niedziela, 28 lutego 2010

Dyspensa

Ostatnia degustacja win w "moim" ursynowskim sklepie była wydarzeniem ze wszech miar udanym i pozostawiła w mojej świadomości wyłącznie pozytywne wrażenia.

Zadowolony jestem przede wszystkim z tego, że w ogóle w niej uczestniczyłem, zważywszy na to, o czym wspomniałem w poprzednim wpisie. Była to swego rodzaju dyspensa, a używam tego religijnego terminu świadomie i nie bez przyczyny, postanowiłem bowiem przeciągnąć okres abstynencji aż do świąt wielkanocnych. Znajomi pukają się w czoło, wywijają coś palcem w jego okolicy i twierdzą, że zgłupiałem do reszty. Wiążą ten fakt oczywiście z postem, bo okres bezalkoholowy wpisuje się całkowicie w czas owej pobożnej praktyki. Moje intencje, jak pamiętacie, były nieco inne, ale jeśli wyjdę na dewota, to trudno. Mogę w tym momencie co najwyżej zacytować klasyka z numerem 007 i rzec tak: "szczerze mówiąc mam to w dupie". Moje relacje z Najwyższym wybiegają poza instytucjonalne schematy i na tym pragnę zakończyć wielkopostny wątek.

Wracając do samej degustacji muszę wspomnieć, że próbowaliśmy tym razem win z Chile, a dokładniej win pochodzących od jednego producenta: Viña Estampa. Byłem ciekaw tej degustacji, ponieważ Estampa jest także odpowiedzialna za markę "Ticket to Chile", z którą miałem już do czynienia. Opisywałem w którymś z wcześniejszych postów wrażenia, jakie wywarł na mnie kupaż Syrah/Cabernet Sauvignon. Wkrótce potem myślałem, że dam sobie spokój z tym winem, a tymczasem to ono nie daje mi spokoju i jestem przekonany, że będę musiał zmierzyć się z nim po raz kolejny, kto wie, może nawet nie ostatni. Pierwszym winem, jakie tego wieczoru trafiło do kieliszków i naszych podniebień było chardonnay, właśnie spod znaku Ticket to Chile. Byłem mile zaskoczony pierwszym doznaniem, ale koniec już taki miły dla mnie nie był, miałem wrażenie, że owoc spływa do gardła, ale alkohol mocno jeszcze trzyma się języka. Na etykietach kolejnych butelek pojawiła się już nazwa Estampa i były to:
  • Estampa Rose Cabernet/Syrah 2008
  • Estampa Carmenere/Merlot 2008
  • Estampa Reserve Carmenere/Cabernet Sauvignon/Cabernet Franc 2007
  • Estampa Reserve Syrah/Viogner 2008
Pierwsze dwa mnie nie porwały, za to dwa ostatnie to naprawdę wina do których warto wrócić i mam nadzieję, że wkrótce (czyli zaraz po "poście") to uczynię. Po raz pierwszy chyba, może drugi, wyszedłem ze sklepu nie kupując ani jednej butelki prezentowanego wina, ale miałem ku temu dobry powód, wspomnę o nim pod koniec dzisiejszego tekstu.

Tymczasem chciałbym powiedzieć o kolejnej niespodziance, która była zaskoczeniem dla wszystkich uczestników spotkania. Ponadprogramowym winem, jakie próbowaliśmy, był kupaż Cabernet/Merlot z rocznika 2008 stworzony przez Winnice Jaworek. Wino zaskakujące, warte spróbowania, warte kupienia. Jedna z osób goszczących na spotkaniu stwierdziła, że Polacy wyprodukowali coś, co z czystym sercem można nazwać winem, a nie produktem winopodobnym. Mnie osobiście to wino bardzo się podobało ze względu na interesujący intensywny aromat i oryginalny, bardzo ciekawy smak. Uważam, że warto obserwować i próbować to, co produkują Winnice Jaworek. Mam nadzieję, że aparat administracyjny państwa nie zabije u polskich producentów chęci tworzenia win i wkrótce będziemy mogli cieszyć się rodzimymi trunkami, wypijając je bez poczucia obciachu i zażenowania.

Teraz chciałbym wyjaśnić, dlaczego nie kupiłem żadnego z prezentowanych win. Nie dlatego, że mi nie smakowały, albo nie były warte swojej ceny. O nie. Po prostu już kilka dni wcześniej postanowiłem, że tym razem kupię coś naprawdę specjalnego, coś czym będę mógł się delektować, coś czym będę mógł uczcić narodziny mojego synka. Postanowiłem kupić butelkę Vieux Telegraphe Chateauneuf du Pape rocznik 2006. Mam nadzieję, że dokonałem właściwego wyboru. A tak przy okazji, to kolejna niespodzianka, do swojego zakupu, jako bonus, otrzymałem butelkę włoskiego merlota z regionu Veneto.

To był naprawdę miły wieczór pełen niespodzianek.

piątek, 19 lutego 2010

Pauza

Kilka lat temu robiłem kurs na prawo jazdy. Pamiętam, że byłem mocno spięty, a regularne, niemal codzienne jazdy autem tego napięcia nie rozładowywały. Po zakończeniu kursu nie zapisałem się na egzamin, ponieważ zbiegło się to w czasie z narodzinami mojej córki i głowę miałem zajętą zupełnie innymi rzeczami. Po dwóch miesiącach zapisałem się na jazdy doszkalające, żeby przypomnieć sobie wszelkie drogowe manewry i ze zdumieniem odkryłem, że prowadzenie samochodu wcale mnie nie stresowało, za kółkiem czułem się bardzo swobodnie. Najwyraźniej wraz z upływem czasu wszystko, co dotyczyło jazdy samochodem, ułożyło mi się w głowie i stało się naturalnie proste.

