czwartek, 21 stycznia 2010

Podróż w nieznane.















W świecie win wciąż poruszam się jak dziecko we mgle. Gdy już wydaje mi się, że coś się wyjaśnia,  przejaśnia, że coś się w tej mgle ukazuje, zawiesina znów staje się coraz gęstsza, rozmywa szczegóły, dezorientuje. Gdy piłem Ca' Fornari Montepulciano d'Abruzzo mgła zaczęła dopiero się podnosić, więc jeszcze w sposób całkiem klarowny widziałem naprawdę śliczną w swej prostocie grafikę etykiety i była to rzecz warta odnotowania. Samo wino naprawdę niezłe, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę kwestię ceny. Wydanie 20 zł na wino, które umili czas spędzony przy obiedzie nie wydaje się inwestycją nietrafioną. Trunek rzecz jasna nie oczarowuje, ale i do rozczarowania daleko. To tyle jeśli chodzi o to wino.

Kolejnym trunkiem, w który zainwestowałem swoje pieniądze w ramach budżetu przeznaczonego na eksplorację winnych mórz (i to tych mocno południowych) był Trapiche Cabernet Sauvignon Oak Cask 2007. No jakże mi się spodobało to wino, szczególnie w pierwszych momentach jego degustacji. Wyrazisty, owocowy aromat przypadł mi do gustu. Mnie, jako amatorowi, coś co jest wyraziste automatycznie wydaje się atrakcyjne. W pamięci mając wciąż "Ticket to Chile" Syrah/Cabernet Sauvignon 2008, o którym wspominałem w jednym z wcześniejszych wpisów, Trapiche wydało mi się winem niewiarygodnie wręcz łagodnym, nieatakującym siłą tanin. Nie wiem, dlaczego porównuję akurat te dwa trunki, wszak nie mają ze sobą wiele wspólnego ani pod względem geograficznym, ani składnikowym, bo choć cabernet sauvignon występuje w "Ticket to Chile", to jego udział w całości wydaje się być nieistotny. Nie wiem i pewnie się nie dowiem, ale takiego porównania dokonałem i z tych dwóch win ponownie wybrałbym Trapiche, choć mam świadomość, że wielu amatorów wina uznałoby ten wybór za idiotyczny i całkowicie nietrafny. Na tym też polega magia wina, że każdemu smakuje inaczej i każdy może w sposób odmienny postrzegać dosłownie wszystko, co się na wino składa.

Gdy w butelce argentyńskiego wina było go już wyraźnie mniej niż więcej, postanowiłem otworzyć wino z Bordeaux - Chateau Peneau z uchodzącego za niemal doskonały rocznika 2005. Pierwsza próba i momentalnie uświadomiłem sobie, że picie jednego wina, to jak oglądanie świata jednym okiem. Niby wszystko widać, ale obraz jest strasznie płaski. Drugie wino jak drugie oko ujawnia nowy wymiar, który z misternej i w trudzie tworzonej układanki, na pozór skończonej, tworzy jedynie zwykłą dwuwymiarową ściankę puzzli 3D. Teraz Trapiche wydaje się być winem ordynarnym - miły z początku aromat robi się nachalny i trudny do zniesienia, nadmiernie intensywny, z bardzo już teraz wyraźnie wyczuwalną, zwykłą "porzeczkowością". W tym momencie to wino z Francji wydaje się być łagodne jak baranek. Wcale nie jestem wielce zachwycony tym winem, ale jego otwarcie i skonfrontowanie z poprzednim uzmysłowiło mi, że nie tylko wino, ale i kontekst jest w degustacji bardzo ważny. Aromat wina wydał mi się zresztą bardzo interesujący i ciekaw jestem, czy czytelnicy tego bloga podzielą moje wrażenie, ale wydaje mi się, że oprócz delikatnej, ale to naprawdę delikatnej owocowości wyczułem zapach ziemi, ale ziemi świeżo nawiezionej tym, czego rolnikom powszechnie dostarczają zwierzęta hodowlane nie domagając się w zamian sowitej zapłaty. Bez przesady, nic strasznego, tylko wrażenie wiejskiej sielskiej atmosfery, wywołującej tęsknotę za suto zastawionym stołem wyniesionym do ogrodu, za którym znajdują się żyzne pola.

