wtorek, 20 września 2011

Winne Wtorki #12

Winne wtorki w dwunastej już edycji, ich tematem jest nowoświatowy pinot noir. Tym razem postanowiłem otworzyć dwie butelki wina. Po pierwsze, nie jestem jakimś wielkim miłośnikiem pinot noir, a po drugie, na winach w ogóle słabo się znam, więc jeśli już mam wina z tego szczepu pić to mogę w celu samoedukacji zrobić ich małe porównanie.



Do koszyka jako pierwsze trafiło wino kalifornijskie - Turning Leaf od znanego producenta Gallo Family Wineyards. Wina te można dostać w każdym niemal supermarkecie, z jego dostępnością nie powinno być problemu. Przyznam się jednak, że o ile cabernet sauvignon, czy merlot zajmował sklepowe półki "od zawsze", to pinot noir tego producenta zauważyłem po raz pierwszy. Ponieważ merlot mi smakował, wybór był dla mnie oczywisty.

Drugim winem, które wylądowało w koszyku była chilijska Porta z linii Reserva. Do tego producenta przymierzałem się wielokrotnie, nigdy jednak nie kupiłem od nich żadnego wina. Teraz nadarzyła się ku temu okazja.

Wynik mojej porównawczej degustacji jest taki:

KOLOR
Kolor wina z Chile jest charakterystyczny dla szczepu pinot noir - ceglasto-czerwony, odpowiadał mniej więcej barwie pinotów z Burgundii, które miałem okazję pić wcześniej. Kalifornijskie wino jest zdecydowanie ciemniejsze.

ZAPACH
Oba wina mają ziemisty zapach, w przypadku Porty wyraźnie wyczuwalne są zapachy wiejskie, owoc raczej ukryty. Turning Leaf atakuje intensywnym zapachem truskawek, wiśni i malin, "stajenka" nieobecna.

SMAK
Porta znów skrywa gdzieś posmak owoców, na tym polu wydaje się skromna, zwłaszcza w porównaniu z kalifornijskim konkurentem, w którym owoc króluje. Można powiedzieć, że smak w pełni odpowiada zapachowi, jest pełny, bogaty, różnorodny. W przypadku obu win końcówka jest pikantna, przyprawowa.

Po degustacji nasuwają mi się takie oto wnioski. Chilijski pinot noir przypomina bardziej swój burgundzki pierwowzór. Smak odpowiada temu, który zapamiętałem pijąc pinoty z Francji. Natomiast pinot noir z Kalifornii to wino znacznie przystępniejsze, łatwe w piciu, może przypaść do gustu każdemu. Na imprezę bez wahania wziąłbym Turning Leaf, to wino będzie smakowało każdemu, bo najzwyczajniej w świecie jest smaczne. Portę wypiję w samotności, to wino kontemplacyjne. W sam raz na pożegnanie lata.

------------------------------------------------
Turning Leaf Vineyards
Pinot Noir 2009
Alkohol: 12,5%
Leclerc, Ursynów - 31,99 zł
------------------------------------------------
Porta Negrete Estate Vineyard
Pinot Noir Reserva 2009
Alkohol: 13,0%
Leclerc, Ursynów - 43,75 zł
------------------------------------------------
Winne Wtorki #12 na podniebieniach innych blogerów

Winniczek
Bordowe.pl
Viniculture
Winne Przygody
Kontretykieta
Czerwone czy białe?
Sstarwines
Środkowa półka
------------------------------------------------

poniedziałek, 19 września 2011

Lagarde Guarda

foto: Mariusz Boguszewski


Jak ja kocham argentyńskie wina, zwłaszcza te, które powstają na bazie malbeka. Lagarde Guarda to nie tylko ten szczep, ale:
40% malbec
30% cabernet sauvignon
20% merlot
10% syrah
Mieszanka w smaku świetna:  czerwone owoce (wiśnia, porzeczka), czekolada, pieprz i wanilia. Po otwarciu bardzo harmonijne, mimo sporej mocy wcale nie czuć alkoholu (etykieta podaje 14,8%, strona producenta aż 15,1%). Niestety drugą część wina piłem dwa dni po otwarciu  i do głosu dochodziła już dość silna kwasowość. Polecam zatem wypicie tego wina podczas jednej sesji. Naprawdę warto!

