wtorek, 10 lipca 2018

Bohemia Sekt Prestige Brut.

Pozostajemy w klimacie win musujących, pogoda dopisuje, a to są doskonałe wina na tę porę roku. Ja bardzo lubię spacery, jak mam możliwość, to przemierzam długie kilometry, a po powrocie do domu i szybkim prysznicu największą ochotę mam na wino musujące (czasem piwo). Przez ostatnie trzy dni chodziłem po mieście naprawdę dużo, zaliczyłem trzy długie spacery z miejskimi przewodnikami, a dziś załatwiając sprawy na moim Ursynowie do każdego punktu zmierzałem pieszo.

Ale oto jestem w już w domu, prysznic zaliczony, najwyższy czas na wino.


Postanowiłem otworzyć czeskie wino musujące, a tym samym zakończyć mini cykl opisujący wina Bohemia Sekt. Do tej pory spróbowałem Prestige Demi-Sec i Prestige Rose Brut, a dziś czas na Prestige Brut. Zostawiłem je na koniec, bo spodziewałem się, że będzie to wino najlepiej odpowiadające moim preferencjom i muszę oznajmić, że moja intuicja mnie nie zawiodła, a nos utwierdził w tym przekonaniu. Zapach jest intensywny - zaraz po otwarciu, ale przez krótki moment, wino eksplodowało aromatami drożdży, ale te momentalnie zostały zastąpione nutami skórki od chleba, miodu i kwiatów.



W ustach równie przyjemne, bąble były drobne i dość mało żwawe, ale doskonale wyczuwalne na języku i podniebieniu. Kolor wina był intensywny, nasycony barwami żółci i złota. Wszystko razem sprawiało bardzo dobre wrażenie i dawało mi sporo satysfakcji, o ochłodzeniu i ożywieniu ciała nie wspominając. Jeśli uda się Wam dostrzec je na sklepowej półce, to warto spróbować. Polecam!


Bohemia Sekt Prestige Brut
odmiany: rheinriesling (ryzlink rýnský), pinot blanc (rulandské bilé), welschriesling (ryzlink vlašský).
alk. 12,5%

Dziękuję Amazis.net za udostępnienie wina do degustacji.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Visiega Cava Brut.


Wspomniałem w poprzednim wpisie traktującym o prosecco z certyfikatem bio, że jako niedrogie wina musujące zwykle polecam hiszpańskie cavy zamiast rzeczonego prosecco. Dziś mam dla Was właśnie takie wino - Visiega Cava Brut. Nie dość, że naprawdę smaczne, to w dodatku tanie, w osiedlowym sklepu zapłaciłem za nie 23 złote bez grosza. Dużo się nie będę rozpisywał, bo to w końcu wino dość proste, masowo produkowane przez wielką przetwórnię gron, ważne że pije się dobrze i potrafi dawać satysfakcję. Dobre wino codzienne, jeśli ktoś musi pić codziennie, może być fajne jako aperitif, a i do posiłku na pewno się nada. U mnie dało radę nawet grubo przed pierwszym posiłkiem, ale nie idźcie, proszę, tą drogą 😉

czwartek, 5 lipca 2018

Prosecco ze znaczkiem BIO.


Nowe prosseco z Lidla - organiczne, z certyfikatem BIO i reklamowane, jako „prosecco, po którym nie masz kaca” wzbudziło moją podejrzliwość. Ostatnio wszystko, co BIO służy do wyciągania kasy z kieszeni konsumentów, często zbyt dużej, jak na rzeczywistą wartość produktu, zwłaszcza pod względem właściwości prozdrowotnych. Tu w każdym razie winą za nienajlepszy nastój następnego dnia obarcza się siarczyny, środek chemiczny stabilizujący wino i zapobiegający rozwojowi w nim drobnoustrojów. Taki mały paradoks - ograniczenie prozdrowotnego czynnika ma działać na korzyść pijącego. Jestem przekonany, że to alkohol jest największą trucizną i przyczyną osłabienia organizmu, więc jeśli nie chcecie cierpieć, to pijcie z umiarem, to jest zdecydowanie bardziej BIO i lepiej przysłuży się waszej kondycji.

Do prosecco ostatnio miałem niewiele serca, nudziło mnie, wręcz zniechęcało do zakupów, ale tym razem włoski musiak mnie nie rozczarował. To znaczy tyle, że lepiej wypadł na tle swoich poprzedników, to jest po prostu dobre prosecco. Tylko tyle i aż tyle. Jeśli prosilibyście o polecenie niezłego i niedrogiego wina musującego, to sugerowałbym wam raczej hiszpańską cavę, ale jeśli upieracie się przy prosecco, to akurat to również ma moją rekomendację. Cukier i kwas pozostają w niezłej komitywie, posmak twardej, nie do końca dojrzałej papierówki budzi dobre wspomnienia z dzieciństwa, kiedy człowiek w naturalny sposób sięgał po żywność prosto z drzewa. Pyszną i zdrową, choć bez certyfikatu.

Zatem „na zdrowie!”, ale pamiętajcie o umiarze niezależnie od reklamowych sloganów.

Dziękuję Lidl Polska, za udostępnienie wina do degustacji.

środa, 4 lipca 2018

Bohemia Sekt Prestige Rose Brut.


