piątek, 13 listopada 2009

Łosoś w duszonych pomidorach.

















Tym razem podróż kulinarna, w którą zabrała mnie moja żona. Wczoraj udało nam się kupić ładne płaty łososia, a dziś książkę Mirka Drewniaka "Gotowanie na parze", w której znaleźliśmy wspaniały przepis na beztłuszczowe, zdrowe przygotowanie wspomnianej ryby. Podaję przepis znaleziony w książce , który zilustrowałem własnymi fotografiami. W ten sposób chciałbym podziękować mojej żonie oraz p. Drewniakowi za wspaniałe doznania jakich doświadczyło dziś moje podniebienie.

SKŁADNIKI:

6 kawałków filetu z łososia po 20 dag
pół pęczka kopru
1 cytryna
1 cebula
3 pomidory
5 gałązek bazylii
sól

SPOSÓB PRZYRZĄDZENIA:

Filety dokładnie oczyścić z resztek ości. Z soli, posiekanego koperku i soku z cytryny przyrządzić marynatę, zalać rybę i odstawić na 2 godziny. Cebulę i pomidory pokroić w kostkę, włożyć do miski, dodać posiekaną bazylię, doprawić solą i pieprzem, wymieszać.
W garnku zagotować 2 szklanki wody. Warzywa ułożyć w głębokim sicie i umieścić nad wrzątkiem, gotować na parze ok. 15 minut, po czym ułożyć na warzywach kawałki łososia. Parować jeszcze ok. 15 minut. Kawałki łososia wyłożyć na ogrzany półmisek, warzywa zmiksować i podawać do ryby jako sos.

Smacznego!





środa, 11 listopada 2009

Podróż do Chile.












Dziś kolejna wycieczka w świat win. Moim biurem podróży od pewnego czasu jest ursynowski sklep Winestory, który w ramach swojej akademii pozwala poznać uroki win z różnych stron świata. Tym razem padło na Chile i szczep, który jest wizytówką tego kraju, czyli carmenere. Do połowy XIX w. szczep ten był bardzo powszechny w Bordeaux, gdzie wraz z Cabernet Franc współtworzył wielką markę win bordoskich. Niestety, filoksera wyniszczyła w XIX w. francuskie winnice, nie szczędząc przy tym carmenere (znany również jako grand vidure). Na szczęście szczep carmenere trafił wcześniej wraz z kolonizatorami do Nowego Świata i tutaj przetrwał szczęśliwie po dziś dzień, choć przez długi czas był mylony z merlotem. Badania DNA rozwiały jednak wszelkie wątpliwości a carmenere znalazło swoje miejsce wśród chilijskich win, jego udział w uprawach to ok. 7%.

W czasie spotkania spróbowałem pięciu różnych win. Nie będę w tej chwili opisywał wrażeń, jakie towarzyszyły mi podczas degustacji tego wina. W zamian zacytuję ich opis z ulotki otrzymanej w sklepie.

  • Inspira Carmenere. Skład: carmenere; pochodzenie: Maipo Valley, Chile. “Łagodne wytrawne wino o intensywnym rubinowo-czerwonym kolorze i wyjątkowej klarowności. Dominują silne aromaty czekolady i świeżych owoców. W smaku wyraźnie wyczuwalne harmonijne połączenie karmelu, owoców i tanin. Idealne do lekkich mięs, drobiu i makaronów.”
  • Arte Noble Merlot. Skład: merlot; pochodzenie: Curico Valley, Chile. “Wino o głębokim czerwonym kolorze z fioletowymi refleksami, aromacie czarnych leśnych owoców, tytoniu oraz przypraw. W smaku wyraźnie wyczuwalne świeże owoce pestkowe, czekolada i przyprawy. Polecane do wszelkiego rodzaju potraw mięsnych, past i drobiu.”
  • Chocalan Carmenere Seleccion. Skład: carmenere; pochodzenie Maipo Valley, Chile. “Wino oferuje czerwono-purpurową barwę, aromaty dojrzałych owoców i przypraw. W ustach harmonijne, z delikatnymi dojrzałymi taninami. Podawać do czerwonych mięs, drobiu w ciemnych sosach i makaronów z mięsem.”
  • Chocalan Carmenere Reserva. Skład: carmenere; pochodzenie Maipo Valley, Chile. “Kawał potężnego wina, prawdziwa bomba owocowa. W parze z silnymi aromatami idzie zdecydowany smak. Taniny są pełne, choć wyłagodzone, zaś delikatnie słodki finisz zjednuje podniebienie. Podajemy do czerwonych mięs, pasztetów.”
  • Casa Silva Gran Reserva Carmenere. Skład: carmenere; pochodzenie Colchagua Valley, Chile. “Głęboka rubinowa barwa, aromaty czekolady, czarnych owoców, toffi i kakao. W ustach potężne i krągłe, przyjemne słodkie taniny, długi satysfakcjonujący koniec. Podawać do czerwonych mięs.

