środa, 7 czerwca 2017

Mateus Rosé.

Kontynuuję dziś moje zmagania z winami różowymi. W zasadzie jednym, dobrze znanym, można je kupić w Biedronce w zasadzie od samego początku sprzedaży wina w tym dyskoncie. Prędzej czy później musiało ono do mnie trafić, byłem tego pewien, choć nigdy nie ciągnęło mnie, by w tym celu wysupłać z portfela tych kilkanaście marnych złociszy (11,99 zł). Importer też nie chciał się nim pochwalić. W moim kieliszku znalazło się dzięki mamie, która postanowiła mnie nim obdarować z okazji odwiedzin syna.

„Dziękuję. Nie trzeba było” - powiedziałem wówczas, a dziś wiem, że nie była to tylko kurtuazja z mojej strony.


Wino ma ładny, intensywny kolor, który mimo nasycenia pozostaje jednak nadal odcieniem różu. Po otwarciu buchnął z butelki zapach drożdży, poleciał biały dym, który opuścił butelkę niczym Dżin lampę Alladyna. W kieliszku pojawiły się bąbelki, dość duże i gęsto rozmieszczone. Aromat i smak przypominał nieco owocową landrynkę, ale zrozumcie mnie dobrze, nie czuć tu zbyt wielkiej ilości cukru, choć wino jest półwytrawne. Jest za to dużo goryczy, która ten ewentualny cukier nie tyle równoważy, co nawet nad nim dominuje. W zasadzie nawet mi ten smak pasował, jest dość oryginalny, ale… wrażeniom smakowym towarzyszyło odczucie iście fizyczne. Przepuszczanie tego wina przez gardło to test na odwagę, z której słyną połykacze ognia. Po każdej porcji przełyk rozgrzewał się niebezpiecznie, bałem się nieco, czytałem kiedyś o samozapłonie, a w tym wypadku wyzionięcie ducha skutkowałoby niechybnie podpaleniem mieszkania - nie jestem pewien, czy moje ubezpieczenie zapewnia w takiej sytuacji należyte gwarancje finansowe dla rodziny. Trochę mnie to zdziwiło, bo 11% alkoholu zwykle nie odczuwam tak dotkliwie. Na wszelki wypadek postanowiłem jednak odstawić butelkę.


Dziękuję, Mamo! Naprawdę nie trzeba było... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz