sobota, 6 sierpnia 2011

Europa

Mając do dyspozycji kilka wolnych od pracy dni (i to zaraz po urlopie) postanowiłem przejrzeć swój zestaw win przeróżnych, wśród których można znaleźć i coś ze nowego świata, i coś ze starej Europy. Coś zupełnie niedrogiego i butelki, na które (chyba w jakimś amoku) wydałem pieniądze wcale niemałe. Z tego winnego zakątka wyciągnąłem na chybił trafił kilka butelek. Wszystkie pochodziły ze starej Europy i wszystkie należały do grupy trunków raczej tańszych.



Na pierwszy ogień, a było to wczoraj - w piątek, poszło wino z Portugalii. Było to fajne vinho verde, pieniące się nieco w kieliszku ale świeże, lekko musujące. W sam raz na dość gorące popołudnie. To wino piłem już wcześniej (być może starszy rocznik), wiedziałem czego się spodziewać i tu żadnej niespodzianki nie było.
(Winestory, 25 zł)

Jednak dobre, lekkie wino ma to do siebie, że szybko ubywa z butelki, a ponieważ godzina jeszcze nie była późna sięgnąłem po drugą butelkę.



Było to wino francuskie z apelacji Cahors, z której pochodzą trunki mające w swym składzie mój ulubiony szczep - malbec. Wino Oltesse nie jest czystym malbekiem, oprócz niego w składzie występują merlot i tannat. Ich udział pozostaje zagadką, producent na swej stronie nie udziela szczegółowych informacji. Wino raczej średnie, bez fajerwerków, których jednak trudno oczekiwać w tym przedziale cenowym, ale dało się pić. Wino to popijałem oglądając na VHS-ie "Psychozę" Hitchcock'a. Niestety, nie wytrzymałem do końca ani jednego, ani drugiego. Dionizosowi i X. Muzie nie udało się ochronić mnie przed silnymi ramionami Morfeusza.
(Real, 23 zł)



Dzisiaj (sobota) po południu sięgnąłem bo butelkę białego wina z włoskiego Piemontu. Gavi (Tenuta Trere) okazało się winem rześkim, dość mocno kwasowym (za czym jak wiecie nie przepadam), w smaku przypominającym kwaskowe właśnie mirabelki czy morele. Po kieliszku stwierdziłem jednak, że mam ochotę na coś innego, niekoniecznie białego, więc gavi poszło chwilowo do lodówki.
(Leclerc, 37,75 zł)



W moje ręce wpadło za to hiszpańskie tempranillo Candidato Tinto Barrica 3, które okazało się winem najtańszym (kupionym w promocji), ale najbardziej przypadło mojemu podniebieniu. Wyraźne ciemne owoce, delikatna kwasowość, ukryty alkohol i gładkie taniny, wszystko w idealnych dla mnie proporcjach.
(Winezja, 15,05 zł - rabat 50%)


czwartek, 4 sierpnia 2011

Biedronki i mszyce *


Wiele hałasu o nic.

Tak bym podsumował całą tą zadymę o wina portugalskie w Biedronce, a właściwie o ich ceny. Sprawa może nie jest czysta z punktu widzenia prowadzących winne interesy, bo oficjalni dystrybutorzy na widok „swoich” win sprzedawanych w Biedronce za połowę ceny najzwyczajniej w świecie mają prawo się wkurwić. Ale dla mnie, zwykłego śmiertelnika i amatora win cena dyskontowa odpowiada rzeczywistej wartości tych trunków, zwłaszcza że to są najczęściej wina proste, podstawowe. Loios Tinto i Branco, Monte Velho, Pe Tinto i Branco, Lello - to wina, które piłem, które mi smakowały, ale też bez przesady, w zachwyt szczególny nie wpadłem.

Dziś daję szansę wspomnianemu wyżej Monte Velho (Herdade do Esporao), rocznik 2010. Pewnie pamiętacie moją niedyspozycję po wypiciu tego wina jakiś czas temu. Oczywiście nie była to wina wina, ale jakiś wstręt chwilowy do czerwonego wina miałem. Teraz, kiedy przeżycia owe są już tylko mglistym wspomnieniem, sięgam po portugalską butelkę i cieszę się orzechowymi i dymnymi aromatami. Cieszy również wiśniowo-jagodowy smak, drażni natomiast nazbyt szczodra kwasowość. Bońkowski i Bieńczyk w „Winach Europy” piszą:

Monte Velho , dostępne w każdej portugalskiej restauracji, to brand z ludzką twarzą: dobre winogrona, kulturalna winifikacja, uczciwa cena – więcej nie trzeba.

Uczciwa cena - w Portugalii rzecz jasna – ok. 4 €. W Biedronce podobnie, teraz nawet taniej (na wyprzedaży płaciłem 13,79 zł). W innym polskim sklepie stoi za 41 zł. O tych rozbieżnościach cenowych szerzej pisze na swym blogu sam Bońkowski. 20-25 zł, za tyle maksymalnie mógłbym kupić wino, nie odnosząc wrażenia, że przepłacam. I nie tyle chodzi tu o samą cenę, co o stosunek jakości do ceny. Dla mnie to wino nie jest żadną rewelacją, ale każdy z nas ma nieco inny gust, być może dla niektórych to wino jest warte wydania czterech dych, a może i więcej. Dziś problemy żołądkowe mnie nie trapią, ale pół butelki tego wina to aż nadto, reszta trafiła do zlewu – szkoda czasu.