Z góry założyłem, że to będzie najgorsze wino zestawu, bo jak wiecie za różowymi winami niespecjalnie przepadam, choć czytając między wierszami dostrzeżecie, że powoli przełamuję niechęć i w tej chwili mam do nich stosunek bardziej ambiwalentny, niż negatywny. Moje doświadczenie z różowymi winami musującymi było też takie, że zazwyczaj miały one w sobie więcej cukru, niż bym sobie tego życzył, nawet jeśli etykieta nie sugerowała pół-wytrawności, czy pół-słodkości. Dlatego też średnio ufałem napisowi „Brut” na etykiecie i rozglądałem się za towarzystwem do wypicia tego wina - bo wiecie, w razie czego ciężar porażki spocznie na barkach wszystkich towarzyszy niedoli.

Kompanem okazała się moja mama, która wpadła z krótką wizytą, więc czym prędzej wyciągnąłem to wino i rozlałem do kieliszków. I mile się zaskoczyłem. Słodycz na naprawdę niskim poziomie, niemal niewyczuwalna, etykieta nie kłamała, wino było na wskroś wytrawne. Na dodatek nieźle komponowało się z kolacyjnymi daniami, co potwierdza tezę, że wina różowe, a szczególnie różowe musujące dobrze sprawdzają się na stole i rzadko kiedy wypadają fatalnie w połączeniu z potrawami, o ile oczywiście nie będziemy szukać na siłę kontrowersyjnych mariaży. 


Wino to, podobnie jak inne butelki z linii „Prestige” zostało wykonane metodą tradycyjną, czyli bąble powstają na skutek wtórnej fermentacji w butelce, a dojrzewanie na drożdżowym osadzie (od 12 do 15 miesięcy) dodaje mu głębi. Ciekawy smak jeżyn i truskawek to zasługa kupażu sporządzonego z trzech odmian ciemnych gron: pinot noir, blaufränkisch i zweigelt. To bodaj pierwszy raz, kiedy te trzy odmiany pojawiły się w moim kieliszku i to w postaci wina musującego, ale też nie przypominam sobie, bym spotkał się z taką mieszanką w winie spokojnym. Widocznie za rzadko i za mało piję ;)


W sumie miła niespodzianka i kolejne potwierdzenie tego, o czym wspominałem kilkukrotnie na blogu, ale też i moim profilu instagramowym. Im gorsze moje nastawienie do wina przed jego otwarciem, tym większa pozytywna niespodzianka przy degustacji. Podobnie było i w tym przypadku, choć tym razem wino było po prostu dobre i wcale nie trzeba było szukać jego zalet na siłę. 

Moim zdaniem jest to bardzo dobre, uniwersalne wino do posiłku i jako takie otrzymuje moją rekomendację. Cena też przyzwoita, niecałe 40 zł za butelkę.


Dziękuję Amazis.net za udostępnienie wina do degustacji.


wtorek, 26 czerwca 2018

Grill z Faktorią Win.

Kilka dni temu dostałem od Faktorii Win mały prezent na lato, czyli zestaw butelek, które powinny dobrze sprawdzić się podczas grillowania. Ja w zasadzie nie grilluję, więc będę musiał się do kogoś z flaszką wprosić, a jak nie, to spróbuję win solo. Bądźcie na nasłuchu ;)




Cool Woods z Australii.

ⓒ Thorn-Clarke
Nie pamiętam, czy Wam kiedyś o tym wspominałem, jeśli tak, to wybaczcie, ale zdarza mi się kupować butelki w krakowskim Domu Wina. W zasadzie kupuję tam wina trochę nie z własnej woli, lecz za sprawą niezwykle efektywnej pani od sprzedaży, która dzwoniąc do mnie potrafi naprawdę zamieszać mi w głowie. Ostatnio stałem się nieco bardziej asertywny i trenując posługiwanie się słowem „nie” skutecznie jej odmawiam. Chociaż uczciwie dodam, że rezygnując niedawno z kupna win z argentyńskiej Salty miałem jednak głębokie poczucie żalu. Ale nie o winach z Argentyny dziś chcę napisać, ale tych z Australii. Też na A i równie daleko.

Wina z Australii trafiły do mnie właśnie za sprawą pani Mirosławy z Domu Wina, która „wcisnęła” mi zestaw 6 flaszek. Takich zestawów kupiłem już kilka, jeśli nie kilkanaście, średnia cena wynosi ok. 45-50 zł za butelkę, czyli wcale niemało. Problem polega na tym - takie jest moje odczucie, które wzmacnia się z każdym kolejnym zestawem  - że tylko dwa są naprawdę warte tej ceny, kolejne dwa są dość dobre i nawet mając świadomość, że kosztowały nieco za dużo, to w sumie nie można się do nich przyczepić. No i ostatnie dwa wina, które z pewnością są przeszacowanie, niewarte swojej ceny, które trudno polecać z czystym sercem, nawet jeśli są całkiem pijalne.

Zestaw australijski był skomponowany z win produkowanych przez Thorn-Clarke - wytwórnię, która oprócz bogatej listy win sygnowanych własną marką produkuje wina bardziej masowe, wytwarzane z gron z własnych upraw i skupowanych od innych winogrodników. Takimi winami są wina Cool Woods, które ostatnio wyciągnąłem z kartonu, choć od ich zakupu minął niemal rok. 

Pierwsze z nich - Cool Woods Sauvignon Blanc z 2016 roku było nawet ciekawe, choć miałem wrażenie, że to dzięki zbyt szybkiemu utlenieniu zyskało na atrakcyjności i w sumie nie wiem, czy należy to uznać za dobrą cechę wina, czy może jego oryginalną wadę. Tak czy owak, potwierdzam to, co napisałem wyżej, mimo naciąganych nieco zalet, nie jest to wino warte swojej ceny.



