają mnie wina nimi zamknięte, uważam je zresztą za sukces inżynierii materiałowej. Kolor plastiku zwykle przypomina korek naturalny, a tu niespodzianka - czerwień. Rzut oka na etykietę, której elementem jest serduszko w tym właśnie kolorze i wszystko jasne. Producent ponadto twierdzi, że wino dobrze kojarzy się z mięsami z grilla i … namiętnym towarzystwem. Pieczonego steku nie jadłem, reszta wydaje się być prawdą :)

czwartek, 13 maja 2010

Rocznik 2009 i cała reszta.

Nie wiem czy sławne wina są dobre, ale chciałbym ich kiedyś spróbować. Oczywiście kiedyś w odległej przyszłości, kiedy będę już nieprzyzwoicie bogaty. Teraz tylko mogę pomarzyć, zarówno o bogactwie, jak i o winie. Kilka ostatnich roczników (po 2005 roku) win z Bordeaux było podobno takich sobie, o czym wspominam powołując się na winnych ekspertów. Kryzys ekonomiczny dodatkowo wymusił obniżki cen, przez co zapewne wina stały się przystępniejsze, co nie znaczy w zasięgu ręki i portfela przeciętnego mieszkańca naszego kraju. Mimo to można było mieć jakąś nadzieję na tańsze zakupy. Tymczasem rocznik 2009 dla Bordeaux zapowiada się znakomicie. Pan Parker tak powiedział, a to oznacza, że tak ma być. Czy producenci ustalą cenową poprzeczkę tak wysoko, że przeskoczyć ją będzie można tylko za pomocą kredytowej tyczki? Jeden miły wieczór i kilka miesięcy spłacania wysokich rat? Kto kupi najlepsze wina i za ile? Raczej nie my, zwykli śmiertelnicy. Przynajmniej nie te najlepsze. Można sobie łatwo wyobrazić, że błyskawicznie rosnący w Azji popyt na wina francuskie (szczególnie modne w Chinach) będzie windował ceny sławnych win do niespotykanych poziomów. Nowi milionerzy z Chin i Indii opróżnią francuskie winnice zostawiając w bordoskich i burgundzkich beczkach  azjatyckie dolary. A że mają ambicję... Oj, nie będzie łatwo napić się wina z najlepszych bordoskich winnic.

Cóż robić? Przede wszystkim się nie martwić i mieć z tyłu głowy starą maksymę, którą przypomniał Tomasz Prange-Barczyński w najnowszym numerze Magazynu Wino - "W dobrym roczniku kupuj wino od wszystkich, w słabym - tylko od najlepszych". Jeśli więc rocznik 2009 będzie (jak się mówi) najlepszym rocznikiem dekady, możemy być spokojni o inwestycje w wino. I to na każdym poziomie cenowym.


Ja konsekwentnie szukam swojego miejsca w świecie wina, chętnie próbuję różnych szczepów z każdego niemal zakątka świata, nie ograniczam się do win tylko drogich, sięgam również po te całkiem tanie. Pijam coraz więcej win białych, które wcześniej traktowałem niezbyt poważnie. Jak się okazuje błędnie, bo białe wina znacznie częściej dają mi pełne zadowolenie z wypijanego trunku, niż ma to miejsce w przypadku win czerwonych.

Balducci Rose 2008 - przyjemne, niezobowiązujące wino, nie razi, nie urzeka, w sam raz na miłe popołudniowe posiedzenia na słonecznym balkonie.

Jacob's Creek Shiraz Cabernet 2007 - kupiłem to wino z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że jest z Australii, choć wiele nie można się spodziewać po produkcie stosunkowo niedrogim (26 zł), typowo przemysłowo-supermarketowym. Po drugie, w zestawie był całkiem fajny otwieracz, przyda się na wyjazdy. Chyba, że znów zapomnimy zabrać otwieracz na wakacje i wrócimy z nich z nowym.  W każdym razie, choć wino nie było złe, to bardziej się cieszę z tego otwieracza :)


Cimarosa Shiraz Cabernet Sauvignon 2009 - wino za niewielkie pieniędze dające wielką radość. Jeśli macie ochotę pójść do sklepu i wyjść z niego z kartonem wina, to polecam akurat ten produkt. Bynajmniej nie zrujnuje kieszeni (karton 6 sztuk - jakieś 72 zł), a pozostawia po sobie wrażenia lepsze niż niejedno, znacznie droższe wino. Przelejcie wino do karafki i rozkręćcie przyjemną imprezkę za psi grosz.



Dona Consuelo Cabernet Sauvignon Reserve 2005 - Chyba najciekawszy z tych wszystkich ostatnio pitych cabernet'ów, choć przyznać trzeba, że i najdroższy (ok. 38 zł). Nieco cierpki, taniczny, ale przyzwoity, szczególnie polecam do posiłku.

