środa, 13 grudnia 2017

Wina z fabryki.

Męczę się okropnie. Nie dlatego, że wina niedobre, ale dlatego, że nie mam czasu ich wypijać. Pracę i obowiązki domowe przedkładam jednak nad spożywanie alkoholu, co pewnie dobrze świadczy o mnie i właściwym ustaleniu priorytetów, a że dzieje się to kosztem czytelników to wielka szkoda. Ja i moja wątroba będziemy trzymać się swojej ścieżki.

Dziś, a w zasadzie przez kilka ostatnich dni, sięgam po portugalskie wina z Biedronki i znów wyprodukowane przez Falua Sociedade de Vinhos. Chociaż nie, tak chyba nie mogę napisać, bo na stronie producenta nie mogę znaleźć win F’OZ, natomiast na ich etykietach mowa jest tylko o zabutelkowaniu win przez spółdzielnię Falua. No właśnie, skoro to spółdzielnia, to może João Portugal Ramos udostępnia tylko swoją infrastrukturę innym winogrodnikom, a przez swoją sieć kontaktów upłynnia towar na masową skalę.

Masowe nie zawsze znaczy złe, to zazwyczaj produkty tanie, więc wymaga się od nich, żeby były wystarczająco dobre, aby mogły być wykorzystane do gotowania, czy postawienia na stole do codziennego, zwyczajnego obiedu. Tak to widzę i pod takim kątem oceniam tego typu wina.


***


Jak już wspomniałem, oba wina butelkowane są pod nazwą F’OZ, co oznacza ‚ujście’ i „jest hołdem dla rzek, które przepływają przez najbardziej prestiżowe regiony winiarskie w Portugalii, zapewniając doskonałe warunki do produkcji win wysokiej jakości”. W tym wypadku mówimy o winie z apelacji Douro, które zostało - użyję jeszcze raz tego słowa - zabutelkowane w roku 2016 oraz o winie z regionu Dão zabutelkowanym w roku 2015. Oba zresztą powstały w tym samym zakładzie położonym w Almeirim, które dla odmiany leży na terenie regionu winiarskiego Tejo.

Wszystko to, co napisałem powyżej sprawia, że próżno szukać w tych winach szczególnych uniesień, albo wyciągać na ich podstawie wnioski, co do stanu winiarstwa w poszczególnych regionach. Nic z tych rzeczy. Te wina podobnie kosztują i podobnie smakują, przyjaciół od wina nimi nie zachwycicie, ale obiadu Wam nie zepsują. Jeśli jednak będziecie się upierać, abym wskazał palcem zwycięzcę, to w tym zestawieniu wolę wino z Dão. Jest łagodniejsze nieco dla podniebienia przy lepszym uwypukleniu owocu.

Wina otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci Biedronka. Dziękuję!

piątek, 1 grudnia 2017

Tercius, Tejo 2016

Wino od dużego i znanego producenta Falua Sociedade de Vinhos, który nie ogranicza się tylko do jednego regionu Portugali, lecz produkuje swe wina w Alentejo, Tejo, Beiras, Douro i Vinho Verde. Jeśli pijecie portugalskie wina to nazwisko João Portugal Ramos na pewno obiło wam się o uszy, a może i wpadło w oko, jeśli uważnie czytacie etykiety. Co do samej etykiety to podoba mi się wzór, powtarzalność motywów i ich symetria. Idealnie pasuje do win produkowanych przemysłowo, gdzie powtarzalność produktu - przy zachowaniu jakości - jest miarą jego sukcesu.

Wino jest całkiem dobre, co zawsze cieszy, bo kupno butelki wina za 17,99 złotych często obarczone jest pewnym ryzykiem. Wiele osób z tego względu unika zakupów w dyskontach, wydając lekką ręką 50 zeta w sklepie specjalistycznym w przekonaniu, że w ten sposób kupują prawdziwe perełki. Grunt to mieć poczucie dobrze wydanych pieniędzy, choć wydaje mi się, że w takim przypadku perły za prowizję kupują raczej sprzedawcy win.


Co więcej, w takim przypadku mam zawsze ochotę pójść do sklepu i kupić karton wina na zapas, za niewielkie pieniądze można zrobić sobie szkolenie z ewolucji wina, o ile ktoś ma w sobie pokłady cierpliwości, żeby otwierać butelkę co rok czy chociaż co 6 miesięcy. O powierzchni schowka nie wspomnę, ja kontynuuję opróżnianie zapasów, dlatego sam z własnej rady pewnie nie skorzystam.


Falua, Tercius 2016
Vinho Regional Tejo, Portugalia
odmiany: touriga nacional, aragonez, cabernet sauvignon, syrah
alk. 13,5%
cena: 17,99 zł w Biedronce

Wino otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci Biedronka. Dziękuję!

piątek, 10 listopada 2017

Syzyfowe prace.

Zgodnie z tym, o czym napisałem we wpisie "Opróżnianie zapasów", zająłem się ich pomniejszaniem za pomocą osuszania butelek. Robiłem to powoli, niespiesznie i w samotności, żona w ogóle nie chce mi pomagać, ale zacząłem zauważać efekty, więc wszystko wydawało się być na dobrej drodze.

Na pierwszy ogień poszło wino chilijskie, a dokładnie sauvignon blanc z winnicy Luis Felipe Edwards. Wino pochodziło z rocznika 2016, sprzedawała je w swojej promocyjnej ofercie Biedronka między 28.08.2017 a 10.09.2017. Co ciekawe w katalogu na miejsce pochodzenia wskazywano Casablanca Valley, moje wino zaś powstało z gron zbieranych w Leyda Valley. Ciekaw jestem, czy zwróciliście na to uwagę otwierając swoje butelki i czy rzeczywiście w ofercie były wina z różnych miejsc. W każdym razie to z Leyda Valley zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie.


Drugim winem, a w zasadzie winami drugim i trzecim były białe Polki - wina wyprodukowane dla sieci Lidl przez Winnicę Srebrna Góra, przy czym do dyspozycji miałem dwa roczniki: 2015 i 2016.



