czwartek, 20 września 2018

Naprawdę dobra Hiszpania.

Znów się trochę opuściłem z pisaniem o winie, nie będę się jednak tłumaczył, bo powody nie różnią się od wcześniejszych, więc raczej nie ma sensu ich powtarzać, teksty w archiwum leżą i czekają na ponowne odkrycie.

Mimo kłopotów chciałbym jednak podzielić się z wami wrażeniami, jakie przyniosła degustacja dwóch win hiszpańskich. Od razu napiszę, że z Lidla, bo dla wielu to wystarczający powód, żeby zakończyć lekturę - szkoda czasu.

Krótka ocena o treści: naprawdę dobre nie należy do mnie, ale podpisuję się pod nią obiema rękami. Taką opinię wydali goście, którzy mnie odwiedzili w którąś z moich wolnych niedziel, co nie jest takie oczywiste w mojej branży i miejscu w pracy. Przy okazji krzyczę help! ratunku! może ktoś mnie uratuje przed zawałem w dzień świąteczny, z dala od rodziny.

Wróćmy jednak do rzeczy realnych, czyli wspomnianych win z Iberii. Pierwsze z nich to Pinord Penedès +Natura Xarel.lo En Lies 2017.


Wino organiczne, cokolwiek to znaczy i jakkolwiek jest to interpretowane, zrobione z odmiany xarel.lo, którą na pewno kojarzycie, jeśli lubicie hiszpańskie bąbelki w postaci Cavy. Xarel.lo jest odpowiedzialne za nadanie winom musującym atrakcyjnego aromatu i najczęściej występuje w nich obok dwóch innych odmian: parellada i macabeo. Zatem xarel.lo należy do rodziny win aromatycznych, które często bywają zniewalające w nosie, ale jednocześnie potrafią być mdłe z powodu obniżonej kwasowości i odczuwalnego wyraźnie cukru resztkowego. Ja osobiście za takimi winami nie przepadam, chyba że rzeczywiście kwasowości im nie brakuje. W przypadku omawianego wina trudno mówić o kwasowości ostrej jak żyletka, ale na pewno potrafi ona nadać winu walor świeżości i raczej zachęca do picia (oraz przegryzienia), niż pozostawienia kieliszka z boku. Miła niespodzianka dla mnie, a moi goście (choć niepijący wina na codzień) byli wręcz zachwyceni i chcieli kupić wino dla siebie. Nie powinno być z tym problemu, bo wino jest dostępne. Jeśli nie w sklepach stacjonarnych, to przez witrynę internetową Winnicalidla.pl

Podobnie jest z dostępnością drugiego wina, które miałem okazję otworzyć tego dnia, a mianowicie Bodega Las Cepas Laertes Rey Graciano 2016.


Etykieta pochodzi z apelacji Rioja, bodajże najbardziej znanej ze wszystkich ulokowanych na terenie Hiszpanii. Powiedziałbym, że wstyd jej nie znać, ale wtedy sam spaliłbym się ze wstydu, bo okazuje się, że moja znajomość Rioji jest dramatycznie słaba. Otóż, po pierwsze, byłem święcie przekonany, że jest położona całkowicie w Kraju Basków, co jest dalekie od prawdy i boleśnie obnaża moją nieznajomość geografii Hiszpanii. Po drugie, byłem przekonany, że przepisy apelacji wymagają, by odmiana tempranillo stanowiła większość w kupażach i przy okazji zabraniała użycia innych od tempranillo odmian do produkcji czerwonych win jednoszczepowych. 100% graciano zamknięte w butelce z Rioji okazało się dla mnie lekkim zaskoczeniem. Sami rozumiecie, dramat i dno. Na szczęście dla osób, które chcą się tylko napić niezłego wina powyższe dywagacje nie mają żadnego znaczenia. Wystarczy, że powtórzę ocenę z początku tekstu. To są naprawdę dobre wina.

Zupełnie na koniec dorzucę może tylko informację, że można też kupić wina tego producenta zrobione w 100% z odmiany garnacha lub maturana tinta. Czyli czegoś się jednak dowiedziałem - istnieje Rioja bez tempranillo 🙂 


Dziękuję Lidl Polska za udostępnienie win do degustacji.

czwartek, 9 sierpnia 2018

Frescobaldi, 700 Settecento Anni.