Miłym urozmaiceniem tych winnych spotkań są małe konkursy, w których można wygrać butelkę ulubionego trunku. Udało mi się drugi raz z rzędu, z czego bardzo się cieszę, tym bardziej, że przygotowałem się z carmenere, a pytanie dotyczyło szczepu charakterystycznego dla Urugwaju. Nagrodą było wino włoskie Bardolino (Monte Del Fra). Moim wyborem spośród prezentowanych win, była butelka Chocolan Carmenere Reserva. Oprócz tego swoją kolekcję wzbogaciłem (przynajmniej na chwilę) o wino Montes Pinot Noir Limited Selection.

piątek, 6 listopada 2009

Woda w plecaku.


















Jeden z pierwszych wpisów na tym blogu zatytułowany „Faceci kochają gadżety” opublikowałem 23 maja. Wyraziłem w nim fascynację nowoczesną techniką pozwalającą na pozostawanie w kontakcie z bliskimi i znajomymi. Netbook, cyfrówka, GPS, mobilny Internet.

Na końcu tego wpisu napisałem żartobliwie, że to wszystko jest, owszem, fajne ale cały ten sprzęt trzeba ze sobą nosić i to już takie przyjemne nie jest.

Minęło zaledwie pół roku i na rynku pojawiło się coś, co rozwiązuje wyżej opisany problem. To oczywiście nowy gadżet, który światu udostępniła fińska Nokia, a który oznaczony jest symbolem N900. Cóż to takiego? Supernowoczesny komunikator, który łączy w sobie wszystkie te wyżej opisane urządzenia. Mieszcząc się w kieszeni uwalnia przestrzeń w plecaku robiąc tym samym miejsce dla wody. W małym urządzeniu znajdziemy dosłownie wszystko. Wyposażony w klawiaturę QWERTY, wi-fi i szybki Internet przez sieć komórkową pełni rolę netbook’a. Duży ekran o bardzo wysokiej, jak na telefon, rozdzielczości pozwala na całkiem swobodne „buszowanie” po Internecie. Wbudowany aparat fotograficzny z obiektywem firmy Carl Zeiss pozwala rejestrować zdjęcia o przyzwoitej jakości, którymi możemy momentalnie podzielić się z rodziną i znajomymi za pomocą serwisów społecznościowych. GPS też znalazł się w tym urządzeniu, wbudowane mapy pozwalają używać komunikatora jako nawigacji satelitarnej, zdjęcia naturalnie opatrzone są geotagiem, co pozwala na szybkie zlokalizowanie miejsca, w którym powstała fotografia. Telefon pracuje na MAEMO, specjalnej dystrybucji linuksa opracowanej dla tego urządzenia, co gwarantuje prawdziwą wielozadaniowość i w odróżnieniu od mojego dotychczasowego ulubieńca, jakim jest iPod Touch, pozwala na pracę kilku aplikacji jednocześnie.

Jestem gadżeciarzem - to już wiecie - nie mogłem więc pozostać obojętnym wobec tego urządzenia. Pierwszy raz w życiu zamówiłem coś w ciemno, coś czego jeszcze nie można kupić i co daje mi gwarancję, że będę jednym z pierwszych w Polsce użytkowników tego telefonu. Mam nadzieję, że się nie zawiodę. Ale o tym na pewno was poinformuję :)
Posted by Picasa

