piątek, 13 listopada 2009

Łosoś w duszonych pomidorach.

















Tym razem podróż kulinarna, w którą zabrała mnie moja żona. Wczoraj udało nam się kupić ładne płaty łososia, a dziś książkę Mirka Drewniaka "Gotowanie na parze", w której znaleźliśmy wspaniały przepis na beztłuszczowe, zdrowe przygotowanie wspomnianej ryby. Podaję przepis znaleziony w książce , który zilustrowałem własnymi fotografiami. W ten sposób chciałbym podziękować mojej żonie oraz p. Drewniakowi za wspaniałe doznania jakich doświadczyło dziś moje podniebienie.

SKŁADNIKI:

6 kawałków filetu z łososia po 20 dag
pół pęczka kopru
1 cytryna
1 cebula
3 pomidory
5 gałązek bazylii
sól

SPOSÓB PRZYRZĄDZENIA:

Filety dokładnie oczyścić z resztek ości. Z soli, posiekanego koperku i soku z cytryny przyrządzić marynatę, zalać rybę i odstawić na 2 godziny. Cebulę i pomidory pokroić w kostkę, włożyć do miski, dodać posiekaną bazylię, doprawić solą i pieprzem, wymieszać.
W garnku zagotować 2 szklanki wody. Warzywa ułożyć w głębokim sicie i umieścić nad wrzątkiem, gotować na parze ok. 15 minut, po czym ułożyć na warzywach kawałki łososia. Parować jeszcze ok. 15 minut. Kawałki łososia wyłożyć na ogrzany półmisek, warzywa zmiksować i podawać do ryby jako sos.

Smacznego!





środa, 11 listopada 2009

Podróż do Chile.












Dziś kolejna wycieczka w świat win. Moim biurem podróży od pewnego czasu jest ursynowski sklep Winestory, który w ramach swojej akademii pozwala poznać uroki win z różnych stron świata. Tym razem padło na Chile i szczep, który jest wizytówką tego kraju, czyli carmenere. Do połowy XIX w. szczep ten był bardzo powszechny w Bordeaux, gdzie wraz z Cabernet Franc współtworzył wielką markę win bordoskich. Niestety, filoksera wyniszczyła w XIX w. francuskie winnice, nie szczędząc przy tym carmenere (znany również jako grand vidure). Na szczęście szczep carmenere trafił wcześniej wraz z kolonizatorami do Nowego Świata i tutaj przetrwał szczęśliwie po dziś dzień, choć przez długi czas był mylony z merlotem. Badania DNA rozwiały jednak wszelkie wątpliwości a carmenere znalazło swoje miejsce wśród chilijskich win, jego udział w uprawach to ok. 7%.

W czasie spotkania spróbowałem pięciu różnych win. Nie będę w tej chwili opisywał wrażeń, jakie towarzyszyły mi podczas degustacji tego wina. W zamian zacytuję ich opis z ulotki otrzymanej w sklepie.

  • Inspira Carmenere. Skład: carmenere; pochodzenie: Maipo Valley, Chile. “Łagodne wytrawne wino o intensywnym rubinowo-czerwonym kolorze i wyjątkowej klarowności. Dominują silne aromaty czekolady i świeżych owoców. W smaku wyraźnie wyczuwalne harmonijne połączenie karmelu, owoców i tanin. Idealne do lekkich mięs, drobiu i makaronów.”
  • Arte Noble Merlot. Skład: merlot; pochodzenie: Curico Valley, Chile. “Wino o głębokim czerwonym kolorze z fioletowymi refleksami, aromacie czarnych leśnych owoców, tytoniu oraz przypraw. W smaku wyraźnie wyczuwalne świeże owoce pestkowe, czekolada i przyprawy. Polecane do wszelkiego rodzaju potraw mięsnych, past i drobiu.”
  • Chocalan Carmenere Seleccion. Skład: carmenere; pochodzenie Maipo Valley, Chile. “Wino oferuje czerwono-purpurową barwę, aromaty dojrzałych owoców i przypraw. W ustach harmonijne, z delikatnymi dojrzałymi taninami. Podawać do czerwonych mięs, drobiu w ciemnych sosach i makaronów z mięsem.”
  • Chocalan Carmenere Reserva. Skład: carmenere; pochodzenie Maipo Valley, Chile. “Kawał potężnego wina, prawdziwa bomba owocowa. W parze z silnymi aromatami idzie zdecydowany smak. Taniny są pełne, choć wyłagodzone, zaś delikatnie słodki finisz zjednuje podniebienie. Podajemy do czerwonych mięs, pasztetów.”
  • Casa Silva Gran Reserva Carmenere. Skład: carmenere; pochodzenie Colchagua Valley, Chile. “Głęboka rubinowa barwa, aromaty czekolady, czarnych owoców, toffi i kakao. W ustach potężne i krągłe, przyjemne słodkie taniny, długi satysfakcjonujący koniec. Podawać do czerwonych mięs.