Z winami Loios (Joao Portugal Ramos), zarówno białym, jak i czerwonym jest podobnie. To naprawdę niezłe wina, ale nie za cenę 40 zł. To są przecież podstawowe, codzienne wina tego producenta. Nie wylądowały w zlewie, te były smaczne, tych byłoby szkoda. Jeszcze pewnie można znaleźć wyprzedażowe butelki w Biedronce za jedyne 12,49 zł. Być może to o tych winach pisał w swym felietonie „O cenach win słów kilka” Andrzej Daszkiewicz (Magazyn Wino), przy czym stawiał zarzut jednej z popularnych sieci dyskontów, że wino z reklamowej gazetki było raczej średnio dostępne. Ja nie zauważyłem ich braku, a już szczególnie w mniejszych miejscowościach, gdzie więcej jest amatorów piwa i wódki (też tańszych) niż wina. Valpolicella Ripasso była dostępna w Kołobrzegu jeszcze pod koniec lipca, mimo że promocyjna sprzedaż win włoskich zakończyła się dość dawno. W Elblągu widziałem „słynne” i szeroko na forach omawiane barolo, choć tego trunku nie piłem, więc nie wiem jak w tym przypadku przedstawiała się relacja jakości do ceny i ile barolo jest w barolo.

Trochę mnie jednak dziwi, że dość znane w polskim winnym światku osobistości tak otwarcie stają w obronie interesów tych, którzy importowane przez siebie wina sprzedają w cenach mocno przesadzonych. Dziwię się tym bardziej, że sprawa dotyczy win raczej pospolitych. Wydawać by się mogło, że wszystkim amatorom wina zależy na tym, by nie tracić fortuny na ulubione trunki. Pachnie mi tu diabelską siarką konserwującą symbiotyczny układ importerów i krytyków win. Wszak jedni bez drugich żyć nie mogą. Niestety.  

Konkurs

Miła niespodzianka spotkała mnie po powrocie z wakacji. Okazało się, że wygrałem nagrodę w konkursie organizowanym przez Winestory. Konkurs polegał na odnalezieniu loga firmy na pięciu zdjęciach i wskazaniu ich umiejscowienia. Do konkursu przystąpiło 125 osób, ale to właśnie mi przypadła główna nagroda w postaci trzech butelek wina z libańskiej winnicy Massaya. Bardzo się z tego cieszę, ponieważ już wcześniej miałem okazję spróbować podstawowego wina z tej winnicy (srebrna etykieta), które co prawda nie wzbudziło we mnie jakiejś euforycznej ekscytacji, ale uznałem je za całkiem interesujące. Teraz będę mógł wyrobić sobie opinię o winach libańskiego producenta nie na podstawie jednego kieliszka, ale trzech pełnych butelek. Mam nadzieję, że przypadną mi do gustu.

Czytelników mojego bloga zachęcam do wzięcia udziału w konkursach organizowanych przez Winestory. Można w nich wygrać interesujące wina, aktualnie w grę wchodzi fajna butelka Valpolicelli Ripasso. Tego typu wino opisywałem na blogu w ramach Winnych Wtorków i byłem nim zachwycony. Mam nadzieję, że wino konkursowe będzie równie dobre. W każdym razie zamierzam o nie powalczyć.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Winne Wtorki #9



Wypoczynek nad polskim morzem ma tę wadę, że pogoda najczęściej nie sprzyja wygrzewaniu się na plaży, słonecznie robi się zazwyczaj w dniu wyjazdu. Podobnie było i tym razem, w Kołobrzegu, gdzie miałem przyjemność spędzić urlop, pogoda była w kratkę. Mnie, wiecznego optymistę, taki stan rzeczy nie zmartwił, wszak zawsze można przejrzeć ofertę supermarketów i dyskontów w poszukiwaniu wina ciekawego i niedrogiego zarazem. Niedrogiego, bo ruch w interesie musi być, drogie trunki na sklepowych półkach zalegać nie mogą. Mnie to nawet cieszy, bo nie sztuka wydać sporą kasę na niezłe wino, sztuką jest kupić fajne wino za kwotę symboliczną. Zdaje się, że miałem nosa, bo w kołobrzeskiej Biedronce wyhaczyłem valpolicellę za 19,90 zł, w dodatku była to valpolicella classico superiore i – zupełna już niespodzianka – ripasso. Miałem nosa, bo kupiłem to wino jeszcze nie wiedząc, że będzie tematem dziewiątej edycji Winnych Wtorków.

Powiem szczerze, to jedno z lepszych win jakie ostatnio piłem. Aromat może trochę anonimowy (przynajmniej jak na mój nos), ale smak wyjątkowo przypadł mi do gustu. Ciemne owoce, czekolada, kwasowość w niezłej równowadze z alkoholem i taninami. Wino bardzo przyjemne, wielce pijalne, wprawiające w znakomity nastrój. Szkoda tylko, że wypiłem je w Warszawie, a nie w Kołobrzegu, bo chętnie kupiłbym jeszcze kilka butelek. W Biedronce na Ursynowie nie do dostania, ale jakby ktoś je widział w innym warszawskim sklepie, uniżenie proszę o kontakt.


-----------------------------------
Conti Neri
Valpolicella Classico Superiore Ripasso 2008
Alkohol 13,5%
Miejsce zakupu: Biedronka, Kołobrzeg
Cena: 19,90 zł
-----------------------------------

"Winne wtorki #9" na podniebieniach innych blogerów:
-----------------------------------

wtorek, 19 lipca 2011

Winne Wtorki #8



Co się odwlecze to nie uciecze, jak to mówią. Jeszcze w starej formule winnych wtorków, kiedy to wytypowana osoba wybierała konkretne wino dla pozostałych uczestników projektu jedną z moich propozycji było wino z francuskiej apelacji Beaujolais Villages sygnowane nazwiskiem Andre Vonnier. W końcu piliśmy inne wina (Winne wtorki #4), ale dzięki temu, że obecna edycja poświęcona jest winom ze szczepu gamay mogłem powrócić do swojej buteleczki, zwłaszcza że konkretnie o niej mówił Sstar podrzucając temat Winnych Wtorków #8. Dzięki Sstar!

Zacznę od etykiety, bo jest wyjątkowo śliczna. Czarno-biała, prosta, bardzo elegancka i stylowa. Muszę się przyznać, że podobnie jak Jurek Kruk przygotowując się do winnego pojedynku z Wojtkiem Bońkowskim, tak i ja wybierałem to wino kierując się wyłącznie wyglądem etykiety.