„Wytrawne wino wyprodukowane we włoskiej Toskanii. Jego delikatne taniny dają mu lekką kwaskowatość, której towarzyszą owocowe nuty. W zapachu tego wina wyczuwalny jest intensywny aromat jeżyn truskawek i malin, uzupełniony przez nuty tytoniu i kakao.”

Tyle katalogowy beł…, przepraszam, opis. Ja jestem zupełnym amatorem, ale nie wydaje mi się, żeby to akurat tanina dawała kwaskowatość. Prędzej owoc. On ma jakieś prawo do nadawania kwasowości winu. Zostawmy jednak te dyrdymały i skoncentrujmy się na winie.

Wina Frescobaldi są o tyle bliskie memu sercu, że zwykle pije się je całkiem nieźle, nie trzeba się w nich doszukiwać drugiego dnia i nie kosztują znowu jakichś kolosalnych pieniędzy - produkcja jest duża, ceny umiarkowane, jakość zachowana.

Podobnie jest z 700 Settecento Anni, które jest mieszanką cabernet sauvignon i merlota. Pije się dobrze, nic nie przeszkadza, kwas i tanina trzymają wino w ryzach, czerwony owoc przyjemnie zaznacza się w ustach, może tylko palący alkohol czasem drażni podniebienie. Cena nie należy do najniższych, ze stajni Frescobaldi lepiej zapamiętałem Castiglioni - Chianti, które jest trochę tańsze i według mnie lepsze.


Frescobaldi, 700 Settecento Anni
Włochy, Toskania
odmiany: merlot, cabernet sauvignon
alk.: 13,5%

cena: 44,99 zł

Dziękuję Faktorii Win za udostępnienie wina do degustacji.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Canepa, Carmenere Classico 2017


Lubię proste i tanie wina z Chile, bo są tanie i proste, a to nie nadweręża ani umysłu, ani portfela. Piję je najczęściej wtedy, gdy nie muszę pisać, a chcę się napić. Mocno się jednak nie napiłem, bo po połowie tego intensywnie pachnącego jeżynami i czarną porzeczką wina złapała mnie zgaga i zaczęło mi się kręcić w głowie, choć alkoholu tu niby 12 tylko procent. Drugiego dnia, a w zasadzie wieczoru, wypiłem drugą połowę i znów dolegała mi zgaga. I choć wino było naprawdę smaczne, to ze względu na trapiące mnie dolegliwości czuję się w obowiązku Wam o tym powiedzieć. Po co macie mnie przeklinać i wbijać szpilki w laleczkę z moją podobizną. 


Canepa, Carmenere Classico 2017
Chile, Central Valley
odmiany: 100% carmenere
alk.: 12%
Cena: 21,99 zł


Wino do degustacji otrzymałem od Faktorii Win. Dziękuję! 

wtorek, 31 lipca 2018

The Guild. Shiraz 2016.


Usta osoby patrzącej na etykietę i kontretykietę tego wina mogą wykrzywić się w grymas dezaprobaty albo mimowolny uśmiech - w zależności od poczucia humoru. Jeśli nie podchodzicie do wina nazbyt poważnie, to zapewne znajdziecie się w tej drugiej grupie. Zabiegi marketingowców mają przykuć uwagę konsumenta i moim zdaniem robią to dobrze, mnie w każdym razie to przekonuje. Ale to od zawartości butelki zależy czy uśmiech na twarzy będzie miał trwały charakter, czy będziecie zmuszeni przejść do obozu malkontentów. Grupa zapaleńców w różnym wieku i różnym poziomie doświadczenia bawi się butelkowanie winnego płynu mającego odzwierciedlać nie terroir, ale własną osobowość. Kluczowe słowo to „zabawa”. Winiarze liczą na łut szczęścia, przebłysk geniuszu, ale przede wszystkim dobry efekt eksperymentów.


Historia może i ciekawa, ale założę się o drugą butelkę, że nieprawdziwa. Trzeba po prostu parę cystern shiraza zabutelkować (w tym wypadku w Holandii), ładnie opakować i sprzedać. Taki biznes.