Miłym urozmaiceniem tych winnych spotkań są małe konkursy, w których można wygrać butelkę ulubionego trunku. Udało mi się drugi raz z rzędu, z czego bardzo się cieszę, tym bardziej, że przygotowałem się z carmenere, a pytanie dotyczyło szczepu charakterystycznego dla Urugwaju. Nagrodą było wino włoskie Bardolino (Monte Del Fra). Moim wyborem spośród prezentowanych win, była butelka Chocolan Carmenere Reserva. Oprócz tego swoją kolekcję wzbogaciłem (przynajmniej na chwilę) o wino Montes Pinot Noir Limited Selection.

piątek, 6 listopada 2009

Woda w plecaku.


















Jeden z pierwszych wpisów na tym blogu zatytułowany „Faceci kochają gadżety” opublikowałem 23 maja. Wyraziłem w nim fascynację nowoczesną techniką pozwalającą na pozostawanie w kontakcie z bliskimi i znajomymi. Netbook, cyfrówka, GPS, mobilny Internet.

Na końcu tego wpisu napisałem żartobliwie, że to wszystko jest, owszem, fajne ale cały ten sprzęt trzeba ze sobą nosić i to już takie przyjemne nie jest.

Minęło zaledwie pół roku i na rynku pojawiło się coś, co rozwiązuje wyżej opisany problem. To oczywiście nowy gadżet, który światu udostępniła fińska Nokia, a który oznaczony jest symbolem N900. Cóż to takiego? Supernowoczesny komunikator, który łączy w sobie wszystkie te wyżej opisane urządzenia. Mieszcząc się w kieszeni uwalnia przestrzeń w plecaku robiąc tym samym miejsce dla wody. W małym urządzeniu znajdziemy dosłownie wszystko. Wyposażony w klawiaturę QWERTY, wi-fi i szybki Internet przez sieć komórkową pełni rolę netbook’a. Duży ekran o bardzo wysokiej, jak na telefon, rozdzielczości pozwala na całkiem swobodne „buszowanie” po Internecie. Wbudowany aparat fotograficzny z obiektywem firmy Carl Zeiss pozwala rejestrować zdjęcia o przyzwoitej jakości, którymi możemy momentalnie podzielić się z rodziną i znajomymi za pomocą serwisów społecznościowych. GPS też znalazł się w tym urządzeniu, wbudowane mapy pozwalają używać komunikatora jako nawigacji satelitarnej, zdjęcia naturalnie opatrzone są geotagiem, co pozwala na szybkie zlokalizowanie miejsca, w którym powstała fotografia. Telefon pracuje na MAEMO, specjalnej dystrybucji linuksa opracowanej dla tego urządzenia, co gwarantuje prawdziwą wielozadaniowość i w odróżnieniu od mojego dotychczasowego ulubieńca, jakim jest iPod Touch, pozwala na pracę kilku aplikacji jednocześnie.

Jestem gadżeciarzem - to już wiecie - nie mogłem więc pozostać obojętnym wobec tego urządzenia. Pierwszy raz w życiu zamówiłem coś w ciemno, coś czego jeszcze nie można kupić i co daje mi gwarancję, że będę jednym z pierwszych w Polsce użytkowników tego telefonu. Mam nadzieję, że się nie zawiodę. Ale o tym na pewno was poinformuję :)
Posted by Picasa

czwartek, 5 listopada 2009

Zapiski na skrawku papieru





















foto: www.nationalgeographic.pl

Wczoraj kupiłem sobie terminarz National Geographic na 2010 rok. Co roku, mniej więcej o tej samej porze ulegam konsumpcyjnej pokusie zakupu kalendarza. Zobowiązuję się w duchu, że będę wypełniał go codziennie aby wspomóc swoją pamięć w przywracaniu wspomnień sprzed kilkunastu a może nawet i kilkudziesięciu lat. Nie zawsze mi się to udaje a w zasadzie nigdy. Ale gdy dziś odnalazłem terminarzo-notatnik z 2003 roku i ujrzałem wpis (jeden z bardzo nielicznych) z przyczepionym do niego zdjęciem ilustrującym jakąś tam historyjkę, to pomyślałem, że ma to naprawdę sens. Nie była to żadna wielka rzecz, wręcz przeciwnie, coś bardzo nieistotnego, ulotnego, od dawna przez to nieistniejącego w mojej głowie. Ale z takich drobnostek składa się nasze życie, czasem warto przypomnieć sobie jakiś jego fragmencik.

Być może teraz, kiedy kończy się pierwsza dekada XXI wieku, wpisywanie czegokolwiek do notesu wydaje się bezsensowne, wszak do zapisywania wspomnień, w dodatku ze zdjęciami doskonale nadają się blogi. I owszem, notuję w nich swoje myśli i wspomnienia, jestem z tego zadowolony i cieszę się, że uczestniczę w tym nowym, elektronicznym “pisarstwie”. Mam też jednak świadomość, że nie zastąpi to staroświeckiego, dobrego notatnika. Dotykanie klawiatury to nie to samo, co trzymanie pióra (albo mojego ulubionego ołówka). Klikanie w poszczególne wpisy nie zastąpi przerzucania kartek. W dodatku notes można przejrzeć nawet przy świeczce, kiedy elektrownia odcinając prąd “uśmierci” naszego bloga.

Za rok, o tej samej porze, też kupię sobie terminarz. Ciekaw jestem, gdzie będzie więcej wpisów. Na kartkach papieru, czy na internetowych stronach.