Pola, które znów rozpływają się we mgle...

sobota, 16 stycznia 2010

Barbera

Choć spóźniłem się na ten pociąg, to udało mi się złapać poręcz ostatniego wagonu i szczęśliwie dotrzeć do Piemontu. Piotr - kierownik tego składu dowiózł mnie na miejsce i jeszcze oprowadził po okolicy :)

Chciałem napisać kilka słów na temat pochodzących właśnie z północnego zachodu Włoch win Barbera d'Asti i Barbera d'Alba, ale już wiem, że tego nie zrobię. Przynajmniej nie w tej chwili. Przyznać muszę, że Barbera przypadła mi do gustu, nawet bardzo i to jest główna przyczyna mojej niechęci do pisania o tym szczepie. Czuję, że aby poznać ten rodzaj wina, muszę przyjrzeć mu się lepiej, a właściwie wypić go znacznie więcej. Nie chodzi o dwie butelki, nie trzy, sądzę że dopiero po piętnastu, może dwudziestu próbkach z różnych roczników i od różnych producentów będę mógł powiedzieć, że znam te wina. Dość powiedzieć, że mam ochotę ten plan zrealizować, choć wiem, że będzie on przeciągnięty w czasie ze względu na to, że Barbera w większości przypadków tania nie jest, konsumpcja kilkunastu butelek, choć kusząca, może skutecznie wydrenować portfel.

Jak na razie udało mi się wypić dwa wina z piemonckiego szczepu: Rubia Barbera d'Alba 2007 (69 zł) oraz Bramoss Barbera d'Asti 2004 (32 zł). Jak widać różnica w cenie jest znacząca, wina różnią się też nieco smakiem między sobą. Choć pierwsze z nich wydaje mi się bardzo eleganckie i zrównoważone, to drugie kusi większą słodyczą, która jakoś przypadła mi do gustu. Dziś zapewne zaopatrzę się, o ile nie zniknęło już ze sklepowej półki, w wino Bramoss Barbera d'Asti 2006 (32 zł), będę mógł porównać trunki od tego samego producenta, ale z różnych roczników. Nie mogę doczekać się już tej konfrontacji. Wszelkie uwagi oczywiście spiszę i w odpowiednim momencie złożę je w całość, która mam nadzieję odpowie na pytanie, które postawiłem sam sobie: czy jestem miłośnikiem barbery?
 

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Campos de Luz Reserva























Nieco zawiedziony winem "Ticket to Chile" opisywanym w poprzedniej notce postanowiłem kupić bilet do Hiszpanii, dokładniej rzecz biorąc w okolice Saragossy, by tam cieszyć swe podniebienie znanym mi już winem Campos de Luz Reserva. Nie wiem, czy powinienem porównywać te wina ze sobą, cóż może je łączyć? Może mniej więcej podobna zawartość Cabernet Sauvignon w kupażu, albo to że winiarze  posługują się hiszpańskim. Ja jednak pokuszę się o małe porównanie ze względu na dość krótki czas pomiędzy degustacjami tych win. Taniny są wyraźnie obecne, ale mają zupełnie inny, niż w przypadku "Ticket'a..." charakter, nie dominują, są znacznie gładsze, przyjemniejsze. Aromat wyraźny, na myśl przychodzą mi czerwone owoce i coś jakby powidła. Chyba śliwkowe, ale nie słodkie, choć czubek języka sygnalizuje niewielką ilość cukru resztkowego. Podobne odczucia mam jeśli chodzi o smak wina, choć tutaj śliwka miesza się z truskawką, ale wszystko to nadal w formie powideł. Posmak utrzymuje się w ustach długo, co uważam za ogromną zaletę tego wina.

"Campos de Luz Raserva" to wino w pewnym sensie dojrzałe, "Ticket to Chile" to jeszcze świeżak. Na dziś polecam to pierwsze, ale sam jestem ciekaw jaki smak będzie miał "Ticket..." za pięć-sześć lat. Jedyny sposób, by się o tym przekonać to oczywiście kupić kolejną butelkę chilijskiego wina i ukryć ją gdzieś na lat kilka... Myślicie, że warto?


sobota, 9 stycznia 2010

Ticket to Chile.

Niektórzy wiedzieli to wcześniej, inni dowiedzą się czytając tą notkę, że dziś miałem zamiar spróbować wina "Ticket to Chile" Syrah/Cabernet Sauvignon Reserve 2008. Na szczęście nic nie stanęło na drodze i degustację udało się rozpocząć. Dziś zatem krótki opis wrażeń towarzyszących piciu tego wina, jednak zanim się nimi podzielę muszę nadmienić, że wino to jest w pewnym sensie "kultowe" za sprawą kilku zdarzeń. Po pierwsze niewiarygodnie szybko zniknęło z półek sklepu, w którym zwykle zaopatruję się w ten szlachetny trunek. Po zniknięciu długo kazało na siebie czekać za sprawą protestu chilijskich celników, a długie oczekiwanie tylko wzmacniało chęć spróbowania "Ticket'a...". W końcu wino pojawiło się w sklepie, ale gdy zdecydowałem się na zakup okazało się, że na "stanie" jest tylko jedna butelka wspomnianego wcześniej Syrah/Cabernet Sauvignon, którą oczywiście nabyłem, choć moim zamiarem było wzbogacenie swej kolekcji o charakterystyczny dla Chile szczep Carmenere.

Po ponad dwutygodniowej abstynencji, przepełniony emocjami spotęgowanymi ogromnymi oczekiwaniami wobec obiektu "kultu" z wielkim namaszczeniem otworzyłem butelkę.