Liczyłem, że The Guild przełamie złą passę, w ostatnich tygodniach piłem kilkukrotnie wina z odmiany shiraz/syrah, żadne z nich mnie nie zachwyciło. Podobnie było i tym razem. Nie żeby było złe. Po prostu przelatuje przez gardło i nie pozostawia po sobie żadnych wartych zapamiętania wrażeń. Faktoria Win poleca je do posiłku, najlepiej do grillowanych mięs. To dobry kierunek, mamy do czynienia z winem stricte stołowym i tam jest jego miejsce.


The Guild. Shiraz, 2016.
miejsce pochodzenia: Australia
odmiany: 100% shiraz
alk.: 14,0%
Cena: 24,99 zł


Dziękuję Faktorii Win za udostępnienie wina do degustacji.

czwartek, 26 lipca 2018

Landgraf von Hessen, Riesling Feinherb, 2015.


Kolejnym winem z przesyłki odebranej od Faktorii Win, a które znalazło się w moim kieliszku, był riesling Landgraf von Hessen od producenta Prinz von Hessen. Dużo tych „hessenów”, a dodam jeszcze, że produkcja odbywa się w Reinhessen, czyli Hesji Nadreńskiej. To największy region winiarski Niemiec, uprawa rieslinga jest tu znacząca - w 2017 roku odmiana ta zajmowała 17% powierzchni winnic, ale o palmę pierwszeństwa walczy jeszcze inny biały szczep - müller-thurgau, uprawiany na 16% areału przeznaczonego pod uprawę winorośli.

Wino nosi oznaczenie feinherb, co można przetłumaczyć z grubsza jako wino półwytrawne, choć niektórzy wolą nieco pokomplikować sprawę nazywając takie wina "wytrawnymi z wyraźnie zaznaczonym cukrem resztkowym”. 

Zobaczmy, co o tym winie mówi nam katalog FW:
"Jasnożółte, intensywnie pachnące wino, przepełnione aromatami moreli i cytrusów zachwyca wyjątkowo świeżym smakiem z dobrze zrównoważoną kwasowością. Znakomicie podkreśli smak potraw z ryb."
Nie bardzo rozumiem, jak można wino przepełnić aromatami, ale widocznie nie muszę, zastanowiłem się jednak nad "wyjątkowo świeżym” smakiem wina, co mogłoby oznaczać, że tego typu wina zwykle nie grzeszą świeżością. 🤔Oczywiście trochę ironizuję, zdaję sobie sprawę, jak konstruuje się takie opisy i ile mają one wspólnego z rzeczywistością.

Ja, zupełnie bez owijania w bawełnę, mogę śmiało powiedzieć, że mi to wino smakowało. Bez ochów i achów, ale bardzo przyjemnie mi się je piło. Rzeczywiście daje poczucie świeżości, choć nie wiem, czy akurat wyjątkowej. Cukier jest dobrze wyczuwalny, ale z pewnością nie dominuje w smaku, jego proporcja z kwasem daje wino łatwe w odbiorze. Jeśli zaś chodzi o podkreślenie smaku potraw z ryb, to dużych doświadczeń na tym polu nie mam, ale śledź z ziemniaczanym puree w połączeniu z tym winem wydał się kombinacją niezłą i warto może w tym momencie powiedzieć, że riesling uchodzi za odmianę dość uniwersalną, jeśli chodzi o eksperymenty kulinarne. Wszystko zapewne, w mniejszym lub większym stopniu, będzie zależało od poziomu cukru w winie. W moim przypadku feinherb okazał się dobrym wyborem.


Zachęcam do prób, sam jestem ciekaw Waszych opinii i doświadczeń w tej kwestii, choć prawdę mówiąc nie liczę na wzmożony wysyp komentarzy, wszak głupio pisać je samemu. 😉


Landgraf von Hessen, Riesling Feinherb, 2015
Niemcy, Rheinhessen
odmiany: 100% riesling
alk.: 11,5%
cena: 49,99 zł

Dziękuję Faktorii Win za udostępnienie wina do degustacji.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Canard-Duchêne Champagne Cuvée Léonie Brut.