Doświadczenie to mam zamiar wykorzystać w mojej winnej edukacji. Postanowiłem zrobić kilkunastodniową, a może nawet kilkutygodniową pauzę. Jest ku temu dobra okazja, wkrótce ma przyjść na świat nasz synek, a dopóki to nie nastąpi powinienem być "pod parą" i "na chodzie", co oznacza zero alkoholu w organizmie.

Mam nadzieję, że jak wszystko szczęśliwie się zakończy, Tomek będzie już z nami, a ja otworzę butelkę wina - będę rozumiał wszystkie słowa, którymi do mnie przemówi. Słowa, które nie będą mnie już więcej  stresowały.

Robię zatem pauzę i zapominam na chwilę o wszelkich degustacjach tego niesamowitego trunku. Pogrążę się za to w winnej lekturze, której w ostatnich miesiącach trochę się nagromadziło. 


środa, 17 lutego 2010

Merlot, cabernet i mała rewolucja.

Degustacja mieszanek Cabernet Sauvignon/Merlot, zorganizowana przez ursynowski sklep Winestory dostarczyła mi pewnych refleksji i spostrzeżeń, którymi chciałbym się z czytelnikami podzielić.

1. Starałem się podsłuchać, co inni uczestnicy spotkania sądzą o degustowanych winach, porównać to do opinii prowadzącego i zestawić z moimi własnymi wrażeniami. Większość zaproszonych gości zgadzała się z odczuciami, którymi dzielił się Piotr, co wprawiło mnie w pewien niepokój, bo najczęściej nie pokrywało się to z moimi osobistymi doznaniami. Na szczęście byli też i tacy, którzy mówili co innego, niż Piotr, a fakt ten humor mój poprawiał, choć nie całkowicie - ich opinie różniły się również od moich. Trzeba zatem zawierzyć starej prawdzie, która mówi, że pić należy te wina, które smakują tobie, a nie te, które podobają się innym. Oceny innych należy traktować jak indywidualny, odmienny dla każdego punkt widzenia, nie zaś jak wyrocznię - jedyną i zawsze słuszną - starej wiedźmy Ple Ple. 

Najważniejsze są własne doświadczenia, ale o tym już chyba kiedyś pisałem, więc nie będę rozwijał tego wątku.

2. Czy miejsce i czas degustacji ma wpływ na ocenę wina? Chyba tak. Tak mi się wydaje. Podczas spotkania próbowaliśmy bordoskiego wina Bois de Roc, które piłem już wcześniej, choć moja butelka pochodziła z rocznika 2006, ta w sklepie zaś z 2007 roku. Cechą charakterystyczną degustowanego wina był specyficzny aromat, przywodzący na myśl pełną naturalnych zapachów stajenkę, które nie u każdego pozostawiają miłe wspomnienia. Byłem nieco zaskoczony, ponieważ wino z mojej butelki, wypite w domu, miało zupełnie inny bukiet i zupełnie inny smak. Może to właśnie wpływ miejsca, czasu, towarzystwa, nastroju? A może jednak samego wieku wina? Czy poszczególne roczniki mogą się różnić tak wyraźnie? Na naszym kontynencie jest to bardzo prawdopodobne. Peter Hellman z działu wina The Wall Street Journal twierdzi, że wina francuskie, czy europejskie w ogóle, są silnie uzależnione od pogody i że to właśnie ona (a nie działania rozleniwionych winiarzy) determinuje jakość win. Według niego rocznik 2007 był całkiem niezły, o niebo lepszy od 2006, ale w żaden sposób nie może równać się z rokiem 2005, wielce łaskawym dla europejskich winiarzy.

I cóż z tego, skoro mi przypadło do gustu właśnie to z rocznika 2006.