Tak się złożyło, że wypiłem kilka win z odmiany cabernet i każde było zupełnie inne, tak więc szczep ten nadal pozostanie dla mnie pewną zagadką, bo choć wydaje mi się, że już całkiem dobrze potrafię go rozpoznać, to z każdym kolejnym winem potrafi zaskoczyć nowym obliczem. Wciąż nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy mogę uznać ten szczep za jeden z moich ulubionych, czy nie. 


Na koniec moje pierwsze spotkanie z Pinot Blanc (Eva Liebe, Alzacja, 2008). Niezłe wino, choć mnie nie zauroczyło. Nie mam porównania z innymi winami, nie wiem czy mu czegoś brakuje, a może wyróżnia się czymś niezwykłym. Jak mi wpadnie w ręce jakiś Pinot Blanc od innego producenta chętnie spróbuję dla porównania.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Życie toczy się dalej...

Długie żałobne dni skumulowały się w całe dwa tygodnie, podczas których nie napisałem nic na swoim podróżniczym blogu. Cóż, wyprawę, którą wszyscy mamy wciąż w pamięci najlepiej chyba przemilczeć, pozwolić czasowi zaleczyć rany, wszak życie toczy się dalej. Świadomość tego, że życie może skończyć się tak nagle potęguję chęć przeżywania go jak najintensywniej. Zatem w oczekiwaniu na prawdziwą podróż, która z racji pojawienia się małego Tomka oddaliła się nieco w czasie, eksploruję nieustannie świat win, co, biorąc pod uwagę kierunki, z których pochodzą poszczególne butelki i wykorzystując odrobinę wyobraźni, jest nie mniej pasjonujące i daje wcale nie mniejszą radość.

Przede wszystkim z radością chciałbym oznajmić, że na tym etapie winnej edukacji, na którym się aktualnie znajduję, przestałem zajmować się poszukiwaniem poszczególnych nut zapachowo-smakowych, a skoncentrowałem się na poszukiwaniu stylów win, które mi odpowiadają.



Podróż rozpocząłem od USA, a dokładniej Kalifornii. Turn Stone 2006 i Twisted Zin 2006 - dwa zinfandele, które były raczej takie sobie, trochę mnie zniechęciły do tego typu win. Ich budowa opierała się głównie na alkoholu, wartości podane na etykietach (12,5% i 14%) były z pewnością wartościami minimalnymi i, moim zdaniem, raczej zaniżonymi. Alkohol dominował, nie był w żaden sposób zrównoważony innymi elementami struktury. Wina te musiały mieć w sobie jeszcze "tajemne coś", po czym męczyła mnie zgaga, co jest o tyle dziwne, że zazwyczaj nie cierpię na tego typu dolegliwości.


Postanowiłem zatem dać sobie spokój z zinfandelami (przynajmniej na jakiś czas), chyba że ktoś potrafi zaproponować mi dobre wino z tego szczepu.


Z Kalifornii przemieściłem się do Włoch, gdzie czekała na mnie valpolicella. Miała rację Ewa Wieleżyńska pisząc niezbyt pochlebnie o tym szczepie na swoim blogu . Zapewne valpolicella może być dobra - do takiego wniosku doszła też autorka tekstu - pod warunkiem jednak, że producent jest uznany i naprawdę wie, jak wyprodukować niezłe wino. W każdym razie moja butelka nie należała do tych nazbyt szlachetnych, zanotowałem jednak nazwę tego wina, aby nie kupić go w przyszłości.


Włochy opuściłem więc w pośpiechu, choć jak się później okaże nie na długo. Od rodziców otrzymałem w prezencie butelkę kalifornijskiego chardonnay (Sutter Home) z 2003 roku(!), które naprawdę dobrze smakowało, zarówno mnie, jak i moim gościom. Słowo daję, jeśli zobaczę je gdzieś na sklepowej półce - będzie moje!


No i cóż, wspomniany wyżej powrót do Włoch. Tym razem był to Merlot z regionu Veneto (Garda, Monte del Fra). Wino to z pewnością pozostawiło po sobie lepsza wrażenia niż opisana wcześniej Valpolicella, ale nie na tyle dobre (to tylko moje zdanie), żeby je jakoś specjalnie chwalić.


I znów dałem nogę z Włoch, szybciej niż myślałem, pozostałem jednak na kontynencie. Pinot Noir z Burgundii. Po etykiecie widać, że niezbyt szlachetny, raczej popularny, choć jednak dość drogi (ok. 60 zł, Kangurek). No, ale burgundzkie wina do tanich nie należą i sam nie wiem, czy nie lepiej poszukać sobie win z innych regionów Francji, które mniej drenują kieszeń a jakością nie ustępują winom z Burgundii. Oczywiście nie męczyłem się pijąc to wino i do zmęczenia było raczej dalej, niż bliżej, ale nie znalazłem w tym trunku nic, co kazałoby wrócić do sklepu po kolejną butelkę "burgunda".


