sobota, 23 maja 2009

Faceci kochają gadżety

Muszę się wam do czegoś przyznać, choć wyznanie to z pewnością nie będzie ani sensacyjne, ani specjalnie oryginalne. Jestem gadżeciarzem. Zero zaskoczenia, co? Faceci, którzy czytają tego bloga mogą to samo powiedzieć o sobie a zaglądające tu kobiety - o swoich facetach.

Ale kocham gadżety i nic na to nie poradzę. Spójrzcie tylko na to zdjęcie. Siedzę sobie na plaży, rozkoszuję się słoneczną, choć wietrzną pogodą i wyciągam z plecaka netbooka. Po co mi netbook na plaży? Ano po to, żeby pisać tego bloga. Mogę pisać go też w domu, ale to już nie będzie takie szałowe. Gdzie jest ta plaża? Powiem wam dokładnie, w tym czerwonym plecaku mam jeszcze PDA z wbudowanym odbiornikiem GPS. Sprawdzam: - 54° 19' 35" N, 19° 06' 44" E i wszystko jasne. To Stegna - spora wieś nad Zatoką Gdańską, na Żuławach Wiślanych, w rejonie Mierzei Wiślanej. Jestem taki mądry, bo mam Internet (bezprzewodowy, no raczej!) i sprawdziłem to w Wikipedii. Co więcej obejrzałem okolicę w Google Maps. Jakiż to fajny gadżet! Tak fajny, że mam go w komputerze, w PDA a nawet w komórce - nieźle, co? Zamykam GPS w PDA, w zamian otwieram Twittera i już wszyscy moi znajomi (a raczej ci, którzy tego chcą) wiedzą, gdzie jestem i co robię. Na potrzeby bloga wyciągam aparat - wiecie, taki mały cyfrowy gadżet - i proszę żonę, aby zrobiła mi zdjęcie. Pstryk i już jest. Z plecaka wyciągam czytnik, przekładam kartę i już po chwili zdjęcie jest w komputerze, w blogu. Skomunikowałem się ze światem, świat poznał miejsce mojego pobytu, czas ruszać do baru, ale tylko do tego, gdzie jest wi-fi. W oczekiwaniu na smażoną rybę i piwo, mogę na iPodzie posłuchać muzyki i poczatować ze znajomymi za pomocą Skype’a. Co za gadżet!

Fajnie jest mieć wolny dzień, wyjechać gdzieś daleko, trochę odpocząć, nacieszyć się widokami i przyrodą.

Ale wiecie co? Wcale nie odpocząłem tego dnia. Wszystko przez ten piasek. Bo to naprawdę niełatwe jest tak sobie po nim iść, gdy na ramionach wisi cholernie ciężki, wypełniony po brzegi gadżetami plecak, do którego nie zmieściła się nawet butelka wody…

czwartek, 14 maja 2009

Bo babcia największym przyjacielem jest....

Tak to już jest, że rodzina wymaga pewnych poświęceń. Kiedy braliśmy ślub z moją żoną ustaliliśmy, że każde z nas na swój sposób będzie miało wolną rękę. Chodziło mniej więcej o to, że jeżeli któreś z nas będzie chciało się spotkać w gronie własnych przyjaciół, czy nawet odpocząć od siebie przez kilka dni, to drugie nie będzie miało nic przeciwko temu. Ustalenia ustaleniami a życie swoje. Robienie czegoś "poza rodziną" rodzi dyskomfort psychiczny, więc się tego unika, bo święty spokój liczy się ponad wszystko. Wybawieniem jest instytucja babci, która kocha swoje dzieci, ale wnuki trzy razy bardziej. Babcia sugeruje, że wypoczynek z dzieckiem to nie wypoczynek, robi wszystko by zagarnąć wnuki dla siebie. Naturalny protest, na początku nawet silny, słabnie z każdą minutą zmuszając nas do kapitulacji - kapitulacji, której poddajemy się chętnie, bez cienia wstydu i poczucia przegranej. Babcia cieszy się wnukiem, dziecko ma wspaniałego i wyrozumiałego kompana zabawy a rodzice cieszą się sobą. Niech żyje Babcia - nawet jeśli jest teściową.

I tak oto można pójść z żoną do kina, albo wyjechać na krótki urlop, aby przypomnieć sobie jak to było fajnie w tych czasach, kiedy obrączki leżały u jubilera.

poniedziałek, 11 maja 2009

Początek


No i zaczęło się, każdy może pisać bloga, będę pisał i ja. O ile wystarczy mi zapału i wytrwałości, bo lenia w sobie wychowałem sporego… Tematy pewnie przyniesie życie, zdjęcia zrobię ja (bo lubię).

A plan jest taki: najpierw będzie cokolwiek, potem coś z podtekstem, potem może uda mi się dodać coś mądrego. Potem ktoś to przeczyta i będzie chciał wydać “dzieła zebrane”, które rozejdą się w nakładzie milionów egzemplarzy, ja zarobię kupę pieniędzy i popijając kawę będę pisał bloga ciesząc się słońcem znikającym w bezkresnym oceanie.

Dobranoc.
Posted by Picasa