3. Po raz pierwszy kupiłem “Magazyn wino” - dwumiesięcznik poświęcony kulturze wina w Polsce. Wcześniej jakoś nie miałem okazji nawet go przejrzeć. Pismo jest ładnie wydawane, papier i format przypominają mi “Pozytyw”, który zniknął już dawno temu z rynku, a szkoda, bo był to najlepszy magazyn fotograficzny w Polsce. Mam nadzieję, że taki los nie spotka “Magazynu wino”. Byłoby szkoda. Na jego łamach (grudzień 2009) znalazłem garść informacji i opinii na temat twórcy wideobloga TV.WINELIBRARY.COM Gary’ego Veynerchuka. Okazało się, że osoby budzącej w redakcji pisma pewne kontrowersje, jeśli porównać teksty pani Ewy Wieleżyńskiej i pana Andrzej Daszkiewicza. W pamięci utkwił mi dość agresywny, w mojej opinii, artykuł pani Ewy na temat niecodziennych wyczynów Gary’ego. Z jednej strony konfrontacja tradycyjnej krytyki winiarskiej z nowoczesnym sposobem mówienia o winie, z drugiej zaś wyraźnie negatywna ocena samego człowieka. Oczywiście, widać gołym okiem niedostatki i błędy realizacyjne programu Veynerchuka, nerwowe, nieznośne drgania kamery, gdy tylko zdjęta zostanie ze statywu, amatorskie pseudo-studio telewizyjne, kiepskie światło itd. Można się zgodzić z twierdzeniem, że jego opisy win są monotonne, podobne do siebie i “pozbawione osobistej nuty”, można krytykować jego wystąpienia pod względem merytorycznym, ale pastwienie się nad ekspresyjną gestykulacją “jakby miał ADHD” czy nazywanie go pajacem wielbiącym futbol amerykański i stroniącym od książek wygląda na jakąś osobistą wojenkę w małym światku. Nie wiem, czy Gary jest rewolucjonistą, nie wiem czy jest w stanie rzeczywiście zmienić świat wina, ale trudno nie zauważyć ogromnej pasji i radości czerpanej z tego, co robi. Widać gołym okiem (no właśnie, widać), że wino go “kręci”, nawet “grzmoci”, a że przy okazji potrafi sprytnie zareklamować kilka butelek ze swojego sklepu, to już zupełnie inna sprawa. Sklep daje mu zarobić na chleb, show przynosi zaś rozgłos, może nawet sławę? Nie widzę w tym nic złego, to jego sposób na życie. Wideo nie zabiło kina, Internet nie uśmiercił prasy, jestem też pewien, że program Gary’ego nie unicestwi winiarskich krytyków “obgryzających nad kieliszkiem swój ołówek”. Pani Ewo, bez obaw!

czwartek, 11 lutego 2010

Jajko czy kura?


Prawdę mówiąc nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy na dobre rozpoczęła się moja przygoda z winem. Najprawdopodobniej wtedy, gdy dostałem w “swoim” sklepie zaproszenie na degustację win, która tak mi się spodobała, że postanowiłem uczestniczyć aktywnie w kolejnych spotkaniach. Tak to się chyba zaczęło, ale wydaje mi się, że zwiastunem winnych eksploracji była niewielka książeczka Hugh Johnson’a “Przewodnik po świecie win 2004”, którą znalazłem na parkingu pod kołem mojego samochodu. Nieco mokra, lekko podniszczona wylądowała w bagażniku auta i przeleżała kilka miesięcy w jego czeluściach. Szukając czegoś w kufrze znów się na nią natknąłem, a ponieważ była już sucha, zabrałem ją do domu. Okazała się znaleziskiem naprawdę cennym - niewielki, kieszonkowy format pozwala nosić ją wszędzie ze sobą, by w odpowiednim momencie służyć pomocą. Czasem w sklepie, innym razem podczas rozmowy o winie, potrafi też umilić podróż środkami komunikacji miejskiej.

Książeczka ta wydawana jest co roku, polską wersję sponsoruje Plus GSM, lecz nie widziałem jej na rynku, sądzę raczej, że jest rozdawana wybranym klientom tej sieci komórkowej. Dzięki popularnemu serwisowi aukcyjnemu udało mi się zdobyć za niewielkie pieniądze wydania na lata 2003 i 2005. Najświeższe, oryginalne wydanie na rok 2010 zamówiłem już w USA, za pomocą Amazon.com. Ta wersja niestety nie była zbyt tania (zwłaszcza po doliczeniu kosztów transportu), na domiar złego muszę jeszcze na nią trochę poczekać. Niemniej jednak, jeśli któryś z czytelników mojego bloga dysponuje w miarę świeżymi, polskimi wydaniami przewodnika, to proszę o kontakt, chętnie odkupię dobrze utrzymany egzemplarz. Oczywiście za rozsądne pieniądze :).

niedziela, 7 lutego 2010

Trudny tydzień.

Nie pisałem już od ponad tygodnia, a tydzień ów był dziwny, pełen zwrotów akcji, zaskoczeń, zdarzeń przykrych i tragicznych. Chociaż wszystko to działo się raczej gdzieś obok, to jednak w pewnym sensie dotykało także i mnie. Przy tym wszystkim pisanie o winie wydaje się nieistotną błahostką, samo zaś degustowanie trunków nie sprawiało mi żadnej niemal przyjemności, odbywało się na raty (interwencje wydziału wewnętrznego), wrażenia nie pozostawały na długo w pamięci i nie wiem sam, czy będę je w stanie wiernie odtworzyć. Ale postaram się.

Kontynuowałem opróżnianie swojej kolekcji z win francuskich i do kielichów trafiły dwa: 2005 Chateau La Croix-Davids Cotes de Bourg i 2003 Chateau Donissan Cru Bourgeois. Bardzo przyjemne wina, nienatarczywe jeśli chodzi o aromat, delikatne w smaku, różniące się miedzy sobą niuansami. Oba wina wystawiają - moim zdaniem - niezłą ocenę regionowi Bordeaux, jeśli miałbym wskazać zwycięzcę, wybrałbym jednak to drugie wino. Przy okazji muszę powiedzieć, że coraz bardziej podoba mi się stonowany charakter win z Bordeaux, początkowo nie przekonywał mnie mało intensywny aromat trunków, ale z czasem uznałem to za ich zaletę a nie wadę.

