wtorek, 1 sierpnia 2017

Priorat, Nita 2014


Kiedy piszę te słowa, w Polsce panują już spore, utęsknione przez wielu upały. Człowiek powinien chłodzić się super zimnym białym lub różowym winem, komu przyszłoby do głowy pić wina z równie gorącego Prioratu. No, ale mi przyszło.

Priorat to jedna z dwóch apelacji (drugą jest Rioja), które w systemie hiszpańskim mają najwyższy status. Choć apelacja jest nie tak bardzo młoda, powstała w 1954 roku, to najwyższy status uzyskała dopiero w 2009 roku, do czego przyczyniło się zaangażowanie wielu sławnych nazwisk hiszpańskiego świata winiarskiego, angażujących tu niemałe środki i szukających na górzystych terenach swojego eldorado. Eldorado to zresztą nie najgorsze słowo opisujące tutejsze realia, wina rzeczywiście potrafią kosztować krocie, co przyciąga kolejnych inwestorów nie zważających na ekstremalnie trudne warunki uprawy winorośli, przekładające się na niską wydajność, ale dając w zamian wina pełne ekstraktu.

Dziś mam przyjemność pić wino Nita, zrobione przez Meritxell Pallejà  z Gratallops, gdzie swoje wina produkuje jedna piąta winiarzy z Prioratu. Tutejsza enolożka pracowała z samym Alvaro Palaciosem, czołowym producentem i ojcem sukcesu tego regionu, dzięki któremu zyskał on taki rozgłos i popularność.

Nita jest kupażem, na który składają się odmiany: garnacha (45%), cariñena (35%), cabernet sauvignon (15%), syrah (5%). Garnacha i cariñena to podstawowe odmiany Prioratu, dające wina skoncentrowane, taniczne, ale też i mocno alkoholowe. Producenci często dodają tu niewielkie ilości caberneta, merlota i syrah, by nadać winom nieco więcej finezji i wielowymiarowości. Można zatem powiedzieć, że mamy do czynienia z klasykiem z Prioratu.

Wino w ustach jest nieco ziemiste, ale i bardzo owocowe (śliwka, wiśnia), ma niemało alkoholu i to daje się wyczuć, podobnie jak kwasowość. Za to tanina nie wysusza nadmiernie podniebienia. W pierwszej chwili wino nie robi dobrego wrażenia, co często zdarza się w przypadku win mocnych, intensywnych, aromatycznych, dojrzewających dłużej w beczce czy nawet butelce. Trzeba je napowietrzyć i zapewnić im chwilę odpoczynku, po którym nabierają harmonii i lepiej odzwierciedlają zamysł winiarza. W przypadku tego wina czas i dekantacja zdecydowanie pomagają. Dwa dni po otwarciu wino naprawdę pieści podniebienie, alkohol nie drażni, za to posmak dojrzałych owoców długo utrzymuje się ustach. Jeśli wino do Was trafi bądźcie cierpliwi, a czeka Was zasłużona nagroda.

Wino otrzymałem z Ambasady Królestwa Hiszpanii w ramach promocji Degusta España, mającej na celu przybliżyć zainteresowanym temat hiszpańskich win, a także regionów winiarskich, w których one powstają. Dziękuję!

poniedziałek, 31 lipca 2017

Baixabén Albariño 2013


Kilka dni temu wypiłem kolejne, po Paco&Lola, wino z Rías Baixas. Baixabén Albariño 2013 to wino raczej surowe, kościste, bardzo kwasowe. Od razu pomyślałem sobie o zupie rybnej, o której też wspomniałem poprzednio. Ponieważ została mi jej porcja, postanowiłem jeszcze raz sprawdzić to połączenie. Tym razem zupa nie dała rady zdominować wina, wręcz przeciwnie, odniosłem wrażenie, że tutaj rządzi albariño. Ale uważam, że ten mariaż był lepszy od poprzedniego. Producent poleca to wino do gotowanych skorupiaków, ryby w soli, czy białych mięs.

Wino mimo swego wieku wydaje się bardzo świeże, młode, mam wrażenie, że upływ czasu mu nie straszny, choć podręcznikowo albariño powinno być wypite w przeciągu dwóch lat od zabutelkowania. Cena przystępna, jedynie 25 zł. Może warto kupić więcej?


Adega Rubén, Baixabén Albariño 2013
DO Rías Baixas, Hiszpania

odmiany: albariño (90%), treixadura (10%)
alk.: 12%
cena: 24,99 zł - Leclerc Ursynów, Warszawa


ps. Po dwóch dniach od otwarcia w winie pojawił się zapach kojarzący mi się z aromatami win mocno utlenionych. Przypominał trochę pieczone jabłko, ale jakby nadpsute. Nie bardzo mi się to podobało, odeszła mi ochota na kolejny kieliszek, więc jeszcze dokładnie przemyślę zakup kolejnych butelek.  

środa, 26 lipca 2017

Białe wina z hiszpańskiej Galicji.


Wspominałem Wam niedawno o winach, które dotarły do mnie z Ambasady Królestwa Hiszpanii w ramach promocji Degusta España, mającej na celu przybliżyć zainteresowanym temat hiszpańskich win, a także regionów winiarskich, w których one powstają.


Pierwszym winem, o którym dziś wspomnę jest Paco&Lola Albariño 2014 pochodzące z Galicji - wspólnoty autonomicznej położonej na północno-zachodnim krańcu Hiszpanii. Na jej terenie znajduje się kilka apelacji winiarskich, w których wytwarza się głównie wina białe, jedną z najbardziej rozpoznawalnych i znanych jest DO Rías Baixas, rozciągająca się wzdłóż północnej linii brzegowej rzeki Miño, oddzielającej Hiszpanię od Portugalii. Portugalczycy po drugiej stronie rzeki nazywają już ją Minho, zaś odmiana albariño, z której zrobione jest wino Paco&Lola zwie się tutaj alvarinho.

Bodegas Paco&Lola jest projektem grupy plantatorów i winiarzy tworzących dość dużą spółdzielnię (ok. 400 członków), której oryginalna nazwa brzmi "Sociedad Cooperativa Vitivinicola Arousana". Winiarnia powstała w roku 2005, jest naszpikowana nowoczesną technologią, a winemakerzy polegają na tradycji i wiedzy przekazywanej z dziada pradziada, ale też na zdobyczach współczesnej nauki. Wina zdobywają nagrody, mówi się o nich, a w jednym z ostatnich numerów Wine Spectator natknąłem się nawet na ocenę wina, które dziś degustuję, tyle że już z nowszego rocznika.


Czas zatem poznać wino organoleptycznie 😃. W kieliszku wino prezentuje się ładnie, jest klarowne, lekko oleiste, ma dość intensywną żółtozieloną barwę. Noc cytrusowy złamany nutą brzoskwini i melona. W ustach wyraźnie, ale nie przesadnie kwasowe, zdecydowanie owocowe, z odrobinką słodyczy na wejściu i delikatną goryczką w końcówce. Bardzo przyjemne. Fermentację przeprowadzono w stalowych tankach, trwała ona 21 dni w stałej temperaturze 14 st. C, a potem przez trzy miesiące wino dojrzewało w nich na osadzie.

