czwartek, 22 czerwca 2017

Ulubione marki wina 2017.

Trafiły do mnie (już jakiś czas temu) dwie butelki znanych i popularnych na naszym rynku win. Okazją ku temu było przyznanie przez „Drinks International” - magazyn branży alkoholowej - najwyższych pozycji w rankingu „The World’s Most Admired Wine Brands 2017” markom Torres, Concha y Toro oraz Penfold's.


Dystrybutor win tych producentów postanowił podzielić się tą ważną informacją ze światem, a jednym z kanałów informacyjnych uczynił winnych blogerów. Hasztag #darylosu podbił statystyki trendów w mediach społecznościowych, pióra i klawiatury poszły w ruch, a popularne wina stały się jeszcze bardziej popularne. Piszę o tym oczywiście w sposób nieco żartobliwy, ponieważ tych marek naprawdę nie trzeba reklamować, wina noszące ww. nazwy można dostać w niemal każdym większym markecie, przynajmniej tańsze wersje, znacznie trudniej jest znaleźć wina bardziej ambitne, ale przyczyn takiego stanu rzeczy upatruję raczej w preferencjach zakupowych Polaków, którzy (przynajmniej na razie) przedkładają cenę nad jakość. Nie ukrywam, że od Concha y Toro wolałbym spróbować takich win jak Don Melchor czy Casillero del Diablo Reserva Privada, od Torresa Mas La Plana, a od Penfold's słynny Grange. Apeluję do czytelników o informacje, gdzie w Polsce mogę kupić wymienione wspomniane wina, naprawdę mam ochotę ich spróbować, a tymczasem wróćmy do rzeczonych darów losu, czyli win Torres Viña Esmeralda 2016 i Concha y Toro Casillero del Diablo Cabernet Sauvignon Reserva 2015. Ja zaliczam je do gatunku win bezpiecznych, czyli takich, które nie kosztują majątku, natomiast amatorzy wypiją je ze smakiem i satysfakcją, za to profesjonaliści nie odnajdą w nich wad rodzących sugestie, że należy je omijać szerokim łukiem.
Cabernet z Chile na zaskakuje niczym szczególnym, w nosie dominuje porzeczka, wędzona śliwka, odrobina kwaśnej wiśni, w ustach odczuwamy dokładnie to, o czym informował nas zmysł węchu, amerykańska beczka użyta z rozsądkiem nie jest w stanie zepsuć tego wina. Nic nie szkodzi, że z rocznika na rocznik wina są niemal identyczne, tego właśnie oczekujemy od win bezpiecznych, to dostajemy, z tego się cieszymy.
Podobnie jest z Esmeraldą od Torresa. Pierwszy raz piłem je na miejscu u producenta podczas moich pierwszych mini warsztatów z zakresu łączenia wina z jedzeniem, w tym wypadku z naciskiem na sery. Tak jak wtedy w roczniku 2010 zachwycał kwiatowy noś, tak samo zachwyca rocznik 2016 - moscatel i gewurztraminer robią swoje. Kwasowość jest delikatna, a wino jest gładziutkie i miękkie, w pierwszej chwili to musi się podobać i jeśli tylko poprzestaniecie na jednym kieliszku, trudno mieć do tego wina zastrzeżenia. Przy większej ilości wina na głowę perfumowe aromaty mogą męczyć w czym pomaga niezbyt wysoka kwasowość. No chyba, że będziecie pić to wino do jedzenia - producent poleca je do owoców morza, ryb i pasztetów. W takim wypadku butelka na parę będzie wyborem w sam raz.


Wina do degustacji otrzymałem od CEDC. Dziękuję!   

czwartek, 15 czerwca 2017

Chic Barcelona Cava.

W sklepach Biedronki nietrudno o niedrogie wina musujące. Czy będzie to prosecco, czy cava, zawsze można liczyć, że cena butelki nie przekroczy 20 zł. Kilka dni temu skończyła się promocja win z Półwyspu Iberyjskiego, ale na półkach z pewnością znajdziemy jeszcze wina Chic w dwóch wersjach.


Jedna to seco, czyli odmiana półwytrawna (etykieta złota), druga to brut, czyli wytrawna (etykieta czarna). Katalog promocyjny wprowadza w tej kwestii lekkie zamieszanie, bo na zdjęciu jest wersja złota, zaś opis wina dotyczy wersji czarnej, zalecam zatem uwagę przy kupnie, zwłaszcza że różnice nie sprowadzają się tylko do zawartości cukru w winie.


O ile wersja brut jest naprawdę porządną (zwłaszcza za te pieniądze) cavą, która nie przynosi wstydu apelacji, to wersja półwytrawna jest słodkim płynem musującym bardziej przypominającym oranżadkę, niż rasowe wino. Tyle, że w oranżadzie nie ma alkoholu. Jeśli zatem interesuje Was moje zdanie, to do picia zdecydowanie polecam wersję czarną, natomiast złotą podajcie wrogowi zamiast - niech nie wprowadzi Was to w błąd - czarnej polewki.