Czy było warto? Na pewno nie było nie warto :) Wina w cenie do 20 zł to domena popularnych dyskontów takich jak Lidl i Biedronka. Wiemy, że to nie lafity ani rotschildy, ale też zdarzają się okazje, dość powiedzieć, że oferta win portugalskich w owadziej sieci wywołała spore poruszenie nawet wśród wierchuszki polskiej sceny winnej.

Zapach tego wina nie porywa, bo porywać nie ma co. W zasadzie jedynym wyczuwalnym aromatem jest zapach alkoholu (choć 12,5% to nie rekord), w tle może jakiś przetworzony owoc, takie niezbyt aromatyczne powidła truskawkowe. Nie chciałem ryzykować zaciągniecia wina nosem - aparat węchowy wszak jest więcej wart, niż doznania jakich dostarczyć może to wino. W ustach też bez rewelacji, więcej kwasu niż owocu. Przegryzanie wędzonym boczkiem wyzwala jedynie metaliczny posmak, ale żelazo wolę w innej postaci :) Ser cheddar łagodził kwasowość i dokładał do smaku trochę wiśni. W tym ostatnim układzie wino dawało radę.

Podsumowując degustację trudno jest polecać to wino, jako coś dobrego i niedrogiego. Jedyne co pozostanie w pamięci po winnym wtorku #8 to świetna etykieta i pyszny cheddar. Reszta rozpłynie się w niebycie.

-----------------------------------
"Winne wtorki #7" na podniebieniach innych blogerów:
-----------------------------------


piątek, 15 lipca 2011

Langwedockie rozczarowanie



Może gdybym był we Francji... Może gdybym był na południu Francji i do tego w miłym towarzystwie mojej żony... Może gdybym wygrzewał się w słońcu zalewającym swym blaskiem wąskie uliczki Nissan-lez-Enserune. Może wtedy byłoby inaczej...

Pewnie nie myślałbym o winie, tylko bym się nim cieszył odliczając czas kolejnymi kielichami trunku ubywającego w rytmie piasku leniwie przesypującego się z jednej bańki klepsydry w drugą.

Cieszyłbym się malbekiem produkowanym gdzieś na obrzeżach miasteczka.

Ale nie byłem na południu Francji, lecz na południowym krańcu Warszawy. Wąskich uliczek nie zalewało popołudniowe słońce - warszawskie ulice spływały strugami deszczu. Próba pocieszenia się uwielbianym przeze mnie malbekiem pogrążyła mą duszę w jeszcze większym smutku.

To nie było wino jakie znam i jakie kocham, to wino głęboką rysą zraniło moją do malbeka miłość.

Teraz moje serce płacze gorącymi, gorzkimi, pełnymi alkoholu łzami. Z utęsknieniem spoglądam w stronę Argentyny... 

wtorek, 5 lipca 2011

Winne Wtorki #7

W siódmej edycji Winnych Wtorków (szczęśliwa siódemka?) na tapetę bierzemy wina ze szczepu gruner veltliner. Gdy któryś z winnych wtorkowiczów przyznał się, że ma kłopoty z kupnem grunera, trochę się zdziwiłem, bo miałem wrażenie, że tych win jest pod dostatkiem. Drugi raz zdziwiłem się, gdy wybrałem się na spacer po okolicznych sklepach, by poprzebierać w butelkach, a tu kicha... win nie ma. Najgorsze jest to, że zostawiłem sprawę zakupu veltlinera na ostatnią chwilę i nagle okazało się, że jestem w przysłowiowej dupie. W ursynowskim Leclercu brak takich win, w Almie na Gocławiu też. Dopiero dziś, czyli w winny wtorek kupiłem butelkę austriackiego gruner veltlinera. Z jednej strony byłem zadowolony, bo wino kupione, z drugiej strony niezadowolenie, bo wino to już kiedyś piłem - fakt, że starszy rocznik - i chciałem spróbować czegoś innego. Nauczka na przyszłość - nie ociągać się z kupowaniem, bo potem tylko kłopot i stres.


Moim wyborem-niewyborem jest wino od Johanna Mullnera z roku 2009. Czytelników oczekujących w tym momencie na gotową recenzję muszę przeprosić, bo wina jeszcze nie piłem, ale mam zamiar to zrobić. Jeśli mi się uda to szklany korek opuści butelkę jeszcze przed północą.

Na razie kilka słów o poprzednim roczniku (2008), który pamiętam jak przez mgłę, ale zdaje się, że wino piliśmy razem z żoną (moją) i wniosek był taki, że Mullner był całkiem smaczny i bardzo pijalny, ale nie zachwycał i był ciut za słodki, jak na nasze pojmowanie win wytrawnych. Jaki będzie rocznik 2009? Zapraszam do post scriptum, które ukaże się po północy :)

-----------------------------------
Johann Mullner
Gruner Veltliner 2009
Alkohol 12,5%
Miejsce zakupu: Winestory, KEN, Warszawa
Cena: 45 zł
-----------------------------------

"Winne wtorki #7" na podniebieniach innych blogerów:

Białe nad czerwonym
Nie zawsze wina - Jongleur
Środkowa półka
Nasze wina
Winniczek
Kontretykieta
Sstarwines #1
Sstarwines #2
Viniculture
Wine world
Winne Przygody
Czerwone czy białe?
-----------------------------------

ps. Jak obiecałem tak zrobiłem, jeszcze przed północą otworzyłem butelkę z 2009 roku. Aromat prawie zupełnie niezauważalny, ale na myśl przywodzi babcine piwo domowe zwane podpiwkiem. To pewnie kwestia drożdży. W smaku cytrusowe z charakterystyczną dla tych owoców goryczką, jest zaznaczona kwasowość, alkohol dobrze schowany, niewyczuwalny. Wyczuwalna jest za to grzaneczka - a więc jednak drożdże rządzą? Przyjemność picia tego wina niemal żadna. Może jest mniej nudne, niż picie wody mineralnej, ale tylko odrobinę.