Spróbowałem dowiedzieć się co nieco o galicyjskiej kuchni. Okazuje się, że podobnie jak w Polsce, można w niej znaleźć dania oparte na ziemniakach, kapuście i papryce. Do tego kukurydza, którą i u nas się uprawia, choć nie wydaje mi się, żeby kuchnia polska często ją wykorzystywała. Bliskość oceanu sprawia, że w galicyjskiej kuchni oczywiście nie brakuje ryb i owoców morza. Ja postanowiłem wykorzystać znaleziony w internecie przepis na rybę duszoną z papryką i ziemniakami. Wyszła z tego naprawdę niezła zupa rybna.


Spróbowałem jej z moim albariño, ale miałem wrażenie, że jednak zdominowała ona to połączenie. Wino okazała się w tym zestawieniu zbyt delikatne, choć też z pewnym zadowoleniem przyznaje, że w swojej „karierze” miałem już znacznie bardziej nieudane połączenia. Mimo wszystko jestem zadowolony, wszak wino było bardzo dobre i zupa całkiem przyzwoita. No i czegoś dowiedziałem się o Galicji.

Wino można kupić w Polsce, ja znalazłem dwa sklepy oferujące butelki z tej spółdzielni. Różnice w cenach były zaskakująco duże (50 zł i 70 zł).

Zachęcony tym winem udałem się do swojego ursynowskiego Leclerka i kupiłem jeszcze dwie butelki albarino z Rías Baixas, więc bądźcie na nasłuchu, jeśli zainteresował Was ten temat.



Dziękuję Ambasadzie Hiszpanii za udostępnienie wina do degustacji.   

wtorek, 25 lipca 2017

Żółto-czerwone Węgry.

Wspominałem o tym kiedyś, powiem dziś i zapewne przypomnę w przyszłości - ilekroć zabieram się, by jakoś ogólnie opisać wina z danego kraju, czy może raczej winiarskiego regionu, szybko uświadamiam sobie, że nie mam nic do powiedzenia. Winem zajmuję się amatorsko, nie mam dostępu do pokaźnej liczby próbek, na podstawie których mógłbym pokusić się o jakąś rozsądną syntezę. Powyższe dotyczy także węgierskich win czerwonych, miałem okazję ostatnio wypić dwa, żadnych podsumowań więc nie będzie, podzielę się jedynie moimi odczuciami.

Post udostępniony przez Mariusz Boguszewski (@mboguszewski)

Pierwszym winem, o którym chciałbym wspomnieć, jest Vinatus Mitis 2014. To mieszanka cabernet franc, cabernet sauvignon, merlot i syrah pochodząca z węgierskiego regionu winiarskiego Villány. Winiarnia powstała dopiero w 2009 roku, dynamicznie się rozwija, także pod kątem agroturystyki, a kolejne lata przynoszą nagrody zdobywane w konkursach winiarskich. Gdybym miał je oceniać w takim konkursie (oczywiście nie mam kwalifikacji 😀) miałbym spory kłopot. Nos jest bardzo przyjemny, owocowy, nieco ziemisty, taki jak lubię. Natomiast w ustach wino robiło niezbyt dobre wrażenie, było szorstkie, palące i niepozbawione mocnej goryczki, która długo utrzymywała się na podniebieniu. Na wypicie całej butelki minęły mi nie trzy godziny, a trzy wieczory. Z każdym kolejnym było nieco lepiej, ale naprawdę minimalnie. Być może wino jest jeszcze zbyt młode, być może wymaga jakiegoś konkretnego posiłku, ale pite solo nie przypadło mi do gustu. Jest jednak „ale”. Gdybym miał możliwość jeszcze je kupić, to wziąłbym ze trzy butelki i schował w piwnicy na lat kilka. Czuję, że wino ma potencjał i z całą pewnością nie chciałbym wystawiać mu negatywnej oceny.

Podobnych odczuć spodziewałem się po innym winie węgierskim - Bolyki Indián Nyár 2015 - zwłaszcza, że wcześniej przeczytałem recenzję Roberta Szulca (winiacz.com), który zasugerował, że wino jest niezłe, ale jeszcze niedojrzałe. W tym wypadku jednak się nie zawiodłem, ale być może dlatego, że ciągle w pamięci miałem Mitis i naprawdę niewiele mi było trzeba, by przychylnym okiem spojrzeć na to wino. Niemniej jednak smakowało mi, chętnie i szybko uzupełniałem braki w kieliszku i jeśli nadarzy się okazja, to do tych trzech butelek z żółtą etykietą dorzucę jeszcze trzy z etykietą czerwoną. Dla porządku dodam, że to wino pochodzi z regionu winiarskiego Eger i jest mieszanką kékfrankos, merlot i cabernet franc. 

Postaram się też podszkolić z kuchni węgierskiej, by przyszłe degustacje, łączące wina z jedzeniem, miały już pełniejszy charakter.

Wino Vinatus Mitis 2014 kupiłem w sieci Lidl, z niej również otrzymałem do degustacji Bolyki Indián Nyár 2015.

czwartek, 20 lipca 2017

Słoweńskie wspomnienia.

Dzisiaj kilka słów o winach, które niezależnie od ich jakości (a ta z pewnością jest niezła), będą miały stałe miejsce w moim sercu. Tak to już jest, że wina z którymi wiążą się pewne (zwykle dobre) przeżycia, darzy się sympatią większą i zawsze mają przy ocenie kilka punktów ("plusów dodatnich" 😀) więcej, niż te które goszczą w naszych kieliszkach po raz pierwszy. Mam dziś przyjemność sięgnąć po wina, które piłem już kiedyś na miejscu u producenta, w Słowenii - kraju, który oczarował mnie pięknem przyrody, wspaniałymi kulinariami i świetnymi winami. 

Biedronka w swej ostatniej selekcji ma/miała wina z winiarni Puklavec&Friends (P&F Jeruzalem). Wina od tego producenta bywały już wcześniej w portugalskiej sieci, jeszcze z oryginalnymi etykietami, które można obejrzeć na stronie internetowej wytwórni, a które zostały zastąpione naklejkami przygotowanymi specjalnie dla dyskontu.

Marketing i interesy zostawmy jednak na boku, dla nas najważniejsze jest przecież wino, a w zasadzie dwa wina: Wild River Sauvignon Blanc 2016 i Wild Flower Muscat Ottonel 2016. Etykiety od razu sugerują jakiego typu win możemy się spodziewać - dzika rzeka ma się kojarzyć z rześkimi aromatami cytrusów, agrestu i marakuji uzupełnionych mityczną "mineralnością" (smak rzecznych otoczaków?), natomiast dzikie kwiaty należy kojarzyć z intensywnymi zapachami łąki zalanej polnymi kwiatami.


Przyznaję od razu, że słodki muskat to nie jest to, za czym przepadam, natomiast czytelnicy moich tekstów na blogu wiedzą, że do sauvignon blanc mam wyjątkową słabość.

I tu niespodzianka, naprawdę spodziewałem się słabego wina jeśli chodzi o Wild Flower, a tu naprawdę przyjemna butelczyna. Słodycz jest dobrze wyczuwalna, ale cukier wcale nie zdominował charakteru wina. Pije się to zupełnie dobrze solo, a z sałatką owocową nawet bardzo dobrze. Przy niskiej zawartości alkoholu wino potrafi w upalny dzień raczej orzeźwić, niż zmęczyć. Podoba mi się!

