niedziela, 30 grudnia 2012

Grudniowe prezenty.

Grudzień, to miesiąc prezentów, dla mnie miesiąc szczególnie obfity, zwłaszcza w wina. Najpierw dotarła do mnie przesyłka z Lidla z trzema świątecznymi butelkami, które zdążyłem do owych świąt wypić, choć początek miesiąca, przez drobną zapaść na zdrowiu, piciu win nie sprzyjał. O Sauternes, alzackim pinot gris i Graves możecie poczytać w moich wcześniejszych wpisach. Potem były winno-wtorkowe Mikołajki i butelka, którą dostałem od Mateusza, jednego z autorów Winnych Przygód. I była to flaszka (przepraszam winnych wrażliwców) bardzo fajna. Później było już nieco gorzej. Na marginesie wspomnianych wyżej Mikołajków (Mikołajek?), dzięki hojności Centrum Wina i aktywności Gabriela z DoTrzechDych.pl trafiła do mnie butelka sauvignon blanc z Australii.


Wypiłem już trochę sauvignon blanc, głównie z Nowej Zelandii (bardzo lubię), z Francji niewiele (więc się nie wypowiadam), może nieco więcej z Chile, ale te zazwyczaj nie wzbudzały zachwytu. SB z Australii miałem okazję pić po raz pierwszy i za to swoim Mikołajom serdecznie dziękuję. Wino dość charakterystyczne, więc jest z nim dokładnie tak, jak już kilkukrotnie wspominałem na blogu: mi smakuje (bo świeże, bo trawiasto-pokrzywowe, bo przyzwoicie kwasowe), mojej żonie nie smakuje (bo dość kwaśne, no i "kocie siuśki"). Prawdę mówiąc nie jest to poziom mojego ulubionego sauvignon blanc, czyli nowozelandzkiego Silverlake'a, postawiłbym je raczej po stronie tych butelek z Chile. Nie chcę powiedzieć, że Chile w swym ogóle jest jakieś złe, chyba po prostu skąpiłem pieniędzy na porządne butelki, uważając że supermarketowa półka będzie OK. Zazwyczaj nie była. Zresztą mam jakiś irracjonalny problem z kupowaniem win białych droższych niż 50 zł. Większe kwoty wolę wydać na wina czerwone. Co ciekawe, problem ten nie dotyczy win musujących (głównie przecież białych) i tu limity finansowe mnie jakoś nie obowiązują. Ale wróćmy jeszcze do australijskiego wina. Można je kupić za niecałe trzydzieści złotych, więc jest to właśnie taki supermarketowy poziom cenowy. W tej cenie trudno spodziewać się rewelacji, dostajemy raczej przeciętne wina stołowe i takim tagiem (modne słowo, dość często posługuje się nim ostatnio laureat nagrody Nike) oznaczyłbym otrzymane sauvignon blanc.

Jeśli jesteśmy przy Australii to wspomnę o jeszcze jednym prezencie, choć nie jestem pewien, czy aby grudniowym. W każdym razie był to prezent od mojej żony - australijski shiraz Yellow Tail, też supermarketowy i też raczej przeciętny. Mój serdeczny przyjaciel, autor bloga "Swoją drogą", pisał o tym winie bardzo dobrze, ale ja jego entuzjazmu raczej bym nie podzielił. Owszem, daje się pić, ale emocji żadnych to wino we mnie nie wzbudziło. Do obiadu w sam raz, ale nic więcej.


Końcówka grudnia też okazała się przyjemna i też za sprawą prezentu. Pamiętacie The Label Project? Przeżyłem fajną przygodę związaną z tym konkursem i choć go nie wygrałem (zwycięzca w nagrodę wyjeżdża do Australii), to miałem okazję spróbowania win Jacob's Creek z linii Reserva (świetne Chardonnay, Shiraz i Cabernet Sauvignon). Marką Jacob's Creek opiekuje się w naszym kraju polski oddział Pernod Ricard, który nie zapomina o uczestnikach konkursu, dzięki czemu mogliśmy uczestniczyć w świetnej kolacji z sommelierem JC - Chrisem Morrisonem, a teraz, w świąteczno-noworocznym okresie otrzymałem skrzyneczkę z winami Campo Viejo, które również znajdują się pod skrzydłami Pernod Ricard.


Czuję, że rok 2013 rozpocznie się dla mnie od górnego C, czego i Wam, drodzy czytelnicy, serdecznie życzę w Nowym Roku. Oby był równie dobry jak 2012!

czwartek, 27 grudnia 2012

Mikołajkowe ostatki.

Czas płynie nieubłaganie, pamięć jest ulotna. Kto dziś pamięta, co było tydzień temu? Kto pamięta, że winni wtorkowicze urządzili sobie Mikołajki? Kto poświęca Winnym Wtorkom tyle czasu, by orientować się kto, co i od kogo dostał do spróbowania. Tego chyba nie pamiętają nawet sami uczestnicy projektu, którzy ogłosili się ostatnimi maruderami mikołajkowej imprezy, choć wino przez nich wysłane czekało jeszcze na swoją kolej. Tak Matti, mówię o Tobie :) Cotes du Rhone, które mi sprezentowałeś dopiero teraz umiliło mi życie.

Lubię Cotes du Rhone. To znaczy lubię te proste i nieskomplikowane butelki, które łatwo dostać w marketach i sklepach specjalistycznych na półkach charakteryzujących się przystępnymi cenami. Moim zdaniem są bezpieczniejsze niż tyle samo kosztujące bordeaux. Choć nie zawsze porywają, to zazwyczaj nie zawodzą. Wtopy zdarzają się znacznie rzadziej niż w przypadku niedrogich butelek znad Żyrondy. Jeśli mam komuś polecić niedrogą Francję, to dolina Rodanu, zwłaszcza jej część południowa ma moją rekomendację.


Ucieszyłem się więc z butelki, którą dostałem od Mateusza z Winnych Przygód, bo już dawno nie piłem niczego z tego regionu Francji i zdążyłem się za rodańskimi winami stęsknić. Wino Domaine De La Janasse dokładnie wpisuje się w mój schemat myślenia o Cotes du Rhone. Jest smaczne, urzeka soczystym owocem, pachnie polnymi kwiatami, choć wyraźne jeszcze, mocne garbniki pozwalają myśleć, że rocznik 2010 niekoniecznie musi być wypity już teraz. Moim zdaniem może poczekać, choć ja w sobie takiej cierpliwości nie odnalazłem i nie dałem mu szansy na długie istnienie. Powiem więcej, wyssałem z butelki esencję życia niczym wampir krew z ponętnej dziewicy. Nie powiem, że była najpiękniejsza, ale potrzeba zaspokojenia żądzy kazała przymknąć oko na ewentualne niedoskonałości. Zresztą w mroku nocy nie zwracałem na nie uwagi, to co czułem było po stokroć ważniejsze.  

środa, 26 grudnia 2012

Szampańska zabawa.