Wino ma kolor ciemny, intensywny, ale jest oczywiście klarowne. Zapach... zapach... no cóż, brak doświadczenia początkującego amatora wina ujawnił się z całą swą bezwzględnością. Nie czuję prawie nic. Nic poza dziwnym przeświadczeniem, że wino zawiera dużo alkoholu. Rzut oka na etykietę - 14%, to chyba niemało. Próbuję jeszcze raz... i jeszcze raz... może owoce, może przyprawy? Może. Pewności nie mam, nie będę więc ściemniał, że wyczuwam "coś" i potrafię to "coś" precyzyjnie nazwać. Wypijam łyk - może teraz uda mi się to coś ustalić, coś odkryć, coś zdefiniować. Wypijam i... wiem już teraz na pewno czym są taniny/garbniki. Wiem, co oznacza "suchość w ustach", wiem też, że w tym winie taniny są ostre, wręcz gorzkie. Gorzkie? Próbuję wina czubkiem języka i odczuwam wyraźną słodycz. Dziwne? Nie, taniczność to nie rodzaj smaku, to rodzaj wrażenia zmysłowego. Ale góruje nad resztą i sprawia mi pewien kłopot. Jako amator muszę wspomóc się literaturą, poznać doświadczenia innych aby znaleźć wyjście z tej dziwnej sytuacji, przypominającej "strzał w twarz" od dziewczyny, co do której ma się pewne plany. Syrah/Shiraz to szczep taniczny sam w sobie, o dużym potencjale starzenia a "reserve" pewnie nabyła jeszcze porcję goryczy od beczki. Mój prosty skądinąd rozum kombinuje, że to wino jest po prostu za młode, za ostre na moje nieprzyzwyczajone jeszcze do wina podniebienie. Żeby ratować sytuację muszę znaleźć wyjście z trudnej, krępującej sytuacji. Gdzie jest "panic button"? Gdzie "emergency exit". No gdzie? Może powinienem połączyć trunek z jakąś potrawą? Szybko sięgam po żółty ser - nie pomógł wiele. Może oliwki. Próbuję zielonych i jest znacznie lepiej, ale to jeszcze nie to. Sięgam po iPoda Touch. Zagryzać iPod-em? - osobliwy pomysł, ale nie po to jest mi potrzebny. Chodzi o aplikację "Hello Vino", która pomaga dobrać parę wino-potrawa. Do tego typu wina znalazłem kilka propozycji, przejrzałem lodówkę i postawiłem na "czarnego konia" w postaci szynki z musztardą. I co? I wszystko zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wino stało się gładsze, całkiem przyjemne w piciu, uratowane przed totalną krytyką amatora.

Czy jestem zachwycony tym winem? Na pewno nie. Czy rozczarowany? Też nie, w końcu czegoś się nauczyłem. Wniosek na przyszłość? Jeśli mam zamiar otworzyć argentyńskiego malbeca muszę wcześniej zaopatrzyć się w porządny kawał argentyńskiego steka.

czwartek, 7 stycznia 2010

Piwniczka


Notka ta, Drodzy Czytelnicy, wiąże się z poprzednią w ten sposób, że podróż szpitalna odbyta w całkowitej abstynencji spowodowała znaczny przyrost winnych trunków w mojej kolekcji. Okazało się przy okazji, że więcej czasu poświęcam na teoretyczne poznawanie świata win, niż smakowanie samych trunków. To może oznaczać tylko jedno, nie od alkoholu jestem uzależniony, lecz od zakupów. Skoro chwilowo nie piję, to dla zabicia czasu przygotuję Wam skład mojej piwniczki licząc, że w jakiś sposób odniesiecie się do moich wyborów. Czy będzie to krytyka, czy pochwała, nie ma znaczenia, za wszelkie uwagi będę niezmiernie wdzięczny. Listę win podzielę wg. krajów pochodzenia a zacznę od (sic!) naszej ojczyzny.

POLSKA
Winnice Jaworek - Chardonnay/Auxerrois 2008

NOWA ZELANDIA
Silverlake - Sauvignon Blanc 2008

FRANCJA
Chateau Peneau 2005 (Saint-Emilion)
Chateau Bois de Roc 2006 (Medoc)
Chateau Saint-Christoly 2005 (Medoc)
Couloumey Du Chateau Le Tuquet 2005 (Graves)
Domaine La Croix Belle no 7 2005
Domaine La Croix Les Calades 2006

HISZPANIA
Campos De Luz - Garnacha Reserva 2004

CHILE
Chocolan - Carmenere Reserva 2006
Vina Maipo - Carmenere Reserva 2008
Ticket to Chile - Syrah/Cabernet Sauvignon Reserve 2008

ARGENTYNA
Kaiken - Malbec 2007
Trivento - Malbec Golden Reserve 2006
Trapiche Oak Cask - Cabernet Sauvignon 2007

WŁOCHY
Monte Del Fra - Valpolicella Classico Superiore Ripasso 2007
Monte Del Fra - Amarone della Valpolicella Classico 2006
Castellani Villa Lucia Chianti Riserva 2004

środa, 6 stycznia 2010

Szczęśliwy powrót.