Nie cofam się jednak do Włoch, nie tak szybko. Podążam do Hiszpanii, gdzie czeka na mnie Cerro Bercial Crianza 2006. Wino od Marka Kondrata okazało się dość dziwne. Po otwarciu czuć było dość intensywny zapach korka, który ulatniał się po jakichś 30 minutach. Wówczas wino zmieniało się nie do poznania i było naprawdę smaczne. Co ciekawe, lepiej się je piło, gdy miało wyższą od "nominalnej" temperaturę. Tym razem nabrałem przekonania, że 40 zł wydane na wino nie było złą inwestycją, co więcej chciałbym jeszcze powtórzyć degustację tego kupażu szczepów tempranillo i bobal.


Wracam z powrotem do Włoch. Le Morge Montepulciano d'Abruzzo 2003. No nareszcie coś, co mnie nie rozczarowało. Wino to kupiłem w sieci Leclerc zachęcony rocznikiem. Montepulciano z roczników 2007 czy 2008 zalegają sklepowe półki, ale rocznik 2003 widziałem tylko raz. Cena - 25 zł - też okazała się kusząca. Otworzyłem butelkę, spróbowałem i wiedziałem, że chcę więcej. Niestety, gdy wróciłem do marketu, miejsce w którym stało to wino, świeciło już pustkami. Szkoda. Co ciekawe, podany na etykiecie adres internetowy producenta był nieaktywny, natomiast na stronie importera nie było informacji na temat tego wina, w ogóle nie było informacji dotyczących win. Dziwne.


No i skok za siedem mórz, aż do Nowej Zelandii. Białe wina Sauvignon Blanc z tamtego regionu rządzą. Riverstone z 2008 i Silverlake z 2009 są naprawdę świetne. Wcześniej już piłem Silverlake z 2008 (doskonałe wino) i byłem ciekaw rocznika 2009. Wino również okazało się bardzo dobre, ale bardziej do gustu tym razem przypadł mi Riverstone.


Oba wina jednak polecam, można brać je w ciemno, choć ich cena może też nieco odstraszać.

Czas pożegnać Nową Zelandię i powitać Chile. Sunrise Cabernet Sauvignon 2008 pochodzi od znanego producenta Concha y Toro. Wino dość tanie w zakupie okazało się wyjątkowo smaczne i przyjazne memu podniebieniu. Spodziewałem się trunku raczej cierpkiego, pożeczkowatego o nieco chemicznym zapachu, a tu niespodzianka - łagodne, pełne owocu gładkie wino z nutą wanilii, które nie męczy i potrafi umilić wieczór.

sobota, 10 kwietnia 2010

Kondolencje

Szczere wyrazy współczucia dla rodziny prezydenta i pozostałych ofiar tej niewyobrażalnej katastrofy, która wydarzyła się dziś o 8.57 w Smoleńsku. Trudno sobie wyobrazić ogrom dzisiejszej tragedii, trudno przyjąć do świadomości, że zginęło tylu ludzi, którzy poświęcili swe życie dla dobra naszego kraju. Jakaż to obrzydliwa ironia losu, że Ci którzy chcieli uczcić pamięć ofiar katyńskiej zbrodni w hołdzie oddali własne życie.

Strasznie mi smutno...

środa, 7 kwietnia 2010

Cudze chwalicie...


No i wróciłem z dalekiej podróży... Upłynął miesiąc (chyba nawet półtora) odkąd zamknąłem przed samym sobą swoją "piwniczkę" i choć sukcesywnie ją zapełniałem nowymi trunkami, była dla mnie zupełnie niedostępna. Nie powiem, pokusa sięgnięcia po którąś z butelek była niemała, z każdym dniem alkoholowego oddalenia coraz większa, jednak wytrwanie w postanowieniu (niezależnie od motywów jego powstania) sprawiło mi wiele radości. Ustalenie jakiegoś celu, a potem konsekwentne do niego dążenie wyrabia w człowieku jakąś taką dyscyplinę, której utrzymanie daje wiele satysfakcji. Jak pamiętacie powodów mojej wstrzemięźliwości było kilka. Głównym oczywiście było oczekiwanie przyjścia na świat Tomka, mojego synka. Drugim w kolejności "odpoczynek" od nazbyt intensywnej edukacji winnej, której dość szybkie tempo przekraczało możliwości mojej ograniczonej percepcji i było przyczyną stresu blokującego ideę poznania.

Koniec mojego postu, który zbiegł się w czasie z zakończeniem świąt wielkanocnych i wyczerpującego maratonu w pracy, postanowiłem uczcić butelką trunku z Winnic Jaworek. Butelkę chardonnay/auxerrois od tego producenta kupiłem kilka miesięcy temu, minęło zatem trochę czasu nim ją odkorkowałem, ale wydając na nią niemałe pieniądze wiedziałem, że wypiję to wino dopiero przy jakiejś wyjątkowej okazji. Czyż może być lepsza okazja niż narodziny oczekiwanego dziecka? Dużo czytałem o tym winie, opinie wyrażane przez znawców win i ludzi z branży były najczęściej bardzo entuzjastyczne, moja ciekawość i oczekiwania były zatem dość wygórowane. Bałem się rozczarowania, ale prawdę mówiąc byłem zachwycony. Wspaniały bukiet przywodzący skojarzenia z jabłkiem i gruszką zachęcał do szybkiego spróbowania trunku, który okazał się naprawdę wyśmienity. Końcówka przypominała mi świeżą brzoskwinię, co również mi się bardzo podobało. Producent na etykiecie pisze: "Fermentacja w nowej, francuskiej beczce wzbogaciła wino o nuty wanilii i karmelu." Jeśli tak, to chyba nieznacznie, ja w każdym razie mogłem wyczuć karmel, ale to był niuans, którego wychwycenie wymagało ode mnie sporego zaangażowania. Mam nadzieję, że nie była to tylko moja wyobraźnia.

