poniedziałek, 28 września 2020
W morzu sauvignon blanc.
Kilkanaście dni temu, podczas robienia zakupów spożywczych w Tesco, moją uwagę zwróciły stojące na półkach butelki Sauvignon Blanc. Trzy etykiety pochodziły z Nowej Zelandii, a dwie z Chile. Rzecz jasna nie były to wina drogie, ich cena zawierała się w przedziale 19,99 zł - 29,99 zł, stwierdziłem, że zaryzykuję. Kupiłem wszystkie, w końcu czego można się tu obawiać, sauvignon blanc lubię, te z Nowej Zelandii szczególnie, w dodatku wszystkie pochodziły z popularnego i lubianego regionu Marlborough. Białe Chile aż tak bardzo mnie nie pociąga(ło), ale warto mieć rozeznanie nawet w tym przedziale cenowym, więc dla celów porównawczych również je musiałem umieścić w koszyku. Cały zestaw kosztował mnie raptem 124,95 zł, nic, tylko się cieszyć.
Cóż, zacznę ten wpis od podsumowania: było cholernie nudno. Wszystkie sauvignon blanc z NZ były niemal identyczne, zrobione wg tego samego wzorca, oszczędne w nosie, ubogie w ustach, nieco zielone, surowe. Niemniej jednak muszę przyznać, że piło się je całkiem dobrze. Ich mankamentem była w zasadzie tylko ta powtarzalność, urozmaicenia można było szukać jedynie w projektach etykiet. Na ich tle wina z Chile wydawały się być produktami z wyższej półki cenowej. Jeszcze kilka lat temu drażnił mnie ich przegotowany owoc podbity nadmiernym cukrem resztkowym, dziś cechowały się znacznie lepszą równowagą. Tropikalne, lecz świeże owoce ładnie komponowały się z wyraźną, ale stonowaną kwasowością, piło się to wyraźnie lepiej niż Nową Zelandię, choć nadal próżno było szukać w chilijskich winach czegoś oryginalnego. Były to po prostu niezłe wina do niezobowiązującego popijania. Na ich tle Nowa Zelandia z oferty Tesco wydawała się nieco pustawa i rozwodniona, choć (jak wspomniałem wcześniej) w żadnym wypadku nie były to wina niesmaczne. Jedna butelka na taras - OK, ale trzy to już przesada, a jak dodamy do tego jeszcze dwie butelki z Chile, to można mieć już tego morza przeciętności naprawdę dość. Ja w każdym razie będę rozglądać się za czymś innym, a dla was polecam zdrowy rozsądek, po jednej butelce z każdego kraju powinno być w sam raz.
Podsumowanie zakupów:
poniedziałek, 22 czerwca 2020
Winnica Jura, Pet-Nat 2018.
Nie będę udawać, że jestem specjalistą od Pet-Natów, win które są chyba obecnie na szczycie listy poszukiwań polskich winomaniaków, choć nie wykluczam, że to jakaś ogólnoświatowa tendencja, która zapewne rozpoczęła się znacznie wcześniej niż u nas. Ja sam po raz pierwszy spróbowałem tego typu win dopiero w tym roku, podczas kameralnego spotkania blogerów, odbywającego się pod hasłem "Schadzki Winopisarzy". Były to Integrale Frizzante - białe wino z Włoch (które zresztą sam przyniosłem) oraz różowe wino z Moraw - Syfany Vavrinec. Na podstawie dwóch wypitych kieliszków, fakt, że nieco głębszych, nie jestem w stanie napisać na ich temat dużo więcej ponad to, że mi smakowały, a tańczące na podniebieniu bąbelki wprawiły mnie w dobry nastrój. No, ale też rozbudziły ciekawość i siłą rzeczy wepchnęły na nowy tor winnych przygód.
Czym jest Pet-Nat, poza tym, że jest dla mnie kompletną nowością? Pet-Nat to skrót od francuskiego wyrażenia pétillant-naturel, co oznacza "musujące [wino] naturalnie". To naturalne musowanie bierze się stąd, że do butelek wlewa się wina jeszcze pracujące, w których nie zakończyła się fermentacja pierwotna. Butelki takie zamyka się kapslem, a same wina oczywiście nie są klarowane, a więc mamy do czynienia z nieprzerwanym dojrzewaniem na osadzie. Zabiegi te w założeniu mają zapewnić winu młodzieńczą świeżość i bąbelki z jednej strony, z drugiej zaś aromatyczno-smakowy pozór wina już dojrzałego. Aspekt wizualny siłą rzeczy jest przy ocenie takiego wina pomijany, mętność w "normalnym" winie byłaby uznana za jego wadę.