Nie wszystkie podróże są udane i nie każdą warto zachwalać, ta ostatnia najszczęśliwszą na pewno nie była, a to dlatego, że jej celem był szpital dziecięcy. Wyprawa dziesięciodniowa, bez możliwości jej skrócenia tym jeszcze różniła się od tych przyjemnych, że na powrót do domu czeka się nie z żalem a z utęsknieniem.

Na szczęście wszystko już za nami, dziecko w domu, zdrowe i zadowolone, my również. Mam nadzieję, że tego typu notek na tym blogu będzie niewiele, prawdę mówiąc życzę sobie, żeby była ostatnia.

piątek, 13 listopada 2009

Łosoś w duszonych pomidorach.



Tym razem podróż kulinarna, w którą zabrała mnie moja żona. Wczoraj udało nam się kupić ładne płaty łososia, a dziś książkę Mirka Drewniaka "Gotowanie na parze", w której znaleźliśmy wspaniały przepis na beztłuszczowe, zdrowe przygotowanie wspomnianej ryby. Podaję przepis znaleziony w książce , który zilustrowałem własnymi fotografiami. W ten sposób chciałbym podziękować mojej żonie oraz p. Drewniakowi za wspaniałe doznania jakich doświadczyło dziś moje podniebienie.

SKŁADNIKI:

6 kawałków filetu z łososia po 20 dag
pół pęczka kopru
1 cytryna
1 cebula
3 pomidory
5 gałązek bazylii
sól

SPOSÓB PRZYRZĄDZENIA:

Filety dokładnie oczyścić z resztek ości. Z soli, posiekanego koperku i soku z cytryny przyrządzić marynatę, zalać rybę i odstawić na 2 godziny. Cebulę i pomidory pokroić w kostkę, włożyć do miski, dodać posiekaną bazylię, doprawić solą i pieprzem, wymieszać.
W garnku zagotować 2 szklanki wody. Warzywa ułożyć w głębokim sicie i umieścić nad wrzątkiem, gotować na parze ok. 15 minut, po czym ułożyć na warzywach kawałki łososia. Parować jeszcze ok. 15 minut. Kawałki łososia wyłożyć na ogrzany półmisek, warzywa zmiksować i podawać do ryby jako sos.

Smacznego!

środa, 11 listopada 2009

Podróż do Chile.


Dziś kolejna wycieczka w świat win. Moim biurem podróży od pewnego czasu jest ursynowski sklep Winestory, który w ramach swojej akademii pozwala poznać uroki win z różnych stron świata. Tym razem padło na Chile i szczep, który jest wizytówką tego kraju, czyli carmenere. Do połowy XIX w. szczep ten był bardzo powszechny w Bordeaux, gdzie wraz z Cabernet Franc współtworzył wielką markę win bordoskich. Niestety, filoksera wyniszczyła w XIX w. francuskie winnice, nie szczędząc przy tym carmenere (znany również jako grand vidure). Na szczęście szczep carmenere trafił wcześniej wraz z kolonizatorami do Nowego Świata i tutaj przetrwał szczęśliwie po dziś dzień, choć przez długi czas był mylony z merlotem. Badania DNA rozwiały jednak wszelkie wątpliwości a carmenere znalazło swoje miejsce wśród chilijskich win, jego udział w uprawach to ok. 7%.

W czasie spotkania spróbowałem pięciu różnych win. Nie będę w tej chwili opisywał wrażeń, jakie towarzyszyły mi podczas degustacji tego wina. W zamian zacytuję ich opis z ulotki otrzymanej w sklepie.

  • Inspira Carmenere. Skład: carmenere; pochodzenie: Maipo Valley, Chile. “Łagodne wytrawne wino o intensywnym rubinowo-czerwonym kolorze i wyjątkowej klarowności. Dominują silne aromaty czekolady i świeżych owoców. W smaku wyraźnie wyczuwalne harmonijne połączenie karmelu, owoców i tanin. Idealne do lekkich mięs, drobiu i makaronów.”
  • Arte Noble Merlot. Skład: merlot; pochodzenie: Curico Valley, Chile. “Wino o głębokim czerwonym kolorze z fioletowymi refleksami, aromacie czarnych leśnych owoców, tytoniu oraz przypraw. W smaku wyraźnie wyczuwalne świeże owoce pestkowe, czekolada i przyprawy. Polecane do wszelkiego rodzaju potraw mięsnych, past i drobiu.”
  • Chocalan Carmenere Seleccion. Skład: carmenere; pochodzenie Maipo Valley, Chile. “Wino oferuje czerwono-purpurową barwę, aromaty dojrzałych owoców i przypraw. W ustach harmonijne, z delikatnymi dojrzałymi taninami. Podawać do czerwonych mięs, drobiu w ciemnych sosach i makaronów z mięsem.”
  • Chocalan Carmenere Reserva. Skład: carmenere; pochodzenie Maipo Valley, Chile. “Kawał potężnego wina, prawdziwa bomba owocowa. W parze z silnymi aromatami idzie zdecydowany smak. Taniny są pełne, choć wyłagodzone, zaś delikatnie słodki finisz zjednuje podniebienie. Podajemy do czerwonych mięs, pasztetów.”
  • Casa Silva Gran Reserva Carmenere. Skład: carmenere; pochodzenie Colchagua Valley, Chile. “Głęboka rubinowa barwa, aromaty czekolady, czarnych owoców, toffi i kakao. W ustach potężne i krągłe, przyjemne słodkie taniny, długi satysfakcjonujący koniec. Podawać do czerwonych mięs.