czwartek, 5 listopada 2009

Zapiski na skrawku papieru





















foto: www.nationalgeographic.pl

Wczoraj kupiłem sobie terminarz National Geographic na 2010 rok. Co roku, mniej więcej o tej samej porze ulegam konsumpcyjnej pokusie zakupu kalendarza. Zobowiązuję się w duchu, że będę wypełniał go codziennie aby wspomóc swoją pamięć w przywracaniu wspomnień sprzed kilkunastu a może nawet i kilkudziesięciu lat. Nie zawsze mi się to udaje a w zasadzie nigdy. Ale gdy dziś odnalazłem terminarzo-notatnik z 2003 roku i ujrzałem wpis (jeden z bardzo nielicznych) z przyczepionym do niego zdjęciem ilustrującym jakąś tam historyjkę, to pomyślałem, że ma to naprawdę sens. Nie była to żadna wielka rzecz, wręcz przeciwnie, coś bardzo nieistotnego, ulotnego, od dawna przez to nieistniejącego w mojej głowie. Ale z takich drobnostek składa się nasze życie, czasem warto przypomnieć sobie jakiś jego fragmencik.

Być może teraz, kiedy kończy się pierwsza dekada XXI wieku, wpisywanie czegokolwiek do notesu wydaje się bezsensowne, wszak do zapisywania wspomnień, w dodatku ze zdjęciami doskonale nadają się blogi. I owszem, notuję w nich swoje myśli i wspomnienia, jestem z tego zadowolony i cieszę się, że uczestniczę w tym nowym, elektronicznym “pisarstwie”. Mam też jednak świadomość, że nie zastąpi to staroświeckiego, dobrego notatnika. Dotykanie klawiatury to nie to samo, co trzymanie pióra (albo mojego ulubionego ołówka). Klikanie w poszczególne wpisy nie zastąpi przerzucania kartek. W dodatku notes można przejrzeć nawet przy świeczce, kiedy elektrownia odcinając prąd “uśmierci” naszego bloga.

Za rok, o tej samej porze, też kupię sobie terminarz. Ciekaw jestem, gdzie będzie więcej wpisów. Na kartkach papieru, czy na internetowych stronach.

czwartek, 15 października 2009

Przyznaję się do wina.























Dziś parę słów o mojej dość krótkiej jeszcze podróży w świat win, ale długiej na tyle, żeby stwierdzić, że mi się podoba. Nigdy nie przepadałem za winem, w zasadzie wiedziałem tylko tyle, że jest słodkie albo wytrawne, że może być białe lub czerwone. Byłem przekonany, że różowe to mieszanka białego z czerwonym…


Wolałem piwo, ale to co się dzieje na rynku piwa w Polsce to prawdziwa tragedia. Przemysł, przemysł, przemysł - piwa bardzo do siebie podobne i już nie tak dobre jak kiedyś. Nie jest to moje odosobnione wrażenie, polecam lekturę mini-felietonu na ten temat.

Po piwie było whisky i nadal jest, ale o tym może innym razem.

Tak było kiedyś, dziś bawię się w odkrywanie wina, próbuję się go trochę nauczyć, jakoś zrozumieć. A że nauka wina to głównie empiria (choć poznać teorię jednak należy), więc przeprowadzam doświadczenia, efektem których  jest szersza wiedza, lepszy nastrój i chudszy portfel. Jednak już lektura “tasting notes”  wywoływała u mnie ból głowy (lektura a nie wino) i stres, bo nijak nie była zbieżna z moim odbiorem “rozpracowywanych” win. Szybko zdałem sobie sprawę, że żeby wyczuć jakiś zapach, trzeba wiedzieć jaki on jest. Naukę wina należy według mnie rozpocząć od poznania zapachów. No więc wącham - maliny, wiśnie, czereśnie, śliwki, czekoladę i wanilię, grzyby i konfitury nawet masło i miętę. Bo podobno można wyczuć w winie takie aromaty. Celowo piszę “podobno”, bo ja ich jeszcze nie potrafię rozpoznać. No nie umiem i już. Zastanawiałem się, dlaczego? Co wpływa na stępienie tego zmysłu? Czuję, choć nie wiem tego na pewno, że jest to kwestia odżywiania się i doboru właściwych potraw. Mam wrażenie, że wszechobecna w produktach spożywczych “chemia” psuje nam zmysł powonienia, może dlatego, że w niemal każdym produkcie są wzmacniacze zapachów i smaku. Organizm na tyle się do nich przyzwyczaił, że nie potrafi wyczuwać naturalnych aromatów owoców i warzyw. Może warto zmodyfikować nieco przyzwyczajenia kulinarne, ograniczyć pitą w nadmiarze kawę, zmniejszyć mięsne racje by móc cieszyć się smakiem i aromatem wina.

