czwartek, 30 stycznia 2014

Supertoskan?

Zacznijmy od cytatu z Wikipedii:

"Niccolò di Bernardo dei Machiavelli (ur. 3 maja 1469 r. we Florencji, zm. 21 czerwca 1527 r. w Sant'Andrea in Percussina k. Florencji) – prawnik, filozof, pisarz społeczny i polityczny, historyk i dyplomata florencki, jedna z postaci włoskiego odrodzenia. Napisał traktat o sprawowaniu władzy pt. "Książę", który sprawił, że od jego nazwiska powstał termin makiawelizm. Opisywał funkcjonowanie zarówno republik jak i królestw. W 1559 jego pisma znalazły się na kościelnym indeksie ksiąg zakazanych."

Wino o nazwie "Il Principe" czyli "Książę" nie znajduje się na indeksie win zakazanych, zostało wyprodukowane pod marką Antica Fattoria Machiavelli (a jakże), należącą do koncernu Gruppo Italiano Vini.


Oznaczone jest jako IGT Toscana - do tej kategorii należy wiele tzw. supertoskanów, czyli win toskańskich produkowanych poza apelacją DOCG, głównie ze względu na obecność w ich składzie odmian międzynarodowych, takich jak cabernet sauvignon, czy merlot. Oczywiście IGT Toscana nie oznacza, że mamy do czynienia z supertoskanem, modnym jeszcze kilkanaście lat temu rodzajem win, osiągającym nieprzyzwoicie wysokie ceny, choć dziś często popadającym w niełaskę krytyków.

Moje wino kosztowało nie tak znowu wiele, bo raptem 45 zł, w dodatku w supermarkecie - elbląskim Kauflandzie.

Muszę przyznać, że wino jest jednak bardzo przyjemne w piciu - gładkie, jedwabiste. Taniny i kwasowość tworzą świetną strukturę wspartą rozsądną dawką alkoholu (13,5%). Pierwsze skrzypce gra tu cabernet sauvignon, w tle wtóruje sangiovese, którego jest w kupażu mniej niż 1/5.

Wahałem się kupując to wino, ale ciekawość przezwyciężyła opór i teraz jestem z tego rozstrzygnięcia zadowolony. Kilka razy chwaliłem wina z Kauflanda, tym razem też nie mogę mieć powodów do zastrzeżeń. W Elblągu bywam kilka razy w roku, zwykle przez parę dni, dobrze wiedzieć, że i tam można znaleźć ciekawe źródła zaopatrzenia w wina.

Il Principe kupiłem w maju 2013 roku za własne pieniądze (może żony, nie pamiętam...). 



wtorek, 28 stycznia 2014

Grillo.


Po różowym winie musującym, które opisywałem dla Was w tym poście, dziś postanowiłem otworzyć sycylijskie wino białe zrobione ze szczepu grillo. Swoje uznanie dla win zrobionych z tej odmiany wyraziłem podczas relacji z degustacji win sycylijskich, która miała miejsce w październiku 2012 w Warszawie w hotelu La Regina. Zapamiętałem je jako bardzo aromatyczne, które nieco skromniej prezentowało się w ustach, ale dawało niesamowitą przyjemność z picia. Nie inaczej jest Curatolo Arini Coralto Grillo 2012, które trafiło w moje ręce za sprawą przesyłki z Centrum Wina. To wino jest świetną alternatywą dla tych, którzy zmęczeni są już nieco popularnymi, wszechobecnymi chardonnay i sauvignon blanc. Grillo w tym wydaniu urzeka aromatami południowych, dojrzałych, białych owoców, w ustach zachwyca świeżą kwasowością i cytrusową goryczką, co w efekcie daje poczucie dobrej równowagi. Alkoholu w winie jest 12,5%, co warto odnotować zważywszy, że pochodzi ono z gorącej przecież wyspy, przy czym winnice położone są na wysokości ok. 500 m n.p.m.

Dwa wina z paczki nadesłanej przez CW okazały się strzałem w dziesiątkę. Jak będzie z kolejnymi (czerwonymi) zobaczymy, mam nadzieję, że nie będą odstawały poziomem, chyba że in plus. Jak na razie wypada pogratulować Centrum udanej selekcji.

------------------------
Curatolo Arini
Coralto Grillo 2012
Odmiana: grillo
Alk.: 12,5%
cena: 49,90 zł
------------------------

Wino do degustacji otrzymałem z Centrum Wina. Dziękuję!

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Niespodzianka.

Chciałbym dziś podziękować mojemu darczyńcy za miłą niespodziankę w postaci butelki sangiovese, pochodzącą z włoskiego regionu Molise. Nie wiem czy ów fundator chciałby, abym na tym forum wymienił go z nazwiska, czy też zachował je w tajemnicy, na wszelki wypadek tę kwestię przemilczę. Prawda jest taka, że kto ma wiedzieć, ten wie.

Molise - jak czytamy w niezawodnym przewodniku Bieńczyka i Bońkowskiego - to niewielki region należący niegdyś do Abruzji. Powstają w nim wina stylistycznie i jakościowo podobne do tych ze wspomnianej Abruzji, czyli w większości niezbyt wyszukane, ale jeden z producentów wyraźnie się tu wyróżnia, a jest nim Di Majo Norante. Od niego pochodzi też moja butelka. W regionie istnieją trzy apelacje: Molise, Biferno a także Pentro d'Isernia, ale często wina są butelkowane jako IGT Terre degli Osti - widać apelacyjny gorset jest dla niektórych przyciasny. Moje sangiovese również w wymogach apelacji się nie mieści.