Miłym urozmaiceniem tych winnych spotkań są małe konkursy, w których można wygrać butelkę ulubionego trunku. Udało mi się drugi raz z rzędu, z czego bardzo się cieszę, tym bardziej, że przygotowałem się z carmenere, a pytanie dotyczyło szczepu charakterystycznego dla Urugwaju. Nagrodą było wino włoskie Bardolino (Monte Del Fra). Moim wyborem spośród prezentowanych win, była butelka Chocolan Carmenere Reserva. Oprócz tego swoją kolekcję wzbogaciłem (przynajmniej na chwilę) o wino Montes Pinot Noir Limited Selection.

piątek, 6 listopada 2009

Woda w plecaku.


















Jeden z pierwszych wpisów na tym blogu zatytułowany „Faceci kochają gadżety” opublikowałem 23 maja. Wyraziłem w nim fascynację nowoczesną techniką pozwalającą na pozostawanie w kontakcie z bliskimi i znajomymi. Netbook, cyfrówka, GPS, mobilny Internet.

Na końcu tego wpisu napisałem żartobliwie, że to wszystko jest, owszem, fajne ale cały ten sprzęt trzeba ze sobą nosić i to już takie przyjemne nie jest.

Minęło zaledwie pół roku i na rynku pojawiło się coś, co rozwiązuje wyżej opisany problem. To oczywiście nowy gadżet, który światu udostępniła fińska Nokia, a który oznaczony jest symbolem N900. Cóż to takiego? Supernowoczesny komunikator, który łączy w sobie wszystkie te wyżej opisane urządzenia. Mieszcząc się w kieszeni uwalnia przestrzeń w plecaku robiąc tym samym miejsce dla wody. W małym urządzeniu znajdziemy dosłownie wszystko. Wyposażony w klawiaturę QWERTY, wi-fi i szybki Internet przez sieć komórkową pełni rolę netbook’a. Duży ekran o bardzo wysokiej, jak na telefon, rozdzielczości pozwala na całkiem swobodne „buszowanie” po Internecie. Wbudowany aparat fotograficzny z obiektywem firmy Carl Zeiss pozwala rejestrować zdjęcia o przyzwoitej jakości, którymi możemy momentalnie podzielić się z rodziną i znajomymi za pomocą serwisów społecznościowych. GPS też znalazł się w tym urządzeniu, wbudowane mapy pozwalają używać komunikatora jako nawigacji satelitarnej, zdjęcia naturalnie opatrzone są geotagiem, co pozwala na szybkie zlokalizowanie miejsca, w którym powstała fotografia. Telefon pracuje na MAEMO, specjalnej dystrybucji linuksa opracowanej dla tego urządzenia, co gwarantuje prawdziwą wielozadaniowość i w odróżnieniu od mojego dotychczasowego ulubieńca, jakim jest iPod Touch, pozwala na pracę kilku aplikacji jednocześnie.

Jestem gadżeciarzem - to już wiecie - nie mogłem więc pozostać obojętnym wobec tego urządzenia. Pierwszy raz w życiu zamówiłem coś w ciemno, coś czego jeszcze nie można kupić i co daje mi gwarancję, że będę jednym z pierwszych w Polsce użytkowników tego telefonu. Mam nadzieję, że się nie zawiodę. Ale o tym na pewno was poinformuję :)
Posted by Picasa

czwartek, 5 listopada 2009

Zapiski na skrawku papieru





















foto: www.nationalgeographic.pl

Wczoraj kupiłem sobie terminarz National Geographic na 2010 rok. Co roku, mniej więcej o tej samej porze ulegam konsumpcyjnej pokusie zakupu kalendarza. Zobowiązuję się w duchu, że będę wypełniał go codziennie aby wspomóc swoją pamięć w przywracaniu wspomnień sprzed kilkunastu a może nawet i kilkudziesięciu lat. Nie zawsze mi się to udaje a w zasadzie nigdy. Ale gdy dziś odnalazłem terminarzo-notatnik z 2003 roku i ujrzałem wpis (jeden z bardzo nielicznych) z przyczepionym do niego zdjęciem ilustrującym jakąś tam historyjkę, to pomyślałem, że ma to naprawdę sens. Nie była to żadna wielka rzecz, wręcz przeciwnie, coś bardzo nieistotnego, ulotnego, od dawna przez to nieistniejącego w mojej głowie. Ale z takich drobnostek składa się nasze życie, czasem warto przypomnieć sobie jakiś jego fragmencik.