Z Cool Woods Shiraz 2015 było już zupełnie nieciekawie, by nie powiedzieć nudno. Wino tylko poprawne, choć przy tej cenie można i trzeba oczekiwać więcej. Z ręką na sercu mówię/piszę, że zamiast tego wina lepiej kupić w supermarkecie dwie butelki Jacob’s Creek z podstawowej linii, albo szarpnąć się na linię „reserva”, która i tak pewnie wyjdzie taniej, a pozostawia znacznie lepsze wrażenia na podniebieniu.



Cool Wood Cabernet Sauvignon 2016 ratuje nieco sytuację, ale w tym sensie, że w ogóle przypomina cabernet sauvignon. Nieźle daje radę jako proste wino stołowe, raczej takie, które popija się podczas obiadu, niż będące materiałem na oryginalny pairing z wykwintnym daniem. Mogę jeszcze raz dodać (choć wiem, że to zaczyna być nudne), że w promocyjnym zestawie wydaje się drogie, jak na swoje możliwości, a w sklepie Domu Wina cena jest jeszcze wyższa.



Wyrażając te niezbyt pochlebne opinie o winach Cool Woods żywię jednocześnie nadzieję, że pozostałe dwa wina z zestawu, okażą się tymi najlepszymi, tymi za które warto zapłacić i które dają satysfakcję podczas picia.


Tak właśnie było z Pinot Grigio 2016 z linii Eden Valley (niedostępnej obecnie na stronie producenta), które piłem z ogromną przyjemnością.


Ale o tym w przyszłości, mam nadzieję - niedalekiej. 

wtorek, 5 czerwca 2018

Majówka kamperem. Czechy.

Nasz kamper o poranku. Parkowaliśmu w nocy, niemal w całkowitej ciemności.
Czechy to pierwszy kraj, który zaliczyliśmy podczas naszej kamperowej wyprawy. To także pierwszy kraj, w którym szukaliśmy noclegu. Szukaliśmy, bo pomimo tego, że w zarysie wyprawy pojawiła się czeska lokalizacja (blisko granicy z Polską i z atrakcjami dla dzieci), to z lektury poprzedniego wpisu wiecie już, że plan sobie, a życie sobie. Zdaje się, że zrobiliśmy zbyt długi przystanek na posiłek jeszcze w Polsce, a potem trzeba było pokonać nieco więcej kilometrów, by przejazd następnego dnia do Słowenii nie był zbyt uciążliwy. Wylądowaliśmy zatem późnym wieczorem na kempingu Merkur, dość blisko już granicy z Austrią i zdaje się, że nawet w pięknych okolicznościach przyrody, co stwierdzam dopiero dziś, bo dokładniejsze informacje o kamper-stopach tak naprawdę zbieram już po powrocie do kraju. W każdym razie kemping położony był nad zasilanym wodami rzeki Dyja dużym zbiornikiem Nové Mlýny Górne (jednym z trzech, są jeszcze Nové Mlýny Środkowe i Nové Mlýny Dolne), czego efektem był szok, jakiego doznała cała ekipa, gdy tylko udało się podpiąć kampery do prądu i włączyć w nich światło. Od razu skumaliśmy do czego służą moskitiery, ale trochę nie w porę, bo punkty świetlne przesłonięte zostały już setkami meszek i komarów. Załoga każdego kampera musiała poradzić sobie z tym problemem, w każdym razie jego neutralizacja miała charakter mało pokojowy, to była międzygatunkowa walka o przetrwanie, która zakończyła eksterminacją jednego z nich. To jest mroczna strona obozowania na kempingach. Panie oraz dzieci, wszystkie umęczone równo podróżą i walką z insektami, szybko poszły spać. Panowie udali się na piwo, jedno oczywiście, ale na szczęście nie na wszystkich, lecz na głowę. To był czas podsumowania pierwszego dnia wyjazdu i próby ustalenia, czy podoba się nam ten sposób spędzania wolnego czasu, czy nie. Im bliżej dna butelki, tym bardziej nam się podobało, więc postanowiliśmy kontynuować naszą przygodę.

Słońce już ładnie przygrzewało, wyciągnąłem krzesełko turystyczne,
by na świeżym powietrzu napić się kawy.

Autor bloga i jego syn.
Ale, ale… przecież to nie jest blog o piwie, lecz o winie. Cóż, wina czeskiego, czy morawskiego, nie kupiłem i nie przywiozłem ze sobą. Zresztą, jak już wspominałem, ani winnice nie były celem naszej podróży, ani winne zakupy priorytetem, zwłaszcza że już wtedy wiedziałem, że po powrocie do kraju będą na mnie czekały wina musujące Bohemia Sekt. Wg producenta to najpopularniejsze bąbelki w Czechach, u nas ich dystrybucją zajmuje się Amazis.net - importer, który przysłał mi kilka butelek do degustacji. I dobrze się złożyło, bo dzięki temu mam kamperowy pretekst do napisania o południowych sąsiadach, a fotografie z Czech  (oj, bardzo nieliczne) mogę posegregować racząc się musiakami.

Bohemia to łacińska nazwa Czech, dziś nazywa się tak zachodnią część kraju, którą akurat my podczas przejazdu ominęliśmy, ponieważ nasza trasa biegła przez Morawy - wschodnią część Republiki Czeskiej. Niedaleko Pilzna znajduje się miejscowość Starý Plzenec, a w nim siedziba producenta. Ale Bohemia Sekt nie tylko marka win musujących, ale nazwa grupy producentów, do której należą też Habánské Sklepy - ich wina (ryzlink rýnský) można było dostać w Żabce i z tego, co wiem, cieszyły się sporą popularnością. A wspominam o tym dlatego, że ze wspomnianego wcześniej kempingu Merkur do producenta tych win można było dojechać w niecałe 40 minut, czyli właściwie rzut beretem i byłaby piękna klamra w tej opowieści. No cóż… nie wyszło... życie.