Podsumowując muszę uznać swój powrót do świata win za bardzo udany. Ogromnie się cieszę, że trunek który mnie powitał pochodzi od polskiego producenta. Życzę sobie i innym miłośnikom wina, by takich rodzimych produktów było w Polsce jak najwięcej.

sobota, 27 marca 2010

Historia pewnych wakacji...

Wakacje, a zwłaszcza wakacje na jakiejś południowej wyspie, zawsze wprawiały mnie w dobry nastrój. Jeśli dodać do tego niezłe musujące wino wypite na skąpanym w słońcu balkonie, dobry nastrój potrafi się zmienić w pełne żaru szaleństwo, które dobrze służy realizacji ustalonych życiowych planów, w normalnych warunkach przekładanych w nieokreśloną przyszłość.


Pozornie niewinne odkorkowanie butelki hiszpańskiego Delapierre, zapoczątkowało ciąg wydarzeń, w efekcie których na świecie, choć w innej - już kontynentalnej jego części, pojawił się nasz synek. Tomasz urodził się 13 marca, siłami natury, a właściwie dzięki ponadnaturalnemu wysiłkowi mojej żony, bo chłopak mały nie był: 4640 gramów wagi i 59 cm długości zrobiło wrażenie na nas i osobach odbierających poród. Na szczęście nie trwało to długo, w niecałą godzinę było po wszystkim.

Po kilku dniach wszyscy byliśmy już w domu. Na Tomka czekało jego łóżeczko...

... na moją żonę kwiaty i szampan...

... a na mnie prezent w moim ulubionym sklepie z winami.

wtorek, 2 marca 2010

Johnson 2010

"Przewodnik po świecie win" Hugh Johnson'a na rok 2010 właśnie do mnie dotarł, co cieszy mnie tym bardziej, że amerykański Amazon podał datę 18. marca jako prawdopodobny termin dostawy. Książeczka dotarła niemal 3 tygodnie wcześniej, co dla mnie oznacza tyle, że będzie aktualna o te 3 tygodnie dłużej.
:)
Kilka dni wcześniej listonosz doręczył polskie wersje przewodnika na 2002 i 2003 rok, które udało mi się zdobyć na aukcji internetowej. Oba egzemplarze są w świetnym stanie, podobnie jak ten z 2005 roku. Najgorzej zachowany jest przewodnik na rok 2004, ale nie ma się czemu dziwić, skoro znalazłem go w kałuży pod kołem mojego samochodu. Brakuje mu też obwoluty, ale cóż, dziecko pierworodne, nawet jeśli nie jest doskonałe, kocha się najbardziej.

niedziela, 28 lutego 2010

Dyspensa

Ostatnia degustacja win w "moim" ursynowskim sklepie była wydarzeniem ze wszech miar udanym i pozostawiła w mojej świadomości wyłącznie pozytywne wrażenia.

Zadowolony jestem przede wszystkim z tego, że w ogóle w niej uczestniczyłem, zważywszy na to, o czym wspomniałem w poprzednim wpisie. Była to swego rodzaju dyspensa, a używam tego religijnego terminu świadomie i nie bez przyczyny, postanowiłem bowiem przeciągnąć okres abstynencji aż do świąt wielkanocnych. Znajomi pukają się w czoło, wywijają coś palcem w jego okolicy i twierdzą, że zgłupiałem do reszty. Wiążą ten fakt oczywiście z postem, bo okres bezalkoholowy wpisuje się całkowicie w czas owej pobożnej praktyki. Moje intencje, jak pamiętacie, były nieco inne, ale jeśli wyjdę na dewota, to trudno. Mogę w tym momencie co najwyżej zacytować klasyka z numerem 007 i rzec tak: "szczerze mówiąc mam to w dupie". Moje relacje z Najwyższym wybiegają poza instytucjonalne schematy i na tym pragnę zakończyć wielkopostny wątek.