„Nie spodziewaj się wiele, to proste sangiovese” - powiedział do mnie ofiarodawca, więc posłusznie zastosowałem się do polecenia i wiele sobie nie obiecywałem. To rzeczywiście dość proste wino, ale bardzo przyzwoite. Nuty kawy i tytoniu fajnie korespondują z nieco wycofaną owocowością. Jest gładkie w piciu, smukłe, z dobrze zaznaczoną kwasowością i delikatnymi garbnikami.

A im szybciej go ubywa, tym bardziej go brakuje :) Źle nie było. Jeszcze raz dziękuję  :)

niedziela, 26 stycznia 2014

Różowe bąbelki.

"Z nowym rokiem wchodzimy z nową ofertą win, spośród których, każde jest wyjątkowe z innego powodu.”
Zdanie o takiej treści (przytaczam w oryginale) znajduje się na ulotce Centrum Wina informującej o nowościach w ofercie importera i dystrybutora win. Nacisk położono na wyjątkowość i różnorodność i rzeczywiście mamy do wyboru szeroką gamę szczepów, z których część jest dla mnie zupełną nowością. O ile grillo, dornfelder czy petit verdot nie brzmią nieznajomo nawet dla amatora, to nazwy takie incrocio manzoni, gros manseg czy vital zmuszają mnie do rozważenia zakupu nowej książki Jancis Robinson - „Wine Grapes”.

Ponieważ Centrum wyposażyło mnie w zestaw próbek, postanowiłem poznać jeden z tych szczepów - incrocio manzoni, który przybrał formę różowego wina zamkniętego w dość oryginalnej butelce pochodzącej od Bepin De Eto z Veneto.


Zanim skupię się na samym winie muszę trochę poznęcać się nad ulotką reklamową, w której roi się od błędów, pomyłek i nieścisłości. Po pierwsze co to jest "DOCG Włochy”, którym to oznaczeniem podpisano butelki wspomnianego producenta? Po drugie w podpisach win pomieszano nazwy szczepów: PROSECCO SPUMANTE BRUT zrobiono z incrocio manzoni, choć wiadomo, że Prosecco robi się z odmiany glera. Flavé Rosato, które właśnie piję, wg ulotki zrobiono z gros manseg, a przecież powstało z rzeczonego incrocio manzoni. Po trzecie, co to za odmiana carinyena? Może chodzi o cariñena? Cabernet sauvingon, czy cabernet sauvignon?

ⓒ Bepin De Eto
No, ale nie ulotkę człowiek pije, ale wino, a Flavé Rosato wypić warto. Nie znajdziecie w nim landrynkowego, słodkiego smaku, a pełną wytrawność z przyjemną, odświeżającą, goryczkową końcówką. Aromaty owocowe pozbawione są niuansów charakterystycznych dla gumy balonowej, często obecnych w marnych trunkach tego typu. Bardzo ciekawe wino, dobrze, że musujące, bo spokojne w tym kolorze zupełnienie mnie nie interesują, choć po tym akurat mam ochotę wznowić eksperymenty z różem.


W każdym razie polecam, choć cena do najniższych nie należy, ale kształt butelki jest wartością dodaną. Niektórym kojarzy się z granatem, ale spokojnie,  zawartość nikomu krzywdy nie zrobi, a może okazać się bombą niejednej imprezy. Spróbujcie!

Wino otrzymałem do degustacji od importera: Centrum Wina. Dziękuję!

---------------------------
Bepin De Eto
Flavee Rosato Spumante Brut Millesimato  2012
szczep: incrocio manzoni 13.0.25 (raboso x moscato d’amburgo)
alkohol: 12,5%
cena: 64,90 zł
---------------------------

sobota, 25 stycznia 2014

Monte del Frà w Warszawie.

Zimy we Włoszech nie są z pewnością tak srogie jak u nas, ale nawet jeśli nie ma tam siarczystych mrozów, to i tak natura wprowadza winnice w stan uśpienia. Roboty dużo mniej, może trzeba coś zrobić w piwnicach, przy samych krzewach pracy niewiele. Ale dla niektórych pracowników jest to czas intensywnych spotkań z partnerami handlowymi, okres odwiedzin importerów rozrzuconych po całym świecie.

Kilka dni temu gościła w Warszawie Marika Bonomo - przedstawicielka winnicy zajmująca się marketingiem i sprzedażą win Monte del Frà na rynkach zagranicznych. Wina z tej wytwórni trafiają do piwniczek konsumentów niemal całej Europy, Ameryki Północnej (USA i Kanada) oraz Azji (Japonia, Tajwan, Singapur, Chiny).

Łukasz Bogumił (Wineonline) i Marika Bonomo (Monte del Frà).
Czym wina Monte del Frà urzekają włoskich i zagranicznych winopijców? Przede wszystkim wysoką jakością, powtarzalnością (obserwuję i próbuję ich win od kilku lat), a także dość przystępnymi cenami. Oferta win jest też bardzo szeroka i oparta na lokalnych, włoskich szczepach. Z odmian międzynarodowych znajdziemy merlota butelkowanego jako IGT Veronesi oraz chardonnay dodawane w śladowych ilościach do białego kupażu Ca' del Magro - kilkukrotnego zdobywcy Trzech Kieliszków w przewodniku Gamberro Rosso. Wina Monte del Frà w ogóle zdobywają mnóstwo nagród, z roku na rok coraz więcej, co jest potwierdzeniem polityki dbałości o wysoką jakość produkcji. Jeśli kogoś interesuje lista zdobytych nagród, odznaczeń i wyróżnień to pełną listę znajdziecie >> TU <<

Prawdę mówiąc nigdy nie byłem tymi winami jakoś szczególnie poruszony. Żebyście mnie dobrze zrozumieli - bardzo je lubię, ale nie powodują one u mnie szybszego bicia serca, nie przechodzą mnie dreszcze na myśl o wypiciu kieliszka wspomnianego Ca' del Magro czy Amarone. Szukając odniesień w świecie motoryzacji można by porównać wina Monte del Frà do produktów Audi czy Volkswagena - dobre, porządne i w miarę niezawodne auta. Ale postawcie solidnego Passata obok czerwono-krwistej, chociaż, co tu kryć, trochę niedoskonałej Alfy Romeo, a zrozumiecie, co mam na myśli. Winom Monte del Frà brakuje oryginalności i odrobiny szaleństwa.