Nie wiem czy różnice były spowodowane samym wiekiem win, czy może o ich charakterze decydowała aura, stawiałbym jednak na różnicę w składach win, przy czym chciałbym zaznaczyć, że mimo dużego kombinowania w kupażach, wina miały jakiś wspólny mianownik, co należy zaliczyć im na plus. W ogóle mają u mnie plusy, przy czym rocznik 2015 nieco większego.

Po Polkach na stół trafiło albariño z hiszpańskiej Galicji, a dokładniej apelacji Rias Baixas. Albariño dla mas można powiedzieć, bo jest znacznie przystępniejsze w piciu niż opisywany w literaturze wzorzec wina z tej odmiany. Mniej tu kwasowości, nieco więcej ciała i owocu, co sprawia, że wino jest łatwe w piciu. Wzorcowe albariño potrafi być bardzo kwasowe i dość oszczędne w aromatach, za to dobrze pasuje do galicyjskiej kuchni w dużej mierze opartej na owocach morza.


Następnie udałem się do Argentyny po jej sztandarowe wino czerwone, czyli malbeka. Wino wyszło spod ręki uznanego winiarza, ale dla mnie było ono dość przeciętne. Miałem okazję pić już dużo lepsze malbeki, choć uczciwie muszę przyznać, że zwykle były to droższe etykiety.


Pozostałem jeszcze na moment w Ameryce Południowej, by spróbować urugwajskiego tannata, ale o ile wino było bardzo pijalne i naprawdę smaczne, to jednak nie oddało potencjału tkwiącego w odmianie tannat - liczyłem na potężną taninę, a dostałem wino łagodnie, znów jakby przeznaczone dla szerokiego grona odbiorców.


I już cieszyłem się, że plan przynosi efekty, już widziałem odzyskane po butelkach miejsce, już cieszyłem się nie z posiadania wina, ale jego braku, gdy dotarła do mnie przesyłka z Biedronki wypełniona próbkami win portugalskich. Czyli luka została zamknięta, wyrwa zasypana a butelkowy bilans wyszedł na zero. To właśnie możemy śmiało nazwać tytułową syzyfową pracą.


Ale jak Syzyf się nie załamywał, tak i ja sumiennie wtaczam swój kamień pod górę, a czy było warto, czy portugalskie wina warte są zachodu, o tym poinformuję Was w kolejnych wpisach.

Savignon blanc i tannata dostałem do degustacji z Biedronki, obie Polki kupiłem za własną mamonę w Lidlu, za malbeca zapłaciłem w Tesco, a ursynowski Leclerc skasował mnie za albariño.

wtorek, 24 października 2017

Bodega San Telmo, Torrontes 2017


No i znowu trafiłem na wino, z którym mam pewien zgryz. Może nie z samym płynem, lecz raczej z opakowaniem w jakim zostało zamknięte, a w zasadzie z etykietą, która została nań przyklejona. Od razu dodam, że etykieta ta bardzo mi się podoba, lubię te wygibasy, lubię logo i użyte czcionki, podoba mi się symetryczny układ całości.

ⓒ Bodega San Telmo
To co mi się nie podoba, to fakt, że jednak różni się ona od etykiet win, które można obejrzeć na stronie producenta - charakter podobny, ale w szczegółach różnice znaczne.

ⓒ Bodega San Telmo.
No niby też nic dziwnego, Biedronka ma mocną pozycję negocjacyjną i może zażądać od producenta etykiet zrobionych specjalnie dla win sprzedawanych w sieci. Bardziej nie podoba mi się to, że producent na swojej stronie nic nie wspomina na temat torrontesa, podobnie jak na Facebooku. Zaraz mi się zapala czerwona lampka (wina?) w takiej sytuacji, bo może nie tylko etykieta, ale i całe wino zrobiono specjalnie pod portugalską sieć. Tego nie wiem, ale w dzisiejszych czasach, kiedy media pełne są fake newsów i spiskowych teorii, a każdy może promować swoją własną "prawdziwą" historię, może ona na przykład brzmieć tak:

San Telmo należy do dużego koncernu (tę informację znajdziecie na ich stronie) i być może kontrakty na wina zapadają gdzieś w centrali, zupełnie poza bodegą. Można sobie wyobrazić, że koncern ten dostaje od dużego importera zamówienie na taniutkiego torrontesa i zleca fabryce wyprodukowanie kilku cystern wina z gron dostarczonych przez okolicznych winogrodników, a może nawet wystarczy tylko wydrukować etykiety z logo producenta i dostarczyć do spółdzielczej rozlewni oznaczonej jakimś tam tylko numerem. Na wszelki wypadek etykiety są „podobne, ale inne”, w razie czego "to nie my, my nigdy nie produkowaliśmy torrontesa”. 

Oczywiście to tylko żartobliwe dywagacje, wytwór mojej wyobraźni, która fakty zastępuje domysłami - przecież nic na ten temat nie wiem. Na wszelki wypadek wysłałem jednak maila do działu marketingu producenta, z prośbą o udostępnienie mi informacji na temat wyprodukowanego przez siebie wina. Może jednak mają nowe nasadzenia i właśnie wypuścili na rynek nowo wino? Być może - ja wciąż czekam na odpowiedź.


A jakie jest samo wino? Takie sobie (jednak etykieta podoba mi się w nim najbardziej). Torrontes zazwyczaj daje wina aromatyczne, o silnie owocowej nucie, ale nieprzesadnie kwasowe. Może przypominać wina z odmian muscat czy gewurztraminer, choć zwykle nie jest aż tak intensywne w zapachu. Dobre w formie „lampeczki” na aperitif. I rzeczywiście, w tym przypadku dostajemy wino aromatyczne, choć trudno nazwać je perfumowanym, w ustach jest dość surowe, z zaznaczoną nieźle kwasowością i odrobiną goryczki w końcówce. Owoc nieco cherlawy i bez większego wyrazu. Nie wiem czy jeszcze w tym sezonie uda się wypić to wino na skąpanym w słońcu tarasie, gdzie można by właściwie docenić jego ożywcze walory. Dziś jednak, kiedy słońce słabe i wino blade trudno szukać w nim źródła ukojenia dla skołatanej duszy. Za to do jedzenia, dzięki wyraźnej kwasowości, powinno być niezłym kompanem. Ja bym je widział w towarzystwie delikatnego mięsa ryb, spróbowałbym też połączenia z sushi.

wtorek, 17 października 2017

Opróżnianie zapasów.