----------------------------------------------------
Lagarde Guarda 2008
alk. 14,8% (15,1%)
cena: 58,50 (kwiecień 2011)
importer: Mielżyński
----------------------------------------------------

czwartek, 15 września 2011

Biedronkowe Chateauneuf



Wiele sobie po tym winie obiecywałem, choć miałem świadomość, że za 49,99 zł nie kupię takich wrażeń jakie towarzyszyły mi przy piciu Vieux Telegraphe. Ale myślałem, że może powalczyć z Ch-d-P z tańszej półki, w ursynowskim Leclercu kupowałem wina z tej apelacji za ok. 70 zł i mam wrażenie, że jednak miały one w sobie jakąś cząstkę magii ukrytej w butelce VT. Niestety, w tym biedronkowym winie żadnej magii nie odnalazłem. Jest całkiem niezłe, dobrze mi się je piło, ale oczekiwałem jakiegoś uniesienia, którego niestety nie doznałem.

Mam jeszcze dwie butelki - schowam je gdzieś głęboko. Kto wie - może za dwa, trzy lata to wino bardziej mnie do siebie przekona. Jeśli nie - mała strata. 

wtorek, 13 września 2011

Trapiche Varietals CS


Udało mi się kupić kilka butelek Chateauneuf-du-Pape w Biedronce i żeby zrobić na to wino miejsce w chłodziarce, musiałem coś z niej wyjąć. Trafiło na argentyński cabernet sauvignon z winnicy Trapiche. Trapiche to marka znana, popularna, obecna w niemal każdym supermarkecie, zwłaszcza tańsza linia Varietals. W zasadzie nie ma co się rozwodzić nad tym winem, bo to produkt masowy, osobiście wolę linię Oak Cask - ta wersja, moim zdaniem, jest lepsza. Wspominam jednak o tym winie, bo bardzo dobrze mi się kojarzy i przywołuje wspomnienia sprzed roku, kiedy to gościłem wraz z rodziną w Dworze Kombornia.



Miejsce fantastyczne, uroczo położone niedaleko Krosna, jeśli ktoś będzie w tamtej okolicy, to gorąco polecam. Zawsze po kolacji zamawialiśmy wino do pokoju, bo z dziećmi, jak to z dziećmi (zwłaszcza małymi) - w saloniku wina spokojnie wypić się nie da. Uroczy kelnerzy z gracją przynosili zamówione wina do pokoju, choć wpadki się zdarzały, tak jak w przypadku tego Trapiche. W restauracji zamówiliśmy chardonnay, do pokoju trafiło cabernet sauvignon, ale mniejsza o to - ośrodek świeży, kadra młoda, białe z czerwonym może się pomylić. Najważniejsze było nie samo wino a towarzystwo, w którym było pite. Dzieci położyliśmy spać, a sami - by za bardzo nie hałasować - przenieśliśmy się do ogromnej i komfortowej łazienki, w której mogliśmy cieszyć się chwilą ciszy i butelką czerwonego wina. Tą oczywistą oczywistość powtarzam do znudzenia, w miłym towarzystwie nawet zwyczajne, pospolite wino potrafi smakować jak ambrozja. Wrażenie to potęguje jeszcze inny czynnik. Nie od dziś wiadomo, że jeśli kupujemy wina - jedno za 30 zł, drugie za 60 zł, to wypijając je odnosimy wrażenie, że to droższe jest jednak znacznie lepsze, niż to tańsze. Podobnie było w naszym przypadku, podświadomość kazała nam myśleć, że nie pijemy wina z supermarketu, lecz z piwniczki z wyselekcjonowanymi starannie perełkami. I tu trzeba wspomnieć, że karta win w Komborni, choć może nie superwykwintna (ale Petrus jest!), do najtańszych nie należy. Nasz podstawowy Trapiche kosztował 80 zł. Ten, który piłem wczoraj 17,15 zł. Różnica spora.