Ten ostatni element zniechęcił moją żonę do spróbowania Pet-Nata z Winnicy Jura - wina, które znalazło się w zestawie, jaki kupiłem w internetowym sklepie producenta. Uznała, że woli jednak krystaliczną czystość swojego ulubionego prosecco czy hiszpańskiej cavy, co z jednej strony mnie nieco zmartwiło, ale z drugiej zapewniło mi przecież całą butelkę wina, którym nie musiałem się z nikim dzielić.
Pijąc tego Pet-Nata miałem wrażenie, że jest to mieszanka zwykłego białego wina zmieszanego z jabłkowym cydrem i zaprawionego lekko esencją pomarańczową. Ten pomarańczowy aromat w połączeniu z zapachem pieczonego jabłka dominował w nosie, ale i przekładał się na smak wina. Wyraźny cukier resztkowy nie zamulił wina, wydawało się ono rześkie do samego końca, niezła równowaga jest na pewno atutem tego wina.
Przyznaję, wino mi się podobało, ale jakoś specjalnie nie skradło mego serca. Niemniej jednak będę starał się wracać do niego w przyszłych rocznikach, jak na razie nie widzę powodu, by nie kibicować polskim winom, zwłaszcza musującym - bąble od kilku ładnych lat władają moim sercem.
Na zakończenie dodam, że wino oficjalnie kosztuje 70 zł, w moim zestawie wyszło znacznie taniej, gdyż średnia ceny butelki nie przekroczyła 50 zł. Dla porządku dodam, że ten Pet-Nat powstał w 100% z odmiany hibernal i jest winem półwytrawnym.
środa, 17 czerwca 2020
Dwór Sanna, Regent 2016.
Po moich nielicznych doświadczeniach z polskimi winami, ale i po lekturze internetowych recenzji innych winopijców po nie sięgających, gotów byłbym zaryzykować tezę, że białe wina spokojnie wytrzymują międzynarodową konkurencję, coraz modniejsze rodzime wina różowe już są w światowej czołówce, a tylko te ziemisto-buraczane czerwienie ciągną nasze winiarstwo w dół. Może narażę się na śmieszność (a może nawet na politowanie), ale mi ten profil aromatyczno-smakowy polskich czerwonych wydaje się interesujący i najzwyczajniej w świecie mi pasuje. Smakowały mi Polonezy z Biedronki i Polki z Lidla, podobał mi się Krojcig ze swym Regentem.
Ostatnio też sięgnąłem po butelkę regenta z Winnicy Dworu Sanna oczekując tych naszych, dobrze mi znanych, polskich smaków. A tu zupełne zaskoczenie, bo w kieliszku co prawda niemal czarne wino, ale smak kojarzący mi się momentalnie z Rioją, która ma jednak nieco jaśniejszą barwę. Mówię serio, pełne owocu wino, nabite nieco beczką, ale z przyjemną taniną i mocno wyczuwalną, solidną kwasowością. Wąchałem, cmokałem, siorbałem, przełykałem, a i wypluć się zdarzyło, ale wrażenie wciąż pozostawało to samo. Jak nic, ktoś przelał cranzę do butelki :) Zdziwienie, ale i radość, bo ja Rioję lubię, a i beczkę w niej również. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko się cieszyć, bo choć charakter wina zdecydowanie inny od moich dotychczasowych doświadczeń, to jednak ten smak jest takim, jakiego często szukam w czerwonym winie. Do tego dobry stek i pełnia szczęścia w zasięgu ręki. I portfela.
Dobra robota Sanno! Dziękuję!
Wino kupiłem wysyłkowo od producenta.
niedziela, 31 maja 2020
Podsumowanie miesiąca, maj 2020.
Powiedzmy sobie szczerze, podsumowanie maja nie będzie spektakularne.