Im jestem starszy, tym bardziej przeszkadza mi nadmiar rzeczy wokół mnie, a coraz bliższe stają mi się idee minimalizmu. Staram się porządkować swoje rzeczy, usuwać te, które są ewidentnie mi niepotrzebne, redukuję stan posiadania. To nie jest łatwe, bo niemal całe dorosłe życie obrastałem w przedmioty, które wydawały mi się potrzebne, wręcz niezbędne. A tu od jakiegoś czasu w głowie uporczywie świdruje mi myśl, że to wszystko nic nie jest warte - co tu dużo mówić - tych rzeczy do grobu nie zabiorę. Postaram się reaktywować mojego starego bloga, aby na nim opisywać postępy w upraszczaniu życia, tutaj natomiast skupię się na winnym jego aspekcie, czyli opróżnianiu zapasów wina. Zapasików raczej, bo wbrew mojemu przekonaniu zgromadzonych butelek wcale nie ma tak dużo.


W specjalistycznej chłodziarce komplet, czyli 34 butelki, w dwóch kartonach po 6 win, czyli kolejnych 12, w szafie luzem 15 butelek i jeszcze jedna w chłodziarce turystycznej. Razem 62 butelki. Gdybym nie kupował wina i wypijał tylko jedno tygodniowo, to zapas skończy się dopiero za jakieś 14-15 miesięcy. Zakładając, że siłą inercji będą do mnie jeszcze trafiały winne prezenty od zaprzyjaźnionych importerów i dystrybutorów, to mogę przez dwa lata nie inwestować w wino ani złotówki. Ale nie mam zamiaru czyścić zapasów do zera. Wystarczy, że pozbędę się zawartości kartonów, wyczyszczę szafę, a chłodziarka turystyczna wróci do auta. No i może zluzuję miejsce na jakieś dziesięć butelek w mojej ukochanej lodówce, żeby „towar” miał gdzie rotować.

Od czegoś trzeba te zmiany w życiu zacząć i dobrze by było, żeby na pierwszy ogień poszła jakaś dobra butelka, czyli taka, którą miałem okazję pić wcześniej i zachęcony jej jakością kupiłem na - nomen omen - zapas. Po drugie, jeśli ten proces ma zamiar być rozciągnięty w czasie, to niech to będzie wino białe, wszak należy je pić szybciej niż wina czerwone. Padło zatem na włoskie wino Inama, które miałem okazję poznać podczas degustacji zorganizowanej przez importera w sierpniu zeszłego roku.

Ostał się po niej tekst, napisany co prawda kilka miesięcy po degustacji, ale jednak. Tam też kilka słów na temat wina, które piję dzisiaj, i kilkanaście na temat pozostałych win Inama. Dziś tylko dodam, że wino nie epatowało świeżością tak, jak rok temu, ale daleki jestem od tego by powiedzieć, że jest za stare. W żadnym wypadku, sprawia raczej wrażenie bardziej dojrzałego, owoc wydaje mi się wyraźniejszy niż wcześniej, aromaty są bardzo intensywne. Do pełni szczęścia przydałoby się ciut więcej kwasu, ale może się czepiam.

------------------------------------------------
Inama, Vin Soave, 2015
Soave Classico DOC, Włochy
odmiana: 100% garganega
alk. 12,0%
importer: Krople wina
------------------------------------------------



sobota, 16 września 2017

Andrea Oberto, Barolo, 2009


Wypiłem już parę win w swoim życiu, jedne były lepsze, inne trochę gorsze, o jednych chciało się powiedzieć kilka słów, inne można było spokojnie przemilczeć. I raz na jakich czas pojawiają się wina, o których powinno się coś powiedzieć, trochę je chwalić, a może nawet i wychwalać pod niebiosa, ale obcowanie z nim jest tak wielką przyjemnością, że szkoda czasu na przelewanie tych emocji na papier (e-papier). Zwłaszcza, że to nie jest takie łatwe. No niby można powiedzieć coś o solidnych, ale wypolerowanych taninach, można wspomnieć banalnie o wyrazistym owocu, którego nie trzeba nazywać, można coś bąknąć o idealnej kwasowej strukturze, czy solidnym alkoholu, który w ogóle nie daje o sobie znać. Tyle, że to po prostu w żaden sposób nie odda radości z picia takiego wina.

W tym wypadku jest to Barolo, ale jestem przekonany, że takie wina można znaleźć w każdej innej apelacji. Bo pewnie nie tylko o samo wino chodzi, ale też o okoliczności, w których się je piło. Także o towarzystwo (lub jego brak), nastrój, poziom zmęczenia organizmu, czy samego mózgu. Końcowe wrażenie to suma tych czynników, często niepowtarzalnych, więc tym bardziej nie ma co się rozpisywać na temat tego (lub innego) wina. 

To ja sobie jeszcze trochę pomilczę nad kieliszkiem. Tak szybko się kończy...


-----------------------------------------------------
Andrea Oberto, Barolo, 2009
apelacja: Barolo DOCG, La Morra, Włochy
odmiana: 100% nebbiolo
alk.: 14,5%
-----------------------------------------------------

sobota, 9 września 2017

Polka, Wino Czerwone, 2014


Po niezbyt przychylnych recenzjach przeczytanych w sieci byłem lekko negatywnie nastawiony do tego wina. I bardzo dobrze, bo w takich sytuacjach zwykle mile rozczarowuję się. Zresztą polskie wina mają na wstępie mój kredyt zaufania, który mogą roztrwonić, ja nie będę domagał się od nich ani spłaty odsetek, ani nawet kapitału. Taki mam gest. 