Wróćmy jednak do win musujących. Tych Bohemia Sekt produkuje rocznie około 15-16 mln butelek, a trzy z nich trafiły w moje ręce. Należą one do nieco wyżej pozycjonowanej linii produktowej „Prestige”.


Dziś opowiem Wam kilka słów o Prestige Demi-Sec, czyli winie pół-wytrawnym. Podstawowe Demi-Sec jest najlepiej sprzedającym się winem tego producenta, pitym przy każdej niemal okazji, wymagającej celebrowania winem musującym. Ale nie jest winem produkowanym metodą tradycyjną (szampańską), tylko metodą Charmata, podobnie jak prosecco. Metoda tradycyjna (wtórna fermentacja w butelce) zarezerwowana jest właśnie dla linii Prestige.


Wino dojrzewa na osadzie przez 15-18 miesięcy, a w jego skład wchodzą trzy odmiany: rheinriesling czyli ryzlink rýnský, pinot blanc czyli rulandské bilé, oraz welschriesling czyli ryzlink vlašský. Rheinriesling, czyli po prostu riesling, ma za zadanie nadawać winu bogaty aromat i zapewniać pikantną kwasowość, pinot blanc dostarczyć sporą porcję ekstraktu, a welschriesling świeżość i lekkość. To może spróbujmy?


Ładny złoty, intensywny kolor, bąbelki bardzo drobne, elegenckie. Nos delikatny, lekko miodowy z akcentem kwiatowym. Usta w pierwszej fazie wyczuwalnie słodkie, dość szybko neutralizowane kwasem, przy czym w rozsądnych granicach, dzięki czemu pod degustacji zostaje wrażenie, że mamy do czynienia z winem łatwym w piciu. To może tłumaczyć fenomen popularności wina w Czechach, a i u nas pewnie znalazłoby poklask wsród uczestników rozpoczynających w piątek weekendowe imprezy. Moim zdaniem jest wino dobre na aperitif, natomiast z całą pewnością nie jest to wino kontemplacyjne. Raczej dla zwolenników zabawy niż filozofów pastwiących się nad (bez)sensem życia.


Ciekawe kogo wytypuję na odbiorców musiaka różowego oraz białego w wersji brut. Ale o tym pewnie już przy innej okazji. 


Dziękuję Amazis.net za udostępnienie win do degustacji.

środa, 30 maja 2018

Majówka kamperem. Węgry.

Wspominałem Wam w poprzednim wpisie, że w ostatnich tygodniach mocno próżnowałem, jeśli chodzi o moje pisanie o winie, ale jednocześnie nie nudziłem się podczas przygotowań do kamperowej przygody. W lutym tego roku (2018), podczas jakiegoś spotkania towarzyskiego padła propozycja, by w czasie majówki wyruszyć kamperami do Słowenii. Mnie nie trzeba było specjalnie namawiać, bo kamperami interesuję się blisko dwa lata, a idea domu na kółkach i wolność, jaką daje ten sposób podróżowania jest bliska memu sercu. Zdziwiło mnie tylko trochę, że moja żona podjęła wyzwanie równie ochoczo, choć - miałem takie wrażenie - wcześniej kręciła nosem na moje zapatrywania.

Sunlight T67 (2017) - dom na kołach stworzony na bazie Fiata Ducato.
Pomińmy jednak teraz tę kwestię, jako nieistotną dla niniejszej historii, gdyż muszę jakoś dotrzeć do tytułowego wątku węgierskiego. Węgry w planie podróży w ogóle nie występowały, mieliśmy przez Czechy i Austrię dotrzeć do Słowenii, by tam przez kilka dni cieszyć się jej urokami i wrócić mniej więcej podobną trasą. Kamperowanie ma jednak to do siebie, że plany modyfikowane są spontanicznie i niemal bez przerwy, pierwotne cele okazują się często nieistotne, bardziej od nich liczy się sama jazda. Ważne by na końcu dnia mieć gdzie zaparkować auto i bezpiecznie spędzić noc. Słowenia zatem nie okazała się głównym celem, czy może raczej miejscem dłuższego stacjonowania, w trakcie wyjazdu pojawiła się opcja „zaliczenia” jak największej liczby państw i w krótce hasło wyjazdu brzmiało „siedem krajów w siedem dni”. To założenie akurat udało się wypełnić i ostatecznie trasa wyglądała tak:

Polska → Czechy(1) → Austria(2) → Słowenia (3) → Włochy (4) → Słowenia → Chorwacja (5) → Słowenia → Węgry(6) → Słowacja (7) → Czechy → Polska.

Padło już zatem hasło Węgry - był to nasz ostatni zagraniczny przystanek z noclegiem, który urządziliśmy gdzieś nad Balatonem.

Kamper na swojej parceli.
Przyjechaliśmy pod wieczór, więc Balaton wyglądał właśnie tak.

A tak wyglądał rano.

Balaton to podobno Mekka wędkarzy. Tu zastaliśmy tylko ich sprzęt, oni zaś
skryli się w domkach ustawionych w pierwszej lini od brzegu. Z odgłosów
dobiegających z okupowanych gęsto mikro-tarasów wywnioskowaliśmy,
że rybka, choćby tylko wyimaginowana, lubi pływać.