Takie są moje wrażenia z degustacji dopiero co otwartego wina. zaczekam jeszcze chwilę, może jak postoi w ciepełku, to nieco zyska...

W oczekiwaniu na nieznane napiszę może coś o dwóch tanich winach, jakie piłem na wyjeździe, może jeszcze nie wakacyjnym, ale takim - powiedzmy - prologu. Dlaczego znów o tanich? Ano dlatego, że przy dziurawych trasach pomiędzy miastami (a miasteczkami, to już na pewno) naszej ukochanej ojczyzny ulokowały się Lidle i Biedronki w ilościach zwiastujących plagę. Trudno w nich kupić wina wykwintne, ale przy odrobinie szczęścia można dostać wina niezłe za bardzo przyzwoite pieniądze (do 20 zł). W Lidlu kupiłem Vermentino di Sardegna (to w ramach tygodnia włoskiego), a w Biedronce Pe Branco (to w ramach miesiąca win portugalskich). Za oba zapłaciłem mniej niż za dzisiejszego veltlinera, a nawet jakbym dorzucił trzecie, to i tak byłoby taniej. Vermentino kojarzyło mi się z czymś, o czym miałem wyobrażenie, że zasługuje na nazwę "mineralność". Prawdę mówiąc określenie to trochę źle mi się kojarzy, na co niewątpliwie wpływ miał felieton Marka Bieńczyka "Mineralność w salonie", ale - cóż począć - mimo swej enigmatyczności doskonale pasuje do tego wina. Ja w ten sposób nazwałbym wina rześkie, świeże, ale takie, w których owoc odgrywa drugie lub trzecie skrzypce i choć jest wyczuwalny, to zapachy przypominają raczej nuty kwiatowe. Portugalskie Pe Branco było jego zaprzeczeniem. Łatwe w picu, intensywnie pachnące, pełne, bogate. Zupełnie inne charaktery, a i jedno dobre, i drugie smaczne.

po chwli...

Wracam do naszego gruner veltlinera. Niestety, grzanka pozostała grzanką, owoc nadal cierpki i jedyne, co pozostaje na dłużej, to lekko gorzkawy posmak.

Samo wino nie zdobyło mojej sympatii, ale oszczędna w formie, lecz bardzo stylowa etykieta zdecydowanie mnie urzekła. Jednak dla etykiety i wspaniałego szklanego "korka" nie wydam kolejnych pięciu dych. Poszukam raczej czegoś nowego...

środa, 22 czerwca 2011

Winne Wtorki #6

Dzisiaj winne wtorki w nowej, nieco innej formule. Do tej pory wybieraliśmy konkretne wino i Ci, którym udało się takie kupić (a były z tym zazwyczaj problemy) opisywali je na swoim blogu w winny wtorek, czyli pierwszy lub trzeci wtorek miesiąca. Tym razem zdecydowaliśmy, że będziemy opisywać wina dowolnie wybrane, byle spełniały założone wymagania co do szczepu, regionu pochodzenia i rocznika, w którym zebrano grona. Wybór padł na szczep primitivo, z roczników 2008 lub 2009. Nazwa primitivo wskazuje na region pochodzenia wina, którym jest włoska Apulia (Puglia), choć dociekliwi mogliby wskazywać jeszcze na Kalifornię, w której ok. 10% upraw winorośli należy do szczepu zinfandel, który jest bratem bliźniakiem szczepu primitivo. Jeszcze bardziej dociekliwi powiedzieliby, że nie chodzi o bliźniaki, lecz trojaczki wskazując trzeciego brata, czyli chorwacki szczep Crljenak Kaštelanski. Rzecz jasna mądrości te nie pochodzą z mojej głowy, lecz z internetu i kilku książek, nie czuję się na siłach, by rozwijać ten temat, wiązało by się to z nadużywaniem funkcji kopiuj/wklej.

Niewiele brakowało a notka ta nie trafiłaby na mojego bloga. Po pierwsze zupełnie zapomniałem o winnym wtorku. Po drugie, jak sobie o nim przypomniałem, to i tak niewiele mogłem zrobić, bo byłem w tak zwanej trasie, a przy polskich drogach najczęściej spotykane sklepy z winami nazywają się Lidl i Biedronka, w których jednakowoż nie spodziewałbym się znaleźć primitivo, choć w Lidlu akurat rozpoczął się Tydzień Włoski. Po trzecie primitivo tak bardzo kojarzyło mi się z zinfandelem, że po nieudanych doświadczniach z tym ostatnim, na włoską odmianę ochotę miałem niewielką. Jednak los rzucił mnie do elbląskiego Leclerka, a tam ręka opatrzności włożyła do mojego koszyka primitivo, jedyne jakie znalazło się pośród setek win należących do oferty hipermarketu. Cena 30 zł za butelkę wydawała się atrakcyjna, choć ten pułap cenowy nie zwiastował rewelacji.

Jakie zatem było to wino. Jak na mój gust całkiem przyzwoite. Ładnie pachniało jagodami i pieprzem, ale też jeszcze niedojrzałą czarną porzeczką. W ustach dość mocne, taniczne, alkoholowe, ale ze sporą dozą żywej kwasowości, przy czym owocowa słodycz jest temu winu nieobca. Miałem już pewne przemyślenia na temat tego wina, ale podałem kieliszek wina żonie, bo jak wiecie, moja żona ma cudowny dar trafnego opisywania win w kilku słowach.
"Ładnie pachnie, bogate" - powiedziała żona, wąchając tylko opary zamknięte w ścianach kielicha.