Dałem żonie do powąchania, stwierdziła że pachnie niedobrze, bo jest za zimne, ma skubana wyczucie. Rzeczywiście było za zimne, więc chwilę odczekałem, a po jej upływie zakręciłem kieliszkiem, przepłukałem gębę winem, usłyszałem, że teraz ja niedobrze pachnę winem i tyle było konsultacji.

Dalej piszę samodzielnie i na lekkim fochu, ale nie moje uczucia są tu ważne, lecz pytanie czy ludzkość może obdarzyć ciepłym uczuciem czerwoną Polkę z rocznika 2014. Może być ciężko, wino dość kwaśne, zielone. Jest porzeczkowy liść, jest posmak łodygi, jest też cierpkość owocu, szkoda że zabrakło choć odrobiny słodyczy, jakiejś symbolicznej przeciwwagi dla kwasu i delikatnej goryczki w końcówce.

Od razu nabrałem pewnych skojarzeń z pewną Polką, ale cicho sza, jeszcze mi życie miłe ;)

---------------------------------------------------
Polka, wino czerwone, 2014
Winnica Srebrna Góra, Kraków
odmiany: regent
alk.: 11,5%
cena: 29,99 zł (Lidl, październik 2016)
---------------------------------------------------

piątek, 1 września 2017

Czy pani tańczy Polkę?

Czy Polkę pani zna? Ja pani wytłumaczę, jak... Dobra, dobra, lepiej nie kończyć, bo rym ucieka, a ja nie o tańcu mam pisać, a o winie o takiej nazwie. Wino produkowane jest przez Winnicę Srebrna Góra i miało swój debiut w Lidlu w zeszłym roku, jakoś tak na przełomie września i października. Pamiętam swoje poszukiwania Polki w sklepach,  wino białe i dwa roczniki czerwonego udało mi się kupić bez większych przeszkód, choć wymagało to szybkiego działania - wina ze sklepowych półek znikały błyskawicznie. Do kolekcji brakowało mi tylko wina różowego, ale wówczas nie udało mi się go upolować. 4 października 2016 - w dniu moich urodzin - wybrałem się na wycieczkę z Warszawy do Kazimierza i po drodze zajeżdżałem do każdego napotkanego Lidla. Z marnym efektem, różowego wina nie było nigdzie, a może już wtedy zaczął się boom na różowe, o których w tym roku pisze się znacznie więcej i, odnoszę takie wrażenie, zdecydowanie przychylniej.

Nauczony doświadczeniem trzymałem rękę na pulsie i w tym roku polowanie na różową Polkę zakończyło się sukcesem, zaś wersje białą i czerwoną z rocznika 2016 otrzymałem do degustacji z sieci Lidl. W połączeniu z niewypitymi w zeszłym roku winami dało to już całkiem fajną kolekcję.



Ciekawe jest to, że wina mimo identycznych etykiet takie same nie są. Każda butelka wina czerwonego powstawała w inny sposób, trudno je zatem porównywać pod kątem samego tylko rocznika, trzeba pamiętać, że różnią się one też składem. Podobnie jest z winami białymi, natomiast jeśli chodzi o wino różowe, to z przyczyny wyżej wymienionej nie mam wiedzy na ten temat.

Dziś notatek z degustacji poszczególnych etykiet nie będzie, to czeka mnie i Was w przyszłości, być może nawet nie na blogu, ale na Facebooku, lub Instagramie. Zachęcam do lajków i subów (tak mówi mój siedmioletni syn, który pragnie zostać youtuberem), żeby nie przeoczyć nowych wpisów. Dziś tylko raczej opisy techniczne i zachęta z mojej strony do kupowania win polskich, ale tak po prostu, bez żadnych kontekstów politycznych, ja na pewno nie będę Was odwodził od prób parowania polskich win z francuskimi serami ;)


Polka, wino różowe półwytrawne, 2016
Winnica Srebrna Góra, Kraków
odmiany: zweigelt, cabernet cortis
alk.: 12,5%
opis producenta: "Oto Polka, subtelna, łagodna, choć niepozbawiona charakteru. Doskonale sprawdza się podczas romantycznych spotkań we dwoje i wieczorów z przyjaciółmi. Pochodzi z Krakowa, z malowniczej winnicy, położonej w dolinie Wisły, na zboczach Srebrnej Góry. Przekonaj się, ile smaku może mieć polskie wino. Ile uroku może mieć Polka!"


Polka, wino białe półwytrawne, 2016
Winnica Srebrna Góra, Kraków
odmiany: seyval blanc, johaniter, solaris, hibernal, chardonnay, riesling, traminer, pinot gris
alk.: 12,0%
opis producenta: "Oto Polka, subtelna, łagodna, choć niepozbawiona charakteru. Doskonale sprawdza się podczas romantycznych spotkań we dwoje i wieczorów z przyjaciółmi. Pochodzi z Krakowa, z malowniczej winnicy, położonej w dolinie Wisły, na zboczach Srebrnej Góry. Przekonaj się, ile smaku może mieć polskie wino. Ile uroku może mieć Polka!"

Polka, wino białe, 2015
Winnica Srebrna Góra, Kraków
odmiany: johaniter, solaris, hibernal
alk.: 11,5%
opis producenta: "Oto Polka, subtelna, łagodna, choć niepozbawiona charakteru. Doskonale sprawdza się podczas romantycznych spotkań we dwoje i wieczorów z przyjaciółmi. Pochodzi z Krakowa, z malowniczej winnicy, położonej w dolinie Wisły, na zboczach Srebrnej Góry. Przekonaj się, ile smaku może mieć polskie wino. Ile uroku może mieć Polka!"



Polka, wino czerwone, 2016

Winnica Srebrna Góra, Kraków
odmiany: regent, rondo, acolon, cabernet cortis
alk.: 12,5%
opis producenta: "Oto Polka, subtelna, łagodna, choć niepozbawiona charakteru. Doskonale sprawdza się podczas romantycznych spotkań we dwoje i wieczorów z przyjaciółmi. Pochodzi z Krakowa, z malowniczej winnicy, położonej w dolinie Wisły, na zboczach Srebrnej Góry. Przekonaj się, ile smaku może mieć polskie wino. Ile uroku może mieć Polka!"