Ale jeśli potrzebujecie pewniaka do wypicia w domu, czy nawet dla kogoś na prezent to bardzo Wam je polecam. Wtopy nie będzie.

Więcej zdjęć ze spotkania znajdziecie w Galerii Wineonline.

Ciekawą relację wideo z tej imprezy zmontowała Dota Szymborska - autorka bloga On Egin Eta Topa. 

W degustacji uczestniczyłem na zaproszenie Wineonline - właściciela sklepów Winestory i importera win Monte Del Frà. Dziękuję za spotkanie, a także za próbki win.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Porozmawiajmy o RPA.

Ostatni tydzień był dla mnie "winiarsko" całkiem interesujący, najpierw wspólna degustacja nowości zorganizowana przez trzech importerów: BRIX 65 (czyli WINNY GARAŻ), WINEMATES oraz VIVE LE VIN, a potem jeszcze spotkanie z panią Mariką Bonomo z Monte del Frà, zorganizowane przez WINEONLINE, właściciela sklepów Winestory. Wspomnę o tych wydarzeniach wkrótce, ale dziś chciałbym napisać kilka słów o winach z RPA - kraju należącego do tzw. Nowego Świata, któremu kibicuję równie gorliwie, jak Chile.


Pretekstem do tych wynurzeń jest wino, które akurat dziś piję, czyli Shiraz od jednego z najstarszych producentów w Południowej Afryce - Groot Constantia Estate, której korzenie sięgają roku 1685. O początkach tego producenta, nie do końca jasnych i dobrze udokumentowanych, opowiadał przedstawiciel winnicy i jej dyrektor generalny Jean Naude na spotkaniu zorganizowanym przez importera SOUTH WINE... niemal rok temu...


Nie ma co gadać, są to porządnie zrobione wina, zbliżone w stylistyce do europejskich  i chciałoby się powiedzieć, że zupełnie odmienne od tych win z RPA, które w marketach okupują półki do co najwyżej trzech dych. Chciałoby się powiedzieć, ale nie powiem, bo niedawno w naszym ursynowskim Leclerku pojawiły się wina importowane właśnie przez South Wine, choć nie te z Groot Constantia, pewnie z powodu ich wysokiej ceny. Takie wino jak Shiraz, czy wypite przeze mnie jakiś czas temu Chardonnay, to wydatek rzędu niemal 100 zł, Gouverneurs Reserve jeszcze więcej - 159 zł, ja w lutym 2013 roku płaciłem nawet 178 zł. W każdym razie reprezentacja RPA została nieco wzmocniona lepszymi zawodnikami i odnotowuję ten fakt z nieukrywaną radością.


Jeśli chodzi o wina z niższej półki cenowej to warto wspomnieć o krakowskim importerze THE FINE FOOD GROUP, który ma w swym portfolio przystępne cenowo wina MAN Vintners. Dość powiedzieć, że w cenie niewiele wyższej niż 30 zł można dostać przyzwoite (bardzo) wina.



O ile mój ulubiony sauvignon blanc nie zrobił na mnie dużego wrażenia, to chenin blanc - kwasowy, żywy, aromatyczny, wręcz przeciwnie. Natomiast pinotage, zarówno w wersji podstawowej - Bosstok Pinotage - czy z nieco wyższej linii (choć niewiele droższej) Tormentoso Pinotage - to świetne wina, gdzie nie uświadczymy ordynarnej beczki czy przegrzanego owocu. Naprawdę dobre wina.


Skoro już wspomniałem we wstępie o młodych importerach i o RPA nieco później, to warto powiedzieć coś o winie o nazwie Saboteur, które sprowadza Brix 65 (Winny Garaż). Oczywiście z RPA. Z tym winem najchętniej wyszedłbym ze zbiorczej degustacji, w dodatku ze stanowczym postanowieniem nie dzielenia się nim z kimkolwiek. Hedonizm w czystej formie, choć za przyjemność wypicia tego wina też trzeba zapłacić ponad 100 zł. Niektórzy narzekali nieco na dość wysoki alkohol (15%), dla mnie nie stanowiło to jednak problemu.

  

środa, 15 stycznia 2014

Słówko o Australii.

Już chciałem napisać jakiś tekst kąśliwy na moich przyjaciół z winnej blogosfery - mam na myśli tych nagrodzonych w konkursach - bo coś ostatnio się opierdzielają i jak raz na miesiąc coś skrobną to robi się z tego już święto. Na szczęście się opamiętałem, bo sam lepszy w tej kwestii nie jestem, a dla czytelników to może nawet i lepiej. 