Niewiele do tej pory pisałem o winach białych, pewnie dlatego, że też mało z nimi miałem do czynienia. Miałem jednak ostatnio okazję pić nowozelandzkie wino Silverlake Sauvignon Blanc z 2008 roku i byłem zachwycony jego świeżością i aromatem. Bardzo mi się podobało to, że wino było lekko, ale to naprawdę lekko, musujące. Zachęcony tym winem kupiłem, z okazji rodzinnego spotkania, butelkę chilijskiego Misiones D Rengo, również sauvignon blanc z rocznika 2008. Różniło się ono nieco od tego z Nowej Zelandii, głównie za sprawą lekkiej goryczki, która pojawiała się na końcu. Niemniej jednak uznaję je za bardzo ciekawe, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę cenę, dwukrotnie niższą niż w przypadku Silverlake.

W wolnej chwili zapraszam na stronę tv.winelibrary.com. Gary Veynerchuk w charakterystyczny dla siebie sposób prezentuje na niej filmy z degustacji win wyrażając arcyciekawe, zaskakujące i bardzo oryginalne opinie na ich temat. Miłego oglądania.

sobota, 30 stycznia 2010

Kurczak z pieprzem i groszkiem cukrowym.

Na moment oderwę się od podróży po świecie win, bo choć ostatnia trasa Nowa Zelandia-Gruzja-Włochy-Francja była interesująca, to raczej ze względu na towarzystwo, w którym ją pokonywałem, niż odczucia jakie towarzyszyły degustacji trunków. Podejrzewam, a podejrzenie to graniczy niemal z pewnością, że popełniliśmy karygodne błędy w doborze serów, mających pomóc nam przetrwać ten niekrótki trip, w konsekwencji właśnie ów ser tak zmienił nasz sposób odczuwania zapachów, że aromat wina przekształcił się w nieprzyjemną mieszankę lakieru do paznokci i acetonu, który pomaga lakierowi paznokcie opuścić. Niemożliwe, żeby trzy różne wina miały tak podobny "bukiet", przyznaję więc kolejny raz, i nie odkrywam przy tym Ameryki, że posiłek towarzyszący piciu wina, ma ogromny wpływ na jego przebieg. Zapomnijmy zatem o tej przykrej ekskursji, a dziś podzielę się prostym i efektownym daniem, które powstało na nowiutkim woku, w który zaopatrzyła mnie moja ukochana małżonka, za co jestem jej mega wdzięczny. Oto przepis:


  • 2 łyżki keczupu
  • 2 łyżki jasnego sosu sojowego
  • 450 g piersi z kurczaka, bez skóry i kości
  • 2 łyżki tłuczonego pieprzu (trzy kolory)
  • 2 łyżki oleju słonecznikowego
  • 1 czerwona papryka
  • 1 zielona papryka
  • 175 g groszku cukrowego
  • 2 łyżki sosu ostrygowego

  1. W misce wymieszać keczup z sosem sojowym.
  2. Pokroić mięso na cienkie paski, po czym połączyć je z przygotowaną mieszanką pomidorowo-sojową.
  3. Zmiażdżone ziarna pieprzu wysypać na talerz i obtoczyć w nich mięso z zalewy.
  4. Podgrzać olej słonecznikowy w gorącym woku.
  5. Dodać mięso i smażyć, mieszając, 5 minut.
  6. Usunąć gniazda nasienne z papryki, po czym pokroić je w paski.
  7. Dodać paski papryki wraz z groszkiem cukrowym do woka z mięsem i smażyć, mieszając, kolejne 5 minut
  8. Wlać sos ostrygowy i podgrzewać jeszcze 2 minuty, aby sos zawrzał. Gotowe danie przenieść do miseczek i niezwłocznie podawać.
Smacznego!

niedziela, 24 stycznia 2010

Bordoskie tajemnice.

Picie win z Bordeaux niesie ze sobą pewną tajemnicę, nie zawsze łatwo dają się rozszyfrować jeśli chodzi o bukiet czy smak, ale jeszcze większym wyzwaniem jest znalezienie w Internecie konkretnych informacji na temat francuskich trunków. Oczywiście wina najbardziej znane, pochodzące od renomowanych producentów i cieszące się wielką estymą wśród amatorów francuskich trunków [tych z grubym portfelem :)] mają promujące je witryny w sieci, ale mam wrażenie, że mniejsi producenci tak dalece tkwią w tradycji, że technologia zwana Internetem nie jest im jeszcze powszechnie znana.

Mam akurat fazę na wina z Bordeaux, postanowiłem otworzyć kilka [oczywiście nie jednocześnie] z mojej małej kolekcji. Były to Chateau Bois de Roc 2006, Couloumey Du Chateau Le Tuquet 2005 i Chateau Floreal Laguens 2000.

Próbowałem znaleźć w Internecie jakieś konkretne informacje na temat tych win i przypominało to szukanie igły w stogu siana. Nie zrozumcie mnie źle. Nie jestem jakoś specjalnie wkurzony z powodu braku szybkiej, bezpośredniej informacji na temat konkretnego wina. Wręcz przeciwnie - wielką przyjemnością i niezwykłą rozrywką było, oprócz sączenia cudownego płynu, niemal detektywistyczne poszukiwanie strzępków informacji i składanie ich w całość. Pomocne bywają portale, które starają się usystematyzować wiedzę z zakresu bordoskich win, ale nawet w tym przypadku droga do oświecenia pełna jest informacyjnych dziur. A to znajdziemy adres producenta, czasem telefon do osoby zatrudnionej w winiarni, przy odrobinie szczęścia odszukamy nawet w miarę dokładny skład wina. Przednia zabawa.