Nie wiem, czy jestem miłośnikiem primitivo, to było pierwsze w moim życiu wino z tego szczepu (zinfandeli w tej statystyce nie uwzględniam) i prawdę mówiąc nie wiedziałem, czego można oczekiwać po tego typu winach. Jednak sceptycznie nastawiony do tej degustacji zostałem przez nią mile zaskoczony i chętnie sięgnę po kolejną butelkę. Mam jednak świadomość, że po jednej próbce nie uda mi się jednoznacznie powiedzieć, czy primitivo należy do grona moich ulubionych szczepów. Następna butelka równie dobrze może oczarować, co zawieść oczekiwania. Wypijemy, zobaczymy.

-----------------------------------
Barocco Primitivo 2009, Puglia IGT
Alkohol 13,5%
Miejsce zakupu: Leclerc, Elbląg
Cena: ok. 30 zł
-----------------------------------

"Winne wtorki #6" na podniebieniach innych blogerów:

Czerwone czy białe?
Winniczek
Nasze wina
Białe nad czerwonym
Do Trzech Dych
Sstarwines
Bordowe
Viniculture
Książka i Wino

niedziela, 12 czerwca 2011

Niemiecki riesling i coś ekstra...

Plan na dziś przewidywał wypicie niemieckiego rieslinga. Wybór padł na Prum Blue (riesling kabinett 2007). Wino to kupiłem jakiś czas temu w Realu, moją uwagę przykuł symbol VDP oznaczający stowarzyszenie najlepszych niemieckich producentów. Wydałem wówczas bez wahania niemal 55 zł a dziś postanowiłem sprawdzić, czy inwestycję należy zapisać po stronie strat, czy zysków. Okazało się, że jest to świetne, rześkie, lekko musujące (na początku) wino. Od razu można było wyczuć, że ma się do czynienia z winem wyższej klasy. Każdy łyk zachęcał do następnego, co nieubłaganie i zbyt szybko doprowadziło do opróżnienia butelki do dna. Kwasowość i owocowa słodycz dobrze się w tym winie równoważyły. W ustach długo pozostawał morelowo-brzoskwiniowy posmak. Zdecydowanie zysk! Szybko się skończyło, no ale też trzeba dodać, że nie piłem sam, żona mi w tym pomogła.

Potem zdecydowaliśmy się na prosecco. Było to wino Col Solivo kupione w ursynowskim sklepie Leclerc (21,99 zł). Niewiele dobrego o tym winie mogę powiedzieć. Zapach mało intensywny i trudny do określenia, zatem "nijaki". Smak za to charakterystyczny, kojarzący się wyraźnie z kartonem. Taki mocno rozwodniony, nagazowany kompocik z tekturowego kubka. Zdecydowanie nie polecam, chyba że ktoś pracuje w branży introligatorskiej i lubi takie aromaty.

Kolejnym winem był jeden z ostatnich wynalazków sprzedawanych w Lidlu, mianowicie Chablis (1er Cru) butelkowane przez niejakiego Pierr'a Vincent (49,99zł - jak na Lidla okrutnie drogie). W zapachu delikatne masełko, choć żona twierdzi, że zajeżdżało szmatą. Pozwoliłem sobie nie zgodzić się z nią i w ramach zawierania małżeńskich kompromisów ustaliliśmy, że wino ma zapach czystej ścierki, którą przed chwilą starto masło ze stołu. W smaku wyczuwalny delikatny karmel - to pewnie efekt dojrzewania wina w beczce. Kwasowość jak na mój gust wysoka, owoc niemal wcale niewyczuwalny. Wino nie w moim guście, ale jednak pijalne, choć jeśli jeszcze raz miałbym wydać pieniądze na któreś z tych win, bez wahania wybrałbym niemieckiego rieslinga. Pozostałe trunki można sobie spokojnie darować. Przyznać jednak muszę, że to chablis zyskało na smaku przegryzione biedronkowym serem z Portugalii o nazwie Sao Jorge. Nie zmienia to jednak mojej oceny, riesling był zdecydowanie najlepszy.

Biała Portugalia

Wino o przyjemnym intensywnym (ale bez przesady) zapachu kojarzącym się raczej z kwiatami, niż owocami. W smaku dość łagodne, o kwasowości wyraźnej, ale nie pozostawiającej w ustach kwaśnego posmaku. W końcówce cytrusowa goryczka. Wino zupełnie przyzwoite, co do którego nie miałem żadnych oczekiwań, więc o rozczarowaniu mowy nie było, a biorąc pod uwagę biedronkową cenę (11,99 zł) mogę je tylko pochwalić. Warte polecenia jako niezobowiązujące wino codzienne do wypicia na balkonie/tarasie. Pić schłodzone w pełnym słońcu :)

wtorek, 7 czerwca 2011

Winne Wtorki #5


Winny wtorek w piątej odsłonie, tym razem na scenie wina węgierskie. Kuba i Borysa wspólnie zaproponowali wino Egri Bikaver, które sporządził niejaki Lajos Gal, a które można kupić w sieci Alma oraz sklepach firmowych Krakowskiego Kredensu. O winie tym wspomnę z kronikarskiego li tylko obowiązku, ponieważ go nie piłem :) I owszem, leży sobie w chłodziarce i od jakiegoś czasu nabiera odpowiedniej temperatury, ale cóż kiedy nie mam ochoty go otworzyć. Szczerze mówiąc, nie mam ochoty na żadne wino, Lajos Gal niech wie, że nie mam nic przeciwko jego trunkowi.

Co się stało?