Sam zresztą postanowiłem więcej czasu poświęcić czytaniu niż pisaniu, nie sam z siebie rzecz jasna, ale po obrazowym fragmencie "Drugiego Dziennika" Pilcha:
Co to za gusło, żeby - jak się pisze - nie czytać? Malarz, gdy maluje, obrazów nie ogląda? Rzeźbiarz rzeźb unika, a jak pomnik w dali spostrzeże - śmiertelnie przerażony, iż artyzm jego wtórnością skażony zostanie - w przeciwną stronę spiernicza, aż się kurzy? [...] Żeby napisać dobrą powieść, opowiadanie czy inny sonet, trzeba takie rzeczy czytać, czytać i jeszcze raz czytać.
No to czytam, czytam i czytam, nawet na otwieranie flaszek czasu nie mam, bo ledwo starcza go na pracę, życie osobiste i odrobinę snu. Skoro na blogach posucha to kupiłem polecaną przez Winicjatywę "Encyklopedię wina australijskiego" Jamesa Halliday'a, by dowiedzieć się o winach z antypodów nieco więcej ponad to, co można wywnioskować z przeglądu sklepowych półek. Przy okazji przejrzałem swój składzik pod kątem obecności jakiejś zapomnianej butelki z Australii i... znalazłem.


Było to  wino Terra Barossa Cuvée 2007 wyprodukowane przez Thorn-Clarke Wines, skomponowane z odmian shiraz (53%), petit verdot (14%) i cabernet sauvignon (33%). Do dojrzewania użyto beczek z dębu amerykańskiego i francuskiego, w których wino spędziło 12 miesięcy. Co do zawartości alkoholu to dane na etykiecie nie są spójne z informacjami zamieszczonymi w internecie, w każdym razie czy wino ma 14,0% czy 14,5% nie ma to specjalnie znaczenia - potrafi człowieka podstępnie sponiewierać. Podstępnie, bo tego alkoholu na podniebieniu nie czuć. Wg winemakera, którym jest David Clarke wino pasuje do ravioli z bazyliowym pesto i suszonymi pomidorami, co mogę potwierdzić, natomiast nie bardzo pasowało do suszonej szynki wieprzowej, choć tragedii nie było.


Skoro jest wino i jest encyklopedia, to może warto sprawdzić, czy wspomina ona coś o producencie. Owszem, wspomina:
Thorn-Clarke Wines (zał. w 1987 r.), winiarnia w Barossa Valley, wysoce udane przedsięwzięcie Davida i Cheryl Clarke'ów (z domu Thorn) i ich syna Sama, który jest dyrektorem zarządzającym. [...] Winogrona z najlepszych kwater najczęściej są zostawiane do wyrobu wina z etykietą Thorn-Clarke, co bez wątpliwości tłumaczy imponujące zdobycze winiarni - złote medale i liczne trofea - na pokazach win w Australii, z National Wine Show włącznie.
Mi to wino bardzo smakowało, okazało się, że zupełnie niepotrzebnie podchodziłem do niego jak pies do jeża i przekładałem z miejsca na miejsce odsuwając w czasie degustację (powiedzmy szczerze - konsumpcję). Po prostu nieufnie podchodziłem do butelki, które pochodziła z zestawu 6 win skomponowanych przez krakowski Dom Wina, który kupiłem za niecałe 200 zł.

sobota, 4 stycznia 2014

M&M.

Mówi Wam coś ten tytuł?

Starsi mogą pamiętać Manna&Maternę - zgrany i zgrabny intelektualnie duet dwóch panów, choć nie dla wszystkich do strawienia.

Młodsi uwielbiają M&M's, czyli drażetki w kolorach, które znajdziecie w komplecie na etykiecie tego wina.

A może chodzi o  Malarza&Myśliciela, twórcę „Człowieka witruwiańskiego"?

Kto z Was zgadł, że M&M to kupaż odmian Merlot i Malbec, z których pierwszą pogardzał Miles Raymond - bohater filmu „Bezdroża", a drugą paneliści polskiego poczytnego magazynu winiarskiego (uwaga, to żart!). 


Na moim (amatorskim) podniebieniu wino to zrobiło niezłe wrażenie, zwłaszcza dwa, czy trzy dni po otwarciu butelki. Wyraziste, intensywne, bogate, przesadzone, hedonistyczne - uderza w głowę i kopie po tyłku. Finezji może w nim nie ma, ale jest jakaś magiczna, zniewalająca moc. Odważne balansowanie między sztuką, a kiczem. Gdzie prawda,  a gdzie iluzja nie umiem powiedzieć ale oddaję się im bez względu na to, które przyowdziewa koszulkę lidera.

piątek, 3 stycznia 2014

Trimbach Gewurztraminer 2011.


Ta butelka ma swoją małą historyjkę, choć o co w niej dokładnie chodzi, tego do końca nie wiem. Kilka osób kontaktowało się ze mną, kilka miało się się w tej sprawie odezwać, a wszystko po to, bym spróbował i podzielił się wrażeniami z degustacji alzackiego gewurztraminera od znanego i uznanego producenta jakim jest Maison Trimbach. Rodzina Trimbachów para się winiarstwem od roku 1626 - szmat czasu. Na naszych terenach toczyła się wówczas wojna ze Szwedami, we Francji w tym właśnie roku zakazano pojedynków, zaś Alzacja należała jeszcze do Niemiec. 