A jak smakują moje bordoskie wina? No cóż, to kolejna tajemnica, którą tym razem zachowam tylko dla siebie. Ale Bois de Roc i Floreal Laguens szczerze polecam.

Na pociechę internetowy adres portalu pomocnego w poszukiwaniach wiedzy na temat win z Bordeaux.
www.vins-bordeaux.fr


czwartek, 21 stycznia 2010

Podróż w nieznane.















W świecie win wciąż poruszam się jak dziecko we mgle. Gdy już wydaje mi się, że coś się wyjaśnia,  przejaśnia, że coś się w tej mgle ukazuje, zawiesina znów staje się coraz gęstsza, rozmywa szczegóły, dezorientuje. Gdy piłem Ca' Fornari Montepulciano d'Abruzzo mgła zaczęła dopiero się podnosić, więc jeszcze w sposób całkiem klarowny widziałem naprawdę śliczną w swej prostocie grafikę etykiety i była to rzecz warta odnotowania. Samo wino naprawdę niezłe, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę kwestię ceny. Wydanie 20 zł na wino, które umili czas spędzony przy obiedzie nie wydaje się inwestycją nietrafioną. Trunek rzecz jasna nie oczarowuje, ale i do rozczarowania daleko. To tyle jeśli chodzi o to wino.

Kolejnym trunkiem, w który zainwestowałem swoje pieniądze w ramach budżetu przeznaczonego na eksplorację winnych mórz (i to tych mocno południowych) był Trapiche Cabernet Sauvignon Oak Cask 2007. No jakże mi się spodobało to wino, szczególnie w pierwszych momentach jego degustacji. Wyrazisty, owocowy aromat przypadł mi do gustu. Mnie, jako amatorowi, coś co jest wyraziste automatycznie wydaje się atrakcyjne. W pamięci mając wciąż "Ticket to Chile" Syrah/Cabernet Sauvignon 2008, o którym wspominałem w jednym z wcześniejszych wpisów, Trapiche wydało mi się winem niewiarygodnie wręcz łagodnym, nieatakującym siłą tanin. Nie wiem, dlaczego porównuję akurat te dwa trunki, wszak nie mają ze sobą wiele wspólnego ani pod względem geograficznym, ani składnikowym, bo choć cabernet sauvignon występuje w "Ticket to Chile", to jego udział w całości wydaje się być nieistotny. Nie wiem i pewnie się nie dowiem, ale takiego porównania dokonałem i z tych dwóch win ponownie wybrałbym Trapiche, choć mam świadomość, że wielu amatorów wina uznałoby ten wybór za idiotyczny i całkowicie nietrafny. Na tym też polega magia wina, że każdemu smakuje inaczej i każdy może w sposób odmienny postrzegać dosłownie wszystko, co się na wino składa.

Gdy w butelce argentyńskiego wina było go już wyraźnie mniej niż więcej, postanowiłem otworzyć wino z Bordeaux - Chateau Peneau z uchodzącego za niemal doskonały rocznika 2005. Pierwsza próba i momentalnie uświadomiłem sobie, że picie jednego wina, to jak oglądanie świata jednym okiem. Niby wszystko widać, ale obraz jest strasznie płaski. Drugie wino jak drugie oko ujawnia nowy wymiar, który z misternej i w trudzie tworzonej układanki, na pozór skończonej, tworzy jedynie zwykłą dwuwymiarową ściankę puzzli 3D. Teraz Trapiche wydaje się być winem ordynarnym - miły z początku aromat robi się nachalny i trudny do zniesienia, nadmiernie intensywny, z bardzo już teraz wyraźnie wyczuwalną, zwykłą "porzeczkowością". W tym momencie to wino z Francji wydaje się być łagodne jak baranek. Wcale nie jestem wielce zachwycony tym winem, ale jego otwarcie i skonfrontowanie z poprzednim uzmysłowiło mi, że nie tylko wino, ale i kontekst jest w degustacji bardzo ważny. Aromat wina wydał mi się zresztą bardzo interesujący i ciekaw jestem, czy czytelnicy tego bloga podzielą moje wrażenie, ale wydaje mi się, że oprócz delikatnej, ale to naprawdę delikatnej owocowości wyczułem zapach ziemi, ale ziemi świeżo nawiezionej tym, czego rolnikom powszechnie dostarczają zwierzęta hodowlane nie domagając się w zamian sowitej zapłaty. Bez przesady, nic strasznego, tylko wrażenie wiejskiej sielskiej atmosfery, wywołującej tęsknotę za suto zastawionym stołem wyniesionym do ogrodu, za którym znajdują się żyzne pola.

Pola, które znów rozpływają się we mgle...

sobota, 16 stycznia 2010

Barbera

Choć spóźniłem się na ten pociąg, to udało mi się złapać poręcz ostatniego wagonu i szczęśliwie dotrzeć do Piemontu. Piotr - kierownik tego składu dowiózł mnie na miejsce i jeszcze oprowadził po okolicy :)

Chciałem napisać kilka słów na temat pochodzących właśnie z północnego zachodu Włoch win Barbera d'Asti i Barbera d'Alba, ale już wiem, że tego nie zrobię. Przynajmniej nie w tej chwili. Przyznać muszę, że Barbera przypadła mi do gustu, nawet bardzo i to jest główna przyczyna mojej niechęci do pisania o tym szczepie. Czuję, że aby poznać ten rodzaj wina, muszę przyjrzeć mu się lepiej, a właściwie wypić go znacznie więcej. Nie chodzi o dwie butelki, nie trzy, sądzę że dopiero po piętnastu, może dwudziestu próbkach z różnych roczników i od różnych producentów będę mógł powiedzieć, że znam te wina. Dość powiedzieć, że mam ochotę ten plan zrealizować, choć wiem, że będzie on przeciągnięty w czasie ze względu na to, że Barbera w większości przypadków tania nie jest, konsumpcja kilkunastu butelek, choć kusząca, może skutecznie wydrenować portfel.