Wersję seco otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, wersję brut kupiłem w sieci Biedronka.

piątek, 9 czerwca 2017

Viña Tarapacá Rosé 2016

No masz Ci los. Wróciłem na chwilę do pisania, a już dostaję sygnały, żebym przestał. Jeśli nie w ogóle, to przynajmniej o tych różowych, tfu tfu przez lewe ramię, winach. A jeśli uparcie jak osioł chcę pisać, to może niech to będzie Bandol albo Tavel. Mój blog, moja sprawa, mam ochotę na różowe, będę pił różowe, a przy okazji coś tam sobie zanotuję. Owszem Bandol i Tavel mają szansę pojawić się na blogu, ale na razie piję wina, które mam w sklepach tuż pod nosem. Jest ich wcale niemało, widać że towar jest chodliwy i nie jest to tylko Carlo Rosi - oprócz wina z Kalifornii łatwo kupić róż z RPA czy Chile, w dodatku chyba nawet taniej. Jednak co do cen, to pewności nie mam, ostatnio mniej systematycznie notuję w kajecie koszty winnych zakupów (obiecuję poprawę), z pewnością jednak nie wydałem na butelkę wina więcej niż 30 zł. No wiecie, w końcu to różowe 😃


Dziś wino chilijskie, sprowadzane do Polski przez Tesco, a produkowane przez Viña Tarapacá. Posiadłość producenta zajmuje obszar 2600 hektarów, winnice zajmują zaledwie 611 hektarów. W razie czego jest co obsadzać, gdyby rosé okazało się w naszej ojczyźnie szczególnie popularne. Popularne są na pewno szczepy, z których wykonano blend - 85% stanowi cabernet sauvignon, reszta to syrah. Maceracja trwa raptem 4 godziny, potem fermentacja w niskiej temperaturze, bez udziału tlenu przez 20 dni. Po zabutelkowaniu wino powinno być wypite w przeciągu roku, więc dobry czas na picie rocznika 2016.

Wino pachnie gumą balonową, smakuje zupełnie niczym z dodatkiem ziemi, a jednak pije się całkiem nieźle. 12,5% nie pali jak Mateus Rosé z poprzedniego wpisu, ale przy zbyt szybkim tempie picia głowa i ciało stają się bytami coraz bardziej od siebie niezależnymi. Zalecam zatem slow drinking, a najlepiej w towarzystwie jedzenia. 

Swoją drogą, jako osoba kibicująca winiarstwu chilijskiemu, czemu dawałem już wyraz wcześniej, bardzo chętnie przyjrzałbym się innym winom tego producenta. Jest ich niemało, portfolio jest bogate, a sama winiarnia wkrótce będzie obchodziła 150 rocznicę istnienia. Tesco koncentruje się na tańszej linii produktów, ale jakieś „reservy” ma w swej ofercie Euro-Wino z Poznania. Jedno wino z wyższej półki znalazłem też w firmie Cerkom z Józefowa. Niewykluczone zatem, że na blogu pojawi się recenzja innego, niż różowe wina Tarapacá. 

środa, 7 czerwca 2017

Mateus Rosé.

Kontynuuję dziś moje zmagania z winami różowymi. W zasadzie jednym, dobrze znanym, można je kupić w Biedronce w zasadzie od samego początku sprzedaży wina w tym dyskoncie. Prędzej czy później musiało ono do mnie trafić, byłem tego pewien, choć nigdy nie ciągnęło mnie, by w tym celu wysupłać z portfela tych kilkanaście marnych złociszy (11,99 zł). Importer też nie chciał się nim pochwalić. W moim kieliszku znalazło się dzięki mamie, która postanowiła mnie nim obdarować z okazji odwiedzin syna.

„Dziękuję. Nie trzeba było” - powiedziałem wówczas, a dziś wiem, że nie była to tylko kurtuazja z mojej strony.


Wino ma ładny, intensywny kolor, który mimo nasycenia pozostaje jednak nadal odcieniem różu. Po otwarciu buchnął z butelki zapach drożdży, poleciał biały dym, który opuścił butelkę niczym Dżin lampę Alladyna. W kieliszku pojawiły się bąbelki, dość duże i gęsto rozmieszczone. Aromat i smak przypominał nieco owocową landrynkę, ale zrozumcie mnie dobrze, nie czuć tu zbyt wielkiej ilości cukru, choć wino jest półwytrawne. Jest za to dużo goryczy, która ten ewentualny cukier nie tyle równoważy, co nawet nad nim dominuje. W zasadzie nawet mi ten smak pasował, jest dość oryginalny, ale… wrażeniom smakowym towarzyszyło odczucie iście fizyczne. Przepuszczanie tego wina przez gardło to test na odwagę, z której słyną połykacze ognia. Po każdej porcji przełyk rozgrzewał się niebezpiecznie, bałem się nieco, czytałem kiedyś o samozapłonie, a w tym wypadku wyzionięcie ducha skutkowałoby niechybnie podpaleniem mieszkania - nie jestem pewien, czy moje ubezpieczenie zapewnia w takiej sytuacji należyte gwarancje finansowe dla rodziny. Trochę mnie to zdziwiło, bo 11% alkoholu zwykle nie odczuwam tak dotkliwie. Na wszelki wypadek postanowiłem jednak odstawić butelkę.


Dziękuję, Mamo! Naprawdę nie trzeba było... 

wtorek, 6 czerwca 2017

Frescobaldi Nipozzano Riserva 2013

Wspomniałem w poprzednim wpisie o tym, czego nie piliśmy podczas IV zlotu blogerów winnych, a dziś kilka słów o winie, którego mieliśmy pod dostatkiem w czasie lunchu. Było to wino z portfolio sponsora zlotu, czyli Faktorii Win. Mowa o Nipozzano Riserva 2013 Chianti Rúfina od Marchesi di Frescobaldi. Na kontr-etykiecie, a właściwie na nalepce naklejonej przez dystrybutora znalazł się dość ciekawy opis:

"Rubinowy kolor z dobrą konsystencją. Silne owocowe aromaty jeżyn, jagód i wiśni. Słodkie nuty waty cukrowej z pikantnymi nutami goździków i gałki muszkatołowej. Na podniebieniu bogate i zrównoważone, przyjemnie utrzymujące się w ustach.” 