Jeśli spojrzycie na archiwum bloga, to z pewnością dostrzeżecie, że piszę trochę mniej niż w ubiegłych latach. Przyczyn jest kilka, nie chcę teraz o nich mówić, w każdym razie dłuższe przerwy w pisaniu to również mniejsza skłonność importerów, dystrybutorów czy producentów win do podsyłania ich do recenzji blogerom. To jest jasne jak słońce i w pełni zrozumiałe. Ja zresztą nigdy o to nie zabiegałem, kto mnie zna, ten wie. Dlatego mocno się zdziwiłem, że zupełnie niespodziewanie i bez żadnej zapowiedzi Faktoria Win przysłała mi zestaw win do degustacji, czy może recenzji - tego nie wiem, w końcu się nie umawialiśmy. To była miła niespodzianka, którą potraktowałem jako pewien sposób nobilitacji, bo skoro się mniej o winach pisze, a mimo wszystko je dostaje, to może w tym pisaniu jest jakaś wartość. Tak czy owak bardzo dziękuję, degustacje (jak zwykle) będę prowadził we własnym tempie i w najdogodniejszym dla mnie czasie, a recenzje prędzej czy później pojawią się na blogu, króciutkie zaś notki na pewno na Instagramie, który kocham miłością bezwzględną i absolutnie bezwarunkową.

Faktoria przygotowała nową ofertę na lato, a w katalogu informacyjnym czytamy:

„Sezon letni w Faktorii Win rozpoczyna kampania „Wytrawny pojedynek” do której zaprosiliśmy dziennikarkę Basię 'Nakarmioną' Starecką i Piotr Brusia-Klepackiego. W spocie kampanii ta energetyczna para toczy ze sobą zacięty bój na grillowe przepisy, przekonując, że w tym sezonie grillowym nie ma ognia bez wina.

[…] Nowe etykiety, które znajdą się na naszej półce to propozycje idealne na letnie świętowanie czy relaks przy grillu.

Cieszymy się, że jesteśmy pierwszą marką z kategorii, która odważnie wkracza świat grillowej tradycji, prezentując wino jako produkt podkreślający smak - tak lubianych przez Polaków - potraw z rusztu.

Spot promujący kampanię utrzymany jest w estetyce westernowego pojedynku, w którym mierzą się dwa kulinarne światy. Ona - ufa swojej intuicji, kieruje się skojarzeniami i kreatywnością, świadomie łamie zasady. On - tradycjonalista przywiązany do tradycyjnych receptur. Jak zakończy się ten pojedynek możesz zobaczyć na naszych kanałach: na Facebooku i Instagramie oraz na stronie www.wytrawnypojedynek.pl”.

Tyle lektura katalogu, jednak jeśli chcecie poszukać wspomnianych grillowych przepisów, to znajdziecie je raczej w Magazynie Faktorii Win, a nie w wyżej wymienionych mediach. O samym Magazynie już kiedyś się wypowiadałem, mi bardzo odpowiada jego forma, w internecie możecie łatwo odnaleźć numer aktualny i pełne archiwum wcześniejszych wydań.


W zestawie, który otrzymałem znalazł się nawet szampan, szybko zatem zacząłem przeglądać źródła, żeby znaleźć grillową potrawę do takiego wina, ale... nie znalazłem. To wino na randkę, kto wie, może nawet ze śniadaniem następnego dnia, a czy z rusztem (ooops!) czy bez, to już sprawa drugorzędna.

Jako słomiany wdowiec otworzyłem to wino we własnym towarzystwie, nie piekłem mięsiwa na ogniu, zdaje się, że na balkonach nie wolno. Ale zanotowałem sobie kilka uwag, które znajdziecie poniżej.


Wino ma kolor jasnożółty ze złotymi refleksami, jest czyściutkie i klarowne. Bąbelki w kieliszku są bardzo drobne i żwawe. W nosie przypomina przypieczony tost z odrobiną masła, czyli to co lubię w szampanach. W ustach brakuje mi spójności, w pierwszej fazie wino atakuje kwasem, by po chwili oddać pole nutom miodu (ale nie cukru), a potem lekkiej goryczce. Rozedrgany, niezdecydowany i na dłuższą metę męczący. Może jednak lepiej by było wypić go we dwoje…

Jeśli mieliście okazję pić, dajcie znać w komentarzu, ciekaw jestem waszego zdania.


Dziękuję Faktorii Win za udostępnienie win do degustacji.

wtorek, 10 lipca 2018

Bohemia Sekt Prestige Brut.