Dzięki uprzejmości Winicjatywy, Baru Cenzura i Domu Szampana miałem okazję poznać parę świetnych butelek wina z Szampanii. Podczas różnych winiarskich imprez, których w Warszawie nie brakuje, wielokrotnie widziałem stoiska Domu Szampana, ale ani razu nie miałem okazji poznać win z ich portfolio. No może poza próbkami, które zdobyły złoty (Cuvée Gastronome Blanc de Blancs Premier Cru Brut, Gimonnet) i srebrny (Brut Tradition Grand Cru, Egly-Ouriet) medal Grand Prix Magazynu Wino.

Z przyjemnością pojawiłem się na miejscu, gdzie czekały na zaproszonych takie oto butelki.

Nieprawdopodobna ilość luksusu na metr kwadratowy.
Takie mini-konwenty to, poza niezaprzeczalną satysfakcją związaną z degustacją znakomitych win, okazja do poznania nowych osób związanych z winem, jak i spotkania się z dobrze znanymi już przyjaciółmi. To dla mnie największy bonus takich degustacji. Jeśli zaś chodzi o wina, to dzięki takiej ich liczbie znacznie łatwiej jest rozróżnić różne charaktery i niuanse smakowe win pochodzących z jednego regionu. Pijąc szampana w domu, kupowanego zwykle na specjalne okazje, zazwyczaj nie możemy porównać z innymi (chyba że mamy niesamowitą pamięć albo robimy solidne notatki), więc doświadczenie (o ile nie jest się krezusem) trudno w domowych warunkach powtórzyć. I to jest drugi plus dodatni winnych mityngów. Plusem ujemnym jest zaś to, że trwają krócej, niż byśmy sobie tego życzyli.

Poniżej kilka zdjęć z naszego spotkania.

Znacie Wine Mike'a? Nie? Czyli koniec świata nastąpił...

Mroczna natura Wine Mike'a ujawniła swe oblicze.
Redaktor Bońkowski gestem sugeruje to, co ma nastąpić...
... i to właśnie następuje.
Gospodynie imprezy są co najmniej zadowolone :)
Kuba Janicki (kontretykieta.com) bierze udział.
Kocham Dom Szampana. Ich butelki także.
Właśnie tak.
Nie przypuszczałem, że różowe będzie najlepsze (dla mnie).
Jacek Taranko (winoioliwa.com) z winem w kolorze... tym trzecim, który rozpoznają faceci.
Marcin Jagodziński (enofaza.pl) szuka inspiracji.
To wino było inspirujące...
... dla wszystkich chyba. No i pod kolor.

To pisałem (winem) ja - trener II klasy. (c) Jacek Taranko (winoioliwa.com) 
Dziękuję organizatorom i uczestnikom spotkania za moc niezapomnianych wrażeń.

niedziela, 23 grudnia 2012

Graves na Święta.

Dzisiaj zabieram się za trzecie wino, które znalazło się w promocyjnej przesyłce zawierającej butelki ze świątecznej oferty Lidla. Wino pochodzi z Bordeaux, z apelacji Graves i jest jedynym winem czerwonym w zestawie. Od razu ostrzegam, że nie jest to wino, którym możemy cieszyć się zaraz po otwarciu butelki. Jeśli to zrobimy, będziemy mieli do czynienia ze stereotypowym obrazem taniego bordoszczaka (29,99 zł to chyba dość tanio), na przykładzie którego nadzwyczaj łatwo wytłumaczymy sobie  fenomen Carlo Rossi.

Jeśli ktoś nie przepada za winem (nie lubi, nie smakuje mu, czy co tam jeszcze), a wypada pojawić się w towarzystwie z tego rodzaju alkoholem i jeśli dodatkowo istnieje zagrożenie koniecznością spożycia przyniesionego "trunku", to wybór czerwonego CS wydaje się być rozwiązaniem idealnym. Nie za słodkie, nie za kwaśne, gładko wchodzi, nie rujnuje głowy ani portfela, co też może być w tym przypadku kwestią kluczową.

Ale jeśli na imprezce pojawimy się z momentalnie otwartym Graves z Lidla to wywołamy upiorny obraz taniego, francuskiego wina - kwaśny, cierpki płyn, który w końcówce pozostawia jeszcze wrażenie goryczy. Po za tym nie pachnie, a że na szczęście nie śmierdzi, to jest chociaż jakiś mały plusik i światełko w tunelu.

foto: materiały prasowe sieci Lidl.

A to wino akurat wymaga cierpliwości. Pozwólcie mu spędzić dwie, trzy godziny w dekanterze, nie chłodźcie za bardzo, a niedrogie Bordeaux przestanie być koszmarem z przeszłości. Pojawi się owoc wiśni i porzeczki, pojawią się przyprawy, pojawi się nieco tytoniu - prawda, że zbyt wilgotnego - kwas zelżeje, taniny się nieco wygładzą. Jeśli nie będziemy się śpieszyć istnieje spore prawdopodobieństwo, że wino "zagada". Pośpiech utrwali w nas - niestety - obraz francuskiego kwasiora, na którego nie warto wydawać kasy. Wszak w tej cenie możemy dostać półtoralitrowy gąsiorek łatwego i smacznego Carlo Rossi.

ps. przepraszam wrażliwych czytelników za użycie słowa trunek w stosunku do tak zacnego napitku, jakim jest to winko :)

piątek, 21 grudnia 2012

Wciąż na słodko.

Pinot gris to szczep, który dobrze utkwił mi w pamięci po degustacji win z Alzacji, byłem nim urzeczony. Zanim wypiłem swoją próbkę, którą dostałem w ramach świątecznej promocji Lidla przeczytałem kilka recenzji w sieci - koledzy okazali się szybsi, mieli więcej szczęścia ode mnie, któremu to zapalenie oskrzeli odebrało możliwość zabawy z winem. Recenzje były mało optymistyczne (Wojciech Bońkowski), poprzez raczej negatywne (Jakub Jurkowski), aż do tych wręcz odstraszających (Jakub Małecki). Szczerze mówiąc - zachęta marna.

A mi to wino smakowało, nawet bardzo. Prawdę mówiąc wolę to wino, niż Sauternes, o którym wspomniałem w poprzednim wpisie. I w odróżnieniu od Sauterns byłbym w stanie porwać się na samotne opróżnienie całej butelki, wcale nie musiałbym się nią z nikim dzielić, nawet - czysto egoistycznie - bym nie chciał. Mając do dyspozycji 2 x DoTrzechDych wybrałbym w Lidlu to Pinot Gris i jeszcze zostałaby mi dycha na jakieś ciasto - deser świąteczny jak się patrzy.

foto: materiały prasowe Lidl

Przegląd win alzackich rozbudził moją ciekawość dla Pinot Gris, Lidl swoim winem ciekawość tą podsycił, a ja wciąż czuję, że to mało, wciąż ma ochotę na szarego pinota - lidlowska słodka wersja wcale mnie nie zniechęciła. 

czwartek, 20 grudnia 2012

Słodki powrót do życia.