Polka, wino czerwone, 2015
Winnica Srebrna Góra, Kraków
odmiany: regent, rondo, acolon
alk.: 11,5%
opis producenta: "Oto Polka, subtelna, łagodna, choć niepozbawiona charakteru. Doskonale sprawdza się podczas romantycznych spotkań we dwoje i wieczorów z przyjaciółmi. Pochodzi z Krakowa, z malowniczej winnicy, położonej w dolinie Wisły, na zboczach Srebrnej Góry. Przekonaj się, ile smaku może mieć polskie wino. Ile uroku może mieć Polka!"

Polka, wino czerwone, 2014
Winnica Srebrna Góra, Kraków
odmiany: regent
alk.: 11,5%
opis producenta: "Oto Polka, subtelna, łagodna, choć niepozbawiona charakteru. Doskonale sprawdza się podczas romantycznych spotkań we dwoje i wieczorów z przyjaciółmi. Pochodzi z Krakowa, z malowniczej winnicy, położonej w dolinie Wisły, na zboczach Srebrnej Góry. Przekonaj się, ile smaku może mieć polskie wino. Ile uroku może mieć Polka!"

Czytałem opisy innych blogerów na temat win Polka, które masowo pojawiły się zaraz po czwartkowej (24.08.2017) imprezie promocyjnej i przeczytałem w którejś, że w roczniku 2016 znalazły się resztki win niezabutelkowanych przez producenta pod nazwą własną, ale biorąc sprawę zdroworozsądkowo należałoby postawić raczej tezę, że żeby sprostać atrakcyjnemu kontraktowi i zapewnić dłuższą niż kilka dni obecność na sklepowych półkach, trzeba pójść na pewien kompromis i postawić jednak na ilość. A więc wrzucamy wszystko do jednego kotła, fermentujemy, butelkujemy i wypuszczamy całość zapasów na rynek, czyli długie półki Lidla. I słusznie. Gotówka przyda się przy inwestycjach w ciąż raczkujący biznes. Oby tylko nie były to zbyt łatwe pieniądze i pochopne odtrąbienie sukcesu. Szacunek przyjdzie wtedy, gdy sukces komercyjny będzie odzwierciedleniem sukcesu artystycznego. Winnicy Srebrna Góra życzę sukcesu na obu polach i większej kreatywności, jeśli chodzi o opis win. 😉

czwartek, 31 sierpnia 2017

ML&MB

"SPOTKAŁEM SIĘ Z KOLEGĄ, BO KOLEGA JEST OD TEGO
I WYPADA CZASEM SPOTKAĆ SIĘ Z NIM
SIEDZIELIŚMY DO RANA, A JEGO UKOCHANA
DONOSIŁA CIĄGLE NOWY ZESTAW WIN"

MM&WW "KOLEDZY"


Może nie do końca tak było, może nie do rana, a i o dolewki musieliśmy zadbać sami, ale pewne zdarzenia miały miejsce i nie można tym faktom zaprzeczyć. Otóż spotkałem się Marcinem Likowskim w Whisky&Wine Place, aby spróbować kilka nowości, jakie pojawiły się w ofercie tego sklepu, przez gardło przeleciało kilka porcji wina, było przyjemnie, a same wina naprawdę dobre.


Na początek odkorkowaliśmy wino od producenta prosecco - Il Colle, ale nie było to prosecco, tylko rosè zrobione ze szczepów pinot nero i raboso. Różowe bąble wchodzą gładziutko, cukier dobrze wyczuwalny (extra dry - 16-18 g/l), równoważony kwasowością, za którą odpowiedzialną uczyniono odmianę raboso. Lekko truskawkowy posmak musi się podobać - na balkon w sam raz, jeśli zadaszony, to nawet podczas deszczu. 😃

Kolejne dwie butelki pochodziły z winnicy Treloar. Jej właścicielem jest Brytyjczyk - Jonathan Treloar a sama posiadłość leży w regionie Roussillon na południu Francji. Historia tego człowieka jest arcyciekawa, mogłaby być podstawą scenariusza niezłego filmu, ale nie powiem Wam więcej na ten temat, Marcin Likowski zrobi to znacznie lepiej prezentując przy okazji jego dzieła w sklepie. Zapytajcie koniecznie! 


Zaczęliśmy od One Block Muscat 2014 zrobionego na wino wytrawne. A nawet bardzo wytrawne - 0,3 grama cukru na litr. To coś, co ja akurat w przypadku tego szczepu lubię i zecydowanie wolę od wersji słodszych. Aromatyczne, ale nie duszące wino dobrej klasy, którego nigdy za wiele, ale musicie uważać - kwasowość na pewno rozbudzi w Was poczucie głodu.


Drugim winem od tego producenta było One Block Grenache 2015, zrobionym, jak wskazuje nazwa, z odmiany grenache, ale nie mam pewności, czy w tym roczniku powstało ono tylko z tego szczepu, czy może przy udziale innych odmian, jak zdarzało się we wcześniejszych latach. Świetne wino! Piękne owocowe aromaty, gładkie taniny, jedwabista faktura na podniebieniu i alkohol na dość niskim poziomie. To wino nie może się nie podobać, czynnik pijalności na najwyższym poziomie.


Ostatnim winem jakie próbowaliśmy było Alta Allela AA Privat MERLA 2016 zrobione z odmiany monastrell. Wino organiczne, naturalne, bezsiarkowe, o dość trudnych aromatach zaraz po otwarciu butelki, mi osobiście kojarzący się z kawą wypitą w pobliżu stajenki. Po kilku minutach w kieliszku i napowietrzeniu wina w zapachu przebija się komponent owocowy, z elementem kawy i lukrecji. Kwasowość i tanina przypominają o sobie z każdym kolejnym łykiem, rozbudzają apetyt, domagają się jedzenia - u mnie bez zmian, ja od razu chcę steka! Intrygujące wino, muszę wrócić po butelkę. 