Podobnie jak w kamperowaniu, gdzie nie liczy się cel, a droga, tak i w wędkowaniu -
rybka mniej ważna od łowienia.

Kto nie łowi, ten pływa.

Stół może nie wystawny, ale poranna kawa, choćby w plastikowym kubku,
potrafi smakować wybornie.

Ekipa.

Zupełnie nowa dróżka (rozbudowa kempingu trwa) zakończona węzłem
sanitarnym, który domaga się już interwencji ekipy remontowej.

Sam kemping nie był może zbyt ciekawy, zwłaszcza że był w trakcie gruntownej przebudowy, a sezon wypoczynkowy przecież jeszcze się nie zaczął i infrastruktura nie była w pełni przygotowana. Niemniej jednak kolację można było zjeść, choć wybór ograniczony był zaledwie do pizzy (ale bardzo dobrej) i frytek (nie jadłem), za to następnego dnia odnaleźliśmy ukryty za koparkami i przesłonięty cembrowinami sklepik, który całkiem nieźle zaopatrzony był w alkohole, w tym wina, które z racji zainteresowań i tematyki tego bloga wzbudziły we mnie kompulsywną potrzebę wydania pieniędzy i zaopatrzenia się w kilka miejscowych etykiet.  

I tak oto dochodzimy do butelki, którą otworzyłem już w Polsce - z racji prowadzenia auta spożywanie alkoholu podczas wyjazdu było ograniczone do minimum, do ilości iście aptecznych i konsumowanych jedynie prozdrowotnie (😉).


Hungaria - poza nazwą kraju - to marka znanego (choć nie dla mnie) producenta Törley, specjalizująca się w produkcji win musujących. By poznać z czym mam do czynienia, sięgnąłem po "Wina Europy" - przewodnik z 2009 autorstwa panów Bońkowskiego i Bieńczyka, by przeczytać w nim, że Törley to:

„Najbardziej znane węgierskie 'szampańskie' należące do niemieckiego giganta Henkell & Sohnlein. Dużo różnych etykiet, powszechnie dostępnych od supermarketów po dworcowe bary. Jakość droższych win przyzwoita, jeśli akurat na Węgrzech potrzebujemy wina z bąbelkami.”

Ja bąbelki lubię, węgierskich wiele nie piłem, więc skusiłem się bez wahania, choć od razu zaznaczam, że to nie jedyna butelka wina węgierskiego, którą ze sobą przywiozłem do kraju.

Na stronie „Czasu Wina” znalazłem zaś wpis Wojciecha Gogolińskiego na temat producenta musiaków, który pozwolę sobie tu przytoczyć:

Najstarsza i najsłynniejsza węgierska wytwórnia win musujących, założona w roku 1882 w Budafok (dziś to Budapeszt, wówczas wzniesienie w pobliżu Budy) przez Józsefa Törleya, praktykującego wcześniej w szampańskim Reims u Roederera i Delbecka.

Należy dziś do niemieckiego giganta Henkell & Co. Gruppe, a jego oficjalna nazwa brzmi Törley Sektkellerei Kft.

Posiada wykute w wapieniu piwnice o długości około 20 kilometrów, które są zaopatrywane przez owoce z własnych winnic o powierzchni 820 hektarów, leżące w regionie Etyek. Skupuje też gotowe wina z Włoch, Hiszpanii i wielu innych krajów. W ofercie firmy znajduje się niezliczona liczba rodzajów win musujących, wytwarzanych głównie metodą zbiornikową, ale też i szampańską. Już w latach 30. ub. wieku (po okresie światowego kryzysu) wytwarzano tu 2 mln flaszek. Dziś jest tego ponad 15 mln butelek. Najbardziej znane marki: Törley, BB, Walton i François.”

Te 15 milionów dotyczy jednak wina spokojnego. Producent podaje, że wina musującego produkuje nawet 21,5 mln butelek.

Wsród nich znalazła się moja Hungaria Grande Cuvee Brut, która rzekomo wykonana została metodą szampańską - powtórna fermentacja w butelce. Jakich gron użyto do zrobienia tego wina doprawdy nie wiem, a i producent na swych stronach internetowych skąpi informacji na ten temat. Dowiadujemy się jedynie, że to "prawdziwy Don Juan skryty za subtelną elegancją", cokolwiek miałoby to znaczyć. Producent poleca je jako aperitif lub jako towarzysza owoców morza.


Cechą tego wina jest kwasowa struktura i wytrawność, mniejszy nacisk położono tu na ekspresję owocu, co rzeczywiście może je predestynować do jedzenia przyrządzonego ze skorupiaków, choć ja wypiłem je solo - taki mocno przedłużony aperitif 😉. Wino dobre, słowa złego nie powiem, warto spróbować, choć do szampanów droga daleka, bliżej mu pewnie do niedrogiej Cavy.


Ceny nie podaję, bo nie pamiętam, ale z pewnością nie było drogie - podejrzewam zakres 30-40 zł za butelkę.


Do win węgierskich przywiezionych z wyjazdu pewnie jeszcze wrócę. Wkrótce także wpisy o innych krajach i flaszkach (kupionych w ciemno) z nich pochodzących. Bądźcie na nasłuchu 🙂

ps. (2018-06-05) Dostałem info od Michała, który rezyduje na codzień na Węgrzech, a przy okazji jest też autorem bloga "Niewinne podróże", że odmiany z których powstało wino to: chardonnay, királyleányka i pinot noir. Dzięki, Michale!

środa, 23 maja 2018

Wina z Abruzji.