Czas już wrócić do świata żywych, do świata tych, którzy piją wino. Kolejka butelek do wypicia coraz dłuższa, bo nie pić to nie to samo, co nie kupować. To jest mój nałóg największy, większy niż samo picie. Butelki w kolejce nie chcą stać spokojnie - jedna ważniejsza od drugiej, przepychają się, krzyczą, każda chce być pierwsza i bądź tu człowieku mądry. A Mikołajów-dziwaków było w tym roku wielu. Dziwaków, bo czy to nie jest zastanawiające, że w dniu swych imienin Mikołaje nie oczekują prezentów, lecz rozdają je innym? Ale na ten urodzaj nie ma co narzekać, trzeba sobie z nim poradzić.

No dobrze, jeśli ma być sprawiedliwie, to musi być chronologicznie. A pierwszy w tym roku zjawił się Mikołaj z Lidla i przyniósł skrzyneczkę z winami z oferty świątecznej.

Lidlowa skrzyneczka, a w niej bordoska słodycz.
Najbardziej ucieszyło mnie białe, słodkie bordeaux z apelacji Sauternes. Ucieszyło z kilku względów. Po pierwsze degustacja win słodkich na Gali Grand Prix Magazynu Wino rozbudziła we mnie gorące do nich uczucie. Po drugie Sauternes będę pił po raz pierwszy w życiu, więc tym większa moja ciekawość. A po trzecie... patrz dwa poprzednie podpunkty.

Materiał prasowy sieci Lidl.

Pijąc to wino miałem oczywiście skojarzenia ze słodkim tokajem, pewnie dlatego, że innych odniesień dotąd nie miałem. W nosie króluje przyjemny zapach kandyzowanych owoców, a w ustach bardzo dojrzała brzoskwinia przełamana mirabelką, która już zaczyna być słodka, ale jest jeszcze odświeżająco kwaskowata. Do tego odrobina skórki pomarańczy. Co ciekawe, mimo sporej słodyczy wino nie "zamula", choć wypicie butelki w pojedynkę to zadanie raczej dla największych twardzieli.

Moje pierwsze Sauternes mile mnie zaskoczyło, piłem je z nieukrywaną przyjemnością. Nie wiem jak wypadłoby na tle innych win z tej apelacji, ale siłą rzeczy będzie punktem odniesienia dla kolejnych butelek z tego regionu.

Wino kosztuje 59,99 zł - dość sporo, choć jeśli wziąć pod uwagę metodę produkcji i małą wydajność z hektara upraw, to cena ta nie wydaje się już tak bardzo wygórowana. W każdym razie na pewno warto spróbować. 

Wkrótce mam zamiar dobrać się do pozostałych win ze skrzynki, więc nie regulujcie za bardzo odbiorników.

środa, 5 grudnia 2012

Winne Wtorki #40.

To już 40. wydanie Winnych Wtorków, ale wydaje się, że będzie raczej dość skromnie. Temat zadał Mateusz z Winnych Przygód, ale on sam stał się nieco ofiarą swojego wyboru. Wina z Doliny Loary są dość niepopularne i uczestnicy projektu mieli nie lada problem, by zdobyć flaszkę (czerwonego) trunku. Ja miałem trochę więcej szczęścia, ponieważ w sieci Winestory, która mnie trochę winnie wyedukowała, jest dość niezły wybór win francuskich i Dolina Loary też ma tam swoją reprezentację, choć przeglądając ich internetową stronę trudno znaleźć coś innego, niż różowe Anjou.

Już wcześniej piłem czerwone wino z loarskiej apelacji Saumur, dziś (a może wczoraj, bo wtorek był wczoraj) miałem okazję wypić Saumur Champigny, wino zabutelkowane dla Thierry Germain Selection (49). Nie wiem, to za układ, bo Thierry Germain jest uznanym producentem znad Loary, na jego stronie są wymienione nieco inne butelki. Być może czuwa nad produkcją u kogoś innego i będąc pewnym jakości powstałego tam wina firmuje je swoim nazwiskiem.


Wino, które otworzyłem jest dość ciekawe, ale mam świadomość, że nie wszystkim przypadnie do gustu. Nos nie ma czym zachwycić, przynajmniej nie od razu, w ustach natomiast dominuje solidnie uwędzona śliwka, mnóstwo zwietrzałego tytoniu i może trochę jesiennych liści. Kwas nie dominuje, za to kredowe garbniki są wszechobecne. To wino dało mi trochę do myślenia, bo z jednej strony nie porywa smakiem, a z drugiej jakoś niesamowicie intryguje. Dopijając butelkę do końca wciąż nie wiedziałem, czy wino ocenić na "plus", czy "minus". Chyba będę musiał powtórzyć eksperyment i przy najbliższej okazji przyjrzeć się jeszcze raz czerwonym winom znad Loary.

---------------------------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #40 na podniebieniach innych blogerów
---------------------------------------------------------------------------------
---------------------------------------------------------------------------------


poniedziałek, 3 grudnia 2012

Czerwona odtrutka.

Opiłem się ostatnio winami białymi, siarczyny rozpłynęły się po ciele i konserwują mnie teraz w stanie niechlubnym, bo ciało niewytrenowane jeszcze, a i mózg wciąż niewyćwiczony... No, ale ja nie o tym. Na szczęście udało mi się jeszcze krzyknąć "dość!" i ostatkiem sił odkorkowałem wino czerwone. I było to dobre posunięcie, bo sycylijski płyn sprawił mi sporo radości.


materiały: www.feudoarancio.it
Tym winem było syrah pochodzące z 2009 rocznika (podobno nienajlepszego dla Sycyli), a wyprodukowane przez Feudo Arancio. Otworzyłem je do całkiem niezłego steka, który w założeniu miał poprawić wygląd moich bicepsów, a jedynie zaokrąglił brzuch i teraz znów przez tydzień będę musiał jeść zieleninę. No, ale ja nie o tym. Wróćmy do wina, o którym trzeba powiedzieć, że pozbawione było kwasowego pazura, więc może i do długiego przechowywania się nie nadaje, ale po co ma się nadawać, skoro ma dawać radość tu i teraz. Taniny też gładziutkie, czy aksamitne, jak to się mówi, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by cieszyć się owocem suszonej śliwki, a może nawet ładnie uwędzonej, bo nuty dymne nie są temu winu obce, a do tego w ustach pojawia się waniliowa słodycz, pewnie od beczki, bo wino spędziło w niej całe 10 miesięcy. Czyli łatwo i przyjemnie, bez specjalnego wysiłku intelektu, co w przypadku stanu rzeczonego mózgu można zapisać po stronie zalet. Po stronie wad należy też coś umieścić i niech to będzie zbyt mała butelka, lepsza byłaby litrowa - jedna z tych, które coraz częściej pojawiają się w jednym supermarkecie na T.

To wino z supermarketu nie pochodziło, lecz z Salonu Win i Alkoholi, gdzie kosztuje złotych czterdzieści. Natomiast z supermarketu pochodzi inne wino z Sycylii, o 10 zł tańsze i zrobione z innego szczpu, ale o tym wspomnę w następnej notce, więc bądźcie czujni.

sobota, 1 grudnia 2012

Roczniki zatopione w masie.