Marcinie, dziękuję za zaproszenie!

wtorek, 1 sierpnia 2017

Priorat, Nita 2014


Kiedy piszę te słowa, w Polsce panują już spore, utęsknione przez wielu upały. Człowiek powinien chłodzić się super zimnym białym lub różowym winem, komu przyszłoby do głowy pić wina z równie gorącego Prioratu. No, ale mi przyszło.

Priorat to jedna z dwóch apelacji (drugą jest Rioja), które w systemie hiszpańskim mają najwyższy status. Choć apelacja jest nie tak bardzo młoda, powstała w 1954 roku, to najwyższy status uzyskała dopiero w 2009 roku, do czego przyczyniło się zaangażowanie wielu sławnych nazwisk hiszpańskiego świata winiarskiego, angażujących tu niemałe środki i szukających na górzystych terenach swojego eldorado. Eldorado to zresztą nie najgorsze słowo opisujące tutejsze realia, wina rzeczywiście potrafią kosztować krocie, co przyciąga kolejnych inwestorów nie zważających na ekstremalnie trudne warunki uprawy winorośli, przekładające się na niską wydajność, ale dając w zamian wina pełne ekstraktu.

Dziś mam przyjemność pić wino Nita, zrobione przez Meritxell Pallejà  z Gratallops, gdzie swoje wina produkuje jedna piąta winiarzy z Prioratu. Tutejsza enolożka pracowała z samym Alvaro Palaciosem, czołowym producentem i ojcem sukcesu tego regionu, dzięki któremu zyskał on taki rozgłos i popularność.

Nita jest kupażem, na który składają się odmiany: garnacha (45%), cariñena (35%), cabernet sauvignon (15%), syrah (5%). Garnacha i cariñena to podstawowe odmiany Prioratu, dające wina skoncentrowane, taniczne, ale też i mocno alkoholowe. Producenci często dodają tu niewielkie ilości caberneta, merlota i syrah, by nadać winom nieco więcej finezji i wielowymiarowości. Można zatem powiedzieć, że mamy do czynienia z klasykiem z Prioratu.

Wino w ustach jest nieco ziemiste, ale i bardzo owocowe (śliwka, wiśnia), ma niemało alkoholu i to daje się wyczuć, podobnie jak kwasowość. Za to tanina nie wysusza nadmiernie podniebienia. W pierwszej chwili wino nie robi dobrego wrażenia, co często zdarza się w przypadku win mocnych, intensywnych, aromatycznych, dojrzewających dłużej w beczce czy nawet butelce. Trzeba je napowietrzyć i zapewnić im chwilę odpoczynku, po którym nabierają harmonii i lepiej odzwierciedlają zamysł winiarza. W przypadku tego wina czas i dekantacja zdecydowanie pomagają. Dwa dni po otwarciu wino naprawdę pieści podniebienie, alkohol nie drażni, za to posmak dojrzałych owoców długo utrzymuje się ustach. Jeśli wino do Was trafi bądźcie cierpliwi, a czeka Was zasłużona nagroda.

Wino otrzymałem z Ambasady Królestwa Hiszpanii w ramach promocji Degusta España, mającej na celu przybliżyć zainteresowanym temat hiszpańskich win, a także regionów winiarskich, w których one powstają. Dziękuję!

poniedziałek, 31 lipca 2017

Baixabén Albariño 2013


Kilka dni temu wypiłem kolejne, po Paco&Lola, wino z Rías Baixas. Baixabén Albariño 2013 to wino raczej surowe, kościste, bardzo kwasowe. Od razu pomyślałem sobie o zupie rybnej, o której też wspomniałem poprzednio. Ponieważ została mi jej porcja, postanowiłem jeszcze raz sprawdzić to połączenie. Tym razem zupa nie dała rady zdominować wina, wręcz przeciwnie, odniosłem wrażenie, że tutaj rządzi albariño. Ale uważam, że ten mariaż był lepszy od poprzedniego. Producent poleca to wino do gotowanych skorupiaków, ryby w soli, czy białych mięs.

Wino mimo swego wieku wydaje się bardzo świeże, młode, mam wrażenie, że upływ czasu mu nie straszny, choć podręcznikowo albariño powinno być wypite w przeciągu dwóch lat od zabutelkowania. Cena przystępna, jedynie 25 zł. Może warto kupić więcej?


Adega Rubén, Baixabén Albariño 2013
DO Rías Baixas, Hiszpania

odmiany: albariño (90%), treixadura (10%)
alk.: 12%
cena: 24,99 zł - Leclerc Ursynów, Warszawa


ps. Po dwóch dniach od otwarcia w winie pojawił się zapach kojarzący mi się z aromatami win mocno utlenionych. Przypominał trochę pieczone jabłko, ale jakby nadpsute. Nie bardzo mi się to podobało, odeszła mi ochota na kolejny kieliszek, więc jeszcze dokładnie przemyślę zakup kolejnych butelek.  

środa, 26 lipca 2017

Białe wina z hiszpańskiej Galicji.


Wspominałem Wam niedawno o winach, które dotarły do mnie z Ambasady Królestwa Hiszpanii w ramach promocji Degusta España, mającej na celu przybliżyć zainteresowanym temat hiszpańskich win, a także regionów winiarskich, w których one powstają.


Pierwszym winem, o którym dziś wspomnę jest Paco&Lola Albariño 2014 pochodzące z Galicji - wspólnoty autonomicznej położonej na północno-zachodnim krańcu Hiszpanii. Na jej terenie znajduje się kilka apelacji winiarskich, w których wytwarza się głównie wina białe, jedną z najbardziej rozpoznawalnych i znanych jest DO Rías Baixas, rozciągająca się wzdłóż północnej linii brzegowej rzeki Miño, oddzielającej Hiszpanię od Portugalii. Portugalczycy po drugiej stronie rzeki nazywają już ją Minho, zaś odmiana albariño, z której zrobione jest wino Paco&Lola zwie się tutaj alvarinho.