Regularny wpis na blogu był tylko jeden, może trochę więcej działo się na
Instagramie, ale powodów do dumy szukać próżno. Czasu na degustacje za dużo
nie było, sam nie wiem dlaczego, w końcu pracowałem nie więcej niż zwykle,
dokładnie tyle samo miałem czasu wolnego. Widać z tego, a wspominałem już
chyba o tym wcześniej, bardziej uzależniony jestem od kupowania, niż od picia.
Cóż zrobić, wszystko przede mną, wybaczcie!
Niemniej jednak w ostatnim dniu miesiąca udało mi się otworzyć wino, nawet
dwa, co więcej - oba polskie. Powiedzmy że tak właśnie wygląda mój patriotyzm.
Ale za nim o tym powiem, to może trochę statystyki, wszak ten wpis ma właśnie
temu służyć.
W tym miesiącu na wina przeznaczyłem 10,39% moich zarobków. Najtańsze wino kosztowało 14,99 zł, najdroższe 139,99 zł. Najbliżej
miałem do Tesco i Leclerka i tam wina kupowałem osobiście, Mondovino mieści się w Warszawie, ale w tym wypadku wino zostało do mnie dostarczone,
podobnie jak wina z Winnicy Miłosz czy Winnicy Jura (rejony znacznie odleglejsze). To kolejny miesiąc, w którym wspierałem polskich producentów, jak
zapewne pamiętacie, w kwietniu kupowałem wina z polskiej Winnicy Sanna.
Udział poszczególnych dostawców w ogólnych wydatkach wyglądał następująco:
| Importer/dostawca/sklep | % wydatków na wino |
| Winnica Miłosz | 30,45% |
| Winnica Jura | 23,24% |
| Mondovino | 19,68% |
| Leclerc | 18,10% |
| Tesco | 8,53% |
W tym miesiącu od importerów i dystrybutorów nie otrzymałem żadnego
wina do recenzji.
Teraz mogę wrócić do win, którymi mogłem zamknąć wieczór i cały miesiąc,
a były to wina, które zrobiły na mnie naprawdę dobre wrażenie. Oba
pochodzą z Polski.
Pierwszym z nich było wino musujące (metoda tradycyjna) z
Winnicy Miłosz - Grempler Sekt Zweigelt Blanc de Noir.
Świetnie prezentowało się w kieliszku, miało kolor, który trudno mi
jednoznacznie określić, ale moje skojarzenia oscylowały między kolorem
łososiowym, bladą miedzią czy czerwonym złotem. W ustach wino było
bardzo rześkie, o dobrze wyczuwalnej kwasowości, według producenta jest
ono ekstra wytrawne, ja miałem wrażenie, że pozostała w nim odrobina
cukru. Na podniebieniu dobrze wyczuwalne owoce, które mi kojarzyły się z
morelą, jabłkiem (świeżym i pieczonym) oraz brzoskwinią. Bardzo fajne,
smaczne wino - polecam, choć cena jest dość wysoka - 110 zł za butelkę
0,75 l.
Drugim winem, które umilało mi ostatni wieczór majowy, był Muscaris 2018 z Winnicy Dworu Sanna. Muscaris jest krzyżówką odmian muskat i solaris, kontr-etykieta mówi jeszcze o domieszce johannitera. Jest to wino niezwykle aromatyczne - jeśli lubicie muskaty czy gewurtraminery, to jest ono dla Was. Moje pierwsze skojarzenie to Torres Vina Esmeralda - hiszpańskie wino, które zrobione jest z odmiany muscat of alexandria z domieszką (15%) gewurztraminera. To chyba dobrze, że polskie wina kojarzą się ze światowymi, dobrze znanymi markami i w dodatku wcale nie pozostają w ich cieniu. Cena, niestety, dość wysoka - 80 zł, choć ja kupowałem z Winnicy Dworu Sanna zestaw 6 win, więc mnie butelka wina kosztowała średnio niecałe 64 zł. Wino sprawiło mi naprawdę sporą przyjemność, nie żałuję ani jednej wydanej na nie złotówki.
Na koniec porcja majowych wpisów z Instagrama:
wtorek, 26 maja 2020
Glen Carlou, Petite Classique, 2018.