Zdaje się, że już kiedyś wspominałem wam o tym, że jeśli widzę dwa roczniki tego samego wina stojące na półce obok siebie, to nie ma bata, muszę kupić dwie flaszki. Tak było z chardonnay Jacob's Creek (seria Classic - dajcie mi znać, gdzie w Wa-wie mogę kupić Reserva). Obok siebie w Tesco stały butelki z 2011 i 2012 roku.  Oczywiście największą pokusą był rocznik 2012, a więc najświeższy jaki można kupić. O ile dobrze pamiętam, do tej pory piłem dwa wina z 2012 roku, przy czym pierwsze - Don Adelio Ariano z Urugwaju - było wyjątkowo nijakie. Takie odniosłem wrażenie przelewając je przez siebie, nie wzbudzało żadnych emocji, nie pozostawiło żadnych wspomnień (dobrze, że robiłem notatki).

Oczywiście może się wydawać, że porównywanie roczników win produkowanych w milionach butelek zupełnie pozbawione jest sensu. Komputery kontrolują wszystko, dozują co trzeba, podwyższają (a może obniżają) temperaturę procesów produkcji i na koniec dają sygnał do butelkowania. Wszystko po to, by produkt był taki, jaki znają i jakiego oczekują wierni klienci.


A jednak. Rocznik 2012 sprawiał mi więcej frajdy (tzn. jeszcze więcej), niż 2011. Moc orzeźwiających cytrusów tonowanych nieco słodkawym melonem, aromat przyjemny, alkohol nieprzesadzony. Standardowe, smaczne wino codzienne, którym umilić sobie można nie tylko popołudnie i wieczór, ale też śniadanie. Otwarte wczoraj wino zyskało na "odstaniu" i dziś z sałatką ze świeżych warzyw i wędzonego tuńczyka stanowiło świetną kompozycję.

A sałatkę zrobiłem z biedronkowego miksu sałat z rukolą, płatów tuńczyka z Tesco, pomidorów koktajlowych z Reala, które to składniki wymieszałem z grecką oliwą z Lidla, doprawiłem solą i pieprzem, a na koniec posypałem startym serem Grana Padano z Tesco. Smacznego!

I tak oto największe sieci handlowe (różne - pluralizm przede wszystkim) zostały wsparte moimi, ciężko zarobionymi pieniędzmi. A co Wy - Tesco, Lidlu i Biedronko zrobicie dla mnie?     

piątek, 30 listopada 2012

Biały weekend.


Upałów nie było, to prawda, ale siarczystych mrozów też nie. Butelki 10-letniego Tawny (Martinez i Barros) mogą jeszcze chwilę poczekać. Tym bardziej ulegam ostatnio pokusie picia win białych, więc w miarę luźny weekend był okazją do poszerzenia horyzontów.

Zaczęło się od wina, które przyniosła moja żona. Co prawda zastrzegła, że to dla niej, ale łaskawie zostawiła mi trochę, więc coś mogę napisać. Było to niezwykle aromatyczne wino z hiszpańskiej apelacji Rioja. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek wcześniej piłem białą Rioję, ale byłem urzeczony winem zrobionym w 100% ze szczepu Viura i już teraz deklaruję, że było to najciekawsze wino weekendu.


O Jacob's Creek Chardonnay Classic nie będę pisał, bo to wino powszechnie znane, zresztą pisałem trochę o winach JC tutaj. Skusiłem się na nie, ponieważ na półce obok siebie stały roczniki 2011 i 2012, byłem ciekaw, czy w tak masowym produkcie rocznik ma znaczenie.

Kolejnym winem, które znam i lubię był niemiecki riesling od uznanego producenta Schloss Vollrads. Uwielbiam w tym winie fajną kwasowość wspaniale współgrającą ze sporą słodyczą. Niewielka ilość alkoholu (10,5%) jest kolejnym czynnikiem zachęcającym mnie do kupowania tego wina. Czy niemiecki riesling jest słabszy od hiszpańskiej viury, że nie zasłużył sobie na miano wina najciekawszego? Nie, moim zdaniem jest lepszy, tyle że znam go od dawna, doceniam i regularnie kupuję, ale nic mnie w nim już nie zaskakuje.


No i na koniec dwa wina z Tesco. Alzacki Pinot Gris i Albarino z Rias-Baixas. Po degustacji win alzackich uznałem Pinot Gris za szczep wielce ciekawy, któremu poświęcę więcej czasu, ale wino z Tesco, choć niezłe i całkiem smaczne nie zrobiło na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Z żoną uznaliśmy zgodnie, że za 40 zł można poszukać czegoś innego. Ponieważ wino nie wyczerpało jednak mojej ciekawości co do regionu i co do szczepu, więc moje poszukiwania dobrego Pinot Gris z Alzacji będą kontynuowane.


Natomiast 25 zł za Albarino to kwota dobrze wydana, choć dodać trzeba, że to cena z wyprzedaży. Świeże, dość kwasowe wino o aromacie dojrzałych mirabelek bardzo mi się podobało, chyba nawet bardziej niż albarino biedronkowe, dostępne podczas promocji win hiszpańskich.


Biały weekend uważam za udany, choć powoli zaczynam tęsknić za winami czerwonymi, więc raczej opisów tych ostatnich spodziewajcie się w najbliższym czasie.

piątek, 23 listopada 2012

Mały biały kruk.


Tak jak zapowiedziałem na swojej Facebook'owej stronie postanowiłem wziąć na warsztat kalifornijskie chardonnay, które część swojego żywota spędziło w beczce. Wino trafiło do mnie w pierwszym zestawie od "nowego" Kondrata, ale... 
  • Na stronie sklepu możemy znaleźć obecnie 2 wina Round Hill - Merlot i Chardonnay (OAK FREE - niebeczkowane), przy czym tego Chardonnay nie ma w magazynie.
  • Moje wino trafiło do zestawu przez pomyłkę, nie wiem, czy było w ogóle wprowadzone do sprzedaży, a jest winem dojrzewającym w beczce z amerykańskiego dębu.
Można więc powiedzieć, że mamy do czynienia ze swoistym białym krukiem.

Aromaty i smaki, jakie pojawiają się w tym winie na skutek dojrzewania w beczce są wszechobecne i dominujące, jeśli ktoś tego nie lubi, to nie będzie z niego zadowolony. Poza beczką jest też sporo nut owocowych idących raczej w kierunku melona, gruszki i brzoskwini, niż cytryny i limonki. Wino smaczne, nie powiem, choć dość ciężkie. Alkohol robi swoje, choć wydawałoby się, że nie jest go tu zbyt dużo (13,5%).