Wracając do samej degustacji muszę wspomnieć, że próbowaliśmy tym razem win z Chile, a dokładniej win pochodzących od jednego producenta: Viña Estampa. Byłem ciekaw tej degustacji, ponieważ Estampa jest także odpowiedzialna za markę "Ticket to Chile", z którą miałem już do czynienia. Opisywałem w którymś z wcześniejszych postów wrażenia, jakie wywarł na mnie kupaż Syrah/Cabernet Sauvignon. Wkrótce potem myślałem, że dam sobie spokój z tym winem, a tymczasem to ono nie daje mi spokoju i jestem przekonany, że będę musiał zmierzyć się z nim po raz kolejny, kto wie, może nawet nie ostatni. Pierwszym winem, jakie tego wieczoru trafiło do kieliszków i naszych podniebień było chardonnay, właśnie spod znaku Ticket to Chile. Byłem mile zaskoczony pierwszym doznaniem, ale koniec już taki miły dla mnie nie był, miałem wrażenie, że owoc spływa do gardła, ale alkohol mocno jeszcze trzyma się języka. Na etykietach kolejnych butelek pojawiła się już nazwa Estampa i były to:
  • Estampa Rose Cabernet/Syrah 2008
  • Estampa Carmenere/Merlot 2008
  • Estampa Reserve Carmenere/Cabernet Sauvignon/Cabernet Franc 2007
  • Estampa Reserve Syrah/Viogner 2008
Pierwsze dwa mnie nie porwały, za to dwa ostatnie to naprawdę wina do których warto wrócić i mam nadzieję, że wkrótce (czyli zaraz po "poście") to uczynię. Po raz pierwszy chyba, może drugi, wyszedłem ze sklepu nie kupując ani jednej butelki prezentowanego wina, ale miałem ku temu dobry powód, wspomnę o nim pod koniec dzisiejszego tekstu.

Tymczasem chciałbym powiedzieć o kolejnej niespodziance, która była zaskoczeniem dla wszystkich uczestników spotkania. Ponadprogramowym winem, jakie próbowaliśmy, był kupaż Cabernet/Merlot z rocznika 2008 stworzony przez Winnice Jaworek. Wino zaskakujące, warte spróbowania, warte kupienia. Jedna z osób goszczących na spotkaniu stwierdziła, że Polacy wyprodukowali coś, co z czystym sercem można nazwać winem, a nie produktem winopodobnym. Mnie osobiście to wino bardzo się podobało ze względu na interesujący intensywny aromat i oryginalny, bardzo ciekawy smak. Uważam, że warto obserwować i próbować to, co produkują Winnice Jaworek. Mam nadzieję, że aparat administracyjny państwa nie zabije u polskich producentów chęci tworzenia win i wkrótce będziemy mogli cieszyć się rodzimymi trunkami, wypijając je bez poczucia obciachu i zażenowania.

Teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego nie kupiłem żadnego z prezentowanych win. Nie dlatego, że mi nie smakowały, albo nie były warte swojej ceny. O nie. Po prostu już kilka dni wcześniej postanowiłem, że tym razem kupię coś naprawdę specjalnego, coś czym będę mógł się delektować, coś czym będę mógł uczcić narodziny mojego synka. Postanowiłem kupić butelkę Vieux Telegraphe Chateauneuf du Pape rocznik 2006. Mam nadzieję, że dokonałem właściwego wyboru. A tak przy okazji, to kolejna niespodzianka, do swojego zakupu, jako bonus, otrzymałem butelkę włoskiego merlota z regionu Veneto.

To był naprawdę miły wieczór pełen niespodzianek.

piątek, 19 lutego 2010

Pauza

Kilka lat temu robiłem kurs na prawo jazdy. Pamiętam, że byłem mocno spięty, a regularne, niemal codzienne jazdy autem tego napięcia nie rozładowywały. Po zakończeniu kursu nie zapisałem się na egzamin, ponieważ zbiegło się to w czasie z narodzinami mojej córki i głowę miałem zajętą zupełnie innymi rzeczami. Po dwóch miesiącach zapisałem się na jazdy doszkalające, żeby przypomnieć sobie wszelkie drogowe manewry i ze zdumieniem odkryłem, że prowadzenie samochodu wcale mnie nie stresowało, za kółkiem czułem się bardzo swobodnie. Najwyraźniej wraz z upływem czasu wszystko, co dotyczyło jazdy samochodem, ułożyło mi się w głowie i stało się naturalnie proste.

Doświadczenie to mam zamiar wykorzystać w mojej winnej edukacji. Postanowiłem zrobić kilkunastodniową, a może nawet kilkutygodniową pauzę. Jest ku temu dobra okazja, wkrótce ma przyjść na świat nasz synek, a dopóki to nie nastąpi powinienem być "pod parą" i "na chodzie", co oznacza zero alkoholu w organizmie.

Mam nadzieję, że jak wszystko szczęśliwie się zakończy, Tomek będzie już z nami, a ja otworzę butelkę wina - będę rozumiał wszystkie słowa, którymi do mnie przemówi. Słowa, które nie będą mnie już więcej  stresowały.

Robię zatem pauzę i zapominam na chwilę o wszelkich degustacjach tego niesamowitego trunku. Pogrążę się za to w winnej lekturze, której w ostatnich miesiącach trochę się nagromadziło. 


środa, 17 lutego 2010

Merlot, cabernet i mała rewolucja.