Być może, ale jedno jest pewne -  trzeba ten trunek po prostu degustować, regularnie lecz z umiarem, każdy łyk smakować z refleksją. Może wtedy wino się odwdzięczy i w świadomości pozostanie boską ambrozją.

poniedziałek, 7 września 2009

Air Show 2009


Białoruscy piloci po katastrofie, w której zginęli ich koledzy.

Na radomskie pokazy lotnicze czekałem od dawna, na ostatnich jakie oglądałem byłem 6 lat temu. Przed czterema laty urodziła się Lena i siłą rzeczy nie pojechaliśmy do Radomia, dziecko było zbyt małe. Nie pamiętam dlaczego nie pojechałem na pokazy 2 lata temu (czyżbym pracował?), ale nie żałowałem specjalnie, zwłaszcza ze doszło wtedy do tragicznego wypadku, którego z pewnością nie chciałbym oglądać na własne oczy.

W tym roku zaplanowałem wyjazd ze sporym wyprzedzeniem, zapakowałem plecak sprzętem fotograficznym i wyposażony w karty pamięci o łącznej pojemności ponad 20 GB pojechałem z wyraźną potrzebą ich zapełnienia.

Już po 4 GB na pokazach stało się to, co się stało. Wszyscy wiemy, że podczas imprezy doszło do kolejnej katastrofy samolotu, rozbił się doskonały SU-27, zginęło dwóch doświadczonych pilotów. Wydarzenie tragiczne, wstrząsające, to prawda, ale w zasadzie nie o nim chcę tu napisać, napisano na ten temat już wiele. Okazuje się, że “fachowców” od lotnictwa w Polsce nie brakuje, co widać w komentarzach do każdej informacji poświęconej tej katastrofie.

Chciałem napisać kilka słów na temat atmosfery pokazów i samej ich organizacji. Na lotnisku pojawiłem się w niedzielę ok. 10.00, o dziwo bez stania w kolejce po bilety, co zdziwiło mnie tym bardziej, że teren pokazów był już mocno wypełniony amatorami lotnictwa, a mniej więcej pół godziny później kolejki osiągały długość nawet kilkuset metrów. Nieco mniejsze kolejki ustawiły się do przenośnych toalet o charakterystycznej i doskonale znanej niebieskiej barwie. Ciekawostką wartą odnotowania było to, że stojący na końcu kolejki dzierżyli w dłoniach kubki pełne piwa, którego ubywało w tempie uzależnionym od aktualnej długości kolejki do wychodka. Od razu odniosłem wrażenie, że pokazy latających maszyn nie zajmują pierwszego miejsca na liście atrakcji oferowanych podczas pikniku. Wzrok przebywających na terenie lotniska gapiów skierowany był raczej na cenniki przyczepione w punktach sprzedaży piwa i przypalonych na grillu kawałków karkówki i kiełbas, cieszących się równym powodzeniem co “wojskowa” grochówka i “swojski” bigos. Posiłki były spożywane dość szybko i głównie na stojąco, po czym miłośnicy tego typu fast-foodów udawali się ponownie (właśnie z piwem w ręku) w kierunku tych małych, niezwykle popularnych budek. W tym miejscu może wtrącę apel do organizatorów, by na kolejnych pokazach mniej środków przeznaczyli na sprowadzenie ciekawych samolotów i niesamowitych grup akrobacyjnych, więcej zaś na zorganizowanie odpowiedniej ilości toalet, co w konsekwencji przyczyniłoby się do zwiększenia oglądalności pokazów właściwych. Gawiedź najedzona i upojona już na samym początku imprezy pokładała się na trawce, co bardziej zapobiegliwi przynieśli ze sobą koce. Słońce operowało dość mocno i (można się było tego spodziewać) przyczyniło się do senności części widzów, zwłaszcza tych, którzy zdążyli zaliczyć już po kilka kolejek każdego rodzaju. Niektórych sen zmorzył na tyle mocno, że o katastrofie samolotu dowiedzieli się dopiero kilka godzin po fakcie.