No, ale ten w Komborni smakował jednak znacznie lepiej...

niedziela, 11 września 2011

Drużyna z Biedronki.


O drużynie z Lidla wspominałem tutaj, dziś czas na drużynę z Biedronki. Po miesiącu win portugalskich, które nieco namieszały w polskim winnym światku, oraz miesiącu win z nowego świata, w którym wybór win był raczej marny, nadszedł czas win francuskich. Katalog liczy kilkanaście pozycji, wybrałem z niego 5 win, które wydały mi się najciekawsze. Jak będzie w rzeczywistości to się okaże. Mam nadzieję, że tragedii nie będzie.

Mój wybór to:
1. Auguste Bessac Chateauneuf-du-Pape 2009 - 49,99 zł
2. Victor Berard Chablis 2010 - 29,99 zł
3. Kiechel Pinot Blanc 2010 - 14,99 zł
4. Chateau La Fagnouse Saint-Emilion Grand Cru 2007 - 34,99 zł
5. Chateau de Champteloup Rose d'Anjou 2010 - 14,99 zł

Zestaw nie wydrenował kieszeni za bardzo, a czy było warto wydać te pieniądze, zobaczymy.

Jeśli któryś z szanownych czytelników mojego bloga miał już doświadczenia z tymi winami, uprzejmie proszę o informację.Ciekawe wpisy z sieci postaram się podlinkować u siebie.

Francuskie tortury!

Kilka win zdarzyło mi się już wylać do spływu, a ostatnio zdarza się to dość często. Trochę mnie to przeraża, trochę denerwuje. Nie wyrzucam pieniędzy w błoto - wylewam je do zlewu. Gdy piszę te słowa mam jeszcze cień nadziei, że wino, które piję, wypiję do końca. A jest ono taniczne jak diabli. Aż się zastanawiam, czy taniny te pochodzą ze skórek winogron, czy raczej tylko z szypułek i pestek. Owocu niewiele, wiele za to kwasu i drożdży. Ostatnio specjalizuję się w "wypiekaniu" chleba na drożdżach (zakalec gratis), więc na tych jednokomórkowych grzybach trochę się znam. Wino nimi "jedzie" na cały dom. Szkoda gadać...

>>> 24 godziny później <<<

Dziś piję to wino mocno schłodzone i wydaje mi się ono nieco (ale naprawdę tylko nieco) lepsze. Taniny już nie ryją ryja, przebija się wiśnia, choć wczoraj wyraźniejsza wydawała się porzeczka. Gorzki posmak pozostał, drożdże gdzieś odeszły. Nie znajduję jednak nadal żadnej przyjemności w picu "francuza". Zlew nie pies, na zawołanie nie podejdzie. Ruszam więc do kuchni, by znów go napoić... Wkurza mnie to.

Tęsknię za czasami, kiedy gąsiorek Carlo Rossi wprawiał mnie w dobry nastrój. Jaki smak, jaki zapach? Liczył się tylko szum w głowie. To nie było wcale tak dawno, ale obawiam się, że dzisiaj czerwone CS też mogłoby skończyć w zlewie.

A może nie...  

wtorek, 6 września 2011

Winne Wtorki #11



Tematem jedenastej edycji Winnych Wtorków miał być wytrawny riesling z niemieckiego Palatynatu (Pfalz). Kupno takiego wina wcale nie było łatwe zwłaszcza, że im więcej czasu na zakupy, tym większe prawdopodobieństwo, że zostaną one odłożone na ostatnią chwilę. Tak się właśnie stało w moim przypadku, a efekt jest taki, że w kieliszkach znalazły się wina popularne, supermarketowe, choć i za nimi trzeba było pochodzić. Na sklepowych półkach rządzą raczej rieslingi mozelskie czy reńskie, te z Palatynatu są prawdziwą rzadkością. 