Post udostępniony przez Mariusz Boguszewski (@mboguszewski)

Czy równie zaskakujące będzie wino Wild River? Nos na pewno nie przypomina tego co ze sobą niesie nowozelandzki wzorzec sauvignon blanc. Nie ma tu nieskończonych pokładów świeżości, ale jest ona ewidentna, nie ma ostrej jak żyleta kwasowości, ale jest ona wyraźna. Nie ma też problemu z identyfikacją odmiany, pomylić się trudno. Szukając analogii w świecie sprzętu audio można powiedzieć, że sauvignon blanc z Nowej Zelandii to przykład cyfrowej precyzji odtwarzania wzorca, natomiast w europejskiej, słoweńskiej wersji tej odmiany mam odczyt analogowej płyty, z jej krągłościami i pewną miękkością przekazu. Dla wprawnego ucha i wyrobionego podniebienia różnice są ewidentne, ale oba nośniki (dzwięku lub smaku), ze swoimi wadami i zaletami zasługują na równy szacunek. I taki szacunek mam dla słoweńskiego sauvignon.

Wina otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci Biedronka. Dziękuję!

sobota, 8 lipca 2017

Plany na lipiec.

Jak zauważyliście, przebudziłem się w czerwcu i wróciłem w końcu do pisania. Co prawda rekordu historycznego nie pobiłem, ale i tak cieszę się z wyniku, a jeszcze bardziej z tego, że pisanie znów sprawia mi radość. Blog trochę był zaniedbany, krótkie notki o winach częściej publikowałem na Facebooku czy Instagramie, ale zamierzam trochę rozruszać swój internetowy pijacki niecodziennik, a powodów ku temu mam niemało.


Przede wszystkim trzeba będzie zająć się nową, wakacyjną ofertą Biedronki - w sieci tej, jak zapewne już wiecie, można teraz kupić wina ze Słowenii, Chorwacji, Bułgarii i Grecji. O ile Bułgaria jest w naszym kraju popularna, choć niekoniecznie za sprawą win wysokiej jakości, to pozostałe kraje są mniej znane, można jednak zauważyć, że coraz częściej wspomina się i pisze o winach greckich. Mnie to cieszy, mam nadzieję, że będzie z czego wybierać, choć pewną barierą może być  cena win. Pamiętam, że nawet na miejscu, w Grecji, trzeba było za nie niejednokrotnie słono płacić.

Lidl natomiast wciąż stawia na Węgry (i dobrze). Z tej sieci też przyjechały do mnie dwie butelki wina, obie są sprzedawane w bardzo rozsądnych cenach. O ile wytrawny Furmint od Dereszli jest już mi dobrze znany (fajne wino), to ciekaw jestem bardzo wina Bolyki Indián Nyár.


Kika dni temu dostałem też przesyłkę z Ambasady Królestwa Hiszpanii. Na jej terenie raz w miesiącu odbywają się spotkania pod hasłem Degusta España, gdzie przesympatyczny Julio César Sobrino w luźny i pełen humoru sposób przedstawia wina z poszczególnych regionów winiarskich. Spotkania są interesujące, choć nie zawsze mogę w nich uczestniczyć ze względu na swoją pracę. Ale dzięki uprzejmości zaangażowanej w projekt Małgosi Kozakiewicz będę mógł kilka win dla Was opisać.

Moje recenzje będą pojawiały się w drugiej połowie miesiąca, do tego czasu odpocznę sobie nieco od pracy, pisania i picia wina. Stay tuned :)

piątek, 7 lipca 2017

Wina z Tejo c.d.

Kontynuuję moje próby poznania win z portugalskiego regionu Tejo. Do tej pory miałem okazję spróbować białe wino Vale do Lobos oraz czerwone Fiuza Touriga Nacional, a dzisiaj otworzyłem niedrogie wino, które kupiłem w Tesco za 17,99 zł - Portas do Tejo, oraz wino, które otrzymałem do degustacji z Biedronki - Conde Vimioso Sommelier Edition, sprzedawane za niecałe 35 zł.



Wina w kieliszku wyglądają niemal identycznie, w dodatku bardzo, bardzo podobnie do wina Fiuza, przy czym wino z BIedronki wydaje się delikatnie mętne, w przeciwieństwie do Portas, które jest bardzo klarowne. Ale w tym wypadku kolor wydaje się być jedynym podobieństwem - wina są zrobione z innych odmian. Portas do Tejo jest kupażem castelao i aragonez (tinta roriz/tempranillo), natomiast Conde Vimioso jest mieszanką touriga nacional (40%), aragonez (30%), cabernet sauvignon (20%) i alicante bouschet (10%).

Spójrzmy na zawartość alkoholu. Portas do Tejo - 12,5%, Conde Vimioso - 14%. W nosie Portas też wydaje się czystsze, królują tu aromaty czerwonych owoców z delikatną (naprawdę) nutką dębu, natomiast owoc w Cende przykryty jest warstewką kurzu, przez którą się w końcu przebija, ale nie osiąga tej intensywności, kórą wyróżnia się konkurent z Tesco. Jeśli chodzi o wrażenia z podniebienia, to akurat w Conde dzieje się naprawdę dużo. Jest soczyście, owocowo, nieco nut likierowych, kawowych, mocny zapach skóry i, niestety, sporo alkoholu. Sporo jest też chaosu, niepotrzebnego bałaganu świadczącego o tym, że nie zawsze więcej znaczy lepiej, choć mam świadomość, że takie bogactwo może się niektórym podobać. Przy nim Portas wypada nieco chudo, ale wcale nie blado. Raczej skromnie i elegancko, wcale nie brakuje tu mocnych tanin i kwasowości, które wespół wołają o parę kęsów jedzenia. Chudy twardziel.


Prawdę mówiąc oba wina zdobyły moją sympatię, przy czym Portas do Tejo zaskoczył mnie świetną relacją jakości do ceny. Produkt Antonio Ventury jest dwukrotnie tańszy od tego, które stworzył osławiony João Portugal Ramos, ale na pewno nie jest dwukrotnie słabszy. Portas do Tejo postawiłbym na stół podczas obiadu czy kolacji, Natomiast Conde Vimioso, ze swą nieco rozbuchaną naturą, poradzi sobie doskonale w roli tła towarzyskiej pogawędki.

Na marginesie dodam, że bardzo chętnie spróbowałbym win musjących, które obaj producenci mają w swojej ofercie. Obawiam się jednak, że najszybciej znajdę je na miejscu, w Portugalii. Szkoda.

sobota, 1 lipca 2017

Wino z Tejo.


Zgodnie z zapowiedzą rozpoczynam degustację czerwonych win z Tejo. Jak pamiętacie mam trzy butelki z tego portugalskiego regionu. Od organizacji „Wina z Tejo” otrzymałem do spróbowania: Fiuza Touriga Nacional 2015 (VR Tejo). Oprócz tego od Jeronimo Martins Polska dostałem do degustacji Fálua Conde de Vimioso Sommelier Edition 2015 (VR Tejo), a w Tesco zaopatrzyłem się w Portas do Tejo 2014 (VR Tejo).