Tragedia, która wydarzyła się w Radomiu, w pełni ukazała hipokryzję organizatorów, którzy tak długo nie ogłaszali publiczności informacji o przerwaniu pokazów, jak długo po bigos i piwo ustawiały się kolejki miłośników gastronomii na świeżym powietrzu. W dziwny sposób przestały działać telefony komórkowe a komunikat o przerwaniu imprezy, który w mediach pojawił się błyskawicznie, na płycie lotniska został ogłoszony kilka godzin później.

Coś mi się zdaje, że na kolejne pokazy w Radomiu nie będę się specjalnie śpieszył. Być może będzie lepiej spędzić ten czas w domu. Piwo jest w lodówce, kiełbasa też, do ubikacji nie ma kolejek a na półce z filmami stoi nieśmiertelny “Top Gun”, który ma tą przewagę nad pokazami w Radomiu, że zakończenie - jak to w amerykańskim filmie - jest zawsze szczęśliwe.

środa, 26 sierpnia 2009

Kosmiczna dziura (bzdura)


fot. (NASA/ESA)


„No matter what I did it never seemed enough
He said I was lazy, I said I was young
He said, how many songs did you write
I'd written zero, I'd lied and said, ten

You won't be young forever
You should have written fifteen”

„Work” - Lou Reed/John Cale

Ten wpis powstaje niemal miesiąc po poprzednim i to w jakiś sposób tłumaczy powyższy cytat. Z małą różnicą. Młodość nie może być już dla mnie wymówką. Gdy miałem 15, 20, może nawet 25 lat miałem wrażenie, że świat stoi w miejscu, podczas gdy ja byłem wszędzie i miałem czas na wszystko. Dziś lat mam już więcej, ogarnia mnie wrażenie, że stoję w miejscu, za to świat kręci się z ogromną prędkością. Nadmierną jak na mój poziom percepcji. Żeby chociaż kręcił się wokół mnie, mógłbym powiedzieć, że jestem pępkiem świata. Niestety, jestem raczej na jego peryferiach - w kosmicznej próżni, a w pobliżu czyha wielka Czarna Dziura, która nieubłaganie wysysa siły witalne ze mnie, a wraz z nimi teksty…

Na pewno?

Posłuchajmy jeszcze raz duetu Reed/Cale. Jeśli wymówką nie jest młodość, a to już ustaliliśmy, to wynika z niej, że u podstaw tego blogowego pustostanu jest zwykłe lenistwo. To trochę banalne, ale przynajmniej nie takie głupie jak te “kosmiczne bzdury”.

Jeśli więc za miesiąc nie będzie tu nowego tekstu, nie przeszukujcie wszechświata za pomocą teleskopu Hubble’a. Szybciej znajdziecie leniucha przed telewizorem, niż grafomana w kosmosie.


niedziela, 2 sierpnia 2009

Niechciana...

Zaczęło się to już kilka lat temu i trwa nieprzerwanie do dziś. Zupełnie niechciana i nieoczekiwana przywarła do mnie i oplotła się ciasno wokół mojego wątłego dość ciała. Można by pomyśleć, że jednak, że w końcu, że u mego boku dodać może mi powagi, a może i splendoru. Przez pewien czas byłem nawet zadowolony, lecz z biegiem lat coraz bardziej odczuwałem jej ciężar. Myślałem, że przed tegorocznymi wakacjami w końcu się jej pozbędę, że po nich będę już wolny i całkiem swobodny. Teorię rozstania poznałem dobrze, solidnie można by rzec nawet. Bałem się, ale zacząłem realizować w praktyce mój plan oswobodzenia się spod jej jarzma. W końcu wyjechałem i gotów byłem się jej pozbyć, może nie radykalnie, nie od razu, raczej powoli, małymi kroczkami. Ale na wakacjach, jak to na wakacjach, słońce, świeże powietrze, alkohol, dużo wolnego czasu. Moje plany zaczęły brać w łeb i wcale mi nie przeszkadzało, że jest ciągle wokół mnie. Przez tych kilka lat zdążyłem się do niej przyzwyczaić, w jakimś sensie nawet polubić, a na tych leniwych wakacjach zrozumiałem, że życie z nią ma swój urok.

