środa, 26 lipca 2017

Białe wina z hiszpańskiej Galicji.


Wspominałem Wam niedawno o winach, które dotarły do mnie z Ambasady Królestwa Hiszpanii w ramach promocji Degusta España, mającej na celu przybliżyć zainteresowanym temat hiszpańskich win, a także regionów winiarskich, w których one powstają.


Pierwszym winem, o którym dziś wspomnę jest Paco&Lola Albariño 2014 pochodzące z Galicji - wspólnoty autonomicznej położonej na północno-zachodnim krańcu Hiszpanii. Na jej terenie znajduje się kilka apelacji winiarskich, w których wytwarza się głównie wina białe, jedną z najbardziej rozpoznawalnych i znanych jest DO Rías Baixas, rozciągająca się wzdłóż północnej linii brzegowej rzeki Miño, oddzielającej Hiszpanię od Portugalii. Portugalczycy po drugiej stronie rzeki nazywają już ją Minho, zaś odmiana albariño, z której zrobione jest wino Paco&Lola zwie się tutaj alvarinho.

Bodegas Paco&Lola jest projektem grupy plantatorów i winiarzy tworzących dość dużą spółdzielnię (ok. 400 członków), której oryginalna nazwa brzmi "Sociedad Cooperativa Vitivinicola Arousana". Winiarnia powstała w roku 2005, jest naszpikowana nowoczesną technologią, a winemakerzy polegają na tradycji i wiedzy przekazywanej z dziada pradziada, ale też na zdobyczach współczesnej nauki. Wina zdobywają nagrody, mówi się o nich, a w jednym z ostatnich numerów Wine Spectator natknąłem się nawet na ocenę wina, które dziś degustuję, tyle że już z nowszego rocznika.


Czas zatem poznać wino organoleptycznie 😃. W kieliszku wino prezentuje się ładnie, jest klarowne, lekko oleiste, ma dość intensywną żółtozieloną barwę. Noc cytrusowy złamany nutą brzoskwini i melona. W ustach wyraźnie, ale nie przesadnie kwasowe, zdecydowanie owocowe, z odrobinką słodyczy na wejściu i delikatną goryczką w końcówce. Bardzo przyjemne. Fermentację przeprowadzono w stalowych tankach, trwała ona 21 dni w stałej temperaturze 14 st. C, a potem przez trzy miesiące wino dojrzewało w nich na osadzie.

Spróbowałem dowiedzieć się co nieco o galicyjskiej kuchni. Okazuje się, że podobnie jak w Polsce, można w niej znaleźć dania oparte na ziemniakach, kapuście i papryce. Do tego kukurydza, którą i u nas się uprawia, choć nie wydaje mi się, żeby kuchnia polska często ją wykorzystywała. Bliskość oceanu sprawia, że w galicyjskiej kuchni oczywiście nie brakuje ryb i owoców morza. Ja postanowiłem wykorzystać znaleziony w internecie przepis na rybę duszoną z papryką i ziemniakami. Wyszła z tego naprawdę niezła zupa rybna.


Spróbowałem jej z moim albariño, ale miałem wrażenie, że jednak zdominowała ona to połączenie. Wino okazała się w tym zestawieniu zbyt delikatne, choć też z pewnym zadowoleniem przyznaje, że w swojej „karierze” miałem już znacznie bardziej nieudane połączenia. Mimo wszystko jestem zadowolony, wszak wino było bardzo dobre i zupa całkiem przyzwoita. No i czegoś dowiedziałem się o Galicji.

Wino można kupić w Polsce, ja znalazłem dwa sklepy oferujące butelki z tej spółdzielni. Różnice w cenach były zaskakująco duże (50 zł i 70 zł).

Zachęcony tym winem udałem się do swojego ursynowskiego Leclerka i kupiłem jeszcze dwie butelki albarino z Rías Baixas, więc bądźcie na nasłuchu, jeśli zainteresował Was ten temat.



Dziękuję Ambasadzie Hiszpanii za udostępnienie wina do degustacji.   

wtorek, 25 lipca 2017

Żółto-czerwone Węgry.

Wspominałem o tym kiedyś, powiem dziś i zapewne przypomnę w przyszłości - ilekroć zabieram się, by jakoś ogólnie opisać wina z danego kraju, czy może raczej winiarskiego regionu, szybko uświadamiam sobie, że nie mam nic do powiedzenia. Winem zajmuję się amatorsko, nie mam dostępu do pokaźnej liczby próbek, na podstawie których mógłbym pokusić się o jakąś rozsądną syntezę. Powyższe dotyczy także węgierskich win czerwonych, miałem okazję ostatnio wypić dwa, żadnych podsumowań więc nie będzie, podzielę się jedynie moimi odczuciami.