Zacznę od wina Fiuza. Pochodzi ono z niezłego rocznika, 2015 uchodzi za udany, także w Portugalii. Jest to wino jednoszczepowe zrobione z odmiany Touriga Nacional.

Jak czytam na stronie organizacji "Wina z Tejo":
"Jest jedną z najpopularniejszych portugalskich odmian czerwonych. Jej szczepy rosną m.in na południu kraju w ciepłym klimacie. Produkowane są z nich wina o dużej ilości garbników, pełnej strukturze i smaku czarnych jagód, śliwek oraz aromacie fioletowych kwiatów."

Nieczęsto wącham fioletowe kwiaty, więc nie bardzo wiem czego się spodziewać, aromat tego wina kojarzy mi się raczej z czerwonymi owocami z kompotu  i z zapachami ziemi, być może tej, na której rosną fioletowe kwiaty. Wino ma kolor głębokiej purpury, z fioletowymi (a jednak 😀) refleksami. Jest przejrzyste i bardzo czyste, w kieliszku wygląda naprawdę ładnie. Nie wydaje mi się spektakularnie taniczne, choć taniny są wyczuwalne, dobrze odczuwalna jest kwasowość pobudzająca apetyt. Alkohol utrzymany w ryzach - 13,5% to wynik wręcz niski jak na wino czerwone pochodzące z ciepłego rejonu południowej Europy.

Moim zdaniem jest to bardzo dobre wino i nie ma potrzeby traktowania mnie długimi torturami, bym ocenę zmienił na "doskonałe". Na technikaliach i sztuczkach produkcyjnych się nie znam, wiem za to, że wino pije się świetnie i chętnie widziałbym je częściej w moim kieliszku.

W Polsce dystrybutorem tej etykiety jest Centrum Wina. TKM, czyli Tomasz Kolecki-Majewicz ocenił je na Winezja.pl jedynie na 84 punkty. Dla niego jest tylko dobre. A dla mnie jest w sam raz :)



czwartek, 29 czerwca 2017

Slow Wine.

Przyszło mi do głowy, że powinienem zostać, jeśli nie prezesem, to przynajmniej wiceprezesem stowarzyszenia Slow Wine (jeśli takie istnieje), bowiem tempo w jakim zabieram się do opisu flaszek może być wzorcem powolności. Po części winę za to ponosi moja praca, a w zasadzie nie do końca regularne godziny pracy, po za tym lubię pić wino, kiedy mam na to ochotę, a nie wtedy gdy dostaję flaszkę od importera, czy dystrybutora. Dla jasności dodam, że nigdy o nie nie proszę, nie organizuję 20-butelkowych degustacji w ciemno, mam wystarczająco dużo niezłych win, które sobie sam wybrałem i kupiłem. Moja nie-współpraca z importerami układa się dobrze, ponieważ zawsze ich informuję, że piję w swoim niespiesznym tempie, a oni twierdzą, że to rozumieją :)

Promocja "Wina Portugalii i Hiszpanii" w Biedronce skończyła się 11.06, a ja jeszcze nie miałem okazji spróbować wszystkich win, choć krótkie wzmianki o nich na pewno znalazły się na moim Instagramie, albo facebookowym profilu bloga. Zachęcam do zaglądania tam :)


Ostatnio jednak próbowałem dwóch win czerwonych. Jednym z nich było hiszpańskie Grandes Vinos y Viñedos Cariñena Monasterio de las Viñas Crianza 2010, a drugim Vinhas de Pegões Península de Setúbal Touriga Nacional 2015. Nie są to wina warte jakiejś szczególnej uwagi, sądzę że mogą być niezłym tłem jakiegoś wydarzenia, raczej jednak nie jego rdzeniem. Oba są nieco za mocno przebeczkowane, to ich największa wada, choć tutaj inaczej bym rozłożył akcenty niż redaktor Wojciech Bońkowski z Winicjatywy/Fermentu. Ja wolę Monasterio, w którym beczka mi nie przeszkadzała za bardzo, owoc wydawał mi się mniej rozlazły, a alkohol nie drażnił podniebienia swą intensywnością. W dodatku kosztuje mniej i mimo wieku trzyma się przyzwoicie.


Nie pierwszy raz nie zgadzam się redaktorem, a w zasadzie nie tyle się nie zgadzam, co twierdzę, że mamy zupełnie odmienne podniebienia i preferencje. W dobie "fake news" i pseudonaukowych teorii mam na to swoje wytłumaczenie. Choć nasze nazwiska zaczynają się na tą samą literę, to pierwsza litera mojego imienia to odwrócona o 180 stopni pierwsza litera imienia  radaktora Wojciecha. Ot co :)

Wina otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci Biedronka.

środa, 28 czerwca 2017

Niespodzianka z Tejo.

"Wina z Tejo", czyli polski oddział organizacji Vinhos do Tejo, to organizacja promująca wina właśnie z tego regionu Portugalii. Znajduje się on w centralnej części kraju, nieco na wschód od Lizbony, winnice zajmują tu obszar 19000 hektarów, co stanowi 10% terenów Portugalii przeznaczonych pod uprawę winorośli. Organizacja "Wina z Tejo" działa w naszym kraju dość prężnie, nazwiska osób zaangażowanych w promowanie win znad Tagu należą do utytułowanych polskich sommelierów, wystarczy obejrzeć  facebookowy profil organizacji, by się o tym przekonać.

Rzeka Tag, po obu jej stronach rozciągają się winnice.
foto: CVR Tejo
Wydaje się, że działania promocyjne mają za zadanie wyciągnąć Tejo (do niedawna Ribatejo) z medialnego niebytu, wina stąd pochodzące nie wyróżniały się niczym szczególnym, brakowało im jakiegoś charakterystycznego rysu, były raczej anonimowe. 



Sięgam do przewodnika "Wina Europy" z 2009 roku (wciąż liczę na nowsze wydanie), by przeczytać że:

„Ribatejo produkuje znaczne ilości wina, ale mało najwyższej klasy. […] Region od dawna jest rezerwuarem winiarskiej Portugalii, gdzie wielcy hurtownicy na zawołanie produkują to, co się sprzedaje najlepiej.”

Trudno o wina wysokiej klasy, kiedy tylko z 2500 hektarów produkuje się wina w wyższej, bardziej restrykcyjnej, apelacji DOC Tejo, z pozostałych upraw wytwarza się wina regionalne butelkowane jako Vinho Regional. W DOC Tejo maksymalna produkcja ograniczona jest do 80 hl/ha dla win czerwonych, a dla białych do 90 hl/ha. W przypadku Vinho Regional jest to aż 225 hl/ha. Oczywiście w narracji producentów VR luźniejsze ograniczenia apelacyjne to szersze pole dla popisów winiarzy, ale w praktyce skutkuje to zazwyczaj morzem prostych, zwyczajnych, obiadowych win, dalekich raczej od finezji. Jest jednak jedno "ale". Jeśli spojrzymy na statystyki produkcji, to średnia z hektara wynosi tu zaledwie 30 hl/ha. 