W ostatnim tygodniu maja gościłem w mieście rodzinnym mojej żony, w Elblągu. Elbląg nie jest miastem obfitującym w specjalistyczne sklepy z winami, ale postanowiłem wykorzystać fakt, że sieć Biedronka tak się tu zadomowiła, że w promieniu kilkuset metrów od mieszkania mojej teściowej są co najmniej trzy sklepy tej sieci. A w Biedronce sprzedają wina portugalskie, które zachwalają nawet Ci, którzy na co dzień opróżniają butelczyny znacznie droższe i pochodzące z winnic cieszących się większą estymą, niż te z Portugalii. Padła nawet sugestia (po winnym wtorku #4), by tam dokonywać zakupów trunków z segmentu popularnego, a o Lidlu zapomnieć raz na zawsze. Lubię eksperymenty więc sięgnąłem po wino Monte Velho, wysupłując z kieszeni niemal 20 zł (17,99). Piłem to wino, piłem, próbowałem poczęstować nim żonę, ale ona skrzywiła się tylko wąchając kieliszek, choć wino, dalibóg, pachniało przyzwoicie. W smaku było zaś tak nudne i nijakie, że czułem się jeszcze bardziej rozczarowany i umęczony niż po pamiętnej degustacji nr 4. Wieczorem zaś dopadło mnie jakieś paskudztwo, które tak bardzo rozstroiło mój układ pokarmowy, że od tamtego czasu nie mogę patrzeć na wino. Nie chcę powiedzieć, że była to wina wina, raczej nie sądzę. Ale ponieważ wydarzyło się to właśnie wtedy skojarzenia mam straszne i chyba minie jeszcze chwila, zanim sięgnę po wino. Zwłaszcza czerwone, bo prawdę mówiąc na białe, a najlepiej białe lekko musujące już robię zakusy.

Dziś wybieram się na degustację win ze szczepu sauvignon blanc. Mam nadzieję, że uleczą one moje bolączki i sprawią, że sięgnę jednak po "byczą krew". Jeśli się uda, opisu szukajcie za kilka dni w post scriptum :)


-----------------------
"Winne wtorki #5" na podniebieniach innych blogerów:
Białe nad czerwonym
Kontretykieta
Czerwone czy białe?
Sstarwines
Winniczek
Nasze Wina
Winne przygody
Viniculture
-----------------------
ps. No i odważyłem się otworzyć wino jeszcze we wtorek, ale trochę żałuję.

Zaraz po otwarciu uderza intensywny zapach wiśniowego kompotu, w ustach atak alkoholu, co dziwi przy 12,5% widniejących na etykiecie. Żona stwierdziła, że śmierdzi whisky. Trochę owocu, trochę pieprznych nut, wysoka kwasowość - to chyba jednak nie jest moja bajka. Na szczęście nie było korkowe jak donosili inni wtorkowicze, więc chociaż taki plus. Szkoda, że nie miałem gulaszu pod ręką, bo może akurat wino by się wtedy jakoś wybroniło, a tak dupa blada i kolejna porażka. Coś nie mamy szczęścia do win w ramach naszego projektu. Zobaczymy, co będzie dalej...

Kilka danych informacyjnych:
Rocznik 2007, wytrawne, 12,5% alkoholu.
Kupaż pięciu szczepów: kekfrankos, cabernet sauvignon, pinot noir, cabernet franc, menoire.
-----------------------

sobota, 21 maja 2011

Umarł król...

Na tym blogu, jak również w bezpośrednich rozmowach ze znajomymi wychwalałem prosecco z Lidla jako wino dobre i tanie. Smakowało ono szczególnie mojej żonie a cena ustalona na poziome 13,99 zł za butelkę wydawała nam się wyjątkowo atrakcyjna, a stosunek jakości do ceny wręcz rewelacyjny.

Wino dość szybko znika ze sklepowych półek i są spore problemy z jego dostaniem. Ale gdy przyuważyłem w "swoim" sklepie dostawę, bez wahania kupiłem cały karton. Jak się później okazało, nie była to nawet dostawa, ale przesunięcie towaru z innego sklepu. Widać ursynowianie piją więcej, niż inni :) No, ale im więcej piję win musujących, tym szybciej podniebienie wyczula się na niuanse i niestety... król został zdetronizowany. Może przesadziłem z tytułem posta, król jeszcze żyje, ale już nie rządzi.

Jak to się stało?

Otóż w wolny dzień wygrzewałem się na balkonie i im bardziej słońce muskało promieniami moją umęczoną facjatę, tym bardziej chciało mi się czegoś napić. Winne wtorki #4 zniechęciły mnie nieco do win z Lidla, ale w lodówce chłodziła się jeszcze butelka różowego dornfeldera, więc stwierdziłem, że im szybciej opróżnię lidlowskie wynalazki, tym lepiej wyjdzie na tym moje zdrowie. Wino okazało się całkiem przyjemne w smaku i już nawet powoli wracała wiara w dyskontowe trunki, gdy wparowała żona i rzuciła:

- Co tu tak wódą śmierdzi?
- Jaką wódą, kochanie? Winko piję.
- Nie wiem, wódką śmierdzi w całym domu.

To co pozostawało w butelce wylądowało w zlewie. Niech sobie żona nie myśli, że będę psuł sobie zdrowie różową wódeczką. Nadal jednak twierdzę, że dało się to pić, choć muszę też przyznać, że szum w głowie - jak na tę ilość procentów (11%) i spożytą objętość - mógł niepokoić.

Coś trzeba było zrobić z tak pięknie (mimo tych kontrowersji) rozpoczętym popołudniem, odkorkowałem więc vino frizzante ze spółdzielni Monte del Fra o nazwie Frattino. Super przyjemne wino do wypicia na coraz gorętszym tarasie. Było tak dobre, że z butelką rozprawiliśmy się dość szybko i ogarnęło nas poczucie niedosytu. I w tym momencie rozpoczął się proces detronizacji króla. Otworzyłem żonie prosecco, nalałem sobie odrobinę do kieliszka, spróbowałem i... już wiedziałem, że wino z Lidla nie będzie tak czarujące jak kiedyś.

- Kochanie, muszę Ci powiedzieć, że to Frattino jest...
- Tak, tak, to zupełnie inna klasa - rzuciła moja żona nie pozwalając mi dokończyć zdania.

No i właśnie od tego momentu na tronie siedzi nowy król Frattino. Jest bardziej cool od tego starego, ale od razu podniósł podatki i teraz musimy się liczyć z tym, że miłe wieczory w jego obecności będą kosztowały nas dwa razy więcej :(


------
Allini Prosecco vino frizzante - Lidl 13,99 zł
Monte del Fra Frattino vino frizzante - Winestory 29,00 zł

wtorek, 17 maja 2011

Winne Wtorki #4

Pod czarną maską krył się niewidzialny dla innych uśmiech. Dobrze się bawił widząc przerażone twarze oficerów zszokowanych informacją, którą usłyszeli przed chwilą.
- Alderaan zostanie zniszczona - do uszu zgromadzonych dotarły dobitne słowa Imperatora.
Ale dopiero kwestia wypowiedziana chwilę później zmroziła żołnierzy zgromadzonych przed wielkimi ekranami, na których śledzili rozpaczliwe działania rebelii.
- Gdy się to dokona, udamy się na drugi kraniec układu. Sukces uczcimy na oddanej nam planecie Lidl, Vespral już na nas czeka. Generale, wykonać rozkaz!
Mroczny strach zapanował nad całą galaktyką.

--------

Mroczny strach i niedowierzanie zapanowały wśród winnych wtorkowiczów, którzy oddali się służbie, ale dopiero teraz dociera do nich świadomość jak trudnej i niebezpiecznej misji się podjęli. Pierwszy swe wątpliwości wyraził Maciej (viniculture.pl) sugerując, że zaproponowane wina są już zbyt stare, by można było się nimi cieszyć. Sstar (sstarwines.pl) lubi hardcore i choć optował za beaujolais, zaakceptował mój wybór. Kuba (kontretykieta.pl) jęknął “O, mamo…”, ale podjął rzuconą rękawicę, choć w jego dyskusji ze Sstarem dało się wyczuć przerażenie. Drugi Kuba - pomysłodawca projektu (czerwone-czy-biale.blogspot.com) wyraził zaś zaciekawienie propozycją. Paweł (nasze-wina.pl) ucieszył się nawet, że będziemy próbować aż dwie butelczyny. Mateusz (winne-przygody.pl) jednakowoż boi się lidlowych win. Borysa (ksiazkaiwino.blogspot.com) też się boi, choć wydaje mi się, że strach to udawany. Okaże się. Ewa (winezine.pl), choć chwilowo nieco z boku, wsparła mój wybór, bo zgodny jest on z założeniami projektu Winne Wtorki. Trochę mi ulżyło. Rafał (winnapasja.blogspot.com) też się nie boi, chętnie spróbuje winnych wynalazków.

--------

Degustację zatem czas zacząć.

Na pierwszy ogień poszła Reserva 2006, czyli biała etykieta, z ceną na półce ustaloną na poziomie 13,99 zł. Czego można oczekiwać po takim winie? Ja miałem nadzieję na coś, co można podać do obiadu (takiego zupełnie zwykłego, domowego), co tego obiadu nie obrzydzi. I to wino moje oczekiwania spełniło w stu procentach. Dość łagodny porzeczkowo-jagodowy smak nie przeszkadza w jedzeniu, śmiało może zastąpić kompot. Hej, jaki kompot? Czy ktoś w ogóle pije jeszcze kompot do obiadu? Trudno mówić o aromatach tego trunku, ja nie wyczułem w każdym razie zbyt wiele, wino jest też - jak to się mówi - “krótkie”, ani w pamięci, ani na podniebieniu nie utrzymuje się zbyt długo. Podsumowując, jest to wino do popicia kotleta, natomiast egzystencjonalne bóle dupki raczej by przy nim nie ustały.

Nie ustałyby też i przy drugim winie (Gran Reserva 2005 - czarna etykieta, 14,99 zł). Gran Reserva ma inny skład - tam był kupaż tempranillo i garnacha, tu tempranillo i cabernet sauvignon. Ma ciemniejszą barwę, zapach intensywniejszy - borówkowo-jeżynowy. Wino zaskakująco łagodne, łatwe w piciu, niewymagające jakiejś szczególnej uwagi. Właściwie pijąc te wina lepiej o nich nie myśleć, nie szukać w nich głębi, na pewno nie zapewnią żadnych uniesień i mistycznych wrażeń. Lepiej popić nimi kiełbasę, czy inną karkówkę z grilla, albo żłopać przy jakimś głupawym i równie nijakim filmie. Wypić i zapomnieć.

Ja już zapomniałem…




"Winne wtorki #4" na podniebieniach innych blogerów:

Do Trzech Dych
Winne Przygody
Sstarwines
Nasze-wina
Kontretykieta
Nie zawsze wina / Jongleur
Czerwone czy białe?
Białe nad czerwonym
Viniculture
Amarone
Winna Pasja

wtorek, 3 maja 2011

Winne Wtorki #3

Dziś mam przyjemność opisać kolejne - trzecie już - wino degustowane w ramach projektu Winne Wtorki. Tym razem... znów białe. Wiem, że niektórzy są już tym faktem lekko zmęczeni, zwłaszcza że ostatnie próbki były, powiedzmy szczerze, takie sobie. Moje oczekiwania odnośnie niemieckiego rieslinga były duże, ale po wcześniejszych doświadczeniach byłem gotowy na wszystko. Nawet na totalną porażkę. Na szczęście porażki nie było, ale czy oznacza to automatycznie sukces? Po australijskich niepowodzeniach sukcesem może być chyba wszystko. Wino Markus Molitor Zeltinger Hammelreich (mój Boże, co to znaczy?) z rocznika 2009 było znów zbyt słodkie jak na wino wytrawne, ale z każdą kolejną próbą ta słodycz przeszkadzała mi coraz mniej, zaczęła mi nawet odpowiadać. W zapachu dominuje taka słodka owocowość, w ustach wino pozostawia posmak dojrzałej brzoskwini. Doszukać się można także ananasa. Jest też sporo fajnej kwasowości, która nie pozwala znudzić się wyżej wspomnianą słodyczą.