Post udostępniony przez Mariusz Boguszewski (@mboguszewski)

Pierwszym winem, o którym chciałbym wspomnieć, jest Vinatus Mitis 2014. To mieszanka cabernet franc, cabernet sauvignon, merlot i syrah pochodząca z węgierskiego regionu winiarskiego Villány. Winiarnia powstała dopiero w 2009 roku, dynamicznie się rozwija, także pod kątem agroturystyki, a kolejne lata przynoszą nagrody zdobywane w konkursach winiarskich. Gdybym miał je oceniać w takim konkursie (oczywiście nie mam kwalifikacji 😀) miałbym spory kłopot. Nos jest bardzo przyjemny, owocowy, nieco ziemisty, taki jak lubię. Natomiast w ustach wino robiło niezbyt dobre wrażenie, było szorstkie, palące i niepozbawione mocnej goryczki, która długo utrzymywała się na podniebieniu. Na wypicie całej butelki minęły mi nie trzy godziny, a trzy wieczory. Z każdym kolejnym było nieco lepiej, ale naprawdę minimalnie. Być może wino jest jeszcze zbyt młode, być może wymaga jakiegoś konkretnego posiłku, ale pite solo nie przypadło mi do gustu. Jest jednak „ale”. Gdybym miał możliwość jeszcze je kupić, to wziąłbym ze trzy butelki i schował w piwnicy na lat kilka. Czuję, że wino ma potencjał i z całą pewnością nie chciałbym wystawiać mu negatywnej oceny.

Podobnych odczuć spodziewałem się po innym winie węgierskim - Bolyki Indián Nyár 2015 - zwłaszcza, że wcześniej przeczytałem recenzję Roberta Szulca (winiacz.com), który zasugerował, że wino jest niezłe, ale jeszcze niedojrzałe. W tym wypadku jednak się nie zawiodłem, ale być może dlatego, że ciągle w pamięci miałem Mitis i naprawdę niewiele mi było trzeba, by przychylnym okiem spojrzeć na to wino. Niemniej jednak smakowało mi, chętnie i szybko uzupełniałem braki w kieliszku i jeśli nadarzy się okazja, to do tych trzech butelek z żółtą etykietą dorzucę jeszcze trzy z etykietą czerwoną. Dla porządku dodam, że to wino pochodzi z regionu winiarskiego Eger i jest mieszanką kékfrankos, merlot i cabernet franc. 

Postaram się też podszkolić z kuchni węgierskiej, by przyszłe degustacje, łączące wina z jedzeniem, miały już pełniejszy charakter.

Wino Vinatus Mitis 2014 kupiłem w sieci Lidl, z niej również otrzymałem do degustacji Bolyki Indián Nyár 2015.

czwartek, 20 lipca 2017

Słoweńskie wspomnienia.

Dzisiaj kilka słów o winach, które niezależnie od ich jakości (a ta z pewnością jest niezła), będą miały stałe miejsce w moim sercu. Tak to już jest, że wina z którymi wiążą się pewne (zwykle dobre) przeżycia, darzy się sympatią większą i zawsze mają przy ocenie kilka punktów ("plusów dodatnich" 😀) więcej, niż te które goszczą w naszych kieliszkach po raz pierwszy. Mam dziś przyjemność sięgnąć po wina, które piłem już kiedyś na miejscu u producenta, w Słowenii - kraju, który oczarował mnie pięknem przyrody, wspaniałymi kulinariami i świetnymi winami. 

Biedronka w swej ostatniej selekcji ma/miała wina z winiarni Puklavec&Friends (P&F Jeruzalem). Wina od tego producenta bywały już wcześniej w portugalskiej sieci, jeszcze z oryginalnymi etykietami, które można obejrzeć na stronie internetowej wytwórni, a które zostały zastąpione naklejkami przygotowanymi specjalnie dla dyskontu.

Marketing i interesy zostawmy jednak na boku, dla nas najważniejsze jest przecież wino, a w zasadzie dwa wina: Wild River Sauvignon Blanc 2016 i Wild Flower Muscat Ottonel 2016. Etykiety od razu sugerują jakiego typu win możemy się spodziewać - dzika rzeka ma się kojarzyć z rześkimi aromatami cytrusów, agrestu i marakuji uzupełnionych mityczną "mineralnością" (smak rzecznych otoczaków?), natomiast dzikie kwiaty należy kojarzyć z intensywnymi zapachami łąki zalanej polnymi kwiatami.


Przyznaję od razu, że słodki muskat to nie jest to, za czym przepadam, natomiast czytelnicy moich tekstów na blogu wiedzą, że do sauvignon blanc mam wyjątkową słabość.