Tak, moi drodzy czytelnicy, niełatwo jest się oswobodzić z oponki tłuszczu okalającej mój brzuch, ale mam nadzieję, że moja nowa miłość i pasja - rower - pomogą mi rozpocząć nowe, płaskie życie.

sobota, 1 sierpnia 2009

Message in the bottle.

Nie wiem czy nie będę nudny pisząc na temat blogów i coraz bardziej popularnych mikroblogów. Dla wielu blogowanie to chleb powszedni, czasem nawet źródło utrzymania, dla mnie nadal inspirująca nowość. Od jakiegoś czasu jestem tym wynalazkiem po prostu zafascynowany, a fascynacja ta pogłębia się z dnia na dzień. Pomijam te wszystkie sprawy techniczno-technologiczne, bo choć na swój sposób ciekawe, to programy i urządzenia są tylko narzędziami do wysyłania myśli i emocji w świat. Zadziwia mnie najbardziej to, że ludziom chce się pisać. W tych czasach – nieco już odległych – kiedy uczęszczałem do szkoły, nawet do głowy by mi nie przyszło, żeby napisać coś, co nie jest wypracowaniem z polskiego. A tu proszę, setki, tysiące, a może nawet setki tysięcy młodych zazwyczaj osób coś piszą. Pytanie dla kogo? Dwumiesięczna obecność na twitterze i dwutygodniowa na blipie utwierdza mnie w przekonaniu, że ludzie piszą głównie dla siebie. Oczywiście, nie ma w tym nic złego. Ja też piszę dla siebie, jak może być inaczej, skoro publikowanie w Internecie to nic innego jak wrzucanie do oceanu listu w butelce. Marna szansa, że ktoś ją odnajdzie, choć to się zdarza. Siedzę tak sobie na wyspie na środku oceanu, wrzucam swoją butelkę i wyławiam inne. Sprawia mi to nawet frajdę, zwłaszcza że teraz ich zawartość to rzadko wołanie o pomoc, znacznie częściej fascynujące skrawki rzeczywistości, prawdziwe źródło wiedzy na temat życia ludzi we współczesnym świecie. Tysiące historii, a każda zupełnie inna, spisane poprawną polszczyzną lub podwórkowym slangiem. Uważam, że warto je czytać, zwłaszcza te napisane przez młodych ludzi, ponieważ to jedyna szansa na skrócenie międzypokoleniowego dystansu. Warto poznać ich słownictwo, myśli i pragnienia, zwłaszcza wtedy, gdy dorasta twoje własne dziecko. Być może i ono wrzuciło swoją butelkę. Otwórz ją i uważnie przeczytaj…

środa, 1 lipca 2009

Niezdrowe blogowanie


Blogowanie, czyli pisanie z zamiarem opublikowania treści w Internecie, może być niebezpieczne dla zdrowia. Nie mam na myśli nadwyrężonych nadgarstków czy przemęczonych oczu, chodzi mi o zdrowie psychiczne. W pewnym sensie jestem pod ochroną, póki co nie mam się czego obawiać, bo o moim blogu wie raptem kilka, może kilkanaście osób. Ale co będzie jeśli moje wpisy zaczną czytać setki nieznanych mi osób? Nie można wykluczyć, że ktoś będzie chciał moje wypociny skomentować, a wtedy…

Jestem przekonany, że nieraz obserwowaliście “dyskusje” jakie toczą się pod artykułami w portalach internetowych czy wpisami na blogach osób publicznych. Pierwszy komentarz to podpałka dłuższego czy krótszego lontu, na końcu którego znajduje się bomba. Wielka bomba grożąca eksplozją wyzwisk, nieprzyzwoitych epitetów i radykalnych ocen.

Wystarczy napisać, że “słońce świeci” i już się człowiek dowiaduje, że jest:
- murzynem albo żydem, zwykle jednym i drugim
- komunistyczną czerwoną świnią, śmieciem lewackim i jednocześnie prawicowym bękartem
- zakutym łbem, palantem, kretynem i skrajnym debilem
- liberałem, ale w moherowym berecie albo libertynem, ale z katechizmem pod pachą
- zdrajcą i moskiewskim pachołkiem albo zdrajcą i amerykańskim figurantem

I tak dalej, i tak dalej…

Można się przerazić, drobne zaś kompleksy podsycone tego typu określeniami szybko mogą doprowadzić do nerwowego załamania a nawet głębokiej depresji.