Wypiłem kilka gewurztraminerów w życiu, wiadomo czego można oczekiwać od win zrobionych z tego szczepu, pytanie brzmi, czy otrzymana butelka jest tak dobra, jak głośna jest sława producenta. Spędziłem trochę czasu na poszukiwaniu informacji o winach Trimbach i wynika z nich, że priorytetem dla producenta są wina robione raczej z rieslinga niż gewurztraminera. Ale nie oznacza to wcale, że "gewurz" jest traktowany po macoszemu. Nic podobnego. W winnicy Trimbachów powstało wino eleganckie, nieprzesadzone w żaden sposób - kwasowość równoważy się doskonale ze słodyczą, mocny alkohol (14%) jest niewyczuwalny na podniebieniu (w głowie tak), aromaty są wręcz podręcznikowe, charakterystyczne dla szczepu (liczi, róża), ale nie duszą swą intensywnością. Zgrabne wino i jedyne, co można mu zarzucić to cena - butelka gewurztraminera z linii classic kosztuje ok. 100 zł. No ale w tym wypadku płaci się za luksus, sławę i historię marki. Może nie codziennie, ale raz na jakiś czas warto jednak szarpnąć się na taką butelką.

W końcu przyjemnie jest się ogrzać w cieple gwiazd.

ps. Sprawa się wyjaśniła - butelka wina dotarła do mnie z inicjatywy importera win Trimbach - Domain Menada Sp. z o.o.
Serdecznie dziękuję!

niedziela, 29 grudnia 2013

Chateau Le Pey 2010.

Butelka Chateau Le Pey z rocznika 2010 dotarła do mnie już jakiś czas temu, ale skryła się gdzieś i cichutko czekała na swoją kolej. Znalazłem ją po powrocie z niezbyt długiego, ale dość męczącego wyjazdu. Choć drogi w naszym kraju są coraz lepsze, to mimo wszystko warto nagrodzić jakąś butelką znużonego kierowcę, któremu udało się pokonać kilkaset kilometrów, zachowując przy tym auto w całości i rodzinę w komplecie. 

Postanowiłem zatem wynagrodzić się otrzymaną z Lidla butelką wspomnianego wyżej wina - wina, które już dobrze zostało zrecenzowane w sieci, a które dzięki swej rozsądnej cenie (ok. 38 zł) można zawsze powtórzyć, jeśli okaże się, że zmęczenie nie pozwala na rzetelną ocenę walorów wina. 


Po otwarciu wino atakuje zapachem wędzonki. Aromat ten można lubić, można go nienawidzić - mi akurat on pasuje, ale czy jest pożądany w winie tego ocenić nie umiem. Bardzo podobała mi się jedwabista faktura tego wina, po raz pierwszy tak wyraźnie rozumiałem co oznacza ten termin. Podobał mi się też wyraźnie owocowy charakter tego wina z oczywistymi wiśniami w pierwszym planie, dla których tłem były śliwki i łagodne porzeczki. Dość gładkie i delikatne tanininy dawały sporą przyjemność picia, choć mam wrażenie, że brakowało nieco kwasowości, przez co wino - mniej więcej w połowie butelki - zaczęło mnie nużyć.

Jestem zadowolony z tego wina, rzadko kiedy w tej cenie można znaleźć dobre Bordeaux, które byłoby smaczne i nierozwodnione. Mamy tu do czynienia z porządnym Cru Bourgeois. 

piątek, 20 grudnia 2013

Luis Pato w Warszawie.

Muszę przyznać, że spotkanie z Luisem Pato, portugalskim winiarzem z regionu Bairrada, było jednym z najciekawszych spotkań z winem, w jakich miałem przyjemność uczestniczyć w tym roku. Pato robi wrażenie jako winiarz i enolog - miłośnik szczepu baga, o którego istnieniu dowiedziałem się właśnie tego dnia, a z którego powstaje większość jego win. Ale mnie zainteresował jako człowiek - radosny i lekko zwariowany, z dystansem podchodzący do życia i własnej pracy. Pato jest artystą, żyje tak jak lubi i robi to, co kocha. W winiarni nie boi się eksperymentów, a eksperymentuje bez przerwy - efekty pracy nie zawsze go zadowalają, potrafi z wdziękiem opowiadać o swoich porażkach, nie wstydzi się ich, bo od win ważniejszy jest proces ich tworzenia. Pato nie boi się ograniczeń jakie nakładają na winiarzy wymogi apelacji - zabiera swoje zabawki i robi wina poza apelacją. Nie płynie z nurtem, to nie w jego stylu. Jestem rebeliantem broniącym własnych przekonań, krytykom jego działań ma do pokazania wyćwiczony gest.


Rebel to także jego wino - kupaż odmian baga i dobrze znanego miłośnikom portugalskiego winiarstwa tauriga nacional z dodatkiem (1%) białej odmiany bical. To wino jest aksamitne, krągłe, z nieprzesadzoną kwasowością i przyjemnymi taninami. Doskonałe do picia.


Ciekawym winem jest Fernão Pires - czerwone wino zrobione z białego szczepu o tej nazwie (znanego też jako Maria Gomes) zabarwione skórkami (6%) odmiany baga. Smakuje jak pączek z nadzieniem różanym, ale oczywiście jest winem wytrawnym, o sporej kwasowości i wyczuwalnych dobrze taninach pochodzących od bagi właśnie.


Baga - może warto powiedzieć kilka słów o tej winorośli - jest odmianą bardzo ciemną, bogatą w garbnik (taniny), wina z niej zrobione mają spory potencjał starzenia - 5-cio letnie wina to dopiero świeżaki, otwórzcie je jak będą miały lat 10. Jestem przekonany, że nawet te 15 letnie będą krzepkie i pełne sił witalnych. Pé Franco z 2001, mimo lekko jaśniejszego koloru, kpiło z upływu czasu imponując swą żywotnością.


Jeśli nie chcecie długo czekać polecam rocznik 2009 - Vinhas Velhas Tinto i Vinha Pan (zgadnijcie z jakiego szczepu?) zrobiły na mnie najlepsze wrażenie, to był zresztą bardzo dobry rocznik dla Bairrada.