Jak na razie udało mi się wypić dwa wina z piemonckiego szczepu: Rubia Barbera d'Alba 2007 (69 zł) oraz Bramoss Barbera d'Asti 2004 (32 zł). Jak widać różnica w cenie jest znacząca, wina różnią się też nieco smakiem między sobą. Choć pierwsze z nich wydaje mi się bardzo eleganckie i zrównoważone, to drugie kusi większą słodyczą, która jakoś przypadła mi do gustu. Dziś zapewne zaopatrzę się, o ile nie zniknęło już ze sklepowej półki, w wino Bramoss Barbera d'Asti 2006 (32 zł), będę mógł porównać trunki od tego samego producenta, ale z różnych roczników. Nie mogę doczekać się już tej konfrontacji. Wszelkie uwagi oczywiście spiszę i w odpowiednim momencie złożę je w całość, która mam nadzieję odpowie na pytanie, które postawiłem sam sobie: czy jestem miłośnikiem barbery?
 

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Campos de Luz Reserva























Nieco zawiedziony winem "Ticket to Chile" opisywanym w poprzedniej notce postanowiłem kupić bilet do Hiszpanii, dokładniej rzecz biorąc w okolice Saragossy, by tam cieszyć swe podniebienie znanym mi już winem Campos de Luz Reserva. Nie wiem, czy powinienem porównywać te wina ze sobą, cóż może je łączyć? Może mniej więcej podobna zawartość Cabernet Sauvignon w kupażu, albo to że winiarze  posługują się hiszpańskim. Ja jednak pokuszę się o małe porównanie ze względu na dość krótki czas pomiędzy degustacjami tych win. Taniny są wyraźnie obecne, ale mają zupełnie inny, niż w przypadku "Ticket'a..." charakter, nie dominują, są znacznie gładsze, przyjemniejsze. Aromat wyraźny, na myśl przychodzą mi czerwone owoce i coś jakby powidła. Chyba śliwkowe, ale nie słodkie, choć czubek języka sygnalizuje niewielką ilość cukru resztkowego. Podobne odczucia mam jeśli chodzi o smak wina, choć tutaj śliwka miesza się z truskawką, ale wszystko to nadal w formie powideł. Posmak utrzymuje się w ustach długo, co uważam za ogromną zaletę tego wina.

"Campos de Luz Raserva" to wino w pewnym sensie dojrzałe, "Ticket to Chile" to jeszcze świeżak. Na dziś polecam to pierwsze, ale sam jestem ciekaw jaki smak będzie miał "Ticket..." za pięć-sześć lat. Jedyny sposób, by się o tym przekonać to oczywiście kupić kolejną butelkę chilijskiego wina i ukryć ją gdzieś na lat kilka... Myślicie, że warto?


sobota, 9 stycznia 2010

Ticket to Chile.

Niektórzy wiedzieli to wcześniej, inni dowiedzą się czytając tą notkę, że dziś miałem zamiar spróbować wina "Ticket to Chile" Syrah/Cabernet Sauvignon Reserve 2008. Na szczęście nic nie stanęło na drodze i degustację udało się rozpocząć. Dziś zatem krótki opis wrażeń towarzyszących piciu tego wina, jednak zanim się nimi podzielę muszę nadmienić, że wino to jest w pewnym sensie "kultowe" za sprawą kilku zdarzeń. Po pierwsze niewiarygodnie szybko zniknęło z półek sklepu, w którym zwykle zaopatruję się w ten szlachetny trunek. Po zniknięciu długo kazało na siebie czekać za sprawą protestu chilijskich celników, a długie oczekiwanie tylko wzmacniało chęć spróbowania "Ticket'a...". W końcu wino pojawiło się w sklepie, ale gdy zdecydowałem się na zakup okazało się, że na "stanie" jest tylko jedna butelka wspomnianego wcześniej Syrah/Cabernet Sauvignon, którą oczywiście nabyłem, choć moim zamiarem było wzbogacenie swej kolekcji o charakterystyczny dla Chile szczep Carmenere.

Po ponad dwutygodniowej abstynencji, przepełniony emocjami spotęgowanymi ogromnymi oczekiwaniami wobec obiektu "kultu" z wielkim namaszczeniem otworzyłem butelkę.