Sam nie wiem kiedy zleciał ten miesiąc, trzeba już myśleć o jego podsumowaniu, a na blogu ani jednego nowego wpisu. Coś tam się działo na Facebooku, coś na Instagramie, ale tutaj - jak w rolnictwie - susza. By utrzymać przy życiu ten kanał komunikacji z Wami, postanowiłem nasączyć się winem z RPA, które okazało się pożywką całkiem przyzwoitą.
W poprzednim wpisie wspomniałem Wam o lekko korkowym winie Glen Carlou Grand Classique 2016, które charakteryzowało się całkiem ciekawym składem, wyraźnie nawiązującym do blendów bordoskich. Wczoraj i dziś w kieliszku miałem wino, które nazwą i składem również wskazuje swe źródło inspiracji. Petite Classique 2018 jest mniej bogate niż Grand Classique, jeśli chodzi o liczbę wykorzystanych w kupażu odmian, mamy tu jedynie merlota i malbeka, zakładam, że w równych proporcjach. Wino jest nowością w ofercie Glen Carlou, dziś na stronach internetowych producenta próżno szukać informacji na temat tego wina. Mam nadzieję, że w tej ofercie utrzyma się dłużej, moim zdaniem ma zadatki, aby być winem poważniejszym, niż sugerowałaby to jego nieco pieszczotliwa nazwa.
Wino wydaje się dość kwasowe, pobudzające apetyt, ja momentalnie poczułem chęć zjedzenia czegoś. Steka tym razem pod ręką nie miałem, musiałem zadowolić się pieczonym żeberkiem i muszę przyznać, że była to dobra kombinacja. Tak było wczoraj, dziś Glen Carlou popijam solo i utwierdzam się w przekonaniu, że zostawienie go na później było strzałem w dziesiątkę. Wino zachowało swój intensywny aromat, przy czym odbeczkowe nuty wanilii zniknęły, za to owoc ujawnił się w całej swej krasie. Także kwasowość wydawała mi się nieco mniej dokuczliwa, za to do głosu doszła przyjemna tanina. Wino drugiego dnia wydało mi się dużo bardziej zrównoważone.
Prawdę mówiąc jestem bardzo ciekaw, jak to wino będzie się zachowywało w przyszłości. Jest zamykane zakrętką, ale tego się nie boję, Tortoise Hill 2013 od tego samego producenta również było zakręcane i dobrze zniosło próbę czasu. Z pewnością jeszcze wrócę do tego wina.
Wino kupiłem w sieci Winestory, cena ok. 50 zł za butelkę 0,75l.
czwartek, 30 kwietnia 2020
Podsumowanie miesiąca, kwiecień 2020.
Ten wpis pierwotnie miał opisywać Glen Carlou Grand Classique 2016 - wino, które kupiłem w Winestory (21.03.2020 ) i które powinno dobrze wpisywać się w mono-tematykę tego bloga, jeśli przyjrzeć się wpisom z 2020 roku. Grand Classique to swego rodzaju hołd oddany winom bordoskim - jest kupażem czerwonych odmian uprawianych w tym bodaj najbardziej rozpoznawalnym winiarskim regionie Francji. To, że na renomę win francuskich składają się nie tylko Bordeaux, Burgundia i Szampania to oczywista oczywistość dla osób interesujących się tym tematem, być może kiedyś wrócę do tego zagadnienia, ale dziś pozostańmy jeszcze przy Bordeaux, przynajmniej na chwilę, bo jak wspomniałem wyżej oraz w tytule, charakter tego wpisu będzie nieco inny od dotychczasowych, a najprawdopodobniej stanie się cyklem, który zwiększy transparentność tego bloga, choć nigdy (chyba) z tym problemu nie było. Przynajmniej dla tych, którzy wpisy czytali od początku do końca.