Jest jednak sposób na zachowanie psychicznej równowagi. Przejrzyj jeszcze raz, drogi czytelniku, wszystkie te mądre oceny i komentarze płodnych intelektualistów. Zacznij liczyć błędy ortograficzne a szybko nabierzesz przekonania, że ich liczenie to po prostu liczenie baranów sprawiające, że człowiek bardzo szybko zapada w sen. Kojący sen, po którym może Ci przyjść do głowy, żeby coś jeszcze napisać...

wtorek, 16 czerwca 2009

Wakacje z Panem S.



Aktualnie znajduję się na Gran Canarii, chciałem zatem w swoim blogu napisać coś na temat tej wyspy, ale co by tu napisać odkrywczego, kiedy wszystko można wyczytać w pierwszym lepszym przewodniku. Że góry ładne, że słynne kanaryjskie diuny zachwycające, że woda w oceanie ciepła? Nuda!

Ale życie potrafi sprawić niespodziankę i wesprzeć autora miotającego się w poszukiwaniu natchnienia.

Dziś w sklepie spotkaliśmy miłego Polaka (pozdrawiamy Cię, Marcinie) z którym porozmawialiśmy sobie o życiu na wyspie. Podobno na Gran Canarii mieszka oficjalnie i zupełnie legalnie 600 naszych rodaków. Robią tu interesy, trochę budują, wykonują jakieś usługi. Opowiedział nam co nieco o swoim tutaj życiu. Okazało się, że był między innymi kelnerem w barze „Tertulia” w naszym hotelu.

- „Fajny hotel, pracowałem tu trochę, ale wiecie, to ciężka praca, teraz pracuję na swoim.” - powiedział próbując sprzedać nam swoje usługi jako kierowcy-przewodnika. „Tu obok jest jeszcze lepszy hotel, też w nim pracowałem, a ostatnio był tu nawet Pan S. ze swoją świtą. Urządził tu konferencję dla 50 osób, które zabrał na wyspę swoim prywatnym samolotem.”

- „To ciekawe.” – odpowiadam i nie była to tylko zdawkowa reakcja na jego słowa, gdyż Pan S. jest moim pracodawcą.

- „Chodziłem po promenadzie, dużo Polaków.” – mówi Marcin – „Trochę sobie z nimi pogadałem. Byli bardzo zadowoleni. Super pogoda, szef za wszystko płaci.”

- „To ciekawe.” – mówię raz jeszcze, choć tym razem nieco grzecznościowo.

- „Macie mój telefon, zadzwońcie, pokażę Wam kawałek wyspy i nie zedrę z Was, jak Ci tutaj.”

Uświadomiliśmy sobie, że naprawdę nie jest tu jakoś tanio. Piwo w knajpie kosztuje 3 euro, litr sangrii aż 11. Sałatka - trochę warzyw z tuńczykiem aż 6 euro. Drogo.

Zwłaszcza, że Pan S. kilka tygodni wcześniej obciął mi pensję o 15%.
Rzeczywiście, nabraliśmy pewności, że ktoś z nas zdziera…

No, ale w końcu jest kryzys…


sobota, 23 maja 2009

Faceci kochają gadżety

Muszę się wam do czegoś przyznać, choć wyznanie to z pewnością nie będzie ani sensacyjne, ani specjalnie oryginalne. Jestem gadżeciarzem. Zero zaskoczenia, co? Faceci, którzy czytają tego bloga mogą to samo powiedzieć o sobie a zaglądające tu kobiety - o swoich facetach.