Wg sklepowego cennika wina Round Hill można kupić za 41 zł, jeśli będziecie w Kalifornii dostaniecie je za 8$.
----------------------------------------
przydatne linki:
----------------------------------------
www.roundhillwines.com
----------------------------------------

wtorek, 20 listopada 2012

Winne Wtorki #39

Minęło już trochę czasu od momentu, kiedy ostatni raz piłem wino w ramach Winnych Wtorków. Nie powiem, było mi żal tych opuszczonych, ale skoro słowo się rzekło, to słowa trzeba było dotrzymać. Teraz, gdy w przyjemny dla siebie sposób pozbyłem się balastu Barolo, znów na bieżąco mogę śledzić tematy WW, a w razie konieczności wzbogacać swój składzik o nowe butelki. Z perspektywy czasu, swoje postanowienie uważam za dość niemądre, bo efekt jaki przyniosło już dawno został nazwany słowem, którego jak ognia unikają osoby odmawiające sobie tego, czy owego, np. w imię pięknej, żurnalowej sylwetki. Tak, tak, to efekt "jojo". Powstrzymywanie się od zakupów doprowadziło do tego, że win teraz mam więcej, niż kiedykolwiek wcześniej. I po co mi to było?


No, ale wróćmy do naszego Winnego Wtorku i jego tematu, czyli portugalskiego Douro, które nie będzie słodkim Porto. W zestawie, który otrzymałem z Domu Wina znalazła się butelka z tego regionu - Quinta Nova Pomares Red z rocznika 2009. Mocna rzecz! Nie w sensie mocy alkoholowej, ale pyszności. W pierwszej chwili myślałem, że mam do czynienia z Porto właśnie, skojarzenia były oczywiste. Wino jest mocno skoncentrowane, intensywne, niemal czarne. W nosie dymne, w ustach zaś królowała suszona śliwka. Bardzo smaczne wino, jedno z lepszych jakie ostatnio piłem. Jest to mieszanka szczepów Tinta Roriz, Touriga Franca i Touriga Nacional. Krzewy, z których pochodzą grona mają średnio 25 lat. Część kupażu dojrzewała przez 6 miesięcy w beczkach z dębu amerykańskiego i francuskiego.

Powrót do Winnych Wtorków był dla mnie bardzo udany. Jestem wielce zadowolony z tego wina i przychylnym okiem będę teraz spoglądał na jego producenta. Podejrzewam, że mogę tu natknąć się na kilka niespodzianek.

--------------------------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #39 na podniebieniach innych blogerów
--------------------------------------------------------------------------------
Czerwone czy białe?
Blurppp
Białe nad czerwonym
Winniczek
To co pijemy
--------------------------------------------------------------------------------

poniedziałek, 19 listopada 2012

Australijskie bąbelki.

By pozostać jeszcze przez moment w klimacie australijskiej kolacji postanowiłem otworzyć wino musujące z tego kraju. Wino nazywa się Yellow Tail, a marka ta na pewno jest znana wszystkim, którzy zaglądają do supermarketów w poszukiwaniu niedrogich trunków z kangurem (a jakże) na etykiecie. Jakiś czas temu dostałem od żony Shiraz od tego producenta, ale jeszcze nie piłem, nie wiem, czy wino warte jest polecenia, ale z przyjemnością sięgnąłem po bąbelki, które już jako tako zaczynam kumać, choć nadal wolę wydawać na nie mniej, niż więcej.

Butelka mieści się w popularnej kategorii cenowej DTD :) - blog-portal zajmujący się winami z tej półki (autorów serdecznie pozdrawiam!) pewnie niedługo rozpisze się na temat niedrogich win australijskich, ale póki co to ja wspomnę o jednym z nich: Yellow Tail Bubbles.


Wino zaskakuje dość ciemną barwą, przypominającą wina bardziej dojrzałe, choć akurat w tym przypadku nie mamy do czynienia z wiekowym winem, które latami dojrzewa w butelce. To jest proste wino przemysłowe, wytwarzane w wielkich kadziach stalowych (metodą Charmata, jeśli to kogoś interesuje), a co do tej kadzi wpada, jeden Bóg raczy wiedzieć. Tak, czy owak, na mój amatorski gust wino jest smaczne, cytrusowo świeże, ale też i niepozbawione cukru, przez co łatwo pijalne, a że nie jest szampanem - sami Australijczycy przyznają:

"Forget serious French Champagne, this wine is far from it."

To wino ma cieszyć i służyć zabawie. Chcecie wiedzieć do czego rekomendują je na swojej stronie wyluzowani mieszkańcy Antypodów? Do okularów słonecznych, kapelusza i sporej dawki humoru.

A więc bawmy się!

sobota, 17 listopada 2012

Kolacja z Jacob's Creek.

Nie wiem na ile to pasja i zaangażowanie, a na ile wyuczone frazesy i marketing, ale Chris Morrison był bardzo przekonywujący w tym, co robił. Chris jest sommelierem, pracuje dla Jacob's Creek, a w Warszawie prezentował wina obecne w Polsce od dawna, te, które pojawiły się niedawno i jedno, które wkrótce trafi do sprzedaży. Wszystko to odbywało się w dość kameralnej, przyjacielskiej atmosferze w przemiłych wnętrzach Restauracji Papu w Warszawie.

Chris opowiadał o winach, których jest ambasadorem, a na stół trafiały wymyślne, cudownie przyrządzone potrawy.

Do tatara z łososia z ziarnami prażonego sezamu i kroplą limonki Chris zaproponował popularne u nas wino musujące Jacob's Creek Chardonnay Pinot Noir. Obawiałem się trochę tego wina, ponieważ piłem je kilka razy i zawsze zalatywało delikatnie mokrym kartonem. To, które nam zaserwowano było pozbawione tej wady, co ucieszyło mnie niezmiernie, bo to niedrogie i przyjemne wino, które może być traktowane, jako wino codzienne dla maniaków bąbli. W końcu niewielu jest w naszym kraju ludzi, którzy mogą umilać sobie dni Szampanem.

mat.: www.jacobscreek.com

Filet z bałtyckiego dorsza z groszkiem cukrowym i zielonym bobem został podany z Jacob's Creek Chardonnay Classic - prostym, świeżym winem o cytrusowo-melonowym posmaku, złamanym delikatną nutą wanilii. Do tego dania pasowało w sam raz. 

Linia Classic. Porządne wina codzienne. mat.: www.jacobscreek.com

Do grasicy w panierce z orzechów laskowych wypiliśmy Jacob's Creek Chardonnay Reserve. Potrawa pyszna, wino wspaniałe. Miałem okazję poznać je podczas The Label Project i bardzo się cieszę, że trafiło do sprzedaży w Polsce, ponieważ to naprawdę kawał solidnego wina. Pochodzi z dość chłodnych Wzgórz Adelajdy. Intensywne w nosie i ustach, dość kwasowe - może być ozdobą wielu potraw, choć mi najbardziej smakuje solo. 