W moje ręce, kieliszek i podniebienie trafiło wino produkowane przez Michel Schneider Nachf. o nazwie Riesling Classic o charakterze 'delikatnie wytrawnym'. "Znakomity winiarz Peter Griebeler bardzo starannie wyselekcjonował grona Riesling do tego wspaniałego wina, które pod jego ścisłą kontrolą osiągnęło nowoczesny owocowy styl." Wyróżniłem epitety - producenci i marketingowcy je uwielbiają - moja teoria jest jednak taka, że im więcej jest ich na etykiecie, tym mniej treści w butelce. Czy tak jest i tym razem?

Dalszy opis wina nie fałszuje moich odczuć - "wino o wyraźnie określonym kwiatowo-owocowym charakterze z świetnie wyważonym cytrynowym finiszem. [...] Podawać schłodzone." Ostatnie dwa słowa są szczególnie istotne, ponieważ wino ma 12,0% alkoholu i jest to wyraźnie wyczuwalne, jeśli płyn w kieliszku trochę się ogrzeje. Według mnie znacznie lepiej smakuje wyjęte prosto z lodówki i jeśli ten warunek będzie przestrzegany mamy szansę pocieszyć się trochę tym winem. Fajny jest ten delikatnie kwaskowaty i nawet dość długi finisz. Ogólnie nie jest to jednak wino, nad którym warto się rozwodzić, ale w piciu nie przeszkadza :)

Niejako na marginesie tej degustacji wypiłem też innego rieslinga z Palatynatu, przy czym ten był winem półsłodkim. Nie wiem jak to się stało, że nie zrobiłem zdjęcia etykiety tego wina, a na stronie producenta (Peter Mertes), wśród niezliczonych produktów nie udało mi się tej butelki odnaleźć. W każdym razie przyjemne winko, idealne na gorące dni, zupełnie niezobowiązujące. Przy okazji znacznie tańsze niż wino Schneider. Jeśli więc komuś nie zależy na pełnej wytrawności, chce napić się wina z Pfalz, a przy okazji nie wydać zbyt wiele (ok. 16 zł) to polecam spróbować, zwłaszcza Tym, którzy do tej całej okołowinnej otoczki nie przywiązują zbyt wielkiej wagi.


------------------------------------------------
Michel Schneider Riesling Classic 2010
Pfalz
Alkohol: 12,0%
Tesco Gocław - ok. 26 zł
------------------------------------------------

Winne Wtorki #11 na podniebieniach innych blogerów

Nie zawsze wina/Jongleur
Winniczek
Bordowe.pl
Środkowa półka
Viniculture
Winne Przygody
Czerwone czy białe?

------------------------------------------------


wtorek, 30 sierpnia 2011

Piekielny ogień.

Tego wpisu nie okraszę zdjęciem etykiety wina  - za bardzo cierpię. Otworzyłem dziś chilijskie carmenere Isla Negra - rocznik 2010, nabyte w Biedronce. Wino, nie powiem smaczne, nic specjalnego, ale smaczne. Problem z nim jednak polega na tym, że wywołało u mnie potworną zgagę. Wiem, że to wino ma swoich zwolenników, wspominał mi o nim kolega z pracy, ale tak jak lubię smak carmenere, tak nienawidzę tego, co zrobiło z moim przewodem pokarmowym. Może nie do końca jest wina chilijskiego trunku. Może to kwestia wędzonego sera zjedzonego wcześniej, w każdym razie kolejne wino wylądowało w zlewie.

Oby tylko nie przeżarło rur...  :)

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Goście, goście...



Przyjechali goście i przywieźli ze sobą wino, które było dla mnie niespodzianką i całkiem sporym zaskoczeniem. Wino pochodziło bowiem z Mołdawii - kierunku winiarskiego, którego nigdy jeszcze nie eksplorowałem. Przyznam się szczerze, że ani razu w mej głowie nie pojawiła się myśl,  żeby kupić wino mołdawskie. Nie żebym miał coś przeciw Mołdawii. Po prostu jako początkujący amator wina sięgam po butelki z regionów powszechnie znanych wszystkim. Przeszedłem już co prawda etap kupowania win włoskich, francuskich czy hiszpańskich - teraz kupuję wina z Veneto, Toskanii, Bordeaux, Langwedocji czy Prioratu. Im bardziej poznaję dany region, tym mniej mam czasu na nowe dla mnie kierunki - a takim dla mnie pozostaje Mołdawia i Purcari, skąd pochodziło otrzymane w prezencie chardonnay. Purcari to także nazwa winnicy, w której powstało to wino. Nieoceniony przewodnik "Wina Europy" z roku 2009 tak opisuje produkty tej winnicy:

"Odnotowujemy tu pewien postęp, choć wina wciąż nie grzeszą ani koncentracją, ani czystością, są przyzwoite w swej postkomunistycznej klasie i nic więcej."

Moje chardonnay było rzeczywiście przyzwoite. Pochodziło z 2007 roku i bałem się trochę o jego świeżość, ale zupełnie niepotrzebnie. Było naprawdę rześkie, pachnące, w smaku lekko goryczkowe. Piło się je z przyjemnością.

Po tym doświadczeniu nie będę odwracał głowy od półek z winami mołdawskimi, nie wiem jaka jest ich ogólna jakość, ale to chardonnay nie zniechęciło mnie do win z tego kraju. Kto wie, może czeka mnie więcej zaskakujących niespodzianek. 

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Nie czytaj, pij!



Zastanawiam się, ilu to osobom przeszkodziłem w wypiciu wina, na które mieli ochotę. Nie mówię o wyrywaniu butelek z rąk dziwnych jegomościów raczących się pysznym trunkiem na przyblokowej ławeczce. Ich zdrowie mnie nie interesuje, a swoje cenię na tyle, by wiedzieć, że czyn taki mógłby być wysoce dla mnie ryzykowny. Chodzi mi o tych, którzy nie kupili wina, bo przeczytali notkę, która - rzecz jasna - nie była dla wina zbyt pochlebna. Wpadam czasem do sklepu i zupełnie nieprzygotowany spontanicznie sięgam po jakąś butelkę, a potem, już po powrocie do domu, przeszukuję internet w poszukiwaniu informacji o dokonanym właśnie zakupie. A pecha mam takiego, że zazwyczaj notatki wyczytane w sieci o moich sprawunkach nie traktują zbyt dobrze. Męczy mnie to, zwlekam z otwarciem takiej butelki, zaczynam się jej bać. Ale kiedy już udaje mi się uporać z lękiem i otwieram feralne wino (choć z nastawieniem, że wypiję kieliszek, a resztę wyleję do zlewu), okazuje się, że strach ma wielkie oczy. Wino wcale nie jest złe, co więcej jest smaczne, w dodatku świetnie potrafi umilić wieczór. Pewnie bym się o tym nie przekonał, gdybym najpierw o winie przeczytał, a dopiero potem wyruszył w poszukiwaniu butelki, której zawartość smakowała komuś innemu. W zasadzie bez gwarancji, że i mi przypadłaby ona do gustu.

Owszem, czytam jeszcze notki o winie, ale już nie szukam w nich informacji o smaku wina - oceny są siłą rzeczy mocno subiektywne, zależne od wielu niepowtarzalnych czynników, emocji, kontekstów. Tyle razy czytałem niepochlebne rzeczy o winach, które mi smakowały i tyle razy wylewałem do zlewu te, którymi zachwycali się inni, że sam zaczynam mieć wątpliwości, czy moje pisanie o winie ma jakiś sens, czy może komuś pomóc w wyborze, albo czy może przeszkodzić w odkryciu ulubionego wina.

Tak... Doświadczenia są najważniejsze. A własne w szczególności. Nie czytajcie, pijcie!




wtorek, 16 sierpnia 2011

Winne Wtorki #10

No i mamy mały jubileusz. To już dziesiąta edycja winnych wtorków, koło zatoczyło pełen obrót i trochę chyba za sprawą przypadku, a może i nie, opisujemy dziś wina wykonane z tego samego szczepu, co i wino-bohater debiutu Winnych Wtorków. Chodzi mianowicie o syrah, a stali i uważni czytelnicy pamiętają, że pierwszym opisywanym przez nas winem był australijski shiraz. Do tej pory niektórzy ze wstrętem wspominają tamtą degustację, jedni leczą rany na podniebieniu, inni próbują zasypać głębokie rowy wyryte na psychice. Dość powiedzieć, że zadaniem naszym było przetestowanie win z syrah, byleby nie było to shiraz z Australii.