Być może teraz, kiedy kończy się pierwsza dekada XXI wieku, wpisywanie czegokolwiek do notesu wydaje się bezsensowne, wszak do zapisywania wspomnień, w dodatku ze zdjęciami doskonale nadają się blogi. I owszem, notuję w nich swoje myśli i wspomnienia, jestem z tego zadowolony i cieszę się, że uczestniczę w tym nowym, elektronicznym “pisarstwie”. Mam też jednak świadomość, że nie zastąpi to staroświeckiego, dobrego notatnika. Dotykanie klawiatury to nie to samo, co trzymanie pióra (albo mojego ulubionego ołówka). Klikanie w poszczególne wpisy nie zastąpi przerzucania kartek. W dodatku notes można przejrzeć nawet przy świeczce, kiedy elektrownia odcinając prąd “uśmierci” naszego bloga.

Za rok, o tej samej porze, też kupię sobie terminarz. Ciekaw jestem, gdzie będzie więcej wpisów. Na kartkach papieru, czy na internetowych stronach.

czwartek, 15 października 2009

Przyznaję się do wina.


Dziś parę słów o mojej dość krótkiej jeszcze podróży w świat win, ale długiej na tyle, żeby stwierdzić, że mi się podoba. Nigdy nie przepadałem za winem, w zasadzie wiedziałem tylko tyle, że jest słodkie albo wytrawne, że może być białe lub czerwone. Byłem przekonany, że różowe to mieszanka białego z czerwonym…


Wolałem piwo, ale to co się dzieje na rynku piwa w Polsce to prawdziwa tragedia. Przemysł, przemysł, przemysł - piwa bardzo do siebie podobne i już nie tak dobre jak kiedyś. Nie jest to moje odosobnione wrażenie, polecam lekturę mini-felietonu na ten temat.

Po piwie było whisky i nadal jest, ale o tym może innym razem.

Tak było kiedyś, dziś bawię się w odkrywanie wina, próbuję się go trochę nauczyć, jakoś zrozumieć. A że nauka wina to głównie empiria (choć poznać teorię jednak należy), więc przeprowadzam doświadczenia, efektem których  jest szersza wiedza, lepszy nastrój i chudszy portfel. Jednak już lektura “tasting notes”  wywoływała u mnie ból głowy (lektura a nie wino) i stres, bo nijak nie była zbieżna z moim odbiorem “rozpracowywanych” win. Szybko zdałem sobie sprawę, że żeby wyczuć jakiś zapach, trzeba wiedzieć jaki on jest. Naukę wina należy według mnie rozpocząć od poznania zapachów. No więc wącham - maliny, wiśnie, czereśnie, śliwki, czekoladę i wanilię, grzyby i konfitury nawet masło i miętę. Bo podobno można wyczuć w winie takie aromaty. Celowo piszę “podobno”, bo ja ich jeszcze nie potrafię rozpoznać. No nie umiem i już. Zastanawiałem się, dlaczego? Co wpływa na stępienie tego zmysłu? Czuję, choć nie wiem tego na pewno, że jest to kwestia odżywiania się i doboru właściwych potraw. Mam wrażenie, że wszechobecna w produktach spożywczych “chemia” psuje nam zmysł powonienia, może dlatego, że w niemal każdym produkcie są wzmacniacze zapachów i smaku. Organizm na tyle się do nich przyzwyczaił, że nie potrafi wyczuwać naturalnych aromatów owoców i warzyw. Może warto zmodyfikować nieco przyzwyczajenia kulinarne, ograniczyć pitą w nadmiarze kawę, zmniejszyć mięsne racje by móc cieszyć się smakiem i aromatem wina.

Być może, ale jedno jest pewne -  trzeba ten trunek po prostu degustować, regularnie lecz z umiarem, każdy łyk smakować z refleksją. Może wtedy wino się odwdzięczy i w świadomości pozostanie boską ambrozją.

poniedziałek, 7 września 2009

Air Show 2009


Białoruscy piloci po katastrofie, w której zginęli ich koledzy.

Na radomskie pokazy lotnicze czekałem od dawna, na ostatnich jakie oglądałem byłem 6 lat temu. Przed czterema laty urodziła się Lena i siłą rzeczy nie pojechaliśmy do Radomia, dziecko było zbyt małe. Nie pamiętam dlaczego nie pojechałem na pokazy 2 lata temu (czyżbym pracował?), ale nie żałowałem specjalnie, zwłaszcza ze doszło wtedy do tragicznego wypadku, którego z pewnością nie chciałbym oglądać na własne oczy.