Pozostajemy w klimacie win musujących, pogoda dopisuje, a to są doskonałe wina na tę porę roku. Ja bardzo lubię spacery, jak mam możliwość, to przemierzam długie kilometry, a po powrocie do domu i szybkim prysznicu największą ochotę mam na wino musujące (czasem piwo). Przez ostatnie trzy dni chodziłem po mieście naprawdę dużo, zaliczyłem trzy długie spacery z miejskimi przewodnikami, a dziś załatwiając sprawy na moim Ursynowie do każdego punktu zmierzałem pieszo.

Ale oto jestem w już w domu, prysznic zaliczony, najwyższy czas na wino.


Postanowiłem otworzyć czeskie wino musujące, a tym samym zakończyć mini cykl opisujący wina Bohemia Sekt. Do tej pory spróbowałem Prestige Demi-Sec i Prestige Rose Brut, a dziś czas na Prestige Brut. Zostawiłem je na koniec, bo spodziewałem się, że będzie to wino najlepiej odpowiadające moim preferencjom i muszę oznajmić, że moja intuicja mnie nie zawiodła, a nos utwierdził w tym przekonaniu. Zapach jest intensywny - zaraz po otwarciu, ale przez krótki moment, wino eksplodowało aromatami drożdży, ale te momentalnie zostały zastąpione nutami skórki od chleba, miodu i kwiatów.



W ustach równie przyjemne, bąble były drobne i dość mało żwawe, ale doskonale wyczuwalne na języku i podniebieniu. Kolor wina był intensywny, nasycony barwami żółci i złota. Wszystko razem sprawiało bardzo dobre wrażenie i dawało mi sporo satysfakcji, o ochłodzeniu i ożywieniu ciała nie wspominając. Jeśli uda się Wam dostrzec je na sklepowej półce, to warto spróbować. Polecam!


Bohemia Sekt Prestige Brut
odmiany: rheinriesling (ryzlink rýnský), pinot blanc (rulandské bilé), welschriesling (ryzlink vlašský).
alk. 12,5%

Dziękuję Amazis.net za udostępnienie wina do degustacji.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Visiega Cava Brut.


Wspomniałem w poprzednim wpisie traktującym o prosecco z certyfikatem bio, że jako niedrogie wina musujące zwykle polecam hiszpańskie cavy zamiast rzeczonego prosecco. Dziś mam dla Was właśnie takie wino - Visiega Cava Brut. Nie dość, że naprawdę smaczne, to w dodatku tanie, w osiedlowym sklepu zapłaciłem za nie 23 złote bez grosza. Dużo się nie będę rozpisywał, bo to w końcu wino dość proste, masowo produkowane przez wielką przetwórnię gron, ważne że pije się dobrze i potrafi dawać satysfakcję. Dobre wino codzienne, jeśli ktoś musi pić codziennie, może być fajne jako aperitif, a i do posiłku na pewno się nada. U mnie dało radę nawet grubo przed pierwszym posiłkiem, ale nie idźcie, proszę, tą drogą 😉

czwartek, 5 lipca 2018

Prosecco ze znaczkiem BIO.


Nowe prosseco z Lidla - organiczne, z certyfikatem BIO i reklamowane, jako „prosecco, po którym nie masz kaca” wzbudziło moją podejrzliwość. Ostatnio wszystko, co BIO służy do wyciągania kasy z kieszeni konsumentów, często zbyt dużej, jak na rzeczywistą wartość produktu, zwłaszcza pod względem właściwości prozdrowotnych. Tu w każdym razie winą za nienajlepszy nastój następnego dnia obarcza się siarczyny, środek chemiczny stabilizujący wino i zapobiegający rozwojowi w nim drobnoustrojów. Taki mały paradoks - ograniczenie prozdrowotnego czynnika ma działać na korzyść pijącego. Jestem przekonany, że to alkohol jest największą trucizną i przyczyną osłabienia organizmu, więc jeśli nie chcecie cierpieć, to pijcie z umiarem, to jest zdecydowanie bardziej BIO i lepiej przysłuży się waszej kondycji.