Luis Pato używa bagi (i innych odmian portugalskich) również do produkcji arcyciekawych, różnorodnych win musujących, przy czym nie stroni od różnych metod produkcji - w tym przypadku również lubi trochę „pomieszać”. Nie wszystkie wina powstają zgodnie z zamysłem, ale zawsze są oryginalne, czasem trafiają do "drugiego obiegu" z tymczasową etykietą :)


Degustacja odbyła się w restauracji Portucale w Warszawie i została zorganizowana przez importera win Luisa Pato - firmę Atlantika. Serdecznie dziękuję za zaproszenie.


czwartek, 19 grudnia 2013

W morzu malbeka.

Skoro na panelu zorganizowanym przez Magazyn Wino znalazło się miejsce dla takiego blogera-amatora jak ja, to można rozumieć to tylko w taki sposób, że:

a) ławka winiarskich ekspertów w Warszawie jest wyjątkowo krótka

albo (co bardziej prawdopodobne)

b) rodzaj win przedstawionych do oceny nie wzbudził (delikatnie mówiąc) entuzjazmu wśród stałych panelistów.

No cóż, być może któryś rzeczywiście nie mógł pojawić się z powodu „bóla ucha”. Drugiego mogła (no bo przecież mogła) „boleć noga w biedrze”, no ale że trzeci miał akurat nieplanowaną lekcję gry na pianinie - w to trudno uwierzyć.

Czy szczep o nazwie malbec może być zjadliwym źródłem wszelkiej maści niedyspozycji? Przejrzałem swoje wpisy na blogu i wydało mi się, że trudno nie być miłośnikiem tego szczepu. Z drugiej strony sam malbeka piłem dość dawno, na początku 2013 roku. I wówczas też nie byłem zadowolony…

Jednak panom na P się nie odmawia. Premier, prezydent, papież i, jak się okazuje, Prange-Barczyński mają magiczną moc przyciągania, której bez oporu uległem. Opierać się zresztą nie musiałem, w końcu malbec, poza nielicznymi wyjątkami, wzbudzał we mnie sporo pozytywnych emocji.

Ale 25 malbeków spróbowanych w dość krótkim czasie potrafiło podważyć moją w nich wiarę, choć nie byłem jakoś szczególnie zawiedziony. Będąc w wyraźnej opozycji do moich współtowarzyszy niedoli, umiałem dostrzec pozytywne cechy malbeka, ale… ziarno niepewności zostało zasiane. Z każdym rokiem, z każdym miesiącem, z każdą kolejną otwartą butelką inaczej patrzę na wypitą przeszłość. Czasem się jej wstydzę, ale nigdy nie wypieram. Dziś - po tej przekrojowej degustacji - bardziej krytycznie patrzę też na malbeki, ale mimo wszystko potrafię dojrzeć w nich zalety i źródło radości.

Ze wspomnianych wcześniej 25 etykiet chciałbym wyróżnić 5:

1. Quattrocchi Malbec 2011 (importer M&P FHU Mirosław Pawlina) Najtańsze wino panelu, najbardziej „zielone”, ale też najbardziej szczere. Nawet kwasowość wydaje się bardziej autentyczna, niż ta u droższych krewnych.


2. Pascual Toso Malbec 2012 (importer M&P FHU Mirosław Pawlina). Smaczne, krągłe, soczyste, świeże wino, znacznie lepsze niż przebeczkowane wersje reserva i gran reserva. Bardzo mi się podobało.


3. Lagarde Malbec 2011 (importer Mielżyński). Beczkowy atak w niezłym stylu, ale z dobrym owocem i ogólnie niezłą równowagą. Podobało mi się.


4. Chateau Haut-Monplaisir 2008 Prestige (importer Mielżyński). Klasa starego świata - dobra równowaga, elegancja, autentyczność i prawdziwa przyjemność picia.


5. Fabre Montmayou Grand Vin 2010 (importer Vininova) Hedonistyczne źródło radości - dobry owoc, bogactwo aromatów, nieprzesadzona beczka, alkohol dobrze zamaskowany - fajne wino, chociaż dość drogie. Powyżej 150 zł za butelkę mogą wydać tylko wierni… nie wierni, fanatyczni wyznawcy Malbeka.



W sumie fajna degustacja, na luzie, bez zbędnej napinki. Ale dla sprawców panelowych wakatów w ramach ostrzeżenia mała parafraza naszego narodowego wieszcza: Kto nie zaznał malbeka ni razu, ten nigdy nie zazna barolo w niebie.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Icardi w Warszawie.

Jak już Wam kiedyś wspominałem, mam słabość do win z Piemontu. Nie mogłem tym samym pominąć degustacji win Icardi, która miała miejsce w sklepie Winestory przy K.E.N 85 w Warszawie. Nie jest to pierwszy raz, kiedy mogłem spróbować win pochodzących z tej piemonckiej winnicy, ale pierwszy raz mogłem je pić w towarzystwie przedstawicielki producenta, którą była siostra Claudio Icardiego - pani Mariagrazia Icardi. Opowiadała ona o poszczególnych butelkach, z których część jest nowością w ofercie Wineonline, natomiast Łukasz Bogumił - sommelier i pracownik ursynowskiego sklepu, a przy okazji gospodarz spotkania, podrzucał zebranym ciekawostki dotyczące regionu i szczepów winorośli tam uprawianych. Świetnie zastąpił w tej roli Piotra Chełchowskiego, który wcześniej prowadził tego typu spotkania, a któremu zawdzięczam wprowadzenie w świat win.