Nie wiem jak te dane interpretować, więc trzeba zacząć prace u podstaw, czyli degustować, degustować, degustować. Materiał badawczy już jest. Od organizacji „Wina z Tejo” otrzymałem do spróbowania dwa wina: jedno białe - Vale de Lobos 2015 (DOC Tejo) od Quinta da Ribeirinha, oraz jedno czerwone - Fiuza Touriga Nacional 2015 (VR Tejo). Oprócz tego od Jeronimo Martins Polska dostałem do degustacji Fálua Conde de Vimioso Sommelier Edition 2015 (VR Tejo), a w Tesco zaopatrzyłem się w Portas do Tejo 2014 (VR Tejo). Uzbierała mi się zatem mała reprezentacja win, zwłaszcza czerwonych, o których zbiorczo napiszę innym razem, a na pierwszy ogień pójdzie dziś jedyny biały rodzynek.


Jak już wspomniałem wyżej producentem jest Quinta da Ribeirinha, przedsięwzięcie rodzinne z kilkupokoleniową tradycją. Wino powstało z odmiany fernão pires (znanej też jako maria gomes), jednej z najważniejszych w Tejo odmian białych. W zależności od długości dojrzewania odmiana ta może dawać wina lekkie o posmaku cytrusów, lub nieco poważniejsze, pełniejsze wina kojarzące się z owocami egzotycznymi, takimi jak mango czy ananas. To, które miałem okazję próbować, znajduje się gdzieś pomiędzy, nie jest przesadnie aromatyczne, poza lekko utlenioną nutą (z czasem znika) wyczuwałem raczej posmak banana, charakterystyczny dla niektórych chardonnay. W ustach wino jest dość delikatne, kwasowość na pewno nie gra tu pierwszych skrzypiec, da się wyczuć odrobinę goryczki i dymne aromaty mające zapewne swoje źródło w beczce, w której dojrzewało. Nie znalazłem w nim źródła zachwytu, ale wypiłem z przyjemnością. Wino jest polecane do pieczonych ryb, białych mięs czy delikatnej wieprzowiny. Ja piłem je do naszego bobu gotowanego z koperkiem i byłem z tego mariażu zadowolony.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Leira do Canhoto, Alvarinho 2016

Powiem Wam szczerze, że nie mam najmniejszych ambicji i ani krztyny ochoty, żeby wśród win z portugalskiej apelacji Vinho Verde wynajdywać jakieś perełki, czy wina ocierające się o „wielkość”. Absolutnie nie. Niczego od nich nie oczekuję, nie mam zamiaru ich gloryfikować, wystarczy mi pewność, że są do kupienia w najbliższym sklepie z alkoholem i nie kosztują więcej niż 25 zł. Im bardziej niczego się po nich nie spodziewam, tym bardziej mi się podobają. Siadam na swoim skromnym, ale przyjemnym tarasiku, patrzę na zadbany ogródek poniżej i czuję się jak na wakacjach, choć to zwykły dzień, zwykłe popołudnie, zwykłe wino. Czuję wówczas zadowolenie i czerpię radość z prostych rzeczy. I takie odczucia, będące przedsionkiem szczęścia, mogę odnaleźć pijąc Leira do Canhoto, produkowane przez Quintas de Melgaço w podregionie Monção e Melgaço. Trudne nazwy, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, alvarinho (wym. alwarinju) - szczep, z którego powstało wino - akurat wymówić najłatwiej. Nie łamcie języka, pijcie wino. Szczep ten, czy może odmiana, daje wina dość mocne, w tym przypadku 12,5%. Wina z innych odmian, innych podregionów potrafią mieć mniej, niż 10%. I takie lubię najbardziej, ponieważ pijąc alkohol nie lubię się upijać. Dziwne? No cóż, niektórzy traktują mnie jak dziwaka. To całkiem naturalne.




Wino do degustacji otrzymałem od Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci Biedronka. Dziękuję!

czwartek, 22 czerwca 2017

Ulubione marki wina 2017.

Trafiły do mnie (już jakiś czas temu) dwie butelki znanych i popularnych na naszym rynku win. Okazją ku temu było przyznanie przez „Drinks International” - magazyn branży alkoholowej - najwyższych pozycji w rankingu „The World’s Most Admired Wine Brands 2017” markom Torres, Concha y Toro oraz Penfold's.


Dystrybutor win tych producentów postanowił podzielić się tą ważną informacją ze światem, a jednym z kanałów informacyjnych uczynił winnych blogerów. Hasztag #darylosu podbił statystyki trendów w mediach społecznościowych, pióra i klawiatury poszły w ruch, a popularne wina stały się jeszcze bardziej popularne. Piszę o tym oczywiście w sposób nieco żartobliwy, ponieważ tych marek naprawdę nie trzeba reklamować, wina noszące ww. nazwy można dostać w niemal każdym większym markecie, przynajmniej tańsze wersje, znacznie trudniej jest znaleźć wina bardziej ambitne, ale przyczyn takiego stanu rzeczy upatruję raczej w preferencjach zakupowych Polaków, którzy (przynajmniej na razie) przedkładają cenę nad jakość. Nie ukrywam, że od Concha y Toro wolałbym spróbować takich win jak Don Melchor czy Casillero del Diablo Reserva Privada, od Torresa Mas La Plana, a od Penfold's słynny Grange. Apeluję do czytelników o informacje, gdzie w Polsce mogę kupić wymienione wspomniane wina, naprawdę mam ochotę ich spróbować, a tymczasem wróćmy do rzeczonych darów losu, czyli win Torres Viña Esmeralda 2016 i Concha y Toro Casillero del Diablo Cabernet Sauvignon Reserva 2015. Ja zaliczam je do gatunku win bezpiecznych, czyli takich, które nie kosztują majątku, natomiast amatorzy wypiją je ze smakiem i satysfakcją, za to profesjonaliści nie odnajdą w nich wad rodzących sugestie, że należy je omijać szerokim łukiem.
Cabernet z Chile na zaskakuje niczym szczególnym, w nosie dominuje porzeczka, wędzona śliwka, odrobina kwaśnej wiśni, w ustach odczuwamy dokładnie to, o czym informował nas zmysł węchu, amerykańska beczka użyta z rozsądkiem nie jest w stanie zepsuć tego wina. Nic nie szkodzi, że z rocznika na rocznik wina są niemal identyczne, tego właśnie oczekujemy od win bezpiecznych, to dostajemy, z tego się cieszymy.
Podobnie jest z Esmeraldą od Torresa. Pierwszy raz piłem je na miejscu u producenta podczas moich pierwszych mini warsztatów z zakresu łączenia wina z jedzeniem, w tym wypadku z naciskiem na sery. Tak jak wtedy w roczniku 2010 zachwycał kwiatowy noś, tak samo zachwyca rocznik 2016 - moscatel i gewurztraminer robią swoje. Kwasowość jest delikatna, a wino jest gładziutkie i miękkie, w pierwszej chwili to musi się podobać i jeśli tylko poprzestaniecie na jednym kieliszku, trudno mieć do tego wina zastrzeżenia. Przy większej ilości wina na głowę perfumowe aromaty mogą męczyć w czym pomaga niezbyt wysoka kwasowość. No chyba, że będziecie pić to wino do jedzenia - producent poleca je do owoców morza, ryb i pasztetów. W takim wypadku butelka na parę będzie wyborem w sam raz.