Autor tej opinii chyba był już po jednym głębszym jak to pisał, albo przynajmniej po porcji waty cukrowej, ale w sumie to nawet go rozumiem. "Dobre", "niedobre" nie wystarczy. Produkt musi trafić do klienta, konsument z pewnością łyknie wino bogate w pozytywne epitety. Napisanie kilka słów o cierpkim, kwasowym winie, które raczej trzeba, niż można zagryźć porządnym stekiem, mniej może kogoś przekonać, no chyba że rzeczywiście kupującemu kiszki marsza grają. Fajnie, że przyjemnie utrzymuje się w ustach, choć jeszcze lepiej, jak nie będzie stawiało oporu przy przełykaniu :)

Abstrahując jednak od opisów i ich związku z rzeczywistością wypiłem wino ze smakiem - ani kwas, ani tanina, ani żadne inne źródła cierpkiego smaku nie odebrały mi przyjemności z jego picia. Po pierwsze było niezłe, a po drugie samo wino nie było w centrum mojej uwagi, było jedynie elementem towarzyszącym oglądaniu i słuchaniu fragmentów koncertu King Crimson. W końcu trzech perkusistów grających w tym samym czasie jest w stanie odciągnąć uwagę od niejednego wina. Czuję jednak podskórnie, że wino i koncert potrzebowały siebie nawzajem, a już z pewnością ja potrzebowałem jednego i drugiego 😃

Wino otrzymałem do degustacji od dystrybutora. Dziękuję!

poniedziałek, 5 czerwca 2017

IV Zlot w kolorze różowym.

Winopisarze, winopijcy, winomaniacy itp.
IV zlot winnej blogosfery już dawno za nami, ale jeden temat po tym wydarzeniu zaprząta mi głowę i sprawia, że moje myśli o winie koncentrują się wokół... win różowych. Ci, którzy czytają ten blog regularnie (to znaczy na tyle regularnie, na ile regularnie pojawiają się nowe wpisy, czyli nieczęsto), znają mój lekceważący stosunek do win różowych. Bąbelki o tym kolorze mają jeszcze taryfę ulgową, ale wina spokojne próbowałem tylko wtedy, gdy otrzymałem je w prezencie od rodziny czy znajomych, albo kiedy przyjechały do mnie do testów od importera. Sam raczej omijałem je szerokim łukiem, a liczbę butelek, za które zapłaciłem z własnej kiesy mogę zliczyć na palcach jednej dłoni. A jednak teraz na sklepowych półkach mój wzrok przykuwają tylko wina różowe. Co ciekawe na zlocie nie było ani kropelki wina tego rodzaju, więc skąd w ogóle to zagadnienie? Otóż zastanawialiśmy się nad obecnymi i przyszłymi trendami, które będą wyłaniały hity sprzedaży i wyznaczały kierunki dla winnego pisarstwa.

Wojciech Bońkowski - szef Winicjatywy i organizator zlotu.
Tych trendów omówiliśmy kilka, ale tylko dwa z  nich wydały mi się istotne. Pierwszy to wina ze szczepów rzadko spotykanych na sklepowych półkach, po sobie widzę, że chętniej bym sięgał po butelki na etykietach których widnieją nieznane nazwy, niż powszechnie kojarzone merloty, cabernety i inne rieslingi. Asuretuli, ojaleshi, girgentin, lledoner pelut - takie wina otworzą mój portfel, o ile staną na sklepowych półkach.

Branż rozmawia o rynkowych trendach.
Drugim, jak się domyślacie, są wina różowe. Podobno we Francji ostatnio wina różowe sprzedają się w ilościach większych niż wina białe. I chyba właśnie ta informacja sprawiła, że postanowiłem winom różowym dać szansę, w końcu wszystkie nasze strachy i fobie wynikają z przesądów i niewiedzy. Zrobię rozpoznanie bojem i przekonam się czy jest się czego bać. A może znajdę w nich towarzyszy leniwego wypoczynku na tarasie? Dziś nie będę koncentrował się na opisie konkretnych win, na to jeszcze za wcześnie, ale zamieszczam zdjęcia tych etykiet, które miałem okazję wypić już po zlocie. Powiem tylko, że każde z nich miało wyraźnie różny charakter.





IV zlot winnej blogosfery muszę uznać za przełomowy dla mnie i mojego rozwoju jako winomaniaka. Może polubię wina różowe, a może dalej nie będę ich głośnym orędownikiem, ale z pewnością swoje zdanie będę od teraz mógł oprzeć na doświadczeniu.

wtorek, 7 marca 2017

Winne Wtorki #143. Chardonnay.