I znów mogę jak mantrę powtórzyć, że dawno nie pisałem, że czasu brak, że inne obowiązki. I to wszystko prawda, tyle że tak nudna i dojmująca, że odbiera energię do pisania o winie, a czasem nawet i chęć na samo wino.

Ale w tej przerwie akurat się nie nudziłem, tylko planowałem majówkowy wyjazd - wyjazd nie byle jaki, lecz kamperem, o czym Wam pewnie jeszcze wspomnę (bo warto), ale nie teraz. W każdym razie na wyjeździe podładowałem akumulatory (jak to w kamperze), zaopatrzyłem się w lokalne wina (bo wyjazd był zagraniczny, a bagażnik w kamperze ogromny) i pełen radości i sił witalnych wróciłem do kraju, gdzie od razu w twarz dostałem rozstaniem się z tym funkcjonalnym domem na kółkach, a drugi policzek nadstawiłem pracodawcy, który uziemił mnie skutecznie licznymi i zbyt długimi dyżurami. I tyle z mojego wypoczynku i szczęścia, którego jak zwykle mamy w niedomiarze, choć mimo wszystko udało mi się wykrzesać kilka chwil, które może trudno nazwać szczęśliwymi, ale na pewno dały mi odrobinę radości.

Mowa o dwóch butelkach wina z Abruzji, które w lutym tego roku miała w swej ofercie Biedronka, a po które sięgnąłem dopiero w połowie maja. Sorry, ja się śpieszyć nie lubię ;)

Jednym z nich było Trebbiano d'Abruzzo - wino białe o świeżym kwiatowo-owocowym nosie i znakomitej równowadze strukturalnej, sprawiającej, że pochłaniałem je łatwo i bez opamiętania - otrzeźwiło mnie dopiero zbyt szybkie zderzenie z osuszonym dnem butelki. Polecam to wino (jeśli jeszcze je znajdziecie), zwłaszcza że cieszyło się ono uznaniem moich kolegów piszących o winie, więc moja opinia nie jest odosobniona.

Drugim było zaś Montepulciano d'Abruzzo - od tego samego producenta, który na etykiecie umieścił nazwę handlową "Poderi Marchesi Carbone". Wino bardzo pijalne, z zaznaczoną taniną i wyraźną kwasowością, ale w takich dobranych proporcjach z alkoholem, że gładko (i znów zbyt szybko) przechodziło przez podniebienie. Może nie było spektakularne, koledzy ocenili je mniej entuzjastycznie, ale we mnie budziło ono pożądanie i ochotę na więcej. Za to należą się mu moje  brawa.


Oba wina sprzedawane były po ćwierć stówki każde, co wydaje mi się ceną skalkulowaną w sam raz, ja w każdym razie wypiłbym je jeszcze raz płacąc z własnej kiesy, bo akurat butelki, o którym miałem przyjemność wspomnieć dostałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, za co uprzejmie dziękuję.


środa, 21 marca 2018

Torcik i coś jeszcze.

Marzec w tym roku jest u mnie miesiącem zdecydowanie tortowym. Pociechy mam z marca, więc dwa torty na urodziny. Dzieci zrobiły imprezki dla swoich szkolnych znajomków w dniach innych niż swoje urodziny, więc kolejne dwa torty. No i w końcu do wnuków przyjechali dziadkowie, więc dla odmiany torcik. Skoro już tak się zasłodziłem, to do resztek tego ostatniego postanowiłem otworzyć słodkie wina, wszak i one muszą być kiedyś spożyte. Jak wiecie, nie za bardzo przepadam za winami słodkimi i otwieram je niezwykle rzadko. Kiedyś miałem podobnie z winami musującymi. Co ja się napisałem, że ich nie rozumiem, że skąd ten zachwyt i tak dalej, aż nadszedł moment, że je pokochałem miłością niemal bezgraniczną, więc kto wie - może zaraz rozpali mnie ogień słodkiej miłości.

Tort kupiłem u Grycana, czekoladowy z ciasteczkami Oreo na wierzchu, smaczny, nieprzesadnie słodki, dobrze nasączony - nie znoszę zbyt suchych tortów. Podałem Sauternes Madame de Rayne, które dostałem kiedyś z Lidla, sporo się naczekało na swoją kolej. Nie było to wino złe, choć dużego entuzjazmu u mnie nie wywołało, czemu dałem wyraz w krótkiej relacji na Instagramie. 


Zabrakło mi w tym winie odrobiny więcej kwasu, przez co brakowało mu nieco równowagi, o harmonii nie wspominając. Ale to moje zdanie, moim rodzicom smak miodu, pigwy i kandyzowanych owoców przypadł do gustu bardzo, mama nawet poprosiła o zdjęcie etykiety. Tak czy owak - do tortu pasowało.

Poszedłem więc za ciosem - choć już w samotności - i otworzyłem Tokaj. Była to butelka z rocznika 2003 od producenta Hétszőlő. Tokaji Fordítás, jak czytam w niezastąpionym przewodniku Wina Europy 2009, powstaje przez ponowne zalanie młodym winem wytłoczyn po winie aszú.


Producent zaleca je do potraw z dziczyzny przyrządzonych z dodatkiem śliwek, grzybów lub kasztanów. Mój tort tak doprawiony nie był. Wino charakteryzuje się sporym utlenieniem z dominującymi nutami pieczonego jabłka, w piciu bardzo mi się podobało, choć tym razem bardziej solo, tort zdecydowanie dominował nad tym winem.