Wino pije się z przyjemnością, nie wymaga ono wielkiego skupienia, nie przeszkadza w rozmowie, bez wątpienia ją umila. Kabinett to rodzaj win wykonanych z gron nieselekcjonowanych, co w ludzkim języku pewnie oznacza, że jest to wino przeznaczone raczej na rynek masowy. Oczywiście przy zachowaniu pewnych proporcji, produkcja winnicy zwykle nie przekracza 300 000 butelek. Siłą rzeczy musi kosztować więcej niż wina z naprawdę masowej produkcji. A czy jest tego warte? Kupcie, spróbujcie, oceńcie. Ja w każdym razie dalej szukam złotego środka.

Markus Molitor Zeltinger Hammelreich 2009
Winkolekcja - 59 zł



"Winne wtorki #3" na podniebieniach innych blogerów:

Amarone
Białe nad czerwonym
Kontretykieta
Nie zawsze wina
Czerwone czy białe?
Viniculture
Książka i Wino
Nasze-wina.pl
Sstarwines
O winie

-----------------------------------------

ps. Po opublikowaniu tego wpisu otrzymałem maila o Jongleura z kilkoma uwagami na temat mojego tekstu. Uznałem, że uwagi te są na tyle istotne, że warto je opublikować pod moim tekstem, zwłaszcza że niewątpliwie posiadają one walor edukacyjny i pomogą mniej doświadczonym winomaniakom (takim jak ja) lepiej zrozumieć zawiłości niemieckiego systemu klasyfikacji win.

-----------------------------------------

Pisze Jongleur do Mariusza

Witaj,
i od razu wybacz, że się trochę powymądrzam na temat ostatniego wpisu. Dwie uwagi

1.określenie kabinett nie ma nic wspólnego z selekcją, a raczej ma gdyż oznacza, że wino wyprodukowano z winogron w pełni dojrzałych, zawierających moszcz o gęstości 67 - 85 stopni Oechslego (chodzi o zawartość cukru), bez szaptalizacji. więc wybranie takich owoców oznacza wstępną selekcję podczas winobrania.

2. Co do masowości w ogóle. 300 tys. butelek o których piszesz oznacza powierzchnię winnicy co najmniej 25 ha, przy wydajności 90 hl/ha, jaką uzyskują molochy w rodzaju Petera Mertesa. Dobrzy producenci z reguły tną wydajność rieslinga nie przekraczajac 40 do 50 hl/ha. Aby uzyskać 300 tys butelek potrzebowaliby ponad 40 ha, tymczasem winiarze w siedlisku Zeltingen Himmelreich mają działki w granicach 1 do 3 ha. Np Molitor - 2,9, Pauly-Bergweiler 1,8 itd, a robi się tam nie tylko kabinett ale i spatlese itp, tak że ilości pojedynczych win są mikroskopijne, po parę tysięcy butelek.
Inna rzecz, że jest to nie do końca dla mnie zrozumiała maniera mozelskich winiarzy, którzy z paru hektarów produkują kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt różnych win

jeszcze raz przepraszam za śmiałość i serdecznie pozdrawiam

Jongleur


-----------------------------------------

Pisze Mariusz do Jongleura

Bardzo dziękuję za maila w sprawie mojego wpisu. To pierwsza wymierna korzyść z mojego winnego blogowania - dzięki uwagom innych do moich wypocin mogę się czegoś dowiedzieć, czy nauczyć.

Oczywiście wina niemieckie klasyfikuje się wg dojrzałości gron w chwili zbioru. "Kabinett" to, jak rozumiem, wina z pierwszych zbiorów gron, które osiągnęły minimalną dopuszczalną dla win jakościowych dojrzałość. Założyłem, że takich gron zbiera się najwięcej (w każdym razie więcej niż "spatlese" czy "auslese") i stąd pewnie wzięło się zdanie o masowości win "kabinett", zwłaszcza że innych rodzajów win z siedliska Zeltingen Himmelreich zdaje się w 2009 roku nie wyprodukowano, zatem i selekcji pewnie nie było. Inna sprawa, że 300 tysięcy butelek to produkcja pochodząca nie z ww. siedliska, a ogólna produkcja Markusa Molitora.

Ufff, wiem, że nachrzaniłem trochę w swoim tekście, ale mam nadzieję, że choć częściowo się z tego wytłumaczyłem :)

Jeszcze raz dziękuję za uwagi. Nie krępuj się wytykać moich błędów w przyszłości, wyjdzie mi to tylko na dobre.

Pozdrawiam
Mariusz

-----------------------------------------

niedziela, 1 maja 2011

Vieux Telegraphe

Moje Chateauneuf-du-Pape (Domaine du Vieux Télégraphe) czekało na odpowiednią okazję, żeby je otworzyć. Trudno wymyślić lepszy powód do odkorkowania takiej flaszki niż... beatyfikacja papieża Jana Pawła II. A propos korka, przestrzegał mnie sprzedawca tego wina, że zdarza się, że wyżej wymienione wino może ulec zepsuciu na skutek wadliwego korka. Jego słowa zapadły mi w pamięć i przez długi czas nie mogłem się odważyć, by otworzyć to wino. Najzwyczajniej bałem się, że może być korkowe. Na szczęście tak się nie zdarzyło i mogłem w pełni cieszyć się tym winem. A trzeba powiedzieć, że było czym. To jest takie wino, że aż głupio o nim mówić, że smakuje jak wiśnia złamana nutą wanilli, czy co tam równie głupiego mógłby wymyślić amator pozujący na wielkiego znawcę win. Próbując tego wina, człowiek od razu nabiera przekonania, że tego typu trunki potrafią wprowadzić go w stan jakiejś euforii. Słowa wtedy wydają się zbędne, tworzenie opisu jest stratą czasu, istnieje tylko człowiek i wino, i jakaś niewytłumaczalnie wielka więź między nimi.

Czy to jest wino doskonałe? Nie wiem. Czy stan w jaki mnie wprowadziło jest jego zasługą? Być może. Ale równie dobrze mógł być to efekt jakiejś duchowej magii, którą wniósł do mego życia dzień. Ten dzień.