Nowością było wino Balera 2012 zrobione ze szczepu cortese, który na pewno znacie z białych win pochodzących z apelacji Gavi. Balera na apelację Gavi się nie łapie i powstaje w ogólnej apelacji Piemonte Cortese, ale nie ma to specjalnie znaczenia, bo wino jest po prostu bardzo ciekawe, wielowymiarowe, smaczne i na pewno lepsze niż te wszystkie, które miałem okazję pić do tej pory.

Dolcetto Rousori z rocznika 2010 wydało mi się już lekko ewoluowane, co oczywiście nie oznacza że wino było złe, czy niesmaczne - w nosie fajna słodka nuta, która nie ma wiernego odbicia w ustach, w których wino jest solidnie kwasowe, wytrawne, lekko taniczne. Chciałbym spróbować młodszego rocznika. Co ciekawe, pani Mariagrazia woli pić wina zupełnie młode, zresztą wielu Włochów wyraża zainteresowanie jak najświeższymi rocznikami, przez co są one często droższe, niż te starsze.

Barbera d’Asti Tabaren 2010 to wino, które zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Wino o wyraźnej kwasowości z pełnym, intensywnym owocem i solidną, ale dość gładką taniną było naprawdę świetne. Dzięki swej cenie jest bardziej przystępne, niż doskonałe Barbaresco Montubert 2009, które polecam szczególnie. Jeśli chcecie napić się dobrego niebbiolo, to będzie ono w tej chwili lepszym wyborem niż Parej Barolo 2008, które może jeszcze 2-3 lata spokojnie poczekać.

Ciekawostką było również Bric Du Su z rocznika 2012 - wino zrobione z grignolino. W Polsce niełatwo kupić wina z tego szczepu,  a w winnicach Icardi powstaje tylko 7 000 butelek tego lekkiego wina. Jego charakter przypomina dobre gamay, ale degustowane wczoraj wydało mi się bardziej eleganckie. Polecam!

Etykiety degustowanych win. Źródło: http://www.icardipierino.it/
To była jedna z lepszych degustacji, w których miałem okazję uczestniczyć w ramach spotkań w Winestory. Dość powiedzieć, że wyszedłem stamtąd z kartonem pełnym win. Dolcetto sobie darowałem, w zamian dokupiłem jeszcze jedną butelkę cortese.

niedziela, 8 grudnia 2013

Szkolenie z Andrzejem Strzelczykiem.

W zeszłym miesiącu miałem okazję uczestniczyć w bardzo oryginalnym przedsięwzięciu, jakim była degustacja szkoleniowa z Andrzejem Strzelczykiem - dwukrotnym mistrzem Polski sommelierów. Spotkanie odbyło się w Hotelu Mammaison Le Regina, którego kierownictwo zgodziło się udostępnić jedną z sal konferencyjnych na potrzeby szkolenia. Organizatorem technicznym degustacji był Jacek Taranko - miłośnik win i dobrego jedzenia, autor arcyciekawego bloga Wino i Oliwa, a także autor zdjęć ilustrujących wydarzenia, których organizatorem (lub uczestnikiem) jest portal Winicjatywa.


Celem tego projektu (który najprawdopodobniej będzie kontynuowany) jest przybliżenie blogerom winiarskim i kulinarnym wiedzy związanej z winem. Może się wydawać to trochę dziwne, że jego uczestnikami byli ludzie piszący o winie od lat, ale...

1. Nauki nigdy dość.
2. Blogerzy bardzo cząsto swoją wiedzę czerpią z doświadczeń, pewne rzeczy dość dobrze rozumieją, ale nie do końca potrafią je nazwać, wykład teoretyczny pozwala na uporządkowanie wiedzy.
3. "Zajęcia" odbywają się w małej grupie, dzięki temu każdy z uczestników bierze aktywny udział w szkoleniu - nie od dziś wiadomo, że nauka w małych grupach jest znacznie efektywniejsza od tej prowadzonej w dużych "klasach".
4. Szkolenie pod okiem profesjonalisty pozwala również na wprowadzenie jednolitego, fachowego języka, który powinien być klarowny zarówno dla piszących o winie, jak i czytelników tych tekstów.

Pierwsze szkolenie, które było tak naprawdę przetarciem szlaku, zostało podzielone na cztery części.

W pierwszej dostaliśmy wino "kalibracyjne" - wino, które było odnośnikiem dla pozostałych, wino względem którego mogliśmy oceniać inne, wino dzięki któremu także Andrzej Strzelczyk mógł ocenić nasze zdolności poznawcze.

W drugiej części mieliśmy za zadanie opisać cechy trzech win białych (intensywność barwy, poziom kwasowości, paletę zapachów i smaków) i spróbować odgadnąć szczepy oraz regiony pochodzenia win, przy czym wszystkie wina pochodziły z tego samego kraju. W tym momencie dopowiem tylko, że wszystkie wina próbowaliśmy w ciemno.

W trzeciej części otrzymaliśmy wina (też białe) zrobione z tego samego szczepu, ale pochodzące z różnych stron świata. Naszym zadaniem było odgadnięcie szczepu oraz próba umiejscowienia poszczególnych win na mapie świata.

W czwartej i ostatniej części dostaliśmy wina czerwone pochodzące z jednego regionu. Naszym zadaniem było odgadnięcie szczepu oraz kraju pochodzenia, przy czym wśród próbek jedna była „fałszywa”, czyli wino pochodziło z innego kraju i zrobione było z innego niż pozostałe szczepu.