Wina do degustacji otrzymałem od CEDC. Dziękuję!   

czwartek, 15 czerwca 2017

Chic Barcelona Cava.

W sklepach Biedronki nietrudno o niedrogie wina musujące. Czy będzie to prosecco, czy cava, zawsze można liczyć, że cena butelki nie przekroczy 20 zł. Kilka dni temu skończyła się promocja win z Półwyspu Iberyjskiego, ale na półkach z pewnością znajdziemy jeszcze wina Chic w dwóch wersjach.


Jedna to seco, czyli odmiana półwytrawna (etykieta złota), druga to brut, czyli wytrawna (etykieta czarna). Katalog promocyjny wprowadza w tej kwestii lekkie zamieszanie, bo na zdjęciu jest wersja złota, zaś opis wina dotyczy wersji czarnej, zalecam zatem uwagę przy kupnie, zwłaszcza że różnice nie sprowadzają się tylko do zawartości cukru w winie.


O ile wersja brut jest naprawdę porządną (zwłaszcza za te pieniądze) cavą, która nie przynosi wstydu apelacji, to wersja półwytrawna jest słodkim płynem musującym bardziej przypominającym oranżadkę, niż rasowe wino. Tyle, że w oranżadzie nie ma alkoholu. Jeśli zatem interesuje Was moje zdanie, to do picia zdecydowanie polecam wersję czarną, natomiast złotą podajcie wrogowi zamiast - niech nie wprowadzi Was to w błąd - czarnej polewki.



Wersję seco otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, wersję brut kupiłem w sieci Biedronka.

piątek, 9 czerwca 2017

Viña Tarapacá Rosé 2016

No masz Ci los. Wróciłem na chwilę do pisania, a już dostaję sygnały, żebym przestał. Jeśli nie w ogóle, to przynajmniej o tych różowych, tfu tfu przez lewe ramię, winach. A jeśli uparcie jak osioł chcę pisać, to może niech to będzie Bandol albo Tavel. Mój blog, moja sprawa, mam ochotę na różowe, będę pił różowe, a przy okazji coś tam sobie zanotuję. Owszem Bandol i Tavel mają szansę pojawić się na blogu, ale na razie piję wina, które mam w sklepach tuż pod nosem. Jest ich wcale niemało, widać że towar jest chodliwy i nie jest to tylko Carlo Rosi - oprócz wina z Kalifornii łatwo kupić róż z RPA czy Chile, w dodatku chyba nawet taniej. Jednak co do cen, to pewności nie mam, ostatnio mniej systematycznie notuję w kajecie koszty winnych zakupów (obiecuję poprawę), z pewnością jednak nie wydałem na butelkę wina więcej niż 30 zł. No wiecie, w końcu to różowe 😃


Dziś wino chilijskie, sprowadzane do Polski przez Tesco, a produkowane przez Viña Tarapacá. Posiadłość producenta zajmuje obszar 2600 hektarów, winnice zajmują zaledwie 611 hektarów. W razie czego jest co obsadzać, gdyby rosé okazało się w naszej ojczyźnie szczególnie popularne. Popularne są na pewno szczepy, z których wykonano blend - 85% stanowi cabernet sauvignon, reszta to syrah. Maceracja trwa raptem 4 godziny, potem fermentacja w niskiej temperaturze, bez udziału tlenu przez 20 dni. Po zabutelkowaniu wino powinno być wypite w przeciągu roku, więc dobry czas na picie rocznika 2016.

Wino pachnie gumą balonową, smakuje zupełnie niczym z dodatkiem ziemi, a jednak pije się całkiem nieźle. 12,5% nie pali jak Mateus Rosé z poprzedniego wpisu, ale przy zbyt szybkim tempie picia głowa i ciało stają się bytami coraz bardziej od siebie niezależnymi. Zalecam zatem slow drinking, a najlepiej w towarzystwie jedzenia. 

Swoją drogą, jako osoba kibicująca winiarstwu chilijskiemu, czemu dawałem już wyraz wcześniej, bardzo chętnie przyjrzałbym się innym winom tego producenta. Jest ich niemało, portfolio jest bogate, a sama winiarnia wkrótce będzie obchodziła 150 rocznicę istnienia. Tesco koncentruje się na tańszej linii produktów, ale jakieś „reservy” ma w swej ofercie Euro-Wino z Poznania. Jedno wino z wyższej półki znalazłem też w firmie Cerkom z Józefowa. Niewykluczone zatem, że na blogu pojawi się recenzja innego, niż różowe wina Tarapacá. 

środa, 7 czerwca 2017

Mateus Rosé.

Kontynuuję dziś moje zmagania z winami różowymi. W zasadzie jednym, dobrze znanym, można je kupić w Biedronce w zasadzie od samego początku sprzedaży wina w tym dyskoncie. Prędzej czy później musiało ono do mnie trafić, byłem tego pewien, choć nigdy nie ciągnęło mnie, by w tym celu wysupłać z portfela tych kilkanaście marnych złociszy (11,99 zł). Importer też nie chciał się nim pochwalić. W moim kieliszku znalazło się dzięki mamie, która postanowiła mnie nim obdarować z okazji odwiedzin syna.

„Dziękuję. Nie trzeba było” - powiedziałem wówczas, a dziś wiem, że nie była to tylko kurtuazja z mojej strony.


Wino ma ładny, intensywny kolor, który mimo nasycenia pozostaje jednak nadal odcieniem różu. Po otwarciu buchnął z butelki zapach drożdży, poleciał biały dym, który opuścił butelkę niczym Dżin lampę Alladyna. W kieliszku pojawiły się bąbelki, dość duże i gęsto rozmieszczone. Aromat i smak przypominał nieco owocową landrynkę, ale zrozumcie mnie dobrze, nie czuć tu zbyt wielkiej ilości cukru, choć wino jest półwytrawne. Jest za to dużo goryczy, która ten ewentualny cukier nie tyle równoważy, co nawet nad nim dominuje. W zasadzie nawet mi ten smak pasował, jest dość oryginalny, ale… wrażeniom smakowym towarzyszyło odczucie iście fizyczne. Przepuszczanie tego wina przez gardło to test na odwagę, z której słyną połykacze ognia. Po każdej porcji przełyk rozgrzewał się niebezpiecznie, bałem się nieco, czytałem kiedyś o samozapłonie, a w tym wypadku wyzionięcie ducha skutkowałoby niechybnie podpaleniem mieszkania - nie jestem pewien, czy moje ubezpieczenie zapewnia w takiej sytuacji należyte gwarancje finansowe dla rodziny. Trochę mnie to zdziwiło, bo 11% alkoholu zwykle nie odczuwam tak dotkliwie. Na wszelki wypadek postanowiłem jednak odstawić butelkę.


Dziękuję, Mamo! Naprawdę nie trzeba było... 

wtorek, 6 czerwca 2017

Frescobaldi Nipozzano Riserva 2013

Wspomniałem w poprzednim wpisie o tym, czego nie piliśmy podczas IV zlotu blogerów winnych, a dziś kilka słów o winie, którego mieliśmy pod dostatkiem w czasie lunchu. Było to wino z portfolio sponsora zlotu, czyli Faktorii Win. Mowa o Nipozzano Riserva 2013 Chianti Rúfina od Marchesi di Frescobaldi. Na kontr-etykiecie, a właściwie na nalepce naklejonej przez dystrybutora znalazł się dość ciekawy opis:

"Rubinowy kolor z dobrą konsystencją. Silne owocowe aromaty jeżyn, jagód i wiśni. Słodkie nuty waty cukrowej z pikantnymi nutami goździków i gałki muszkatołowej. Na podniebieniu bogate i zrównoważone, przyjemnie utrzymujące się w ustach.” 