I tu niespodzianka, naprawdę spodziewałem się słabego wina jeśli chodzi o Wild Flower, a tu naprawdę przyjemna butelczyna. Słodycz jest dobrze wyczuwalna, ale cukier wcale nie zdominował charakteru wina. Pije się to zupełnie dobrze solo, a z sałatką owocową nawet bardzo dobrze. Przy niskiej zawartości alkoholu wino potrafi w upalny dzień raczej orzeźwić, niż zmęczyć. Podoba mi się!

Post udostępniony przez Mariusz Boguszewski (@mboguszewski)

Czy równie zaskakujące będzie wino Wild River? Nos na pewno nie przypomina tego co ze sobą niesie nowozelandzki wzorzec sauvignon blanc. Nie ma tu nieskończonych pokładów świeżości, ale jest ona ewidentna, nie ma ostrej jak żyleta kwasowości, ale jest ona wyraźna. Nie ma też problemu z identyfikacją odmiany, pomylić się trudno. Szukając analogii w świecie sprzętu audio można powiedzieć, że sauvignon blanc z Nowej Zelandii to przykład cyfrowej precyzji odtwarzania wzorca, natomiast w europejskiej, słoweńskiej wersji tej odmiany mam odczyt analogowej płyty, z jej krągłościami i pewną miękkością przekazu. Dla wprawnego ucha i wyrobionego podniebienia różnice są ewidentne, ale oba nośniki (dzwięku lub smaku), ze swoimi wadami i zaletami zasługują na równy szacunek. I taki szacunek mam dla słoweńskiego sauvignon.

Wina otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci Biedronka. Dziękuję!

sobota, 8 lipca 2017

Plany na lipiec.

Jak zauważyliście, przebudziłem się w czerwcu i wróciłem w końcu do pisania. Co prawda rekordu historycznego nie pobiłem, ale i tak cieszę się z wyniku, a jeszcze bardziej z tego, że pisanie znów sprawia mi radość. Blog trochę był zaniedbany, krótkie notki o winach częściej publikowałem na Facebooku czy Instagramie, ale zamierzam trochę rozruszać swój internetowy pijacki niecodziennik, a powodów ku temu mam niemało.


Przede wszystkim trzeba będzie zająć się nową, wakacyjną ofertą Biedronki - w sieci tej, jak zapewne już wiecie, można teraz kupić wina ze Słowenii, Chorwacji, Bułgarii i Grecji. O ile Bułgaria jest w naszym kraju popularna, choć niekoniecznie za sprawą win wysokiej jakości, to pozostałe kraje są mniej znane, można jednak zauważyć, że coraz częściej wspomina się i pisze o winach greckich. Mnie to cieszy, mam nadzieję, że będzie z czego wybierać, choć pewną barierą może być  cena win. Pamiętam, że nawet na miejscu, w Grecji, trzeba było za nie niejednokrotnie słono płacić.

Lidl natomiast wciąż stawia na Węgry (i dobrze). Z tej sieci też przyjechały do mnie dwie butelki wina, obie są sprzedawane w bardzo rozsądnych cenach. O ile wytrawny Furmint od Dereszli jest już mi dobrze znany (fajne wino), to ciekaw jestem bardzo wina Bolyki Indián Nyár.


Kika dni temu dostałem też przesyłkę z Ambasady Królestwa Hiszpanii. Na jej terenie raz w miesiącu odbywają się spotkania pod hasłem Degusta España, gdzie przesympatyczny Julio César Sobrino w luźny i pełen humoru sposób przedstawia wina z poszczególnych regionów winiarskich. Spotkania są interesujące, choć nie zawsze mogę w nich uczestniczyć ze względu na swoją pracę. Ale dzięki uprzejmości zaangażowanej w projekt Małgosi Kozakiewicz będę mógł kilka win dla Was opisać.

Moje recenzje będą pojawiały się w drugiej połowie miesiąca, do tego czasu odpocznę sobie nieco od pracy, pisania i picia wina. Stay tuned :)

piątek, 7 lipca 2017

Wina z Tejo c.d.

Kontynuuję moje próby poznania win z portugalskiego regionu Tejo. Do tej pory miałem okazję spróbować białe wino Vale do Lobos oraz czerwone Fiuza Touriga Nacional, a dzisiaj otworzyłem niedrogie wino, które kupiłem w Tesco za 17,99 zł - Portas do Tejo, oraz wino, które otrzymałem do degustacji z Biedronki - Conde Vimioso Sommelier Edition, sprzedawane za niecałe 35 zł.



Wina w kieliszku wyglądają niemal identycznie, w dodatku bardzo, bardzo podobnie do wina Fiuza, przy czym wino z BIedronki wydaje się delikatnie mętne, w przeciwieństwie do Portas, które jest bardzo klarowne. Ale w tym wypadku kolor wydaje się być jedynym podobieństwem - wina są zrobione z innych odmian. Portas do Tejo jest kupażem castelao i aragonez (tinta roriz/tempranillo), natomiast Conde Vimioso jest mieszanką touriga nacional (40%), aragonez (30%), cabernet sauvignon (20%) i alicante bouschet (10%).