Wino ma kolor ciemny, intensywny, ale jest oczywiście klarowne. Zapach... zapach... no cóż, brak doświadczenia początkującego amatora wina ujawnił się z całą swą bezwzględnością. Nie czuję prawie nic. Nic poza dziwnym przeświadczeniem, że wino zawiera dużo alkoholu. Rzut oka na etykietę - 14%, to chyba niemało. Próbuję jeszcze raz... i jeszcze raz... może owoce, może przyprawy? Może. Pewności nie mam, nie będę więc ściemniał, że wyczuwam "coś" i potrafię to "coś" precyzyjnie nazwać. Wypijam łyk - może teraz uda mi się to coś ustalić, coś odkryć, coś zdefiniować. Wypijam i... wiem już teraz na pewno czym są taniny/garbniki. Wiem, co oznacza "suchość w ustach", wiem też, że w tym winie taniny są ostre, wręcz gorzkie. Gorzkie? Próbuję wina czubkiem języka i odczuwam wyraźną słodycz. Dziwne? Nie, taniczność to nie rodzaj smaku, to rodzaj wrażenia zmysłowego. Ale góruje nad resztą i sprawia mi pewien kłopot. Jako amator muszę wspomóc się literaturą, poznać doświadczenia innych aby znaleźć wyjście z tej dziwnej sytuacji, przypominającej "strzał w twarz" od dziewczyny, co do której ma się pewne plany. Syrah/Shiraz to szczep taniczny sam w sobie, o dużym potencjale starzenia a "reserve" pewnie nabyła jeszcze porcję goryczy od beczki. Mój prosty skądinąd rozum kombinuje, że to wino jest po prostu za młode, za ostre na moje nieprzyzwyczajone jeszcze do wina podniebienie. Żeby ratować sytuację muszę znaleźć wyjście z trudnej, krępującej sytuacji. Gdzie jest "panic button"? Gdzie "emergency exit". No gdzie? Może powinienem połączyć trunek z jakąś potrawą? Szybko sięgam po żółty ser - nie pomógł wiele. Może oliwki. Próbuję zielonych i jest znacznie lepiej, ale to jeszcze nie to. Sięgam po iPoda Touch. Zagryzać iPod-em? - osobliwy pomysł, ale nie po to jest mi potrzebny. Chodzi o aplikację "Hello Vino", która pomaga dobrać parę wino-potrawa. Do tego typu wina znalazłem kilka propozycji, przejrzałem lodówkę i postawiłem na "czarnego konia" w postaci szynki z musztardą. I co? I wszystko zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wino stało się gładsze, całkiem przyjemne w piciu, uratowane przed totalną krytyką amatora.

Czy jestem zachwycony tym winem? Na pewno nie. Czy rozczarowany? Też nie, w końcu czegoś się nauczyłem. Wniosek na przyszłość? Jeśli mam zamiar otworzyć argentyńskiego malbeca muszę wcześniej zaopatrzyć się w porządny kawał argentyńskiego steka.

czwartek, 7 stycznia 2010

Piwniczka


Notka ta, Drodzy Czytelnicy, wiąże się z poprzednią w ten sposób, że podróż szpitalna odbyta w całkowitej abstynencji spowodowała znaczny przyrost winnych trunków w mojej kolekcji. Okazało się przy okazji, że więcej czasu poświęcam na teoretyczne poznawanie świata win, niż smakowanie samych trunków. To może oznaczać tylko jedno, nie od alkoholu jestem uzależniony, lecz od zakupów. Skoro chwilowo nie piję, to dla zabicia czasu przygotuję Wam skład mojej piwniczki licząc, że w jakiś sposób odniesiecie się do moich wyborów. Czy będzie to krytyka, czy pochwała, nie ma znaczenia, za wszelkie uwagi będę niezmiernie wdzięczny. Listę win podzielę wg. krajów pochodzenia a zacznę od (sic!) naszej ojczyzny.

POLSKA
Winnice Jaworek - Chardonnay/Auxerrois 2008

NOWA ZELANDIA
Silverlake - Sauvignon Blanc 2008

FRANCJA
Chateau Peneau 2005 (Saint-Emilion)
Chateau Bois de Roc 2006 (Medoc)
Chateau Saint-Christoly 2005 (Medoc)
Couloumey Du Chateau Le Tuquet 2005 (Graves)
Domaine La Croix Belle no 7 2005
Domaine La Croix Les Calades 2006

HISZPANIA
Campos De Luz - Garnacha Reserva 2004

CHILE
Chocolan - Carmenere Reserva 2006
Vina Maipo - Carmenere Reserva 2008
Ticket to Chile - Syrah/Cabernet Sauvignon Reserve 2008

ARGENTYNA
Kaiken - Malbec 2007
Trivento - Malbec Golden Reserve 2006
Trapiche Oak Cask - Cabernet Sauvignon 2007

WŁOCHY
Monte Del Fra - Valpolicella Classico Superiore Ripasso 2007
Monte Del Fra - Amarone della Valpolicella Classico 2006
Castellani Villa Lucia Chianti Riserva 2004

środa, 6 stycznia 2010

Szczęśliwy powrót.

Nie wszystkie podróże są udane i nie każdą warto zachwalać, ta ostatnia najszczęśliwszą na pewno nie była, a to dlatego, że jej celem był szpital dziecięcy. Wyprawa dziesięciodniowa, bez możliwości jej skrócenia tym jeszcze różniła się od tych przyjemnych, że na powrót do domu czeka się nie z żalem a z utęsknieniem.

Na szczęście wszystko już za nami, dziecko w domu, zdrowe i zadowolone, my również. Mam nadzieję, że tego typu notek na tym blogu będzie niewiele, prawdę mówiąc życzę sobie, żeby była ostatnia.

piątek, 13 listopada 2009

Łosoś w duszonych pomidorach.