Tematem dzisiejszego Winnego Wtorku jest chardonnay, a podrzucił go Szymon prowadzący bloga Dolina Mozeli. Szymon jest miłośnikiem mozelskiego rieslinga i pewnie można by było obstawiać w ciemno, że riesling będzie tematem dzisiejszych rozprawek, ale wybór Szymona był zgoła inny. Chardonnay - bo o tym mowa - jest jedną z najpowszechniej uprawianych odmian winorośli, występuje w zasadzie w każdym regionie winiarskim, łatwo adaptuje się do zastanych warunków i pozwala na tworzenie win o różnorodnym charakterze. Wśród winnej braci nie ustają spory na temat tego, która odmiana białej winorośli zasługuje na większe uznanie: chardonnay czy riesling, jest to dylemat nierozstrzygalny, a w moim przypadku o tyle nieistotny, że ani jeden ani drugi szczep nie włada moim umysłem, choć statystycznie rzecz biorąc częściej piję chardonnay. Zazwyczaj jednak jest on elementem kupażu w winach musujących z Szampanii, ale dziś na warsztat biorę chardonnay z Burgundii - miejsca uważanego za jego kolebkę, gdzie powstają największe i najdroższe wina białe. Moje oczywiście najdroższe nie jest, choć i do tanich też nie należy, wina z apelacji Chablis Premier Cru po prostu mają swoje ceny i trzeba się liczyć z dość konkretnym wydatkiem. W moim przypadku ok. 100 zł.




Vocoret et Fils to producent znany, tworzący szeroką gamę Chablis, od etykiet podstawowych poprzez Chablis Premier Cru a na Grand Cru kończąc. Kupując wino od takiego producenta i za konkretne pieniądze (zwłaszcza w Polsce, na miejscu jednak znacznie taniej) ma się pewne oczekiwania i tu z przykrością stwierdzam, że jestem zawiedziony. Tyle że nie samym winem, a sobą i ignorancją z jaką do tego wina podszedłem. Po pierwsze nie poświęciłem mu należytej uwagi w momencie kiedy je otwierałem. Było to chyba trzecie wino wieczoru i raczej niezbyt dobrze się złożyło, że piłem je po dwóch szampanach. Po drugie z pewnością piłem je za szybko i zbyt chłodne. Po trzecie nie zabezpieczyłem butelki i kiedy wróciłem do wina po dwóch dniach, wydawało się zwietrzałe i zupełnie nieinteresujące. 

Tak nie powinno się robić, obiecuję zatem solennie, że kupię jeszcze jedną butelkę (przynajmniej) i z większą atencją przyłożę się do degustacji, a o jej wynikach powiadomię was w osobnym wpisie.

--------------------------------------------------------------------------
Winne Wtorki #143 na podniebieniach innych blogerów:  
--------------------------------------------------------------------------
--------------------------------------------------------------------------

czwartek, 16 lutego 2017

Szybkie tempo.

Mam wrażenie, że dopiero chwilę temu odebrałem wina z hiszpańskiej oferty winnej, która obowiązywała w Biedronce w pierwszej połowie lutego, a już dostałem sygnał, że kolejny karton win został dostarczony do domu. Zanim go otworzę i zajrzę do środka minie chwila (mniej więcej połowa czasu trwania nowej promocji), ale z informacji prasowej wynika, że będziemy degustować, pić, a kto wie, może i delektować się winami francuskimi. 


Przejrzałem szybko dostarczony internetem folder, wśród oferowanych win są oczywiście nowości, ale niemało jest też win, które już dobrze znamy. Do nich należą wina Granbeau - biała mieszanka colombard-chardonnay, oraz różowe i czerwone syrah. Wszystkie oznaczone jako półwytrawne. W katalogu są też wina znane ze stałej oferty, bardziej luksusowej oferty: François Arnaud Chateauneuf-du-Pape (w obniżonej z 69,99 zł na 54,99 zł cenie) czy Raoul Clerget Bourgogne Chardonnay. Château Barrail z Bordeaux też przedstawiać nie trzeba, jest obecne na półce (ale tej niższej) Biedronki chyba od zawsze, choć znów w obniżonej do 11,99 zł cenie. Nie zabrakło też wina obecnego w aktualnej akcji "Sommelier poleca" czyli Maison Fontant Coteaux Varois en Provence Lux Royal.


To ostatnie wino miałem okazję wypić. Krótka wzmianka >>> TU <<< i tyle mogę powiedzieć, że jak na przedstawiciela win różowych, za którymi nie przepadam, wypadło moim zdaniem nieźle, choć koledzy z Winicjatywy ocenili je raczej słabo. No, ale oni są przecież do cna zepsuci 😉


Miałem też okazję spróbować Pavillon La Tourelle z apelacji Bordeaux Supérieur i uważam, że jest to wino bardzo porządne, smaczne i z pewnością lepsze (oczywiście moim zdaniem) od produktu z konkurencyjnej sieci. Ja chyba dokupię kilka butelek i schowam sobie do piwniczki na niezbyt odległą przyszłość.

Jak tylko dostanę się do kartonu, będziecie mogli poznać moje zdanie na temat innych win z francuskiej oferty. Obserwujcie zatem profil bloga na Facebooku.

Maison Fontant Coteaux Varois en Provence Lux Royal 2015 otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska,  Pavillon La Tourelle 2014 kupiłem osobiście w sieci Biedronka.

wtorek, 7 lutego 2017

Winne Wtorki #141. Pinot Noir z Nowej Zelandii.

Jak nie piszę, to nie piszę, a jak już zacznę to dwa wpisy z rzędu 😃 Dziś Winny Wtorek, czyli cykl, który ostatnio regularnie zaniedbuję. Ale, że to moja kolej na określenie tematu, to nie wypada wykręcać się brakiem czasu. Zatem do dzieła!