Kolejny punkt programu to chyba klasyka, jeśli chodzi o łącznie dań z winami: pieczona kaczka w śliwkowym balsamino i Jacob's Creek Shiraz Cabernet - z linii Classic. Takie wino to pewniak jeśli wybieracie się na imprezę do kogoś, kto wina lubi, choć niekoniecznie jest ich maniakiem. Co prawda mój sąsiad po prawej, autor bloga "Białe nad czerwonym", był odmiennego zdania, ale każdy może się mylić :) Chris twierdzi, że jedynie Australijczycy robią kupaż Shiraz-Cabernet Sauvignon, ale ja nie jestem tego pewien. To znaczy jestem tego pewien, bo o takim winie już kiedyś pisałem.

Kolejna potrawa to filet Mignon z polskiej wołowiny z kryształami z soli lawendowej, do której zaproponowano nam drugie wino z nieco wyższej półki - Jacob's Creek Shiraz Reserve. To wino także poznałem podczas The Label Project - uważam, że jest świetne, ale też jestem przekonany, że lepiej jest pić je samodzielnie, niż z tym posiłkiem (historia podobna do przypadku Chardonnay Reserve).

Dwa wina z linii Reserve. Dla mnie bomba! mat.: www.jacobscreek.com

Na koniec deser: truskawki zapiekane w zabaglione i - to nowość na rynku polskim - Jacob's Creek Moscato Sparkling. I jedno, i drugie - bardzo dobre! Czekam na moment, kiedy wino trafi do sprzedaży, a sam w tym czasie postaram się nauczyć przygotowywania tak pysznego deseru.

Uwaga, uwaga, nowość na naszym rynku!

Dziękuję Kasi Chwalibóg z Pernod Ricard Polska za zaproszenie na kolację z Chrisem Morrisonem, Chrisowi dziękuję za interesujące prelekcje na temat win Jacob's Creek, a pozostałym gościom za przemiłe towarzystwo. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy. Byłbym zaszczycony. Gorące podziękowania dla całej ekipy Restauracji Papu - to niesamowicie klimatyczne miejsce, do którego z przyjemnością będę zaglądał.

ps. Dzisiaj (19.11.2012) uzyskałem pewne wyjaśnienie od Chrisa. Potwierdził on, że Australijczycy nie są jedynymi producentami kupażu Shiraz-Cabernet, ale są pierwszymi producentami, którzy komercyjnie zaczęli wykorzystywać ten rodzaj blendu, inspirując wytwórców w innych krajach.

czwartek, 15 listopada 2012

Barolo z fabryki.

Trudno bronić tezy, że Terredavino Barolo to wino butikowe. Spojrzałem do notatnika, w którym zapisuję gdzie, kiedy i za ile kupiłem wino (takie zboczenie) i odczytałem cenę. A ta była niewysoka - 14,25 € za butelkę. Była to dla mnie niespodzianka, ponieważ wypite wcześniej Barolo z wytwórni Fontanafredda, było droższe (19,99 €) i nie tak smaczne.  Przeliczając na naszą narodową walutę daje to kwotę niecałych 60-ciu złotych i są to pieniądze dobrze wydane. Ładnie pachnące, świeże i smaczne wino z Piemontu wypiłem z dużą przyjemnością i... chcę jeszcze. Jeszcze!


To w zasadzie ostatnie Barolo, jakie miałem w swym składziku win. Zamykam więc etap picia młodych Barolo i Barbaresco, teraz będę skupował młodsze roczniki na przyszłość. Zapewne pojedyncze butelki, bo to jednak dość drogie wina. No chyba, że uda mi się uzyskać jakiś blogerski rabat, wtedy może skrobnę coś wcześniej :)

środa, 14 listopada 2012

Poszukiwacze skarbów.

Chwilowo żaden rejon świata nie pociąga mnie tak bardzo jak Piemont - chciałbym się tam wybrać, więc każdą informację na temat tego włoskiego regionu chłonę jak gąbka wodę. Okazją do pogłębienia wiedzy, nie geograficznej, lecz kulinarnej, było spotkanie w hotelu Le Regina, gdzie piemonccy producenci wędlin, serów i win mogli pokazać to, co mają najlepszego do zaoferowania.

Skarby Piemontu.

Zgromadzone na seminarium towarzystwo nastawione było chyba raczej na wina, odniosłem wrażenie, że opowiadający o serach Marco Ghia nie odnalazł wśród obecnych zbyt wielu pasjonatów włoskiego serowarstwa. Zauważyłem też wyraźne zniechęcenie na jego twarzy zaraz po zakończeniu prelekcji - widać nie ten target.

Marco Ghia robił, co mógł.

A sery, trzeba przyznać, bardzo dobre. Należy docenić starania włoskich producentów, gdyż ich pasja i zaangażowanie, wsparte wielowiekową i wielopokoleniową tradycją zaowocowały naprawdę wspaniałymi produktami. Do serów zaproponowano obecnym wina z najpowszechniej uprawianego w Piemoncie szczepu - Barbera. Wina z Barbery bardzo dobrze komponowały się z serami, niezależnie od ich gatunku, co przyjąłem z zadowoleniem, bo przynajmniej mam jakiś pewnik, jeśli chodzi o łączenie wina z potrawami.

Próbki bardzo dobrych, piemonckich serów

W drugiej części spotkania uczestnicy mogli zapoznać się potrawami przygotowanymi ze składników przywiezionych przez piemonckich gości, a te były naprawdę dobre, choć uważam, że w dziedzinie wędlin i serów Polacy też mają wiele do powiedzenia, z winami z pewnością jest nieco gorzej.

Małe co nieco, by przegryźć sery. Oliwki były olbrzymie i smaczne. Z Apulii.

Jeśli chodzi o Barolo, spróbowałem trzech etykiet. Wszystkie dobre.

A jeśli jesteśmy przy winach, to też trzeba uczciwie przyznać, że trzymały solidny, wysoki poziom. Udało mi się spróbować kilku próbek Barolo i Nebbiolo - nie wszystkich, rotacja przy stoliku z winami była spora, zawartość butelek znikała dość szybko. Zdarzały się przypadki, że znikały całe butelki - jeszcze nieotwarte - wielki sukces małych ludzi, dla których tego typu spotkania są okazją do swoistych polowań. Podobno tak się dzieje na takich imprezach, jest to dla mnie trudne do zaakceptowania, napawa smutkiem, ale chyba muszę się z tym pogodzić. To specyfika spotkań otwartych, na płatnych i siłą rzeczy mniej licznych imprezach z takimi przypadkami się nie spotkałem.

Po powrocie otworzyłem butelkę wina, oczywiście z Piemontu. Było to Barolo z rocznika 2006 od dużego producenta Fontanafredda.

Może nie najlepsze, ale zachęca do poszukiwań.

Grona pochodziły ze wzgórz Langhe, co jest informacją równie ogólnikową jak to, że wino dojrzewało 2 lata w dębowych beczkach i rok w butelkach. Powstał produkt dość solidny, nie powiem, ale bez wyraźnego charakteru. Nie przeczę, być może otworzyłem je za wcześnie. Rocznik 2006 uznawany jest za bardzo dobry, być może wino musi jeszcze poczekać (wg Johnsona do 2014) . Ale równie prawdopodobne jest to, że to po prostu dobry produkt przemysłowy, ale w swej masie pozbawiony indywidualnych cech, których nie nabędzie nawet za 5 czy 10 lat.  

poniedziałek, 12 listopada 2012

Najlepsze wina.