Degustację szkoleniową oceniam bardzo dobrze, mogliśmy nauczyć się z niej naprawdę wiele i to w stosunkowo krótkim czasie. Przede wszystkim tego, że cena i etykieta może wpływać (i zazwyczaj wpływa) na sposób postrzegania wina. Ale to właśnie degustacja w ciemno jest najbardziej uczciwą formą oceniania win - potrafi odpowiedzieć nam na kluczowe pytanie - jakie wina lubimy. I nie chodzi mi o kraj pochodzenia, czy szczep wina, ale jego charakter. Jeśli okaże się, że wśród naszych ulubionych win są tanie supermarketowe  etykiety - nie wstydźmy się tego, przynajmniej nasze hobby nie będzie kosztowne. Ale jeśli w ciemno będziemy wybierać nebbiolo albo sangiovese, to trzeba będzie zagadnąć szefa o podwyżkę.

Andrzej mówi...

... reszta słucha.

W dłoni "fałszywka"...

... którą należy uwiecznić dla potomnych.

Pyszne?

No nie wiem...
Chciałbym serdecznie podziękować Andrzejowi i Jackowi za ich, przepraszam za ten termin, pozytywistyczną „pracę u podstaw”, zwłaszcza że organizując spotkanie dla nas ponieśli sporo kosztów, nie tylko finansowych. Chciałbym, żeby wiedzieli, że to doceniam i jestem gotów (myślę, że inni blogerzy również) partycypować w kosztach organizacji kolejnych spotkań. W końcu za dobrą robotę i za wiedzę trzeba, a przede wszystkim wypada, płacić.

Przy okazji dziękuję też importerom za udostępnienie win do degustacji. Poniżej zamieszczam ich listę. 

    •    MUSCADET SEVRE ET MAINE SUR LIE (LECLERC

    •    IL MARGONE CHIANTI CLASSICO 2006 (VINI E AFFINI

    •    IL MOLINO DI GRACE (VINI E AFFINI

    •    VOURVEY SEC, BOUDET 2009 (SOLERA)

    •    MONTES ALPHA CHARDONNAY 2011
(SOMMELIER DYSTRYBUCJA

    •    JACK RABBIT CHARDONNAY 2012 (ŻABKA

    •    CHABLIS CHRISTIAN MOREAU (WINKOLEKCJA

    •    MENETOU SALON, H. PELLE 2012 (WINKOLEKCJA)  

    •    GEWÜRTZTRAMINER CA’ERNESTO TRENTINO (MAKRO C&C

    •    SERRISTORI CHIANTI (LECLERC)

    •    UGGIANO CHIANTI RISERVA 2007 (ŻABKA)

    •    LE CINCIOLE CHIANTI CLASSICO 2010 (WINEMATES)

Zaraz, zaraz, dlaczego butelki są puste?


wtorek, 3 grudnia 2013

Winne Wtorki #Mikołajki.

No i zrobiła nam się mała tradycja. Po raz drugi uczestnicy Winnych Worków robią sobie mikołajkowe prezenty. W wyniku dość zawiłej naukowej procedury wyłonione zostały pary, a tak naprawdę trójkąty, bo każdy losuje osobę, do której wysyła wino-niespodziankę, ale też sam zostaje wylosowany jako adresat przesyłki. Brzmi to może skomplikowanie, ale działa, przy czym najsłabszym ogniwem w tej całej układance są nie winni wtorkowicze, ale kurierzy, którzy zawsze mają jakieś ale...

... ale ja nie o tym. Miałem to szczęście, że moim Mikołajem drugi raz z rzędu został Mateusz z Winnych Przygód, który ma dobrą rękę do prezentów. W zeszłym roku otrzymałem Domaine De La Janasse Cotes du Rhone 2010, a tym razem jest to wino z Czarnogóry. Producentem jest 13.jul-Plantaze - spółdzielnia winiarska spod Podgoricy powstała w 1963 i wciąż należąca do państwa. Jak przeczytałem w "Przewodniku po świecie win" Hugh Johnsona, została ona wyposażona w wysokiej klasy instalacje przemysłowe produkcji włoskiej i robi wina zupełnie niezłej jakości. Instalacja przemysłowa to określenie adekwatne, bowiem producent chwali się posiadaniem 2310 ha powierzchni obsadzonej 11 milionami krzewów. Roczna produkcja sięga 17 milionów butelek. 


Do mnie trafiła butelka o numerze 000155 i nazwie Sasso Negro (Czarny Kamień) z rocznika 2008, zawierająca wino będące kupażem... no właśnie, czego? Wg nalepki przyczepionej przez importera chodzi o mieszankę syrah i alicante bouschet, natomiast notka techniczna producenta wspomina o syrah, primitivo, sangiovese i vranac. I tej wersji się trzymajmy, moje zmysły niedoskonałe nie pomogą jednoznacznie rozstrzygnąć tej kwestii.

Za to parę słów o samym winie powiedzieć mogę. Mieszanka ciemnych owoców leśnych, a także wyrazistej wiśni z odrobiną malin i odrobina nut ziemistych robią wrażenie zupełnie dobre. Alkohol nigdzie nie wystaje, 13% wydaje się być wartością rozsądną. Taniny są delikatne, kwasowość zaostrza apetyt, zaś pikantna końcówka dopełnia całości obrazu. Warto podkreślić, że wino, mimo swego wieku, jest w dobrej kondycji - krzepkie i pełne wigoru. Mateusz zrobił mi świetną niespodziankę, zwłaszcza, że zadbał aby wino pochodziło z regionu, który wg mojej własnej deklaracji, miałem eksplorować w tym roku w pierwszej kolejności. Tym bardziej dziękuję - za wino i za pamięć.

----------------------------------------------------------------------------------
Mikołajkowe Winne Wtorki na podniebieniach innych blogerów:
----------------------------------------------------------------------------------
----------------------------------------------------------------------------------