Tematem jest pinot noir z Nowej Zelandii. Kuba Jurkiewicz, który jest pomysłodawcą polskich Winnych Wtorków, rezyduje akurat od dłuższego czasu w Nowej Zelandii (hej, Kuba, ale w jakim mieście?) i nie ukrywam, że jest to ukłon w jego stronę. Dodatkowo, ale tylko dla osób chętnych, przygotowałem zadanie dodatkowe, czyli porównanie pinot noir z Nowej Zelandii z pinot noir z Burgundii. Natomiast dla osób systemowo niepijących win z Nowego Świata, zadaniem jest krótkie uzasadnienie swojej niechęci do win spoza Europy, a burgundzki pinot noir staje się zadaniem podstawowym 😃

Ja postanowiłem spróbować obu, na szczęście Winne Wtorki zbiegły się z moimi wolnymi od pracy dniami, więc mogłem się do nich przygotować nieco lepiej niż zwykle. W moich kieliszkach miejsce znalazły pinoty z Nowej Zelandii i Burgundii, więc wykonuję zadanie rozszerzone.

Do tej pory nie przepadałem za winami z pinot noir.
Winny Wtorek jest okazją, by dobrze się im przyjrzeć.
Oba wina pochodzą z rocznika 2013. W Burgundii wtedy nie było najlepiej, szalały gradobicia i wiele upraw mocno ucierpiało. Ale Ci, którzy mieli owoce i przetrzymali je nieco dłużej na krzewach, doczekali się niezłych, aromatycznych win. W Nowej Zelandii, a w szczególności na Wyspie Północnej rok był szczególnie udany, ale północna część Wyspy Południowej, w tym Marlborough też nie miała powodu do narzekań.

Porównując kolor wina można by rzec na szybko, że są podobne do siebie. Ale gdy się uważniej na nie spojrzy to wino burgundzkie jest jakby pełniejsze, delikatnie ciemniejsze, bardziej połyskliwe, ale oba są czyste, klarowne, przejrzyste. Nos bardziej wyrazisty znajdziemy w Burgundii, nowozelandzkie wino wydaje się oszczędniejsze w aromatach i o ile burgund pozwala wyczuć aromaty kwiatowo-owocowe, to wino z Marlborough ma charakter bardziej ziemisty, choć i tutaj zapachy charakterystyczne dla Francuza są obecne, tyle że dość blade. W ustach wino francuskie jest bardziej likierowe, z cieniem słodyczy skutecznie hamowanej przez kwasowość, natomiast wino z Nowej Zelandii jest surowe, mięsisto-ziemiste, bardziej chłopskie.

Temat wybrałem z nadzieją, że obronię tezę o równoważności win z nowego i starego świata. Ale im więcej czasu im poświęcam, tym większe zauważam różnice. Tym razem na korzyść burgunda, choć trudno odmówić winu z Nowej Zelandii wysokiej klasy. O zwycięstwie decyduje jednak finezja i elegancja wina z Burgundii. 

----------------------------------------------------


Momo Marlborough Pinot Noir 2013
Producent: Seresin Estate, Nowa Zelandia
Odmiany: 100% pinot noir
Alk.: 13%
Cena: 82 zł (Kondrat Wina Wybrane)
----------------------------------------------------


Beaune Longbois 2013
Apellation Beaune Contrôlée
Producent: Christian Bellang et Fils, Francja, Burgundia
Odmiany: 100% pinot noir
Alk.: 13%
Cena: 69,99 zł (Leclerk Ursynów)
----------------------------------------------------

Wina kupiłem osobiście za ciężko zarobione pieniądze.


Winne Wtorki #141 na podniebieniach innych blogerów:
----------------------------------------------------
----------------------------------------------------

poniedziałek, 6 lutego 2017

Pustka i mrok.

Zajrzałem na swojego bloga, żeby przeczytać coś fajnego o winach, a tu pustka i mrok. Ostatni wpis zamieściłem ze dwa miesiące temu, masakra. Czytelnicy jednak nie piszą do mnie w tej sprawie, widocznie nikomu tych "treści" nie brakuje, wygląda na to, że tylko ja odczuwam z tego powodu lekki dyskomfort. Będę się lepiej czuł, jak coś jednak napiszę, zostawię ślad po sobie, bo jak wiadomo pomniki można zburzyć i zaraz przykryje je kurz historii, a w internecie nie ginie nic :)

No dobra, pożartowałam sobie, ale jednak trzeba napisać coś konkretnego, żeby spełnić kryterium dopuszczające do udziału w corocznym zlocie blogerów winnych 😁. 

Konkrety są takie, że pracy dużo, dzieci zadają coraz trudniejsze pytania, czasu więc jakby mniej i do pisania ciężko się zmusić. Zwłaszcza, że i pić nie ma kiedy, chociaż jest co. Ostatnio np. kurierzy przywieźli mi kilka kartonów wina, niektóre zamawiałem, inne nie, a wsród nich jeden większy, drugi mniejszy, oba nadane przez Biedronkę, a w każdym informacja o bieżącej akcji promocyjnej. Większy karton z sześcioma butelkami to zwiastun nowej promocji win z Hiszpanii. Oferta obowiązuje od 30.01.2017 i ma potrwać do 12.02.2017 (ew. do wyczerpania zapasów).


Gazetka dość skromna, kilka stron raptem, na których znalazłem tylko jeden przepis kulinarny, a zazwyczaj chwaliłem te foldery za rekomendacje parowania win z jedzeniem. Trochę szkoda, ale wina są najważniejsze, a warto wspomnieć, że kilka z nich i to dobrze znanych bywalcom Biedronki, można kupić w niższej niż dotychczas cenie. Mnie to cieszy, bo wina Montebuena kupuję regularnie, często można nabyć w jednym sklepie różne roczniki, więc i o degustację porównawczą dość łatwo. Cieszę się też na obecność Enate z apelacji Somontano, gdzie lubią mieszać wina ze szczepów międzynarodowych. W przypadku Enate zawsze wychodziło to nieźle, wina bardzo mi smakowały, mam nadzieję, że tak będzie i tym razem. Z win, które znam, mogę polecić musującą Pata Negrę.