Tym razem podróż kulinarna, w którą zabrała mnie moja żona. Wczoraj udało nam się kupić ładne płaty łososia, a dziś książkę Mirka Drewniaka "Gotowanie na parze", w której znaleźliśmy wspaniały przepis na beztłuszczowe, zdrowe przygotowanie wspomnianej ryby. Podaję przepis znaleziony w książce , który zilustrowałem własnymi fotografiami. W ten sposób chciałbym podziękować mojej żonie oraz p. Drewniakowi za wspaniałe doznania jakich doświadczyło dziś moje podniebienie.

SKŁADNIKI:

6 kawałków filetu z łososia po 20 dag
pół pęczka kopru
1 cytryna
1 cebula
3 pomidory
5 gałązek bazylii
sól

SPOSÓB PRZYRZĄDZENIA:

Filety dokładnie oczyścić z resztek ości. Z soli, posiekanego koperku i soku z cytryny przyrządzić marynatę, zalać rybę i odstawić na 2 godziny. Cebulę i pomidory pokroić w kostkę, włożyć do miski, dodać posiekaną bazylię, doprawić solą i pieprzem, wymieszać.
W garnku zagotować 2 szklanki wody. Warzywa ułożyć w głębokim sicie i umieścić nad wrzątkiem, gotować na parze ok. 15 minut, po czym ułożyć na warzywach kawałki łososia. Parować jeszcze ok. 15 minut. Kawałki łososia wyłożyć na ogrzany półmisek, warzywa zmiksować i podawać do ryby jako sos.

Smacznego!

środa, 11 listopada 2009

Podróż do Chile.


Dziś kolejna wycieczka w świat win. Moim biurem podróży od pewnego czasu jest ursynowski sklep Winestory, który w ramach swojej akademii pozwala poznać uroki win z różnych stron świata. Tym razem padło na Chile i szczep, który jest wizytówką tego kraju, czyli carmenere. Do połowy XIX w. szczep ten był bardzo powszechny w Bordeaux, gdzie wraz z Cabernet Franc współtworzył wielką markę win bordoskich. Niestety, filoksera wyniszczyła w XIX w. francuskie winnice, nie szczędząc przy tym carmenere (znany również jako grand vidure). Na szczęście szczep carmenere trafił wcześniej wraz z kolonizatorami do Nowego Świata i tutaj przetrwał szczęśliwie po dziś dzień, choć przez długi czas był mylony z merlotem. Badania DNA rozwiały jednak wszelkie wątpliwości a carmenere znalazło swoje miejsce wśród chilijskich win, jego udział w uprawach to ok. 7%.

W czasie spotkania spróbowałem pięciu różnych win. Nie będę w tej chwili opisywał wrażeń, jakie towarzyszyły mi podczas degustacji tego wina. W zamian zacytuję ich opis z ulotki otrzymanej w sklepie.

  • Inspira Carmenere. Skład: carmenere; pochodzenie: Maipo Valley, Chile. “Łagodne wytrawne wino o intensywnym rubinowo-czerwonym kolorze i wyjątkowej klarowności. Dominują silne aromaty czekolady i świeżych owoców. W smaku wyraźnie wyczuwalne harmonijne połączenie karmelu, owoców i tanin. Idealne do lekkich mięs, drobiu i makaronów.”
  • Arte Noble Merlot. Skład: merlot; pochodzenie: Curico Valley, Chile. “Wino o głębokim czerwonym kolorze z fioletowymi refleksami, aromacie czarnych leśnych owoców, tytoniu oraz przypraw. W smaku wyraźnie wyczuwalne świeże owoce pestkowe, czekolada i przyprawy. Polecane do wszelkiego rodzaju potraw mięsnych, past i drobiu.”
  • Chocalan Carmenere Seleccion. Skład: carmenere; pochodzenie Maipo Valley, Chile. “Wino oferuje czerwono-purpurową barwę, aromaty dojrzałych owoców i przypraw. W ustach harmonijne, z delikatnymi dojrzałymi taninami. Podawać do czerwonych mięs, drobiu w ciemnych sosach i makaronów z mięsem.”
  • Chocalan Carmenere Reserva. Skład: carmenere; pochodzenie Maipo Valley, Chile. “Kawał potężnego wina, prawdziwa bomba owocowa. W parze z silnymi aromatami idzie zdecydowany smak. Taniny są pełne, choć wyłagodzone, zaś delikatnie słodki finisz zjednuje podniebienie. Podajemy do czerwonych mięs, pasztetów.”
  • Casa Silva Gran Reserva Carmenere. Skład: carmenere; pochodzenie Colchagua Valley, Chile. “Głęboka rubinowa barwa, aromaty czekolady, czarnych owoców, toffi i kakao. W ustach potężne i krągłe, przyjemne słodkie taniny, długi satysfakcjonujący koniec. Podawać do czerwonych mięs.

Miłym urozmaiceniem tych winnych spotkań są małe konkursy, w których można wygrać butelkę ulubionego trunku. Udało mi się drugi raz z rzędu, z czego bardzo się cieszę, tym bardziej, że przygotowałem się z carmenere, a pytanie dotyczyło szczepu charakterystycznego dla Urugwaju. Nagrodą było wino włoskie Bardolino (Monte Del Fra). Moim wyborem spośród prezentowanych win, była butelka Chocolan Carmenere Reserva. Oprócz tego swoją kolekcję wzbogaciłem (przynajmniej na chwilę) o wino Montes Pinot Noir Limited Selection.