Ja leczę się syrah z Włoch, a dokładniej z Sycylii. Marchese Montefusco to wino z roku ubiegłego, można by rzec najświeższe jakie można w tej chwili kupić. Jest to wino o wyraźnych garbnikach, ale i solidnej kwasowości. Owoc jest w nim dobrze wyczuwalny, ale raczej jeszcze młody, cierpki - trochę czerwonej porzeczki, trochę ledwo dojrzałej wiśni, nos zaś jakby żurawinowy - i kwaśny, i słodki zarazem. Słodycz jest dobrze wyczuwalna na podniebieniu, ale tak przeplata się z kwasowością, że stanowią razem idealnie zrównoważony układ. Jak czerń i biel na szachownicy.

Czy jest to zatem wino idealne? Z pewnością lepsze niż shiraz z pierwszej edycji winnych wtorków, a przy tym niemal 2 razy tańsze. Warte spróbowania, nie mam co do tego wątpliwości, ale też wiem na pewno, że nie jest to "moje" wino. Ja wciąż poszukuję, muszę iść dalej, muszę odnaleźć własne El Dorado. Sycylijski syrah jest solidnym kamieniem pozwalającym pewnie pokonywać drogę do raju, australijski shiraz z pierwszej edycji był zaś na tej drodze dołkiem. A w dołku, nie od dziś to wiadomo, o skręcenie nogi nietrudno.

------------------------------------------------
Marchese Montefusco Syrah 2010
Sicilia I.G.T.
Alkohol: 13%
Alma 29,90 zł
------------------------------------------------

Winne Wtorki #10 na podniebieniach innych blogerów

Środkowa półka
Białe nad czerwonym
Nie zawsze wina/Jongleur
Winniczek
Viniculture
Sstarwines
Czerwone czy białe?
Wino do trzech dych

------------------------------------------------

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Kwiat paproci


Kolejne sauvignon blanc na warsztacie. Tym razem Nowa Zelandia (East Coast)  i bogactwo smaków przeróżnych. W tym winie w zasadzie można wyczuć (w nosie i ustach) wszystko, czym może charakteryzować się sauvignon blanc.  Trawa, agrest, pokrzywa, kocie siuśki a nawet nafta. Zastanawiam się na ile jest to zasługa winogron i procesu winifikacji, a na ile kunsztu zdolnych chemików, którzy może nie potrafią przemienić ołowiu w złoto, ale winnej przemysłówce nadać cechy dobrego trunku już tak.

W każdym razie to "bogactwo", w którym żadna składowa nie wybija się ponad inne, daje wrażenie smakowego misz-maszu, który co prawda nieźle się pije, ale już chwilę potem ulatuje z pamięci. Na zawsze.

---------------------------------
Fernleaf Sauvignon Blanc 2009
Winezja.pl - 26,70 zł (upust 25%)
---------------------------------

wtorek, 9 sierpnia 2011

Włoskie sauvignon



Bardzo lubię wina ze szczepu sauvignon blanc i choć w zależności od miejsca pochodzenia potrafią mocno się różnić, to zawsze chętnie i bez oporu po nie sięgam. Dotychczas najbardziej mi smakowały te pochodzące z Nowej Zelandii jak Silverlake i Riverstone, biedronkowy Hans Greyl może nieco mniej. Na niezłe, smaczne i tanie sauvignon blanc trafiłem także w Lidlu, a pochodziło ono z Niemiec. Chilijskie raczej mnie nie zachwycały, ale to dzisiejsze - włoskie było całkiem ciekawe. Na stronie producenta widniej informacja o tym, że zostało ono dostrzeżone na Vinitaly 2010, ale nie udało mi się go odnaleźć w aktualnej ofercie.