Był czas, kiedy to wino w wersji Brut nader często gościło w moim kieliszku i z pewnością przyczyniło się do mojego zbliżenia z bąbelkami. Tym razem na półkach wersja półsłodka, czego trochę się obawiałem, ale pierwsze degustacje rozwiały moje wątpliwości, cukru aż tak dużo nie ma, w każdym razie nie jest mocno wyeksponowany, a samo wino jest smaczne, choć nie należy tu oczekiwać finezji.


W mniejszym kartonie zwiastun zmian w Biedronce, jeśli chodzi o akcję „Sommelier poleca”. Ma ona obecnie nową formułę i od teraz Sommelier proponuje nie jedno wino przez dwa tygodnie dwa razy w miesiącu, ale trzy wina przez cały miesiąc.


Hasło „Dobre wino nie musi być drogie” nadal obowiązuje 😃. W zestawie win między innymi wspomniana wyżej Pata Negra, co potwierdza zacytowane przeze mnie hasło, a jak w jego kontekście wypadnie różowe wino z Prowansji i hiszpańska gran reserva z apelacji Carinẽna dowiecie się raczej z profilu Pisanewinem na Facebooku.



Wina do degustacji otrzymałem od Jeronimo Martins Polska, właściciela sklepów Biedronka. Dziękuję.

wtorek, 6 grudnia 2016

Winny Wtorek. Winne Mikołajki 2016.

To prawda, nie da się temu zaprzeczyć, odpuściłem sobie trochę Winne Wtorki. Wygląda to tak, jakbym zupełnie olał ten projekt. Ale nie jest to prawdą. Prawdą jest to, że ostatnio trudno jest mi ogarnąć pewne rzeczy, a prawdą jeszcze bardziej smutną jest to, że zupełnie sobie z tym nie radzę. Jakbym stał w miejscu, a świat niewiarygodnie szybko wirował wokół mnie. Jakbym stał przy karuzeli, która kręci się tak szybko, że usiłowanie zajęcia miejsca w jej wagoniku wyglądałaby jak nieudolna i żenująco śmieszna próba uczynienia sobie krzywdy.

Ale jest taki dzień, kiedy taką próbę podejmuję bez względu na ryzyko i konsekwencje, na szczęście udało się, nie doznałem uszczerbku na zdrowiu, za to na mej twarzy pojawił się uśmiech zadowolenia. Jestem w grze!

Tym dniem są oczywiście Winne Mikołajki. Blogerzy zaangażowani w Winne Wtorki robią sobie w grudniu prezenty, system losujący wybiera osobę/osoby, do których ja wysyłam wino, sam też jestem losowany, a butelki w mniej lub bardziej anonimowy (tajemniczy) sposób docierają do adresatów. Fajna zabawa, w której można liczyć na element zaskoczenia, w odróżnieniu od zwykłych winnych wtorków wino jest zawsze niespodzianką.


A tą dzisiejszą niespodzianką jest wino dla mnie szczególne. Był czas, kiedy byłem przekonany, że wina zrobione z tej odmiany zawładnęły moim sercem i nie pokocham żadnego innego. Stało się inaczej, tak w życiu bywa, nie zmienia to faktu, że barbera zawsze wywołuje we mnie emocje, stara miłość nie rdzewieje.

Trudno o bardziej minimalistyczną etykietę.
Co więcej, takie wina jak Barbera d’Alba Lavai od Ghiomo tylko ją podsycają i rozpalają na nowo. Złe rzeczy się zapomina, dobre urastają do rangi wielkich, dominują nad ciałem i umysłem - tak, miłość jest ślepa. Lavai można ślepo kochać, zwłaszcza, że w jej przypadku nie można mówić o brakach, czy niedostatkach, to wino jest soczyste, pełne owocu (słodka wiśnia jest dobrym skojarzeniem), odpowiednio kwasowe (pobudza apetyt) i w ogóle nie chce opuścić podniebienia, dzięki czemu szczęśliwe chwile trwają długo. Długo, choć chciałoby się, by były jeszcze dłuższe, dotarcie do dna butelki jest dojmujące, ale chyba jednak pomaga zachować dobre wspomnienia.


Dziękuję Mikołajowi za to wino. Z pewnością do niego wrócę w przyszłości, a pewnie także i innych win Ghiomo. Czuję jednak, że rok 2017 będzie dla mnie dobry i w barberę bogaty 😃

----------------------------------------------------------------------
Winne Mikołajki na podniebieniach innych blogerów:
----------------------------------------------------------------------
----------------------------------------------------------------------

sobota, 29 października 2016

Bodegas Vegamar Merseguera 2015.


Merseguera to dobre słowo na hipsterskie przekleństwo w towarzystwie, a jego głośne wypowiedzenie z pewnością zwróci na nas uwagę, co w owym światku może nas jakoś wyróżnić, ale też wzbudzić u innych niebezpieczną zazdrość i zawiść. Merseguera wypowiadana tonem spokojnym to jednak odmiana winorośli znanej w zasadzie tylko w Hiszpanii, po za nią raczej niespotykana i nie tylko chodzi mi o jej uprawę, ale też wina z niej produkowane. Ich jakość raczej nie przykuwa uwagi międzynarodowej społeczności winopijców, eksport poza Hiszpanię nie daje gwarancji zysków, choć turyści chętnie sięgają po tanie, lokalne wina. Wina jednoszczepowe z merseguery zdarzają się, choć zwykle jest ona komponentem blendów. Niemniej jednak istnieją, co więcej, można je kupić w Polsce, a ich importerem jest warszawskie Whisky and Wine Place.