Degustacja mieszanek Cabernet Sauvignon/Merlot, zorganizowana przez ursynowski sklep Winestory dostarczyła mi pewnych refleksji i spostrzeżeń, którymi chciałbym się z czytelnikami podzielić.

1. Starałem się podsłuchać, co inni uczestnicy spotkania sądzą o degustowanych winach, porównać to do opinii prowadzącego i zestawić z moimi własnymi wrażeniami. Większość zaproszonych gości zgadzała się z odczuciami, którymi dzielił się Piotr, co wprawiło mnie w pewien niepokój, bo najczęściej nie pokrywało się to z moimi osobistymi doznaniami. Na szczęście byli też i tacy, którzy mówili co innego, niż Piotr, a fakt ten humor mój poprawiał, choć nie całkowicie - ich opinie różniły się również od moich. Trzeba zatem zawierzyć starej prawdzie, która mówi, że pić należy te wina, które smakują tobie, a nie te, które podobają się innym. Oceny innych należy traktować jak indywidualny, odmienny dla każdego punkt widzenia, nie zaś jak wyrocznię - jedyną i zawsze słuszną - starej wiedźmy Ple Ple. 

Najważniejsze są własne doświadczenia, ale o tym już chyba kiedyś pisałem, więc nie będę rozwijał tego wątku.

2. Czy miejsce i czas degustacji ma wpływ na ocenę wina? Chyba tak. Tak mi się wydaje. Podczas spotkania próbowaliśmy bordoskiego wina Bois de Roc, które piłem już wcześniej, choć moja butelka pochodziła z rocznika 2006, ta w sklepie zaś z 2007 roku. Cechą charakterystyczną degustowanego wina był specyficzny aromat, przywodzący na myśl pełną naturalnych zapachów stajenkę, które nie u każdego pozostawiają miłe wspomnienia. Byłem nieco zaskoczony, ponieważ wino z mojej butelki, wypite w domu, miało zupełnie inny bukiet i zupełnie inny smak. Może to właśnie wpływ miejsca, czasu, towarzystwa, nastroju? A może jednak samego wieku wina? Czy poszczególne roczniki mogą się różnić tak wyraźnie? Na naszym kontynencie jest to bardzo prawdopodobne. Peter Hellman z działu wina The Wall Street Journal twierdzi, że wina francuskie, czy europejskie w ogóle, są silnie uzależnione od pogody i że to właśnie ona (a nie działania rozleniwionych winiarzy) determinuje jakość win. Według niego rocznik 2007 był całkiem niezły, o niebo lepszy od 2006, ale w żaden sposób nie może równać się z rokiem 2005, wielce łaskawym dla europejskich winiarzy.

I cóż z tego, skoro mi przypadło do gustu właśnie to z rocznika 2006.

3. Po raz pierwszy kupiłem “Magazyn wino” - dwumiesięcznik poświęcony kulturze wina w Polsce. Wcześniej jakoś nie miałem okazji nawet go przejrzeć. Pismo jest ładnie wydawane, papier i format przypominają mi “Pozytyw”, który zniknął już dawno temu z rynku, a szkoda, bo był to najlepszy magazyn fotograficzny w Polsce. Mam nadzieję, że taki los nie spotka “Magazynu wino”. Byłoby szkoda. Na jego łamach (grudzień 2009) znalazłem garść informacji i opinii na temat twórcy wideobloga TV.WINELIBRARY.COM Gary’ego Veynerchuka. Okazało się, że osoby budzącej w redakcji pisma pewne kontrowersje, jeśli porównać teksty pani Ewy Wieleżyńskiej i pana Andrzej Daszkiewicza. W pamięci utkwił mi dość agresywny, w mojej opinii, artykuł pani Ewy na temat niecodziennych wyczynów Gary’ego. Z jednej strony konfrontacja tradycyjnej krytyki winiarskiej z nowoczesnym sposobem mówienia o winie, z drugiej zaś wyraźnie negatywna ocena samego człowieka. Oczywiście, widać gołym okiem niedostatki i błędy realizacyjne programu Veynerchuka, nerwowe, nieznośne drgania kamery, gdy tylko zdjęta zostanie ze statywu, amatorskie pseudo-studio telewizyjne, kiepskie światło itd. Można się zgodzić z twierdzeniem, że jego opisy win są monotonne, podobne do siebie i “pozbawione osobistej nuty”, można krytykować jego wystąpienia pod względem merytorycznym, ale pastwienie się nad ekspresyjną gestykulacją “jakby miał ADHD” czy nazywanie go pajacem wielbiącym futbol amerykański i stroniącym od książek wygląda na jakąś osobistą wojenkę w małym światku. Nie wiem, czy Gary jest rewolucjonistą, nie wiem czy jest w stanie rzeczywiście zmienić świat wina, ale trudno nie zauważyć ogromnej pasji i radości czerpanej z tego, co robi. Widać gołym okiem (no właśnie, widać), że wino go “kręci”, nawet “grzmoci”, a że przy okazji potrafi sprytnie zareklamować kilka butelek ze swojego sklepu, to już zupełnie inna sprawa. Sklep daje mu zarobić na chleb, show przynosi zaś rozgłos, może nawet sławę? Nie widzę w tym nic złego, to jego sposób na życie. Wideo nie zabiło kina, Internet nie uśmiercił prasy, jestem też pewien, że program Gary’ego nie unicestwi winiarskich krytyków “obgryzających nad kieliszkiem swój ołówek”. Pani Ewo, bez obaw!

czwartek, 11 lutego 2010

Jajko czy kura?