Ale kocham gadżety i nic na to nie poradzę. Spójrzcie tylko na to zdjęcie. Siedzę sobie na plaży, rozkoszuję się słoneczną, choć wietrzną pogodą i wyciągam z plecaka netbooka. Po co mi netbook na plaży? Ano po to, żeby pisać tego bloga. Mogę pisać go też w domu, ale to już nie będzie takie szałowe. Gdzie jest ta plaża? Powiem wam dokładnie, w tym czerwonym plecaku mam jeszcze PDA z wbudowanym odbiornikiem GPS. Sprawdzam: - 54° 19' 35" N, 19° 06' 44" E i wszystko jasne. To Stegna - spora wieś nad Zatoką Gdańską, na Żuławach Wiślanych, w rejonie Mierzei Wiślanej. Jestem taki mądry, bo mam Internet (bezprzewodowy, no raczej!) i sprawdziłem to w Wikipedii. Co więcej obejrzałem okolicę w Google Maps. Jakiż to fajny gadżet! Tak fajny, że mam go w komputerze, w PDA a nawet w komórce - nieźle, co? Zamykam GPS w PDA, w zamian otwieram Twittera i już wszyscy moi znajomi (a raczej ci, którzy tego chcą) wiedzą, gdzie jestem i co robię. Na potrzeby bloga wyciągam aparat - wiecie, taki mały cyfrowy gadżet - i proszę żonę, aby zrobiła mi zdjęcie. Pstryk i już jest. Z plecaka wyciągam czytnik, przekładam kartę i już po chwili zdjęcie jest w komputerze, w blogu. Skomunikowałem się ze światem, świat poznał miejsce mojego pobytu, czas ruszać do baru, ale tylko do tego, gdzie jest wi-fi. W oczekiwaniu na smażoną rybę i piwo, mogę na iPodzie posłuchać muzyki i poczatować ze znajomymi za pomocą Skype’a. Co za gadżet!

Fajnie jest mieć wolny dzień, wyjechać gdzieś daleko, trochę odpocząć, nacieszyć się widokami i przyrodą.

Ale wiecie co? Wcale nie odpocząłem tego dnia. Wszystko przez ten piasek. Bo to naprawdę niełatwe jest tak sobie po nim iść, gdy na ramionach wisi cholernie ciężki, wypełniony po brzegi gadżetami plecak, do którego nie zmieściła się nawet butelka wody…

czwartek, 14 maja 2009

Bo babcia największym przyjacielem jest....

Tak to już jest, że rodzina wymaga pewnych poświęceń. Kiedy braliśmy ślub z moją żoną ustaliliśmy, że każde z nas na swój sposób będzie miało wolną rękę. Chodziło mniej więcej o to, że jeżeli któreś z nas będzie chciało się spotkać w gronie własnych przyjaciół, czy nawet odpocząć od siebie przez kilka dni, to drugie nie będzie miało nic przeciwko temu. Ustalenia ustaleniami a życie swoje. Robienie czegoś "poza rodziną" rodzi dyskomfort psychiczny, więc się tego unika, bo święty spokój liczy się ponad wszystko. Wybawieniem jest instytucja babci, która kocha swoje dzieci, ale wnuki trzy razy bardziej. Babcia sugeruje, że wypoczynek z dzieckiem to nie wypoczynek, robi wszystko by zagarnąć wnuki dla siebie. Naturalny protest, na początku nawet silny, słabnie z każdą minutą zmuszając nas do kapitulacji - kapitulacji, której poddajemy się chętnie, bez cienia wstydu i poczucia przegranej. Babcia cieszy się wnukiem, dziecko ma wspaniałego i wyrozumiałego kompana zabawy a rodzice cieszą się sobą. Niech żyje Babcia - nawet jeśli jest teściową.

I tak oto można pójść z żoną do kina, albo wyjechać na krótki urlop, aby przypomnieć sobie jak to było fajnie w tych czasach, kiedy obrączki leżały u jubilera.

poniedziałek, 11 maja 2009

Początek


No i zaczęło się, każdy może pisać bloga, będę pisał i ja. O ile wystarczy mi zapału i wytrwałości, bo lenia w sobie wychowałem sporego… Tematy pewnie przyniesie życie, zdjęcia zrobię ja (bo lubię).

A plan jest taki: najpierw będzie cokolwiek, potem coś z podtekstem, potem może uda mi się dodać coś mądrego. Potem ktoś to przeczyta i będzie chciał wydać “dzieła zebrane”, które rozejdą się w nakładzie milionów egzemplarzy, ja zarobię kupę pieniędzy i popijając kawę będę pisał bloga ciesząc się słońcem znikającym w bezkresnym oceanie.

Dobranoc.
Posted by Picasa