Marcin Likowski/Whisky and Wine Place.
Vegamar Selecciòn Merseguera 2015 to wino nieco odbiegające od stereotypu - wcale nie brakuje mu kwasowości i nie męczy mdłym aromatem, wręcz przeciwnie - kwas jest dobrze zaznaczony, a aromaty dość przyjemne i świeże. Najprawdopodobniej dlatego, że grona zbierane są w nocy i błyskawicznie dostarczane taśmociągami do winiarni, aby skrócić czas od zbioru do wyciskania soku. Zapobiega to nadmiernej oksydacji i pozwala zachować doskonałą jakość owocu.


Jeśli chodzi o warunki picia wina, to oczywiście najlepiej podawać je mocno schłodzone i nie dopuścić do zbytniego ogrzania, a wtedy odwdzięczy się ożywczą świeżością.


Producent poleca to wino do ryb podanych z ryżem, owoców morza i grillowanych warzyw, portal Wine Searcher dodatkowo do grillowanych sardynek, czy krewetek z czosnkiem. Ja zaś spróbowałem je z francuskim serem z pasteryzowanego mleka krowiego i owczego, i było to połączenie bardzo dobre.


wtorek, 25 października 2016

Inama.

Trudne słowo na dziś: prokrastynacja. Poznałem je mając lat tyle, ile mam, a przy okazji uświadomiłem sobie, że towarzyszyło mi przez całe życie. I wszystko wskazuje, że niewiele się w tej kwestii zmieni. Taka już moja natura.

Dlaczego o tym mówię? Ponieważ wspominam dziś wina Inama, które miałem okazję i przyjemność próbować w Wino&Friends... niemal 3 miesiące temu. To dobre wina, a nawet bardzo dobre, warto mówić o nich często i bez zwłoki, przykro mi, że mi się nie udało. Wizytówką tej winnicy są wina Soave Classico, ale z całą pewnością ciekawostką w ofercie jest kupaż odmian carmenere (70%) i merlot (30%). Dla mnie o tyle ciekawy, że carmenere w ogóle nie kojarzyłem z Włochami, a okazuje się, że mieszanie tej odmiany z merlotem czy cabernet sauvignon jest popularną praktyką w rejnonie Colli Berici. Podczas degustacji tego wina od razu przyszedł mi do głowy pomysł parowania go z grillowanym mięsem, a to za sprawą solidnych tanin i wyraźnie zaznaczonej kwasowości. Być może właśnie dlatego tak długo nie pisałem o winach Inama. Zwyczajnie czekałem na odpowiedni moment, by móc połączyć stek z antrykotu z Carmenere Più.

Jedyne czerwone wino podczas degustacji, ale nie miałem wątpliwości.
Musiałem je kupić. 

Tak jak lubię. Stek z antrykotu i grillowane warzywa.

I trzeba Wam wiedzieć, że było to połączenie udane. Do steka wypiłem raptem kieliszek wina, reszta czekała na dokończenie jeszcze dwa dni i ten czas dobrze winu zrobił. Kwas złagodniał, taniny z nieco szorstkich zmieniły się w bardziej aksamitne i naprawdę przyjemnie było kontemplować je solo. Zdecydowanie polecam!

Dzięki takim winom każde przedpołudnie może być cudowne.
Popołudnie i wieczór też.

Pozostałe wina również były świetne. Vin Soave i Vigneti di Foscarino, to udane Soave Classico, przy czym to drugie fermentowało w beczce (używanej). Jeśli ktoś nie toleruje, czy może zwyczajnie nie przepada za beczkowanymi winami białymi, z pewnością doceni podstawowe Vin Soave, charakteryzujące się świeżością w nosie i owocowością w ustach.

Vulcaia Sauvignon i Chardonnay były dla mnie o tyle ciekawe, że na 100% pomyliłbym je w degustacji w ciemno. Sauvignon kojarzyło mi się jednoznacznie z chardonnay, chardonnay z sauvignon blanc, więc po raz kolejny przekonałem się, że wiedza teoretyczna wiedzą, a praktyka potrafi takiego amatora, jak ja, skutecznie wywieść w pole. Na pocieszenie pozostaje niewątpliwy fakt, że wina były po prostu smaczne, by nie powiedzieć pyszne.

Z białych win Vin Soave smakowało mi najbardziej.

Piotr Chełchowski, właściciel Kropel Wina, importer win Inama;
najwyraźniej przez nie uświęcony :)

Świetna włoska biel. W tym wypadku Vin Soave.

Ceny win może nie należą do najniższych, ale z pewnością nie są to produkty pospolite, zdecydowanie interesujące i warte wysupłania pieniędzy, choćby na specjalne okazje. Czy za te pieniądze można kupić wyjątkowe emocje? Być może, ale wszystko zależy od Was i Waszego podniebienia, i to Wy musicie odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Wina degustowałem dzięki uprzejmości importera - Piotra Chełchowskiego oraz właściciela Wine&Friends - Adama Wojdy. Vin Soave i Carmenere Più kupiłem w Whisky and Wine Place.

sobota, 15 października 2016

Icardi Rousori Dolcetto d'Alba 2013


Piję ze smakiem, czytam z zainteresowaniem. Wina Icardi znam, lubię i wcale nierzadko do nich wracam - zawsze z przyjemnością, nigdy z rozczarowaniem. Powinienem napisać o tym winie wcześniej, w ramach Winnych Wtorków, ale czasu mało, zaległości dużo, dziś wolę poczytać z sensem, niż pisać bez.