Wróćmy do wspomnianego Glen Carlou, a zwłaszcza do jego składu, bo w nim jest rozwiązanie zagadki dotyczącej obecności wina z RPA w tematyce Bordeaux. Mamy tu 25% cabernet sauvignon, 25% malbec i 25% cabernet franc, a na dokładkę 13% merlot i 12% petit verdot. Odmiany te występują w winach bordoskich, choć z pewnością w innych proporcjach. Dwie główne odmiany win z Bordeaux (któryś z czerwonych cabernetów i merlot) stanowią zazwyczaj 85-95% kupażu, pozostałe zaś (petit verdot i malbec) to tylko „przyprawy” wzbogacające czy podkręcające charakter danej posiadłości. W winie z RPA uwagę zwraca stosunkowo duży udział malbeka, kosztem merlot i któregoś z cabernetów, ale fakt pozostaje faktem, że wszystkie wymienione odmiany mają zastosowanie w Bordeaux i dlatego Grand Classique miało znaleźć swoje miejsce na łamach tego bloga. Wino okazało się jednak lekko korkowe (naprawdę lekko), więc ocena moja mogłaby być tym faktem zaburzona, a ponieważ nie chciałbym z tego powodu skreślać wina - z Glen Carlou mam naprawdę dobre skojarzenia - postanowiłem zmienić temat tego wpisu. Co do samego wina pewien jestem, że chciałbym powtórzyć jego degustację, wada korkowa była na tyle nieuciążliwa, że wypiłem je do końca, ale właściwą oceną zostawię sobie na inną okazję.
Jeśli zaś chodzi o tytułowe podsumowanie, to chciałbym (i mam nadzieję, że w tym postanowieniu wytrwam) w ostatnim dniu miesiąca zamieszczać statystykę zakupów oraz listę wpisów w mediach społecznościowych dotyczących spróbowanych win, bo nie o wszystkich zdegustowanych winach wspominam na blogu.
Kwiecień to pierwszy pełny miesiąc obostrzeń spowodowanych epidemią COVID-19, które znacząco wpłynęły na branżę gastronomiczno-winiarską, w poczuciu solidarności, którą na swój sposób wyraziłem w tym wpisie, dokonywałem sukcesywnie zakupów w swoich ulubionych sklepach, ale pojawiły się też i zupełnie nowe źródła dostaw, o których u mnie jeszcze nie czytaliście.
Od tych nowości zacznę. Pierwszy nowy zestaw, w jaki zainwestowałem swoje pieniądze, pochodził z Mondovino, a zachęcił mnie do niego facebookowy film Roberta Komosy, miłośnika dobrej kuchni, win i chyba życia w ogóle, poświęcony autorskiej selekcji o intrygującej nazwie „WTF?”. Roberta obserwuję w mediach społecznościowych, gdzie można zauważyć jego niespożytą energię w poznawaniu gastronomicznego świata i propagowaniu stylu życia nastawionego na kulinarne przyjemności. Czasami drażnią mnie techniczne niedostatki jego produkcji, ale ja pracuję od niemal ćwierćwiecza w mediach opłacających koncesje na profesjonalne nadawanie, więc mam wrażliwe oko i ucho na niedoskonałości w tym względzie. Podziwiam jednak jego upór w realizowaniu własnych pomysłów i w tym wypadku traktuję go jako niedoścignionego lidera.
Drugi zestaw, który mogę zaliczyć do nowości, to karton win z Dworu Sanna. To wymierny efekt "Festiwalu Polskie Wino online”, inicjatywy, która dobrze pokazuje, że można z sukcesem funkcjonować w warunkach pewnych ograniczeń. To zresztą otwiera spore możliwości, bo wbrew pozorom takie inicjatywy pozwolą w przyszłości dotrzeć do znacznie większej liczby odbiorców niż obecnie. Wystarczy spojrzeć chociażby na takie projekty jak ten Citibanku i Karola Okrasy. Karol mógłby stworzyć warsztaty w realnym świecie dla kilkunastu, czy kilkudziesięciu osób. Dzięki temu, że produkty do jego kulinarnych poczynań dostajemy pod drzwi i możemy uczestniczyć online w kursie gotowania, którego odbiorcami mogą być już nawet tysiące osób, paradoksalnie trudno nie docenić efektu skali, jaki nakładają pozorne ograniczenia. To się dzieje na naszych oczach.
Moimi „tradycyjnymi” dostawcami win - nie za darmo, lecz za moje pieniądze, za to najczęściej z rabatem - byli w tym miesiącu: Winestory, M&P Wina i Alkohole Świata, Leclerc, Tesco i Odido. Poniżej kilka realnych liczb, które rabaty (lub ich brak) uwzględniają, są zatem prawdziwym odzwierciedleniem poniesionych przeze mnie kosztów. Lubiący matematykę będą mogli sobie oszacować na tej podstawie kwoty, których w sposób jawny nie pokazuję.