W tym roku zaplanowałem wyjazd ze sporym wyprzedzeniem, zapakowałem plecak sprzętem fotograficznym i wyposażony w karty pamięci o łącznej pojemności ponad 20 GB pojechałem z wyraźną potrzebą ich zapełnienia.

Już po 4 GB na pokazach stało się to, co się stało. Wszyscy wiemy, że podczas imprezy doszło do kolejnej katastrofy samolotu, rozbił się doskonały SU-27, zginęło dwóch doświadczonych pilotów. Wydarzenie tragiczne, wstrząsające, to prawda, ale w zasadzie nie o nim chcę tu napisać, napisano na ten temat już wiele. Okazuje się, że “fachowców” od lotnictwa w Polsce nie brakuje, co widać w komentarzach do każdej informacji poświęconej tej katastrofie.

Chciałem napisać kilka słów na temat atmosfery pokazów i samej ich organizacji. Na lotnisku pojawiłem się w niedzielę ok. 10.00, o dziwo bez stania w kolejce po bilety, co zdziwiło mnie tym bardziej, że teren pokazów był już mocno wypełniony amatorami lotnictwa, a mniej więcej pół godziny później kolejki osiągały długość nawet kilkuset metrów. Nieco mniejsze kolejki ustawiły się do przenośnych toalet o charakterystycznej i doskonale znanej niebieskiej barwie. Ciekawostką wartą odnotowania było to, że stojący na końcu kolejki dzierżyli w dłoniach kubki pełne piwa, którego ubywało w tempie uzależnionym od aktualnej długości kolejki do wychodka. Od razu odniosłem wrażenie, że pokazy latających maszyn nie zajmują pierwszego miejsca na liście atrakcji oferowanych podczas pikniku. Wzrok przebywających na terenie lotniska gapiów skierowany był raczej na cenniki przyczepione w punktach sprzedaży piwa i przypalonych na grillu kawałków karkówki i kiełbas, cieszących się równym powodzeniem co “wojskowa” grochówka i “swojski” bigos. Posiłki były spożywane dość szybko i głównie na stojąco, po czym miłośnicy tego typu fast-foodów udawali się ponownie (właśnie z piwem w ręku) w kierunku tych małych, niezwykle popularnych budek. W tym miejscu może wtrącę apel do organizatorów, by na kolejnych pokazach mniej środków przeznaczyli na sprowadzenie ciekawych samolotów i niesamowitych grup akrobacyjnych, więcej zaś na zorganizowanie odpowiedniej ilości toalet, co w konsekwencji przyczyniłoby się do zwiększenia oglądalności pokazów właściwych. Gawiedź najedzona i upojona już na samym początku imprezy pokładała się na trawce, co bardziej zapobiegliwi przynieśli ze sobą koce. Słońce operowało dość mocno i (można się było tego spodziewać) przyczyniło się do senności części widzów, zwłaszcza tych, którzy zdążyli zaliczyć już po kilka kolejek każdego rodzaju. Niektórych sen zmorzył na tyle mocno, że o katastrofie samolotu dowiedzieli się dopiero kilka godzin po fakcie.

Tragedia, która wydarzyła się w Radomiu, w pełni ukazała hipokryzję organizatorów, którzy tak długo nie ogłaszali publiczności informacji o przerwaniu pokazów, jak długo po bigos i piwo ustawiały się kolejki miłośników gastronomii na świeżym powietrzu. W dziwny sposób przestały działać telefony komórkowe a komunikat o przerwaniu imprezy, który w mediach pojawił się błyskawicznie, na płycie lotniska został ogłoszony kilka godzin później.

Coś mi się zdaje, że na kolejne pokazy w Radomiu nie będę się specjalnie śpieszył. Być może będzie lepiej spędzić ten czas w domu. Piwo jest w lodówce, kiełbasa też, do ubikacji nie ma kolejek a na półce z filmami stoi nieśmiertelny “Top Gun”, który ma tą przewagę nad pokazami w Radomiu, że zakończenie - jak to w amerykańskim filmie - jest zawsze szczęśliwe.

środa, 26 sierpnia 2009

Kosmiczna dziura (bzdura)


fot. (NASA/ESA)


„No matter what I did it never seemed enough
He said I was lazy, I said I was young
He said, how many songs did you write
I'd written zero, I'd lied and said, ten

You won't be young forever
You should have written fifteen”

„Work” - Lou Reed/John Cale

Ten wpis powstaje niemal miesiąc po poprzednim i to w jakiś sposób tłumaczy powyższy cytat. Z małą różnicą. Młodość nie może być już dla mnie wymówką. Gdy miałem 15, 20, może nawet 25 lat miałem wrażenie, że świat stoi w miejscu, podczas gdy ja byłem wszędzie i miałem czas na wszystko. Dziś lat mam już więcej, ogarnia mnie wrażenie, że stoję w miejscu, za to świat kręci się z ogromną prędkością. Nadmierną jak na mój poziom percepcji. Żeby chociaż kręcił się wokół mnie, mógłbym powiedzieć, że jestem pępkiem świata. Niestety, jestem raczej na jego peryferiach - w kosmicznej próżni, a w pobliżu czyha wielka Czarna Dziura, która nieubłaganie wysysa siły witalne ze mnie, a wraz z nimi teksty…

Na pewno?