Do prosecco ostatnio miałem niewiele serca, nudziło mnie, wręcz zniechęcało do zakupów, ale tym razem włoski musiak mnie nie rozczarował. To znaczy tyle, że lepiej wypadł na tle swoich poprzedników, to jest po prostu dobre prosecco. Tylko tyle i aż tyle. Jeśli prosilibyście o polecenie niezłego i niedrogiego wina musującego, to sugerowałbym wam raczej hiszpańską cavę, ale jeśli upieracie się przy prosecco, to akurat to również ma moją rekomendację. Cukier i kwas pozostają w niezłej komitywie, posmak twardej, nie do końca dojrzałej papierówki budzi dobre wspomnienia z dzieciństwa, kiedy człowiek w naturalny sposób sięgał po żywność prosto z drzewa. Pyszną i zdrową, choć bez certyfikatu.

Zatem „na zdrowie!”, ale pamiętajcie o umiarze niezależnie od reklamowych sloganów.

Dziękuję Lidl Polska, za udostępnienie wina do degustacji.

środa, 4 lipca 2018

Bohemia Sekt Prestige Rose Brut.


Z góry założyłem, że to będzie najgorsze wino zestawu, bo jak wiecie za różowymi winami niespecjalnie przepadam, choć czytając między wierszami dostrzeżecie, że powoli przełamuję niechęć i w tej chwili mam do nich stosunek bardziej ambiwalentny, niż negatywny. Moje doświadczenie z różowymi winami musującymi było też takie, że zazwyczaj miały one w sobie więcej cukru, niż bym sobie tego życzył, nawet jeśli etykieta nie sugerowała pół-wytrawności, czy pół-słodkości. Dlatego też średnio ufałem napisowi „Brut” na etykiecie i rozglądałem się za towarzystwem do wypicia tego wina - bo wiecie, w razie czego ciężar porażki spocznie na barkach wszystkich towarzyszy niedoli.

Kompanem okazała się moja mama, która wpadła z krótką wizytą, więc czym prędzej wyciągnąłem to wino i rozlałem do kieliszków. I mile się zaskoczyłem. Słodycz na naprawdę niskim poziomie, niemal niewyczuwalna, etykieta nie kłamała, wino było na wskroś wytrawne. Na dodatek nieźle komponowało się z kolacyjnymi daniami, co potwierdza tezę, że wina różowe, a szczególnie różowe musujące dobrze sprawdzają się na stole i rzadko kiedy wypadają fatalnie w połączeniu z potrawami, o ile oczywiście nie będziemy szukać na siłę kontrowersyjnych mariaży. 


Wino to, podobnie jak inne butelki z linii „Prestige” zostało wykonane metodą tradycyjną, czyli bąble powstają na skutek wtórnej fermentacji w butelce, a dojrzewanie na drożdżowym osadzie (od 12 do 15 miesięcy) dodaje mu głębi. Ciekawy smak jeżyn i truskawek to zasługa kupażu sporządzonego z trzech odmian ciemnych gron: pinot noir, blaufränkisch i zweigelt. To bodaj pierwszy raz, kiedy te trzy odmiany pojawiły się w moim kieliszku i to w postaci wina musującego, ale też nie przypominam sobie, bym spotkał się z taką mieszanką w winie spokojnym. Widocznie za rzadko i za mało piję ;)


W sumie miła niespodzianka i kolejne potwierdzenie tego, o czym wspominałem kilkukrotnie na blogu, ale też i moim profilu instagramowym. Im gorsze moje nastawienie do wina przed jego otwarciem, tym większa pozytywna niespodzianka przy degustacji. Podobnie było i w tym przypadku, choć tym razem wino było po prostu dobre i wcale nie trzeba było szukać jego zalet na siłę. 

Moim zdaniem jest to bardzo dobre, uniwersalne wino do posiłku i jako takie otrzymuje moją rekomendację. Cena też przyzwoita, niecałe 40 zł za butelkę.


Dziękuję Amazis.net za udostępnienie wina do degustacji.


wtorek, 26 czerwca 2018

Grill z Faktorią Win.

Kilka dni temu dostałem od Faktorii Win mały prezent na lato, czyli zestaw butelek, które powinny dobrze sprawdzić się podczas grillowania. Ja w zasadzie nie grilluję, więc będę musiał się do kogoś z flaszką wprosić, a jak nie, to spróbuję win solo. Bądźcie na nasłuchu ;)




Cool Woods z Australii.