Bodegas Paco&Lola jest projektem grupy plantatorów i winiarzy tworzących dość dużą spółdzielnię (ok. 400 członków), której oryginalna nazwa brzmi "Sociedad Cooperativa Vitivinicola Arousana". Winiarnia powstała w roku 2005, jest naszpikowana nowoczesną technologią, a winemakerzy polegają na tradycji i wiedzy przekazywanej z dziada pradziada, ale też na zdobyczach współczesnej nauki. Wina zdobywają nagrody, mówi się o nich, a w jednym z ostatnich numerów Wine Spectator natknąłem się nawet na ocenę wina, które dziś degustuję, tyle że już z nowszego rocznika.


Czas zatem poznać wino organoleptycznie 😃. W kieliszku wino prezentuje się ładnie, jest klarowne, lekko oleiste, ma dość intensywną żółtozieloną barwę. Noc cytrusowy złamany nutą brzoskwini i melona. W ustach wyraźnie, ale nie przesadnie kwasowe, zdecydowanie owocowe, z odrobinką słodyczy na wejściu i delikatną goryczką w końcówce. Bardzo przyjemne. Fermentację przeprowadzono w stalowych tankach, trwała ona 21 dni w stałej temperaturze 14 st. C, a potem przez trzy miesiące wino dojrzewało w nich na osadzie.

Spróbowałem dowiedzieć się co nieco o galicyjskiej kuchni. Okazuje się, że podobnie jak w Polsce, można w niej znaleźć dania oparte na ziemniakach, kapuście i papryce. Do tego kukurydza, którą i u nas się uprawia, choć nie wydaje mi się, żeby kuchnia polska często ją wykorzystywała. Bliskość oceanu sprawia, że w galicyjskiej kuchni oczywiście nie brakuje ryb i owoców morza. Ja postanowiłem wykorzystać znaleziony w internecie przepis na rybę duszoną z papryką i ziemniakami. Wyszła z tego naprawdę niezła zupa rybna.


Spróbowałem jej z moim albariño, ale miałem wrażenie, że jednak zdominowała ona to połączenie. Wino okazała się w tym zestawieniu zbyt delikatne, choć też z pewnym zadowoleniem przyznaje, że w swojej „karierze” miałem już znacznie bardziej nieudane połączenia. Mimo wszystko jestem zadowolony, wszak wino było bardzo dobre i zupa całkiem przyzwoita. No i czegoś dowiedziałem się o Galicji.

Wino można kupić w Polsce, ja znalazłem dwa sklepy oferujące butelki z tej spółdzielni. Różnice w cenach były zaskakująco duże (50 zł i 70 zł).

Zachęcony tym winem udałem się do swojego ursynowskiego Leclerka i kupiłem jeszcze dwie butelki albarino z Rías Baixas, więc bądźcie na nasłuchu, jeśli zainteresował Was ten temat.



Dziękuję Ambasadzie Hiszpanii za udostępnienie wina do degustacji.   

wtorek, 25 lipca 2017

Żółto-czerwone Węgry.

Wspominałem o tym kiedyś, powiem dziś i zapewne przypomnę w przyszłości - ilekroć zabieram się, by jakoś ogólnie opisać wina z danego kraju, czy może raczej winiarskiego regionu, szybko uświadamiam sobie, że nie mam nic do powiedzenia. Winem zajmuję się amatorsko, nie mam dostępu do pokaźnej liczby próbek, na podstawie których mógłbym pokusić się o jakąś rozsądną syntezę. Powyższe dotyczy także węgierskich win czerwonych, miałem okazję ostatnio wypić dwa, żadnych podsumowań więc nie będzie, podzielę się jedynie moimi odczuciami.

Post udostępniony przez Mariusz Boguszewski (@mboguszewski)

Pierwszym winem, o którym chciałbym wspomnieć, jest Vinatus Mitis 2014. To mieszanka cabernet franc, cabernet sauvignon, merlot i syrah pochodząca z węgierskiego regionu winiarskiego Villány. Winiarnia powstała dopiero w 2009 roku, dynamicznie się rozwija, także pod kątem agroturystyki, a kolejne lata przynoszą nagrody zdobywane w konkursach winiarskich. Gdybym miał je oceniać w takim konkursie (oczywiście nie mam kwalifikacji 😀) miałbym spory kłopot. Nos jest bardzo przyjemny, owocowy, nieco ziemisty, taki jak lubię. Natomiast w ustach wino robiło niezbyt dobre wrażenie, było szorstkie, palące i niepozbawione mocnej goryczki, która długo utrzymywała się na podniebieniu. Na wypicie całej butelki minęły mi nie trzy godziny, a trzy wieczory. Z każdym kolejnym było nieco lepiej, ale naprawdę minimalnie. Być może wino jest jeszcze zbyt młode, być może wymaga jakiegoś konkretnego posiłku, ale pite solo nie przypadło mi do gustu. Jest jednak „ale”. Gdybym miał możliwość jeszcze je kupić, to wziąłbym ze trzy butelki i schował w piwnicy na lat kilka. Czuję, że wino ma potencjał i z całą pewnością nie chciałbym wystawiać mu negatywnej oceny.

Podobnych odczuć spodziewałem się po innym winie węgierskim - Bolyki Indián Nyár 2015 - zwłaszcza, że wcześniej przeczytałem recenzję Roberta Szulca (winiacz.com), który zasugerował, że wino jest niezłe, ale jeszcze niedojrzałe. W tym wypadku jednak się nie zawiodłem, ale być może dlatego, że ciągle w pamięci miałem Mitis i naprawdę niewiele mi było trzeba, by przychylnym okiem spojrzeć na to wino. Niemniej jednak smakowało mi, chętnie i szybko uzupełniałem braki w kieliszku i jeśli nadarzy się okazja, to do tych trzech butelek z żółtą etykietą dorzucę jeszcze trzy z etykietą czerwoną. Dla porządku dodam, że to wino pochodzi z regionu winiarskiego Eger i jest mieszanką kékfrankos, merlot i cabernet franc. 

Postaram się też podszkolić z kuchni węgierskiej, by przyszłe degustacje, łączące wina z jedzeniem, miały już pełniejszy charakter.