W kwietniu na wina wydałem 14,45% mojej miesięcznej pensji i w tym przypadku muszę dodać, że zazwyczaj aż tyle na wina nie wydaję, jest to efekt akcji wspierających pomioty z wina żyjące.
W kwietniu najdroższe wino (0,75l) kosztowało 149,99 zł, najtańsze zaś 1,00 zł, ale odrzucając tę ostatnią cenę jako mocno promocyjną i będącą jedynie śladem dla księgowości, należy przyjąć, że najtańsze wino kosztowało 11,99 zł.
Udział poszczególnych dostawców w ogólnych wydatkach wyglądał następująco:
| Importer/dostawca/sklep | % wydatków na wino |
| M&P Wina i Alkohole Świata | 34,71% |
| Dwór Sanna | 20,72% |
| Leclerc | 14,29% |
| Mondovino | 10,58% |
| Winestory/Wineonline | 8,42% |
| Tesco | 7,74% |
| Odido | 3,54% |
W tym miesiącu od importerów i dystrybutorów nie otrzymałem żadnego wina do recenzji.
Kwietniowe wpisy na blogu pod tym linkiem.
Kwietniowe recenzje na Instagramie:
Wyświetl ten post na Instagramie.Post udostępniony przez Mariusz Boguszewski (@mboguszewski)
Wyświetl ten post na Instagramie.Post udostępniony przez Mariusz Boguszewski (@mboguszewski)
Wyświetl ten post na Instagramie.Post udostępniony przez Mariusz Boguszewski (@mboguszewski)
Wyświetl ten post na Instagramie.Post udostępniony przez Mariusz Boguszewski (@mboguszewski)
poniedziałek, 20 kwietnia 2020
Fleur de Pédesclaux, Pauillac, 2015
No cóż, znów Bordeaux.
Jestem od czasu do czasu namawiany przez moich czytelników do zakupu nieco droższych butelek od tych, które ostatnio opisywałem, a których cena zawierała się w przedziale mniej więcej 30-85 zł. Łatwo mówić, gdy namawia się kogoś do wydania pieniędzy nie ze swojej kieszeni, niemniej jednak i mi ta myśl nieraz świtała w głowie, żeby wyskoczyć ponad granicę 100-150 zł i poszukać wrażeń w tym rejonie cenowym.
Na początku marca bieżącego roku kupiłem w Leclerku na Ursynowie butelkę Fleur de Pédesclaux, drugiego wina z Château Pédesclaux, który to zamek znalazł się w słynnej klasyfikacji Grand Cru win bordoskich z roku 1855 (5. klasa). Sami się już na pewno domyślacie, że wraz z butelką do domu wdarły się spore emocje, które studziłem przez kilka tygodni, by na spokojnie zająć się degustacją wina. W ruch znów poszedł dekanter, a po kilku kwadransach wino znalazło się w kieliszku. Czy dekantacja była potrzebna, czy wino, które sam producent poleca pić jako młode, wymagało tego zabiegu? Nie wiem, ale zrobiłem to.
Na początku wino czarowało wspaniałym kwiatowym aromatem i miękkością na podniebieniu, ale z każdym kolejnym kieliszkiem stawało się takie... zwyczajne. Owoc tracił na intensywności, aromaty stawały się nieco przygaszone, zupełnie blade. Miałem wrażenie, że nie odbiega znacząco jakością od chociażby tych win z Grupy Castel, które opisywałem dla Was wcześniej. Powiem więcej, tamte sprawiały mi więcej przyjemności.
Muszę tu powiedzieć, że ja nie należę do grupy, którą określa się jako "label drinkers", nie daję forów za nazwę. Mówię jak jest, mnie to wino specjalnie nie zachwyciło, a biorąc pod uwagę fakt, że kosztowało niemal 140 zł, wydaje mi się przeszacowane. Ale, tu jednak muszę przyznać się do swojej słabości, prawdopodobnie nie zniechęci mnie to do sięgnięcia po kolejne butelki Pédesclaux, zwłaszcza że i pierwsze wino ma dla mnie cenę jeszcze akceptowalną. Nie jako wino codzienne, ale okazję do ponownej próby znajdę się z łatwością.
Jeśli piliście Pédesclaux, zostawcie po sobie znak w komentarzu, ja zaś wypiję resztką Wasze zdrowie.
wino: Château Pédesclaux, Fleur de Pédesclaux 2015.
pochodzenie: Francja, Bordeaux, Pauillac AOC
odmiany: merlot 74%, cabernet sauvignon 20%, petit verdot 6%
alk.: 13%
cena: 139.99 zł za butelkę 0,75l (Leclerc Ursynów w Warszawie, 2020-03-04)
wtorek, 14 kwietnia 2020
A co Ty zrobiłeś dla branży?
Czas koronawirusa, czas zarazy, czas zamknięcia. Winna branża cierpi, głównie przez lockdown całego rynku HoReCa. To czas wielu akcji oznaczanych w mediach społecznościowych hashtagami #zostajęwdomuniezostawiamwina czy #winonaratunek, których celem jest wsparcie branży winiarskiej i gastronomicznej w tych trudnych, dziwnych czasach. Mam w stosunku do tego typu inicjatyw mieszane uczucia, bo z jednej strony solidaryzuję się i wspomagam branżę (szczególnie tę z najbliższego sąsiedztwa) swoimi zakupami, a z drugiej strony czuję delikatny, ale uporczywy owej branży nacisk, choć nikt z niej przecież mnie nie pyta o moją kondycję finansową.
Robię jednak co mogę, na wina przeznaczam miesięcznie 10-15% swojej pensji (póki jeszcze ją otrzymuję), ale tak, jak nie przeczytam każdej wydanej książki, czy nie obejrzę każdego nakręconego filmy, tak i nie wypiję wszystkich dostępnych w Polsce win. Tym samym zrzucam z siebie ciężar (niewykluczone, że to ja sam się nim obarczyłem) ratowania świata win - wystarczy, że nie przyczyniam się do jego upadku.
Jeśli interesuje Was, gdzie robię winne zakupy, to zazwyczaj wiąże się to z moim najbliższym sąsiedztwem. Ze sklepów specjalistycznych najczęściej wybieram Winestory przy KEN w Warszawie, bo tam zaczęła się moja przygoda z winami i zawsze miałem dobry kontakt z ludźmi tam pracującymi. Chętnie wpadam tam pogadać i zazwyczaj wychodzę z kilkoma winami w kartonie. Mam też w tej okolicy sąsiada, którego nazywam swoim osobistym dilerem. To człowiek z branży, który obecnie pracuje dla M&P Alkohole i Wina Świata, dba o swoich klientów i organizuje dla nich dostawy z firmowej oferty. Dlatego też na łamach mojego bloga, mojej facebookowej strony, czy na Instagramie częściej możecie zobaczyć wina od tego importera. Lubię robić zakupy w ursynowskim Leclerku, bo też mam do niego blisko, tam najchętniej kupuję wina francuskie, bo ich wybór jest naprawdę szeroki. Jeśli mam zaś ochotę na niezbyt wysublimowane, ale za to tanie wina, idealne do sączenia przy oglądaniu serialu, przeglądaniu gazet, czy lekturze książek, to najczęściej kupuję je w Tesco, ich nieduży market znajduje się w budynku obok mojego miejsca zamieszkania i mogę tam iść nawet zimą w kapciach. Nie stronię też od Biedronek i Lidlów, choć mam do nich nieco dalej i dlatego ostatnio z nich rzadziej korzystam, a w zasadzie robię to raczej przy okazji wyjazdów poza Warszawę, ponieważ ich sklepy można znaleźć niemal w każdym polskim mieście.
Akcja #zostajęwdomuniezostawiamwina ma zaś tę zaletę, że w jednym miejscu grupuje firmy skłonne (w końcu) dostarczać wina do indywidualnych odbiorców. W wielu przypadkach było to niemożliwe w czasach sprzed Covid-19, bo my - winopijcy amatorzy - nie byliśmy partnerami mogącym konkurować pod względem siły nabywczej z restauracjami czy hotelami i z ich punktu widzenia nie warto było tracić na nas czasu. Mam nadzieję, że kiedy sytuacja wróci do normy, nadal będziemy dla nich ważnymi klientami, o czym teraz jesteśmy na każdym kroku zapewniani. Czas pokaże.
Na zdrowie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