Prawdę mówiąc nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy na dobre rozpoczęła się moja przygoda z winem. Najprawdopodobniej wtedy, gdy dostałem w “swoim” sklepie zaproszenie na degustację win, która tak mi się spodobała, że postanowiłem uczestniczyć aktywnie w kolejnych spotkaniach. Tak to się chyba zaczęło, ale wydaje mi się, że zwiastunem winnych eksploracji była niewielka książeczka Hugh Johnson’a “Przewodnik po świecie win 2004”, którą znalazłem na parkingu pod kołem mojego samochodu. Nieco mokra, lekko podniszczona wylądowała w bagażniku auta i przeleżała kilka miesięcy w jego czeluściach. Szukając czegoś w kufrze znów się na nią natknąłem, a ponieważ była już sucha, zabrałem ją do domu. Okazała się znaleziskiem naprawdę cennym - niewielki, kieszonkowy format pozwala nosić ją wszędzie ze sobą, by w odpowiednim momencie służyć pomocą. Czasem w sklepie, innym razem podczas rozmowy o winie, potrafi też umilić podróż środkami komunikacji miejskiej.

Książeczka ta wydawana jest co roku, polską wersję sponsoruje Plus GSM, lecz nie widziałem jej na rynku, sądzę raczej, że jest rozdawana wybranym klientom tej sieci komórkowej. Dzięki popularnemu serwisowi aukcyjnemu udało mi się zdobyć za niewielkie pieniądze wydania na lata 2003 i 2005. Najświeższe, oryginalne wydanie na rok 2010 zamówiłem już w USA, za pomocą Amazon.com. Ta wersja niestety nie była zbyt tania (zwłaszcza po doliczeniu kosztów transportu), na domiar złego muszę jeszcze na nią trochę poczekać. Niemniej jednak, jeśli któryś z czytelników mojego bloga dysponuje w miarę świeżymi, polskimi wydaniami przewodnika, to proszę o kontakt, chętnie odkupię dobrze utrzymany egzemplarz. Oczywiście za rozsądne pieniądze :).

niedziela, 7 lutego 2010

Trudny tydzień.

Nie pisałem już od ponad tygodnia, a tydzień ów był dziwny, pełen zwrotów akcji, zaskoczeń, zdarzeń przykrych i tragicznych. Chociaż wszystko to działo się raczej gdzieś obok, to jednak w pewnym sensie dotykało także i mnie. Przy tym wszystkim pisanie o winie wydaje się nieistotną błahostką, samo zaś degustowanie trunków nie sprawiało mi żadnej niemal przyjemności, odbywało się na raty (interwencje wydziału wewnętrznego), wrażenia nie pozostawały na długo w pamięci i nie wiem sam, czy będę je w stanie wiernie odtworzyć. Ale postaram się.

Kontynuowałem opróżnianie swojej kolekcji z win francuskich i do kielichów trafiły dwa: 2005 Chateau La Croix-Davids Cotes de Bourg i 2003 Chateau Donissan Cru Bourgeois. Bardzo przyjemne wina, nienatarczywe jeśli chodzi o aromat, delikatne w smaku, różniące się miedzy sobą niuansami. Oba wina wystawiają - moim zdaniem - niezłą ocenę regionowi Bordeaux, jeśli miałbym wskazać zwycięzcę, wybrałbym jednak to drugie wino. Przy okazji muszę powiedzieć, że coraz bardziej podoba mi się stonowany charakter win z Bordeaux, początkowo nie przekonywał mnie mało intensywny aromat trunków, ale z czasem uznałem to za ich zaletę a nie wadę.

Niewiele do tej pory pisałem o winach białych, pewnie dlatego, że też mało z nimi miałem do czynienia. Miałem jednak ostatnio okazję pić nowozelandzkie wino Silverlake Sauvignon Blanc z 2008 roku i byłem zachwycony jego świeżością i aromatem. Bardzo mi się podobało to, że wino było lekko, ale to naprawdę lekko, musujące. Zachęcony tym winem kupiłem, z okazji rodzinnego spotkania, butelkę chilijskiego Misiones D Rengo, również sauvignon blanc z rocznika 2008. Różniło się ono nieco od tego z Nowej Zelandii, głównie za sprawą lekkiej goryczki, która pojawiała się na końcu. Niemniej jednak uznaję je za bardzo ciekawe, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę cenę, dwukrotnie niższą niż w przypadku Silverlake.