Brakowało mi w tym winie charakterystycznych dla białego sauvignon nut trawiastych, pokrzywowych czy agrestowych. Tu dominował inny znamienny dla tego szczepu zapach kocich siuśków. Na szczęście tylko zapach :) W ustach wino było bardzo przyjemne, a dzięki swej "gładkości" świetnie nadawało się do niespiesznego sączenia w miły wieczór.

O tym winie pozytywnie wypowiadał się też Marek Bieńczyk w magazynie "Logo".

----------
Tor Del Colle
Venezia Giulia IGT
Sauvignon 2009
Alkohol: 12,5%
Leclerc - 27,99 zł

----------


sobota, 6 sierpnia 2011

Europa

Mając do dyspozycji kilka wolnych od pracy dni (i to zaraz po urlopie) postanowiłem przejrzeć swój zestaw win przeróżnych, wśród których można znaleźć i coś ze nowego świata, i coś ze starej Europy. Coś zupełnie niedrogiego i butelki, na które (chyba w jakimś amoku) wydałem pieniądze wcale niemałe. Z tego winnego zakątka wyciągnąłem na chybił trafił kilka butelek. Wszystkie pochodziły ze starej Europy i wszystkie należały do grupy trunków raczej tańszych.



Na pierwszy ogień, a było to wczoraj - w piątek, poszło wino z Portugalii. Było to fajne vinho verde, pieniące się nieco w kieliszku ale świeże, lekko musujące. W sam raz na dość gorące popołudnie. To wino piłem już wcześniej (być może starszy rocznik), wiedziałem czego się spodziewać i tu żadnej niespodzianki nie było.
(Winestory, 25 zł)

Jednak dobre, lekkie wino ma to do siebie, że szybko ubywa z butelki, a ponieważ godzina jeszcze nie była późna sięgnąłem po drugą butelkę.



Było to wino francuskie z apelacji Cahors, z której pochodzą trunki mające w swym składzie mój ulubiony szczep - malbec. Wino Oltesse nie jest czystym malbekiem, oprócz niego w składzie występują merlot i tannat. Ich udział pozostaje zagadką, producent na swej stronie nie udziela szczegółowych informacji. Wino raczej średnie, bez fajerwerków, których jednak trudno oczekiwać w tym przedziale cenowym, ale dało się pić. Wino to popijałem oglądając na VHS-ie "Psychozę" Hitchcock'a. Niestety, nie wytrzymałem do końca ani jednego, ani drugiego. Dionizosowi i X. Muzie nie udało się ochronić mnie przed silnymi ramionami Morfeusza.
(Real, 23 zł)



Dzisiaj (sobota) po południu sięgnąłem bo butelkę białego wina z włoskiego Piemontu. Gavi (Tenuta Trere) okazało się winem rześkim, dość mocno kwasowym (za czym jak wiecie nie przepadam), w smaku przypominającym kwaskowe właśnie mirabelki czy morele. Po kieliszku stwierdziłem jednak, że mam ochotę na coś innego, niekoniecznie białego, więc gavi poszło chwilowo do lodówki.
(Leclerc, 37,75 zł)



W moje ręce wpadło za to hiszpańskie tempranillo Candidato Tinto Barrica 3, które okazało się winem najtańszym (kupionym w promocji), ale najbardziej przypadło mojemu podniebieniu. Wyraźne ciemne owoce, delikatna kwasowość, ukryty alkohol i gładkie taniny, wszystko w idealnych dla mnie proporcjach.
(Winezja, 15,05 zł - rabat 50%)


czwartek, 4 sierpnia 2011

Biedronki i mszyce *


Wiele hałasu o nic.