Kolejnym i ostatnim winem, jakie chciałem do tego tortu otworzyć, to wino z Grecji  - Muskat z Samos. Nos najbardziej świeży ze wszystkich, aromat kwiatowo-owocowy ładnie pieści nozdrza, w ustach zdecydowanie najsłodsze, wręcz od słodyczy lepkie.


Tego wina solo chyba nie da się pić w zbyt dużych ilościach. Z tortem zgrało się nieźle, choć jednak Sauternes w tej roli wypadł lepiej, ale tylko nieznacznie. Za to alkohol w tym winie wybijał się zdecydowanie (zwłaszcza w towarzystwie kawałka tortu), było go najwięcej - 15%, no ale to wino wzmacniane, więc nie ma się czemu dziwić.

Z całej trójki winem najlepszym do popijania solo wydał mi się Tokaji Fordítás. Sauternes najbardziej pasował z tortem, natomiast muskat z Samos najlepsze wrażenie robił w nosie, ale usta skutecznie zaklejał słodyczą, kwas nie pomógł za bardzo. Trzeba by jeszcze popracować nad jakimś do nie niego jedzeniem, producent zaleca owoce i desery. Może macie jakieś dla niego propozycje? W butelce sporo go jeszcze zostało :)

Sauternes dostałem do degustacji z Lidla, Tokaj kupiłem tamże za własne pieniądze, a muskat z Samos otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska - właściciela Biedronki.

czwartek, 15 marca 2018

Alpha Estate S.M.X. 2012


Wiem, że niektórzy z Was z niecierpliwością oczekiwali na pojawienie się recenzji tego wina, ja sam nie mogłem się doczekać, więc wcale się nie dziwię. 😀

Po ciekawym sauvignon blanc, oryginalnej malagouzii oraz świetnym xinomavro nadszedł czas na spróbowanie greckiego blendu, a kupaże - jak przekonuje Frank Smulders MW - są podstawą najlepszych i najciekawszych win. Czy tak będzie i tym razem? 

Przede wszystkim wyjaśnijmy sobie, co to za mieszanka. S.M.X. jest akronimem od nazw szczepów: syrah (60%), merlot (20%) i xinomavro (20%). Udział odmian międzynarodowych jest tu zatem przeważający. Wcześniej chyba wspominałem, że Grecy, oprócz pielęgnowania lokalnych odmian, nie unikają szczepów znanych z innych rejonów świata, które w Helladzie potrafią dać wina nieco odmienne i często bardzo ciekawe.

Wino po fermentacji dojrzewa na drożdżowym osadzie w stalowych kadziach przez 8 miesięcy, następnie przez 12 miesięcy w średnio wypalanych beczkach z dębu francuskiego, a potem kolejnych 12 miesięcy spędza w butelkach i dopiero wtedy jest wypuszczane na rynek. Nie jest filtrowane, producent zaleca dekantację, choć ja tego nie zrobiłem, nie wydała mi się ona potrzebna.


W nosie mamy do czynienia z nutami skóry, ziemi, ale też owoców - wiśni, śliwek, jeżyn. W ustach kwasowość jest bardzo dobrze wyczuwalna, taniny wyraźne, ale dość gładkie, alkohol - choć jest go sporo - niemal niewyczuwalny. Elementy struktury ładnie się równoważą, tworząc wino poważne, eleganckie i pełne wdzięku. Pijalność wyśmienita, a połączenie ze stekiem doskonałe. Naprawdę świetne wino, które polecam równie gorąco, jak poprzednio opisywane Xinomavro 2011. Oba wina mają jeszcze kilka lat dobrej formy przed sobą.




Alpha Estate, S.M.X., 2012
apelacja: Protected Geographical Indication Florina
odmiany: syrah (60%), merlot (20%) i xinomavro (20%)
alk.: 14,5%

Wino otrzymałem do degustacji od Amazis.net. Dziękuję!




poniedziałek, 12 marca 2018

Z Grecji do Hiszpanii (na chwilę).

Przed degustacją ostatniego wina greckiego, jakie dostałem do przetestowania od Amazis.net postanowiłem zrobić skok w bok i udać się na drugi kraniec Europy, czyli do Hiszpanii. Po pierwsze dlatego, że kilka butelek wina z tego kraju miałem już w swoich zapasach i trzeba w końcu coś z nimi zrobić, a po drugie dlatego, że kilka kolejnych dokupiłem pod wpływem artykułu z  marcowego Decantera dotyczącego dojrzałych win z apelacji Rioja. Z nimi też coś trzeba będzie zrobić. W tym wpisie z pewnością nie odnotuję wszystkich hiszpańskich etykiet, które mam do dyspozycji, ale od czegoś trzeba zacząć.

Najmłodsze wina uznawane przez Decanter za dojrzałe, pochodziły z rocznika 2010 i takich win szukałem, zwłaszcza pod wpływem niezłej recenzji Campo Viejo Gran Reserva 2010, które jeszcze do niedawna można było znaleźć na półkach sklepów. W te pędy udałem się do mojego ursynowskiego Leclerka, ale okazało się, że się spóźniłem - najstarsze Campo Viejo pochodziło już z 2011. Niemniej jednak z 2010 udało mi się znaleźć trzy wina, choć jedno z nich pochodziło z innej apelacji i od tego wina zacznę opisy win hiszpańskich, natomiast z Rioja dostałem Coto de Imaz Gran Reserva 2010 oraz Bodegas Navajas Vega del Rio Reserva 2010. Do nich wrócę w niedalekiej przyszłości, a dziś porcja moich instagramowych relacji.







Z powyżej przedstawionych win ułożyłem sobie mój osobisty ranking. Na górze listy wina, które chętnie powtórzę, na dole te, za którymi nie będę się specjalnie rozglądać.