Posłuchajmy jeszcze raz duetu Reed/Cale. Jeśli wymówką nie jest młodość, a to już ustaliliśmy, to wynika z niej, że u podstaw tego blogowego pustostanu jest zwykłe lenistwo. To trochę banalne, ale przynajmniej nie takie głupie jak te “kosmiczne bzdury”.

Jeśli więc za miesiąc nie będzie tu nowego tekstu, nie przeszukujcie wszechświata za pomocą teleskopu Hubble’a. Szybciej znajdziecie leniucha przed telewizorem, niż grafomana w kosmosie.


niedziela, 2 sierpnia 2009

Niechciana...

Zaczęło się to już kilka lat temu i trwa nieprzerwanie do dziś. Zupełnie niechciana i nieoczekiwana przywarła do mnie i oplotła się ciasno wokół mojego wątłego dość ciała. Można by pomyśleć, że jednak, że w końcu, że u mego boku dodać może mi powagi, a może i splendoru. Przez pewien czas byłem nawet zadowolony, lecz z biegiem lat coraz bardziej odczuwałem jej ciężar. Myślałem, że przed tegorocznymi wakacjami w końcu się jej pozbędę, że po nich będę już wolny i całkiem swobodny. Teorię rozstania poznałem dobrze, solidnie można by rzec nawet. Bałem się, ale zacząłem realizować w praktyce mój plan oswobodzenia się spod jej jarzma. W końcu wyjechałem i gotów byłem się jej pozbyć, może nie radykalnie, nie od razu, raczej powoli, małymi kroczkami. Ale na wakacjach, jak to na wakacjach, słońce, świeże powietrze, alkohol, dużo wolnego czasu. Moje plany zaczęły brać w łeb i wcale mi nie przeszkadzało, że jest ciągle wokół mnie. Przez tych kilka lat zdążyłem się do niej przyzwyczaić, w jakimś sensie nawet polubić, a na tych leniwych wakacjach zrozumiałem, że życie z nią ma swój urok.

Tak, moi drodzy czytelnicy, niełatwo jest się oswobodzić z oponki tłuszczu okalającej mój brzuch, ale mam nadzieję, że moja nowa miłość i pasja - rower - pomogą mi rozpocząć nowe, płaskie życie.

sobota, 1 sierpnia 2009

Message in the bottle.

Nie wiem czy nie będę nudny pisząc na temat blogów i coraz bardziej popularnych mikroblogów. Dla wielu blogowanie to chleb powszedni, czasem nawet źródło utrzymania, dla mnie nadal inspirująca nowość. Od jakiegoś czasu jestem tym wynalazkiem po prostu zafascynowany, a fascynacja ta pogłębia się z dnia na dzień. Pomijam te wszystkie sprawy techniczno-technologiczne, bo choć na swój sposób ciekawe, to programy i urządzenia są tylko narzędziami do wysyłania myśli i emocji w świat. Zadziwia mnie najbardziej to, że ludziom chce się pisać. W tych czasach – nieco już odległych – kiedy uczęszczałem do szkoły, nawet do głowy by mi nie przyszło, żeby napisać coś, co nie jest wypracowaniem z polskiego. A tu proszę, setki, tysiące, a może nawet setki tysięcy młodych zazwyczaj osób coś piszą. Pytanie dla kogo? Dwumiesięczna obecność na twitterze i dwutygodniowa na blipie utwierdza mnie w przekonaniu, że ludzie piszą głównie dla siebie. Oczywiście, nie ma w tym nic złego. Ja też piszę dla siebie, jak może być inaczej, skoro publikowanie w Internecie to nic innego jak wrzucanie do oceanu listu w butelce. Marna szansa, że ktoś ją odnajdzie, choć to się zdarza. Siedzę tak sobie na wyspie na środku oceanu, wrzucam swoją butelkę i wyławiam inne. Sprawia mi to nawet frajdę, zwłaszcza że teraz ich zawartość to rzadko wołanie o pomoc, znacznie częściej fascynujące skrawki rzeczywistości, prawdziwe źródło wiedzy na temat życia ludzi we współczesnym świecie. Tysiące historii, a każda zupełnie inna, spisane poprawną polszczyzną lub podwórkowym slangiem. Uważam, że warto je czytać, zwłaszcza te napisane przez młodych ludzi, ponieważ to jedyna szansa na skrócenie międzypokoleniowego dystansu. Warto poznać ich słownictwo, myśli i pragnienia, zwłaszcza wtedy, gdy dorasta twoje własne dziecko. Być może i ono wrzuciło swoją butelkę. Otwórz ją i uważnie przeczytaj…