Tak bym podsumował całą tą zadymę o wina portugalskie w Biedronce, a właściwie o ich ceny. Sprawa może nie jest czysta z punktu widzenia prowadzących winne interesy, bo oficjalni dystrybutorzy na widok „swoich” win sprzedawanych w Biedronce za połowę ceny najzwyczajniej w świecie mają prawo się wkurwić. Ale dla mnie, zwykłego śmiertelnika i amatora win cena dyskontowa odpowiada rzeczywistej wartości tych trunków, zwłaszcza że to są najczęściej wina proste, podstawowe. Loios Tinto i Branco, Monte Velho, Pe Tinto i Branco, Lello - to wina, które piłem, które mi smakowały, ale też bez przesady, w zachwyt szczególny nie wpadłem.

Dziś daję szansę wspomnianemu wyżej Monte Velho (Herdade do Esporao), rocznik 2010. Pewnie pamiętacie moją niedyspozycję po wypiciu tego wina jakiś czas temu. Oczywiście nie była to wina wina, ale jakiś wstręt chwilowy do czerwonego wina miałem. Teraz, kiedy przeżycia owe są już tylko mglistym wspomnieniem, sięgam po portugalską butelkę i cieszę się orzechowymi i dymnymi aromatami. Cieszy również wiśniowo-jagodowy smak, drażni natomiast nazbyt szczodra kwasowość. Bońkowski i Bieńczyk w „Winach Europy” piszą:

Monte Velho , dostępne w każdej portugalskiej restauracji, to brand z ludzką twarzą: dobre winogrona, kulturalna winifikacja, uczciwa cena – więcej nie trzeba.

Uczciwa cena - w Portugalii rzecz jasna – ok. 4 €. W Biedronce podobnie, teraz nawet taniej (na wyprzedaży płaciłem 13,79 zł). W innym polskim sklepie stoi za 41 zł. O tych rozbieżnościach cenowych szerzej pisze na swym blogu sam Bońkowski. 20-25 zł, za tyle maksymalnie mógłbym kupić wino, nie odnosząc wrażenia, że przepłacam. I nie tyle chodzi tu o samą cenę, co o stosunek jakości do ceny. Dla mnie to wino nie jest żadną rewelacją, ale każdy z nas ma nieco inny gust, być może dla niektórych to wino jest warte wydania czterech dych, a może i więcej. Dziś problemy żołądkowe mnie nie trapią, ale pół butelki tego wina to aż nadto, reszta trafiła do zlewu – szkoda czasu.

Z winami Loios (Joao Portugal Ramos), zarówno białym, jak i czerwonym jest podobnie. To naprawdę niezłe wina, ale nie za cenę 40 zł. To są przecież podstawowe, codzienne wina tego producenta. Nie wylądowały w zlewie, te były smaczne, tych byłoby szkoda. Jeszcze pewnie można znaleźć wyprzedażowe butelki w Biedronce za jedyne 12,49 zł. Być może to o tych winach pisał w swym felietonie „O cenach win słów kilka” Andrzej Daszkiewicz (Magazyn Wino), przy czym stawiał zarzut jednej z popularnych sieci dyskontów, że wino z reklamowej gazetki było raczej średnio dostępne. Ja nie zauważyłem ich braku, a już szczególnie w mniejszych miejscowościach, gdzie więcej jest amatorów piwa i wódki (też tańszych) niż wina. Valpolicella Ripasso była dostępna w Kołobrzegu jeszcze pod koniec lipca, mimo że promocyjna sprzedaż win włoskich zakończyła się dość dawno. W Elblągu widziałem „słynne” i szeroko na forach omawiane barolo, choć tego trunku nie piłem, więc nie wiem jak w tym przypadku przedstawiała się relacja jakości do ceny i ile barolo jest w barolo.

Trochę mnie jednak dziwi, że dość znane w polskim winnym światku osobistości tak otwarcie stają w obronie interesów tych, którzy importowane przez siebie wina sprzedają w cenach mocno przesadzonych. Dziwię się tym bardziej, że sprawa dotyczy win raczej pospolitych. Wydawać by się mogło, że wszystkim amatorom wina zależy na tym, by nie tracić fortuny na ulubione trunki. Pachnie mi tu diabelską siarką konserwującą symbiotyczny układ importerów i krytyków win. Wszak jedni bez drugich żyć nie mogą. Niestety.