Autor tej opinii chyba był już po jednym głębszym jak to pisał, albo przynajmniej po porcji waty cukrowej, ale w sumie to nawet go rozumiem. "Dobre", "niedobre" nie wystarczy. Produkt musi trafić do klienta, konsument z pewnością łyknie wino bogate w pozytywne epitety. Napisanie kilka słów o cierpkim, kwasowym winie, które raczej trzeba, niż można zagryźć porządnym stekiem, mniej może kogoś przekonać, no chyba że rzeczywiście kupującemu kiszki marsza grają. Fajnie, że przyjemnie utrzymuje się w ustach, choć jeszcze lepiej, jak nie będzie stawiało oporu przy przełykaniu :)

Abstrahując jednak od opisów i ich związku z rzeczywistością wypiłem wino ze smakiem - ani kwas, ani tanina, ani żadne inne źródła cierpkiego smaku nie odebrały mi przyjemności z jego picia. Po pierwsze było niezłe, a po drugie samo wino nie było w centrum mojej uwagi, było jedynie elementem towarzyszącym oglądaniu i słuchaniu fragmentów koncertu King Crimson. W końcu trzech perkusistów grających w tym samym czasie jest w stanie odciągnąć uwagę od niejednego wina. Czuję jednak podskórnie, że wino i koncert potrzebowały siebie nawzajem, a już z pewnością ja potrzebowałem jednego i drugiego 😃

Wino otrzymałem do degustacji od dystrybutora. Dziękuję!

poniedziałek, 5 czerwca 2017

IV Zlot w kolorze różowym.

Winopisarze, winopijcy, winomaniacy itp.
IV zlot winnej blogosfery już dawno za nami, ale jeden temat po tym wydarzeniu zaprząta mi głowę i sprawia, że moje myśli o winie koncentrują się wokół... win różowych. Ci, którzy czytają ten blog regularnie (to znaczy na tyle regularnie, na ile regularnie pojawiają się nowe wpisy, czyli nieczęsto), znają mój lekceważący stosunek do win różowych. Bąbelki o tym kolorze mają jeszcze taryfę ulgową, ale wina spokojne próbowałem tylko wtedy, gdy otrzymałem je w prezencie od rodziny czy znajomych, albo kiedy przyjechały do mnie do testów od importera. Sam raczej omijałem je szerokim łukiem, a liczbę butelek, za które zapłaciłem z własnej kiesy mogę zliczyć na palcach jednej dłoni. A jednak teraz na sklepowych półkach mój wzrok przykuwają tylko wina różowe. Co ciekawe na zlocie nie było ani kropelki wina tego rodzaju, więc skąd w ogóle to zagadnienie? Otóż zastanawialiśmy się nad obecnymi i przyszłymi trendami, które będą wyłaniały hity sprzedaży i wyznaczały kierunki dla winnego pisarstwa.

Wojciech Bońkowski - szef Winicjatywy i organizator zlotu.
Tych trendów omówiliśmy kilka, ale tylko dwa z  nich wydały mi się istotne. Pierwszy to wina ze szczepów rzadko spotykanych na sklepowych półkach, po sobie widzę, że chętniej bym sięgał po butelki na etykietach których widnieją nieznane nazwy, niż powszechnie kojarzone merloty, cabernety i inne rieslingi. Asuretuli, ojaleshi, girgentin, lledoner pelut - takie wina otworzą mój portfel, o ile staną na sklepowych półkach.

Branż rozmawia o rynkowych trendach.
Drugim, jak się domyślacie, są wina różowe. Podobno we Francji ostatnio wina różowe sprzedają się w ilościach większych niż wina białe. I chyba właśnie ta informacja sprawiła, że postanowiłem winom różowym dać szansę, w końcu wszystkie nasze strachy i fobie wynikają z przesądów i niewiedzy. Zrobię rozpoznanie bojem i przekonam się czy jest się czego bać. A może znajdę w nich towarzyszy leniwego wypoczynku na tarasie? Dziś nie będę koncentrował się na opisie konkretnych win, na to jeszcze za wcześnie, ale zamieszczam zdjęcia tych etykiet, które miałem okazję wypić już po zlocie. Powiem tylko, że każde z nich miało wyraźnie różny charakter.





IV zlot winnej blogosfery muszę uznać za przełomowy dla mnie i mojego rozwoju jako winomaniaka. Może polubię wina różowe, a może dalej nie będę ich głośnym orędownikiem, ale z pewnością swoje zdanie będę od teraz mógł oprzeć na doświadczeniu.

wtorek, 7 marca 2017

Winne Wtorki #143. Chardonnay.

Tematem dzisiejszego Winnego Wtorku jest chardonnay, a podrzucił go Szymon prowadzący bloga Dolina Mozeli. Szymon jest miłośnikiem mozelskiego rieslinga i pewnie można by było obstawiać w ciemno, że riesling będzie tematem dzisiejszych rozprawek, ale wybór Szymona był zgoła inny. Chardonnay - bo o tym mowa - jest jedną z najpowszechniej uprawianych odmian winorośli, występuje w zasadzie w każdym regionie winiarskim, łatwo adaptuje się do zastanych warunków i pozwala na tworzenie win o różnorodnym charakterze. Wśród winnej braci nie ustają spory na temat tego, która odmiana białej winorośli zasługuje na większe uznanie: chardonnay czy riesling, jest to dylemat nierozstrzygalny, a w moim przypadku o tyle nieistotny, że ani jeden ani drugi szczep nie włada moim umysłem, choć statystycznie rzecz biorąc częściej piję chardonnay. Zazwyczaj jednak jest on elementem kupażu w winach musujących z Szampanii, ale dziś na warsztat biorę chardonnay z Burgundii - miejsca uważanego za jego kolebkę, gdzie powstają największe i najdroższe wina białe. Moje oczywiście najdroższe nie jest, choć i do tanich też nie należy, wina z apelacji Chablis Premier Cru po prostu mają swoje ceny i trzeba się liczyć z dość konkretnym wydatkiem. W moim przypadku ok. 100 zł.




Vocoret et Fils to producent znany, tworzący szeroką gamę Chablis, od etykiet podstawowych poprzez Chablis Premier Cru a na Grand Cru kończąc. Kupując wino od takiego producenta i za konkretne pieniądze (zwłaszcza w Polsce, na miejscu jednak znacznie taniej) ma się pewne oczekiwania i tu z przykrością stwierdzam, że jestem zawiedziony. Tyle że nie samym winem, a sobą i ignorancją z jaką do tego wina podszedłem. Po pierwsze nie poświęciłem mu należytej uwagi w momencie kiedy je otwierałem. Było to chyba trzecie wino wieczoru i raczej niezbyt dobrze się złożyło, że piłem je po dwóch szampanach. Po drugie z pewnością piłem je za szybko i zbyt chłodne. Po trzecie nie zabezpieczyłem butelki i kiedy wróciłem do wina po dwóch dniach, wydawało się zwietrzałe i zupełnie nieinteresujące. 