Nagrody Grand Prix Magazynu Wino 2012 rozdane. Ich listę zapewne już znacie, a jeśli nie to możecie znaleźć ją na internetowej stronie Magazynu. Podczas drugiego dnia Gali miałem okazję uczestniczyć w dwóch seminariach. Pierwsze z nich - prowadzone przez Tomasza Prange-Barczyńskiego - poświęcone było winom z węgierskiego Egeru. Drugie zaś - prowadzone przez Ewę Wieleżyńską - dotyczyło wszystkich win, którym w tym roku przyznano medale.

Węgierskich win wypiłem tyle, że do ich policzenia wystarczą mi palce jednej ręki, więc spotkanie z egerskimi trunkami było dla mnie okazją do przyjrzenia się winom z tego nieodległego przecież regionu. Win było osiem, cztery białe i cztery czerwone. Wszystkie, bez wyjątku, bardzo dobre, ale szczególne wrażenie zrobiły na mnie wina białe. Zdecydowanie najlepsze było to, które przywiózł Lajos Gal - Olaszrizling 2007 - nie wiem, czy do kupienia w Polsce, zdaje się, że butelka pochodziła z prywatnych zbiorów Winiarza.

Fajnym winem był również Egri Csillag 2011 od Thummerera. Taki biały Egri Bikaver - kupaż kilku białych odmian. Świeże, aromatyczne wino (przeważają nuty kwiatowe), bardzo przyjemne w piciu. Te białe wina sprawiły, że mam ochotę bliżej poznać winiarstwo węgierskie. A jeśli dodam do tego najlepsze wino słodkie, którym okazał się Tokaj (Bodnar, Aszu 6 Puttonyos) to jest mi po prostu wstyd, że nie zainteresowałem się Węgrami wcześniej.

Oba seminaria były dla mnie ciekawostką o tyle, że... nie piłem win, tylko je wypluwałem. No, wyjątek zrobiłem dla szampanów i win słodkich. To ciekawe doświadczenie i tak naprawdę to chyba jedyna metoda, żeby zapoznać się z winami (dotąd myślałem, że to niemożliwe) w ich masywnej ilości i zachować trzeźwą głowę, by móc je właściwie ocenić i docenić. I tak:

  • Wina czerwone nie zrobiły na mnie większego wrażenia, ale ucieszyłem się z faktu, że te które mi smakowały były raczej niedrogie.
  • Z notorycznie niedocenianych przeze mnie win różowych najbardziej interesującym wydało mi się wino z RPA (Bloss 2011, Sondagskloof, Hermanuspietersfontein) - brązowy medal, ale najwyższa cena, 49,50 zł.
  • Wśród win białych trafiła się prawdziwa bomba - Les Chenevottes 2007, Chassagne-Montrachet 1er Cru, Pierre-Yves Colin Morey - niesamowite wino, najlepsze białe, jakie piłem do tej pory. Gotów jestem wydać te 249 zł, żeby przeżyć to jeszcze raz.
  • No i na koniec wina słodkie. Boję się je kupować, choć nie wiem dlaczego. A wszystkie były świetne, choć dość drogie - od 119 zł do 191 zł za butelkę półlitrową. Zdaje się, że w najbliższym czasie właśnie w tym segmencie będę lokował swoje sympatie i gotówkę.
Podsumowując drugie seminarium mogę powiedzieć to, co dla wszystkich jest pewnie oczywiste. Rankingi są kwestią subiektywną i reakcje na sali degustacyjnej były tego dowodem. Ja sam bym w wielu przypadkach pozamieniał kolejność win w poszczególnych klasyfikacjach. Co więcej, kilku win w ogóle bym nie dopuścił do degustacji (szczególnie Ageno 2007, Emilia, La Stoppa). Jeśli chodzi o rankingi, to najważniejsze są nasze własne. My najlepiej znamy swój gust i to nim powinniśmy się kierować przy zakupach. Inne należy potraktować jako ciekawostkę. 

czwartek, 8 listopada 2012

I po lidlowej skrzynce.

Wracam dziś jeszcze do win z Lidla, ale będzie krótko, bo w zasadzie nie ma o czym pisać.


Zacznijmy od Amarone. Znane wino włoskie za 55,55 zł? Powiedzmy sobie szczerze, wiele wspólnego z Amarone to nie ma, ale... wg. mnie pijalne, przynajmniej ja nie miałem z tym problemu. Moim zdaniem to Amarone smakowało trochę jak... nowoświatowy, prościutki, supermarketowy cabernet sauvignon. Mając 55 zł do wydania można wypuścić się na łowy i zapolować na jakąś zacną butelkę. Na tym poziomie cenowym można dostać niezłe wina i jestem przekonany, że Lidl lepiej wyszedłby na interesach sprzedając za tą cenę uczciwą Valpolicellę Ripasso, niż jakieś szemrane Amarone.


Ostatnią butelkę ze skrzyneczki Lidla zostawiłem na koniec, bo to wino najmniej "oberwało" od innych winopisarzy. Zaraz po otwarciu moje wrażenia odnośnie Saxa Loquuntur były takie sobie. Wydawało mi się zwykłym "kwasiorkiem", ale dzień później było już znacznie lepiej. Nie jest to może wino zachwycające, ale za niewiele ponad 20 zł dostajemy porządny produkt, wino soczyste, owocowe, gładkie, dość kwasowe - ogólnie przyjemne w piciu. Zdecydowanie najlepsze wino z tego zestawu i jedyne, które pasuje do reklamowego hasła Lidla - "mądry wybór". Wybór pozostałych to, niestety, antypody mądrości.

Pierwsze wino ze skrzynki opisywałem tu.



sobota, 3 listopada 2012

Nie taki rycerz straszny...

Na wina z Lidla trzeba patrzeć z przymrużeniem oka. Takie jest przynajmniej moje zdanie. Nie wiem jak to było z promocją francuską, bo jak dotąd żadnego promo-wina nie piłem, ale o innych coś tam mogę powiedzieć. W internecie można było ostatnio poczytać o włosko-hiszpańskiej skrzyneczce z winami, w jakie Lidl zaopatrzył ludzi piszących trochę o winie i wydźwięk tych wypowiedzi był, delikatnie mówiąc, niezbyt przychylny (zwłaszcza dla win włoskich).



Ja zacząłem przyglądać się lidlowym trunkom od Vino Nobile di Montepulciano. Ale zanim wyrażę o nim swoje zdanie kilka cytatów z opisów, które być może już znacie.

Wojciech Bońkowski (Winicjatywa) pisze tak: "Wygląda fatalnie i tak smakuje. Sprzedawanie tego jako Vino Nobile, jednego z najsłynniejszych i najbardziej strukturalnych win w Toskanii, jest skandalem – to wino nie jest warte nawet apelacji Rosso di Montalcino (chociaż to akurat wina Włochów, którzy dają znak DOCG byle sikaczom). Przynajmniej nie ma tu cukru i wanilii, ale to słabe pocieszenie. 22,22 zł – nie warto."