W wolnej chwili zapraszam na stronę tv.winelibrary.com. Gary Veynerchuk w charakterystyczny dla siebie sposób prezentuje na niej filmy z degustacji win wyrażając arcyciekawe, zaskakujące i bardzo oryginalne opinie na ich temat. Miłego oglądania.

sobota, 30 stycznia 2010

Kurczak z pieprzem i groszkiem cukrowym.

Na moment oderwę się od podróży po świecie win, bo choć ostatnia trasa Nowa Zelandia-Gruzja-Włochy-Francja była interesująca, to raczej ze względu na towarzystwo, w którym ją pokonywałem, niż odczucia jakie towarzyszyły degustacji trunków. Podejrzewam, a podejrzenie to graniczy niemal z pewnością, że popełniliśmy karygodne błędy w doborze serów, mających pomóc nam przetrwać ten niekrótki trip, w konsekwencji właśnie ów ser tak zmienił nasz sposób odczuwania zapachów, że aromat wina przekształcił się w nieprzyjemną mieszankę lakieru do paznokci i acetonu, który pomaga lakierowi paznokcie opuścić. Niemożliwe, żeby trzy różne wina miały tak podobny "bukiet", przyznaję więc kolejny raz, i nie odkrywam przy tym Ameryki, że posiłek towarzyszący piciu wina, ma ogromny wpływ na jego przebieg. Zapomnijmy zatem o tej przykrej ekskursji, a dziś podzielę się prostym i efektownym daniem, które powstało na nowiutkim woku, w który zaopatrzyła mnie moja ukochana małżonka, za co jestem jej mega wdzięczny. Oto przepis:


  • 2 łyżki keczupu
  • 2 łyżki jasnego sosu sojowego
  • 450 g piersi z kurczaka, bez skóry i kości
  • 2 łyżki tłuczonego pieprzu (trzy kolory)
  • 2 łyżki oleju słonecznikowego
  • 1 czerwona papryka
  • 1 zielona papryka
  • 175 g groszku cukrowego
  • 2 łyżki sosu ostrygowego

  1. W misce wymieszać keczup z sosem sojowym.
  2. Pokroić mięso na cienkie paski, po czym połączyć je z przygotowaną mieszanką pomidorowo-sojową.
  3. Zmiażdżone ziarna pieprzu wysypać na talerz i obtoczyć w nich mięso z zalewy.
  4. Podgrzać olej słonecznikowy w gorącym woku.
  5. Dodać mięso i smażyć, mieszając, 5 minut.
  6. Usunąć gniazda nasienne z papryki, po czym pokroić je w paski.
  7. Dodać paski papryki wraz z groszkiem cukrowym do woka z mięsem i smażyć, mieszając, kolejne 5 minut
  8. Wlać sos ostrygowy i podgrzewać jeszcze 2 minuty, aby sos zawrzał. Gotowe danie przenieść do miseczek i niezwłocznie podawać.
Smacznego!

niedziela, 24 stycznia 2010

Bordoskie tajemnice.

Picie win z Bordeaux niesie ze sobą pewną tajemnicę, nie zawsze łatwo dają się rozszyfrować jeśli chodzi o bukiet czy smak, ale jeszcze większym wyzwaniem jest znalezienie w Internecie konkretnych informacji na temat francuskich trunków. Oczywiście wina najbardziej znane, pochodzące od renomowanych producentów i cieszące się wielką estymą wśród amatorów francuskich trunków [tych z grubym portfelem :)] mają promujące je witryny w sieci, ale mam wrażenie, że mniejsi producenci tak dalece tkwią w tradycji, że technologia zwana Internetem nie jest im jeszcze powszechnie znana.

Mam akurat fazę na wina z Bordeaux, postanowiłem otworzyć kilka [oczywiście nie jednocześnie] z mojej małej kolekcji. Były to Chateau Bois de Roc 2006, Couloumey Du Chateau Le Tuquet 2005 i Chateau Floreal Laguens 2000.

Próbowałem znaleźć w Internecie jakieś konkretne informacje na temat tych win i przypominało to szukanie igły w stogu siana. Nie zrozumcie mnie źle. Nie jestem jakoś specjalnie wkurzony z powodu braku szybkiej, bezpośredniej informacji na temat konkretnego wina. Wręcz przeciwnie - wielką przyjemnością i niezwykłą rozrywką było, oprócz sączenia cudownego płynu, niemal detektywistyczne poszukiwanie strzępków informacji i składanie ich w całość. Pomocne bywają portale, które starają się usystematyzować wiedzę z zakresu bordoskich win, ale nawet w tym przypadku droga do oświecenia pełna jest informacyjnych dziur. A to znajdziemy adres producenta, czasem telefon do osoby zatrudnionej w winiarni, przy odrobinie szczęścia odszukamy nawet w miarę dokładny skład wina. Przednia zabawa.

A jak smakują moje bordoskie wina? No cóż, to kolejna tajemnica, którą tym razem zachowam tylko dla siebie. Ale Bois de Roc i Floreal Laguens szczerze polecam.

Na pociechę internetowy adres portalu pomocnego w poszukiwaniach wiedzy na temat win z Bordeaux.
www.vins-bordeaux.fr