Tak nie powinno się robić, obiecuję zatem solennie, że kupię jeszcze jedną butelkę (przynajmniej) i z większą atencją przyłożę się do degustacji, a o jej wynikach powiadomię was w osobnym wpisie.

--------------------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #143 na podniebieniach innych blogerów:  
--------------------------------------------------------------------------
--------------------------------------------------------------------------

czwartek, 16 lutego 2017

Szybkie tempo.

Mam wrażenie, że dopiero chwilę temu odebrałem wina z hiszpańskiej oferty winnej, która obowiązywała w Biedronce w pierwszej połowie lutego, a już dostałem sygnał, że kolejny karton win został dostarczony do domu. Zanim go otworzę i zajrzę do środka minie chwila (mniej więcej połowa czasu trwania nowej promocji), ale z informacji prasowej wynika, że będziemy degustować, pić, a kto wie, może i delektować się winami francuskimi. 


Przejrzałem szybko dostarczony internetem folder, wśród oferowanych win są oczywiście nowości, ale niemało jest też win, które już dobrze znamy. Do nich należą wina Granbeau - biała mieszanka colombard-chardonnay, oraz różowe i czerwone syrah. Wszystkie oznaczone jako półwytrawne. W katalogu są też wina znane ze stałej oferty, bardziej luksusowej oferty: François Arnaud Chateauneuf-du-Pape (w obniżonej z 69,99 zł na 54,99 zł cenie) czy Raoul Clerget Bourgogne Chardonnay. Château Barrail z Bordeaux też przedstawiać nie trzeba, jest obecne na półce (ale tej niższej) Biedronki chyba od zawsze, choć znów w obniżonej do 11,99 zł cenie. Nie zabrakło też wina obecnego w aktualnej akcji "Sommelier poleca" czyli Maison Fontant Coteaux Varois en Provence Lux Royal.


To ostatnie wino miałem okazję wypić. Krótka wzmianka >>> TU <<< i tyle mogę powiedzieć, że jak na przedstawiciela win różowych, za którymi nie przepadam, wypadło moim zdaniem nieźle, choć koledzy z Winicjatywy ocenili je raczej słabo. No, ale oni są przecież do cna zepsuci 😉


Miałem też okazję spróbować Pavillon La Tourelle z apelacji Bordeaux Supérieur i uważam, że jest to wino bardzo porządne, smaczne i z pewnością lepsze (oczywiście moim zdaniem) od produktu z konkurencyjnej sieci. Ja chyba dokupię kilka butelek i schowam sobie do piwniczki na niezbyt odległą przyszłość.

Jak tylko dostanę się do kartonu, będziecie mogli poznać moje zdanie na temat innych win z francuskiej oferty. Obserwujcie zatem profil bloga na Facebooku.

Maison Fontant Coteaux Varois en Provence Lux Royal 2015 otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska,  Pavillon La Tourelle 2014 kupiłem osobiście w sieci Biedronka.

wtorek, 7 lutego 2017

Winne Wtorki #141. Pinot Noir z Nowej Zelandii.

Jak nie piszę, to nie piszę, a jak już zacznę to dwa wpisy z rzędu 😃 Dziś Winny Wtorek, czyli cykl, który ostatnio regularnie zaniedbuję. Ale, że to moja kolej na określenie tematu, to nie wypada wykręcać się brakiem czasu. Zatem do dzieła!

Tematem jest pinot noir z Nowej Zelandii. Kuba Jurkiewicz, który jest pomysłodawcą polskich Winnych Wtorków, rezyduje akurat od dłuższego czasu w Nowej Zelandii (hej, Kuba, ale w jakim mieście?) i nie ukrywam, że jest to ukłon w jego stronę. Dodatkowo, ale tylko dla osób chętnych, przygotowałem zadanie dodatkowe, czyli porównanie pinot noir z Nowej Zelandii z pinot noir z Burgundii. Natomiast dla osób systemowo niepijących win z Nowego Świata, zadaniem jest krótkie uzasadnienie swojej niechęci do win spoza Europy, a burgundzki pinot noir staje się zadaniem podstawowym 😃

Ja postanowiłem spróbować obu, na szczęście Winne Wtorki zbiegły się z moimi wolnymi od pracy dniami, więc mogłem się do nich przygotować nieco lepiej niż zwykle. W moich kieliszkach miejsce znalazły pinoty z Nowej Zelandii i Burgundii, więc wykonuję zadanie rozszerzone.

Do tej pory nie przepadałem za winami z pinot noir.
Winny Wtorek jest okazją, by dobrze się im przyjrzeć.
Oba wina pochodzą z rocznika 2013. W Burgundii wtedy nie było najlepiej, szalały gradobicia i wiele upraw mocno ucierpiało. Ale Ci, którzy mieli owoce i przetrzymali je nieco dłużej na krzewach, doczekali się niezłych, aromatycznych win. W Nowej Zelandii, a w szczególności na Wyspie Północnej rok był szczególnie udany, ale północna część Wyspy Południowej, w tym Marlborough też nie miała powodu do narzekań.

Porównując kolor wina można by rzec na szybko, że są podobne do siebie. Ale gdy się uważniej na nie spojrzy to wino burgundzkie jest jakby pełniejsze, delikatnie ciemniejsze, bardziej połyskliwe, ale oba są czyste, klarowne, przejrzyste. Nos bardziej wyrazisty znajdziemy w Burgundii, nowozelandzkie wino wydaje się oszczędniejsze w aromatach i o ile burgund pozwala wyczuć aromaty kwiatowo-owocowe, to wino z Marlborough ma charakter bardziej ziemisty, choć i tutaj zapachy charakterystyczne dla Francuza są obecne, tyle że dość blade. W ustach wino francuskie jest bardziej likierowe, z cieniem słodyczy skutecznie hamowanej przez kwasowość, natomiast wino z Nowej Zelandii jest surowe, mięsisto-ziemiste, bardziej chłopskie.

Temat wybrałem z nadzieją, że obronię tezę o równoważności win z nowego i starego świata. Ale im więcej czasu im poświęcam, tym większe zauważam różnice. Tym razem na korzyść burgunda, choć trudno odmówić winu z Nowej Zelandii wysokiej klasy. O zwycięstwie decyduje jednak finezja i elegancja wina z Burgundii. 

----------------------------------------------------


Momo Marlborough Pinot Noir 2013
Producent: Seresin Estate, Nowa Zelandia
Odmiany: 100% pinot noir
Alk.: 13%
Cena: 82 zł (Kondrat Wina Wybrane)
----------------------------------------------------


Beaune Longbois 2013
Apellation Beaune Contrôlée
Producent: Christian Bellang et Fils, Francja, Burgundia
Odmiany: 100% pinot noir
Alk.: 13%
Cena: 69,99 zł (Leclerk Ursynów)
----------------------------------------------------

Wina kupiłem osobiście za ciężko zarobione pieniądze.


Winne Wtorki #141 na podniebieniach innych blogerów:
----------------------------------------------------
----------------------------------------------------