Kuba Jurkiewicz (Czerwone czy białe?) ma podobne odczucia: "... klasyk toskański był dla mnie wręcz karykaturą wspaniałych win z okolic Montepulciano - nieokrzesana kwasowość Sangiovese kąsała w każdy centymetr kwadratowy ust, taniny niewydarzone, owocowość dziwnie stłumiona. Co gorsza z każdym łykiem wina było coraz gorzej i końcówka butelki trafiła do zlewu."

Autor bloga Białe nad Czerwonym opisał rocznik poprzedni, ale przypuszczam, że jego odczucia odnośnie rocznika 2009 są podobne: "Wino cienkie, wodniste, bez żadnego wyrazu, smakuje jak wino stołowe z ambicjami. Porządne Vino Nobile potrafią być ciekawą alternatywą cenową dla oszczędnych miłośników Brunello di Montalcino. Nie dotyczy to niestety Lidlowego Vino Nobile."

DorotaM (wine-travel-food.blogspot.com) pozostaje w podobnym tonie: "Pierwsze wrażenie całkiem pozytywne. Wino ładnie prezentuje się w kieliszku - miły dla oka ciemny odcień czerwieni. Niestety, nos już nieco gorzej - słabo wyczuwalny aromat, ogólny brak wyrazu. W smaku podobnie. Wino charakteryzuje się znaczną kwasowością. Nie odnotowałam też posmaków owocowych. Vino Nobile di Montepulciano nie powinno być oceniane pod kątem wina o statusie DOCG, bo do tego mu  niestety daleko. Jest to raczej dość poprawne wino stołowe, które z prawdziwym vino nobile nie ma zbyt wiele wspólnego."

Opinii o podobnym wydźwięku znalazłoby się jeszcze trochę, wszystkie w zasadzie zniechęcające. Otwierając swoją butelkę wiedziałem, że cudów oczekiwać nie mogę. Postanowiłem jednak nie patrzeć na to wino pod kątem słynnej apelacji, ponieważ Vino Nobile piłem chyba tylko raz, podczas wakacji na Sardynii, więc skala porównawcza jest zbyt mała. Zapomnijmy więc o apelacji, o której klienci Lidla raczej i tak nie mają pojęcia. Na to wino trzeba spojrzeć przez pryzmat ceny. O Barolo z Lidla też się mówiło, że nie jest to Barolo, ale jak na wino za 30 zł to było całkiem przyzwoite. Daleki (nawet bardzo) jestem od wychwalania Vino Nobile z Lidla, ale nie uważam, że smakuje fatalnie, nie wydaje mi się przesadnie wodniste i nie rani podniebienia tak bardzo, by wylewać je do zlewu. Moim zdaniem można je bez bólu wypić.

Gdyby etykieta mówiła, że jest to proste włoskie wino stołowe nikt by pewnie nie miał pretensji. Moim zdaniem, do przysłowiowego kotleta podczas obiadu u cioci nadaje się znakomicie. Na miano słynnej apelacji pewnie nie zasługuje, ale rycerzyk z uniesionym mieczem popylający na koniu mógłby się cioci spodobać.

piątek, 2 listopada 2012

Malbec i ja.

Czytelnicy mojego bloga doskonale wiedzą, że mam słabość do malbeków. Sam sobie się dziwię, że tak mało o nich piszę. Przyczyna tego stanu rzeczy jest co prawda zdiagnozowana - głowa jest jedna, wątroba też, a flaszek czekających w kolejce bez liku, wina robi się nie tylko z malbeka. Kiedy otrzymałem w prezencie wino z tego szczepu, szczerze się ucieszyłem, z przyjemnością wypiłem, a z tej mojej radości czytelnikom niech pozostanie przynajmniej ta notka.



Trunek, o którym mowa to Vina Santa Maria Malbec 2010. Wina ze słowem "Santa" zawsze wywołują szyderczy uśmieszek na mej twarzy, podchodzę do nich (być może niesłusznie) z rezerwą. Tak jakby ktoś naprędce tworzył markę i nie bardzo przyłożył się do wymyślenia porządnej nazwy. Vina Santa Maria to jednak winnica z pewną już historią, została założona w 1941 roku, potem była sukcesywnie rozwijana i rozbudowywana. Od roku 2000 produkuję się tu też wina z linii "Reserve", które przed zabutelkowaniem dojrzewają w beczkach.

Wino, którym zostałem obdarowany pochodzi z prostszej linii "Varietal Wines" i najprawdopodobniej z beczką nie miało nic wspólnego. To dobra wiadomość dla tych, którym ta mityczna już beczka szczególnie przeszkadza. Dla jasności dodam, że mi akurat nie przeszkadza.

No i co my tu mamy. Jest niezła koncentracja, sporo garbników i intensywne aromaty ciemnych owoców i korzennych przypraw. Daje o sobie znać wyraźna, żywa kwasowość - myślę, że to wino warto przegryźć jakimś porządnym, pieczonym mięsiwem. Etykieta informuje o 13,5% alkoholu, ale nos sugeruje, że jest go znacznie więcej. Czy to dobrze, czy źle przeczytacie w post scriptum. Ja akurat za alkoholowymi aromatami nie przepadam, ale dodam od razu, że w tym winie miałem z nimi problem tylko na samym początku. Z czasem woń alkoholu traci swą intensywność i zostaje samo dobre :)


Malbeki, choć to szczep na wskroś francuski, nieodłącznie kojarzę z Argentyną. A jak Argentyna to stek z wołowiny, też oczywiście argentyńskiej. Nie wiem czy lubicie Bourdaina, ale ja uwielbiam jego program "Bez rezerwacji". Odcinek kręcony w Argentynie to chyba mój ulubiony i powinien być ulubionym dla wszystkich, którzy kochają steki wołowe pochodzące z tego kraju. Spójrzcie na zdjęcie poniżej. Czyż nie tak powinien wyglądać raj.

http://www.flickr.com/photos/ifixit/2554441004/

Wołowy stek popity takim wyrazistym, kwasowym malbekiem to coś, co naprawdę jest w stanie wprawić mnie w stan pozytywnej euforii. I takiej właśnie euforii życzę też czytelnikom mojego bloga.

Wino do degustacji dostałem z Salonu Win i Alkoholi - importera Vina Santa Maria


post criptum

Przychodzi para do sklepu z winami, wyraźnie spóźnieni, szukają czegoś na imprezę.

ON: Weźmy coś czerwonego, co wszystkim smakuje. Może Carlo Rossi.
ONA: Zwariowałeś?

Spojrzałem w ich kierunku, dziewczyna widać już wie, że Carlo Rossi nie jest winem wybitnym.

ON: No co?
ONA: Zobacz ile ma procent. Tylko 9,5. Widzisz, jak oszukują?

Odwróciłem głowę, ta para przestała mnie interesować.