Spójrzmy na zawartość alkoholu. Portas do Tejo - 12,5%, Conde Vimioso - 14%. W nosie Portas też wydaje się czystsze, królują tu aromaty czerwonych owoców z delikatną (naprawdę) nutką dębu, natomiast owoc w Cende przykryty jest warstewką kurzu, przez którą się w końcu przebija, ale nie osiąga tej intensywności, kórą wyróżnia się konkurent z Tesco. Jeśli chodzi o wrażenia z podniebienia, to akurat w Conde dzieje się naprawdę dużo. Jest soczyście, owocowo, nieco nut likierowych, kawowych, mocny zapach skóry i, niestety, sporo alkoholu. Sporo jest też chaosu, niepotrzebnego bałaganu świadczącego o tym, że nie zawsze więcej znaczy lepiej, choć mam świadomość, że takie bogactwo może się niektórym podobać. Przy nim Portas wypada nieco chudo, ale wcale nie blado. Raczej skromnie i elegancko, wcale nie brakuje tu mocnych tanin i kwasowości, które wespół wołają o parę kęsów jedzenia. Chudy twardziel.


Prawdę mówiąc oba wina zdobyły moją sympatię, przy czym Portas do Tejo zaskoczył mnie świetną relacją jakości do ceny. Produkt Antonio Ventury jest dwukrotnie tańszy od tego, które stworzył osławiony João Portugal Ramos, ale na pewno nie jest dwukrotnie słabszy. Portas do Tejo postawiłbym na stół podczas obiadu czy kolacji, Natomiast Conde Vimioso, ze swą nieco rozbuchaną naturą, poradzi sobie doskonale w roli tła towarzyskiej pogawędki.

Na marginesie dodam, że bardzo chętnie spróbowałbym win musjących, które obaj producenci mają w swojej ofercie. Obawiam się jednak, że najszybciej znajdę je na miejscu, w Portugalii. Szkoda.

sobota, 1 lipca 2017

Wino z Tejo.


Zgodnie z zapowiedzą rozpoczynam degustację czerwonych win z Tejo. Jak pamiętacie mam trzy butelki z tego portugalskiego regionu. Od organizacji „Wina z Tejo” otrzymałem do spróbowania: Fiuza Touriga Nacional 2015 (VR Tejo). Oprócz tego od Jeronimo Martins Polska dostałem do degustacji Fálua Conde de Vimioso Sommelier Edition 2015 (VR Tejo), a w Tesco zaopatrzyłem się w Portas do Tejo 2014 (VR Tejo).

Zacznę od wina Fiuza. Pochodzi ono z niezłego rocznika, 2015 uchodzi za udany, także w Portugalii. Jest to wino jednoszczepowe zrobione z odmiany Touriga Nacional.

Jak czytam na stronie organizacji "Wina z Tejo":
"Jest jedną z najpopularniejszych portugalskich odmian czerwonych. Jej szczepy rosną m.in na południu kraju w ciepłym klimacie. Produkowane są z nich wina o dużej ilości garbników, pełnej strukturze i smaku czarnych jagód, śliwek oraz aromacie fioletowych kwiatów."

Nieczęsto wącham fioletowe kwiaty, więc nie bardzo wiem czego się spodziewać, aromat tego wina kojarzy mi się raczej z czerwonymi owocami z kompotu  i z zapachami ziemi, być może tej, na której rosną fioletowe kwiaty. Wino ma kolor głębokiej purpury, z fioletowymi (a jednak 😀) refleksami. Jest przejrzyste i bardzo czyste, w kieliszku wygląda naprawdę ładnie. Nie wydaje mi się spektakularnie taniczne, choć taniny są wyczuwalne, dobrze odczuwalna jest kwasowość pobudzająca apetyt. Alkohol utrzymany w ryzach - 13,5% to wynik wręcz niski jak na wino czerwone pochodzące z ciepłego rejonu południowej Europy.

Moim zdaniem jest to bardzo dobre wino i nie ma potrzeby traktowania mnie długimi torturami, bym ocenę zmienił na "doskonałe". Na technikaliach i sztuczkach produkcyjnych się nie znam, wiem za to, że wino pije się świetnie i chętnie widziałbym je częściej w moim kieliszku.

W Polsce dystrybutorem tej etykiety jest Centrum Wina. TKM, czyli Tomasz Kolecki-Majewicz ocenił je na Winezja.pl jedynie na 84 punkty. Dla niego jest tylko dobre. A dla mnie jest w sam raz :)