Wino Vinatus Mitis 2014 kupiłem w sieci Lidl, z niej również otrzymałem do degustacji Bolyki Indián Nyár 2015.

czwartek, 20 lipca 2017

Słoweńskie wspomnienia.

Dzisiaj kilka słów o winach, które niezależnie od ich jakości (a ta z pewnością jest niezła), będą miały stałe miejsce w moim sercu. Tak to już jest, że wina z którymi wiążą się pewne (zwykle dobre) przeżycia, darzy się sympatią większą i zawsze mają przy ocenie kilka punktów ("plusów dodatnich" 😀) więcej, niż te które goszczą w naszych kieliszkach po raz pierwszy. Mam dziś przyjemność sięgnąć po wina, które piłem już kiedyś na miejscu u producenta, w Słowenii - kraju, który oczarował mnie pięknem przyrody, wspaniałymi kulinariami i świetnymi winami. 

Biedronka w swej ostatniej selekcji ma/miała wina z winiarni Puklavec&Friends (P&F Jeruzalem). Wina od tego producenta bywały już wcześniej w portugalskiej sieci, jeszcze z oryginalnymi etykietami, które można obejrzeć na stronie internetowej wytwórni, a które zostały zastąpione naklejkami przygotowanymi specjalnie dla dyskontu.

Marketing i interesy zostawmy jednak na boku, dla nas najważniejsze jest przecież wino, a w zasadzie dwa wina: Wild River Sauvignon Blanc 2016 i Wild Flower Muscat Ottonel 2016. Etykiety od razu sugerują jakiego typu win możemy się spodziewać - dzika rzeka ma się kojarzyć z rześkimi aromatami cytrusów, agrestu i marakuji uzupełnionych mityczną "mineralnością" (smak rzecznych otoczaków?), natomiast dzikie kwiaty należy kojarzyć z intensywnymi zapachami łąki zalanej polnymi kwiatami.


Przyznaję od razu, że słodki muskat to nie jest to, za czym przepadam, natomiast czytelnicy moich tekstów na blogu wiedzą, że do sauvignon blanc mam wyjątkową słabość.

I tu niespodzianka, naprawdę spodziewałem się słabego wina jeśli chodzi o Wild Flower, a tu naprawdę przyjemna butelczyna. Słodycz jest dobrze wyczuwalna, ale cukier wcale nie zdominował charakteru wina. Pije się to zupełnie dobrze solo, a z sałatką owocową nawet bardzo dobrze. Przy niskiej zawartości alkoholu wino potrafi w upalny dzień raczej orzeźwić, niż zmęczyć. Podoba mi się!

Post udostępniony przez Mariusz Boguszewski (@mboguszewski)

Czy równie zaskakujące będzie wino Wild River? Nos na pewno nie przypomina tego co ze sobą niesie nowozelandzki wzorzec sauvignon blanc. Nie ma tu nieskończonych pokładów świeżości, ale jest ona ewidentna, nie ma ostrej jak żyleta kwasowości, ale jest ona wyraźna. Nie ma też problemu z identyfikacją odmiany, pomylić się trudno. Szukając analogii w świecie sprzętu audio można powiedzieć, że sauvignon blanc z Nowej Zelandii to przykład cyfrowej precyzji odtwarzania wzorca, natomiast w europejskiej, słoweńskiej wersji tej odmiany mam odczyt analogowej płyty, z jej krągłościami i pewną miękkością przekazu. Dla wprawnego ucha i wyrobionego podniebienia różnice są ewidentne, ale oba nośniki (dzwięku lub smaku), ze swoimi wadami i zaletami zasługują na równy szacunek. I taki szacunek mam dla słoweńskiego sauvignon.

Wina otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci Biedronka. Dziękuję!

sobota, 8 lipca 2017

Plany na lipiec.

Jak zauważyliście, przebudziłem się w czerwcu i wróciłem w końcu do pisania. Co prawda rekordu historycznego nie pobiłem, ale i tak cieszę się z wyniku, a jeszcze bardziej z tego, że pisanie znów sprawia mi radość. Blog trochę był zaniedbany, krótkie notki o winach częściej publikowałem na Facebooku czy Instagramie, ale zamierzam trochę rozruszać swój internetowy pijacki niecodziennik, a powodów ku temu mam niemało.


Przede wszystkim trzeba będzie zająć się nową, wakacyjną ofertą Biedronki - w sieci tej, jak zapewne już wiecie, można teraz kupić wina ze Słowenii, Chorwacji, Bułgarii i Grecji. O ile Bułgaria jest w naszym kraju popularna, choć niekoniecznie za sprawą win wysokiej jakości, to pozostałe kraje są mniej znane, można jednak zauważyć, że coraz częściej wspomina się i pisze o winach greckich. Mnie to cieszy, mam nadzieję, że będzie z czego wybierać, choć pewną barierą może być  cena win. Pamiętam, że nawet na miejscu, w Grecji, trzeba było za nie niejednokrotnie słono płacić.

Lidl natomiast wciąż stawia na Węgry (i dobrze). Z tej sieci też przyjechały do mnie dwie butelki wina, obie są sprzedawane w bardzo rozsądnych cenach. O ile wytrawny Furmint od Dereszli jest już mi dobrze znany (fajne wino), to ciekaw jestem bardzo wina Bolyki Indián Nyár.


Kika dni temu dostałem też przesyłkę z Ambasady Królestwa Hiszpanii. Na jej terenie raz w miesiącu odbywają się spotkania pod hasłem Degusta España, gdzie przesympatyczny Julio César Sobrino w luźny i pełen humoru sposób przedstawia wina z poszczególnych regionów winiarskich. Spotkania są interesujące, choć nie zawsze mogę w nich uczestniczyć ze względu na swoją pracę. Ale dzięki uprzejmości zaangażowanej w projekt Małgosi Kozakiewicz będę mógł kilka win dla Was opisać.

Moje recenzje będą pojawiały się w drugiej połowie miesiąca, do tego czasu odpocznę sobie nieco od pracy, pisania i picia wina. Stay tuned :)