1. Eximus Cava Rosado
2. Clos Montebuena
3. Torres Celeste
4. Ramblasreales
5. Castroviejo
6. Pata Negra

W najbliższym czasie na blogu możecie spodziewać się opisu greckiego wina Alpha Estate Red (S.M.X), a potem znów wrócę do win hiszpańskich.

Zapraszam do śledzenia moich poczynań na Instagramie, tam znajdziecie najwięcej relacji (na gorąco). Zajawki blogowych wpisów pojawiają się też na Facebooku.

poniedziałek, 26 lutego 2018

Alpha Estate, Xinomavro 2011


Po dwóch winach białych - Malagouzia 2016 i Sauvignon Blanc 2016 - nadszedł czas na przetestowanie kolejnego wina z Alpha Estate, tym razem czerwonego, zrobionego z lokalnej, greckiej odmiany xinomavro. Wino nie jest najmłodsze, pochodzi z rocznika 2011, wg danych producenta najświeższym rocznikiem jest 2014. Cykl produkcyjny jest dość długi, najpierw wino przez 9 miesięcy dojrzewa na osadzie, następnie 12 miesięcy spędza w beczkach z dębu francuskiego i kolejne 12 miesięcy w butelkach, zanim zostanie wypuszczone na rynek. Jak wspomniałem, moje wino pochodzi z rocznika 2011, wydaje się już dojrzałe, choć w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że jego czas minął. Myślę, że do końca dekady dotrwa we wzorowej formie, choć nieco nut ewolucyjnych można już wyczuć.


W nosie (moim zdaniem) królują rodzynki, w likierowej otulinie, ale pozbawione słodyczy, co znajduje potwierdzenie w ustach, gdzie kwasowość gra pierwsze skrzypce, a bezkompromisowa wytrawność świadczy o surowym charakterze tego wina. Pobiło ono rekord prędkości z jaką w głowie pojawia się myśl, by zagryźć je stekiem. Od pierwszego także przełknięcia miałem wrażenie, że jest to wino, za którym tęskniłem od dawna. Ostatnio pijałem wina białe, dla których mam coraz mniej serca, a czerwone xinomavro utwierdziło mnie w miłości do win tego koloru. Innymi słowy, wino czerwone to jest coś, co bloger Boguszewski ma na myśli w pierwszej kolejności mówiąc "WINO". Tak, to jest moje wino.


Alpha Estate, Xinomavro, 2011
Hedgehog Vineyard
apelacja: Protected Designation of Origin Amyndeon
odmiany: 100% xinomavro
alk.: 14,0%

Wino otrzymałem do degustacji od Amazis.net. Dziękuję!


wtorek, 20 lutego 2018

Alpha Estate, Malagouzia 2016

W poprzednim wpisie wspomniałem wam nieco o greckim producencie Alpha Estate i winie Sauvignon Blanc 2016 z jego portfolio, a dziś kilka słów o winie ze szczepu malagouzia.


To bodaj pierwszy raz, kiedy będę miał okazję pić wino zrobione w 100% z tej odmiany, która dziś powoli staje się (tak przynajmniej słyszałem) wizytówką win z greckiej Macedonii, a ponoć niewiele brakowało, by zniknęła ona całkowicie z powierzchni Ziemi. Dość powiedzieć, że nie poczytacie sobie o niej w przewodniku Hugh Johnsona poza wzmianką, że w Alpha Estate uprawiają "egzotyczną" malagouzię, nie znajdziecie o niej informacji w całkiem rozbudowanym indeksie odmian winorośli w serwisie snooth.com, u Jancis Robinson raptem jedno zdanie: "Wine capable of making elegant, almost too aromatic Greek whites, saved from extinction and now promising". Czyli tyle, co i ja napisałem na początku tego tekstu. Nie pozostaje zatem nic innego, jak tylko spróbować wina, które trafiło w moje ręce, a przy okazji zakupów wyglądać malagouzii na półkach, choć nie sądzę, żeby wina z tej odmiany zalegały w sklepach w Polsce.

W kieliszku wino jest blado-słomkowe z zielonymi refleksami, na ściankach zostają drobne bąbelki, ale trudno tu mówić o efekcie musowania - jeśli już, to zaraz po otwarciu i tylko przez chwilę. W nosie jest raczej oszczędne (Jancis trochę przesadziła), bardziej ziołowe niż kwiatowe, w każdym razie przyjemne i bez żadnych drażniących niuansów. W ustach - jeśli mam być szczery - nic ciekawego. To znaczy nic, co mogłoby wskazywać na tą, nieco chyba mityczną, wyjątkowość wina. Oczywiście skrajną głupotą byłoby wyciąganie wniosków i ferowanie wyroków na podstawie jednej li tylko butelki i od jednego raptem producenta. Czuję się zachęcony do poszukiwań win z tej odmiany, chociażby dla przeprowadzenia weryfikacji pierwszych odczuć.


I choć nie do końca mogę zgodzić się z opisem wina zapisanym na kontretykiecie, to chętnie spróbowałbym rekomendowanych połączeń kulinarnych. Szczególnie na miejscu. Kilka wysp greckich już zaliczyłem, może czas na Grecję kontynentalną. Może Dusterem?


Czekam na wypasione propozycje od sponsorów 😉 

Alpha Estate, Malagouzia, 2016
apelacja: Protected Geographical Indication Florina
odmiany: 100% malagouzia
alk.: 13,0%

Wino otrzymałem do degustacji od Amazis.net. Dziękuję!