środa, 12 października 2016

Na słodko?

W piciu wina nie wszystko jest jasne i oczywiste. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, zastanówcie się dwa razy, czy warto darzyć go zaufaniem. Trzymajcie się raczej tych, którzy w winie szukają (dopiero, wciąż lub nadal) prawdy, niż tych, którzy czują się już mądrzy i oświeceni. To zresztą odnosi się do wszystkich dziedzin życia, wino nie jest szczególnym przypadkiem.

Ja wiem niewiele, trzymajcie się mnie, może się wspólnie czegoś nauczymy, może nie, ale czuję podskórnie, że droga do celu może być ciekawsza niż sam cel. Zupełnie, jak w tej piosence o króliczku.

Dziś proponuję Wam spacer w nieznane (i trudne) dla mnie rewiry - miejsca, które budzą we mnie lęk i o których myślę, że są zupełnie dla mnie nieatrakcyjne. Chodzi mi o wina słodkie. Wiem, że jeśli mam je oswoić, muszę przestać się ich bać, a żeby tego dokonać… muszę je po prostu pić. Nawet jeśli mam to robić wbrew sobie. Albo doprowadzi mnie to do przekonania, że rzeczywiście są nic nie warte, albo dojdę do wniosku, że pozwalając sobie na strach przed nimi zmarnowałem kawałek swojego życia. Idziecie ze mną?

Druga rzecz, której jeszcze nie rozumiem to parowanie wina z jedzeniem, choć na tym polu eksperymentuję ochoczo i z niemałym zaangażowaniem. Dziś zatem sprawdzę czy słodkie wina pasują do sera z niebieską pleśnią. Do eksperymentu wybrałem popularny, powszechnie dostępny ser Błękitny Lazur, natomiast wina pochodzą z różnych źródeł: Chateau Derszla Tokaji Aszu 5p znajduje się obecnie w sprzedaży w Lidlu (ja swoją butelkę otrzymałem od importera), Umathum Auslese 2009 kupiłem w Enotece Polskiej, jeszcze w starej siedzibie - nie wiem, czy jeszcze jest w sprzedaży, natomiast Passion du Baron Sauternes 2013 był jakiś czas temu dostępny w Biedronce (tę butelkę również otrzymałem od importera).


Zacznę od ostatniego winia.

Passion du Baron Sauternes 2013 (Biedronka) - na początku w nosie zapach płyty pilśniowej, ale tylko przez moment. Po chwili w kieliszku robi się dość przyjemnie - kandyzowane i suszone owoce. W ustach jest tak sobie, tzn. nie jest źle, ale wino nie zapewnia mocnych przeżyć. I słodycz, i kwasowość jest tu w jakichś bladych tonach, miałem też poczucie wodnistości.

Tokaji Aszu 5p 2009 z Chateau Dereszla jest bardziej gęste, oleiste, a w nosie zdecydowanie bardziej wyraziste, choć nie umiem nazwać występujących w nich aromatów, wydały mi się raczej kwiatowe z nutką miodu. Tu słodycz jest bardzo wyraźna, ale kwasowość przywołuje ją do porządku i wino zachowuje niezłą równowagę.

Umathum Auslese 2009 ma zdecydowanie najładniejszy i najciekawszy nos. Wydaje się najsłodsze ze wszystkich. I ta słodycz długo utrzymuje się na podniebieniu, nieco jednak zamula, kwas średnio daje sobie z nią radę. Ale...

… z Błękitnym Lazurem tworzy chyba najlepszą kompozycję w ustach. Wino wydaje się mniej słodkie i męczące, za to ser jakby zyskał nieco na szlachetności, choć to przecież nie jest wybitny przedstawiciel sera z niebieską pleśnią.

Suaternes z Lazurem zmienia się w... lakier, wiec jesli dodamy do tego pierwsze wrażenie obcowania z pilśnią, to może jest to kompozycja dla miłośników warsztatów stolarskich. Ten układ zupełnie mi nie smakował.

Tokaji od Dereszli z Lazurem w lakier się nie zmienia, pozostaje z nim w niezłej równowadze, choć i tu nie ma żadnych wielkich uniesień.

Przyznać muszę, że żadne z próbowanych przeze mnie win nie tworzy jakiejś wybitnej i czarującej propozycji, ale fakt, że każde wino w połączeniu z jedzeniem zapewnia odmienne wrażenia smakowe,  zachęca mnie do dalszych eksperymentów tego typu. Zaopatrzyłem się nawet w bardziej zdecydowany w smaku ser, jakim jest gorgonzola i mam zamiar bawić się dalej 😃

W jakie Wy macie doświadczenia z parowaniem słodkich win i serów z niebieską pleśnią?

ps1. Kiedy pisałem ten tekst na facebookowej stronie Marka Kondrata przypomniano ciekawy artykuł Jana Czyża traktujący o łączeniu win z serami. Warto się zapoznać.

ps2. Jeśli kogoś bardzo interesuje temat parowania win z jedzeniem to polecam lekturę książki Evana Goldsteina "Wino i jedzenie", wydanej przez wydawnictwo MW, tłumaczenie Ewy Rybak.