ⓒ Thorn-Clarke
Nie pamiętam, czy Wam kiedyś o tym wspominałem, jeśli tak, to wybaczcie, ale zdarza mi się kupować butelki w krakowskim Domu Wina. W zasadzie kupuję tam wina trochę nie z własnej woli, lecz za sprawą niezwykle efektywnej pani od sprzedaży, która dzwoniąc do mnie potrafi naprawdę zamieszać mi w głowie. Ostatnio stałem się nieco bardziej asertywny i trenując posługiwanie się słowem „nie” skutecznie jej odmawiam. Chociaż uczciwie dodam, że rezygnując niedawno z kupna win z argentyńskiej Salty miałem jednak głębokie poczucie żalu. Ale nie o winach z Argentyny dziś chcę napisać, ale tych z Australii. Też na A i równie daleko.

Wina z Australii trafiły do mnie właśnie za sprawą pani Mirosławy z Domu Wina, która „wcisnęła” mi zestaw 6 flaszek. Takich zestawów kupiłem już kilka, jeśli nie kilkanaście, średnia cena wynosi ok. 45-50 zł za butelkę, czyli wcale niemało. Problem polega na tym - takie jest moje odczucie, które wzmacnia się z każdym kolejnym zestawem  - że tylko dwa są naprawdę warte tej ceny, kolejne dwa są dość dobre i nawet mając świadomość, że kosztowały nieco za dużo, to w sumie nie można się do nich przyczepić. No i ostatnie dwa wina, które z pewnością są przeszacowanie, niewarte swojej ceny, które trudno polecać z czystym sercem, nawet jeśli są całkiem pijalne.

Zestaw australijski był skomponowany z win produkowanych przez Thorn-Clarke - wytwórnię, która oprócz bogatej listy win sygnowanych własną marką produkuje wina bardziej masowe, wytwarzane z gron z własnych upraw i skupowanych od innych winogrodników. Takimi winami są wina Cool Woods, które ostatnio wyciągnąłem z kartonu, choć od ich zakupu minął niemal rok. 

Pierwsze z nich - Cool Woods Sauvignon Blanc z 2016 roku było nawet ciekawe, choć miałem wrażenie, że to dzięki zbyt szybkiemu utlenieniu zyskało na atrakcyjności i w sumie nie wiem, czy należy to uznać za dobrą cechę wina, czy może jego oryginalną wadę. Tak czy owak, potwierdzam to, co napisałem wyżej, mimo naciąganych nieco zalet, nie jest to wino warte swojej ceny.



Z Cool Woods Shiraz 2015 było już zupełnie nieciekawie, by nie powiedzieć nudno. Wino tylko poprawne, choć przy tej cenie można i trzeba oczekiwać więcej. Z ręką na sercu mówię/piszę, że zamiast tego wina lepiej kupić w supermarkecie dwie butelki Jacob’s Creek z podstawowej linii, albo szarpnąć się na linię „reserva”, która i tak pewnie wyjdzie taniej, a pozostawia znacznie lepsze wrażenia na podniebieniu.



Cool Wood Cabernet Sauvignon 2016 ratuje nieco sytuację, ale w tym sensie, że w ogóle przypomina cabernet sauvignon. Nieźle daje radę jako proste wino stołowe, raczej takie, które popija się podczas obiadu, niż będące materiałem na oryginalny pairing z wykwintnym daniem. Mogę jeszcze raz dodać (choć wiem, że to zaczyna być nudne), że w promocyjnym zestawie wydaje się drogie, jak na swoje możliwości, a w sklepie Domu Wina cena jest jeszcze wyższa.



Wyrażając te niezbyt pochlebne opinie o winach Cool Woods żywię jednocześnie nadzieję, że pozostałe dwa wina z zestawu, okażą się tymi najlepszymi, tymi za które warto zapłacić i które dają satysfakcję podczas picia.


Tak właśnie było z Pinot Grigio 2016 z linii Eden Valley (niedostępnej obecnie na stronie producenta), które piłem z ogromną przyjemnością.


Ale o tym w przyszłości, mam nadzieję - niedalekiej. 

wtorek, 5 czerwca 2018

Majówka kamperem. Czechy.

Nasz kamper o poranku. Parkowaliśmu w nocy, niemal w całkowitej ciemności.
Czechy to pierwszy kraj, który zaliczyliśmy podczas naszej kamperowej wyprawy. To także pierwszy kraj, w którym szukaliśmy noclegu. Szukaliśmy, bo pomimo tego, że w zarysie wyprawy pojawiła się czeska lokalizacja (blisko granicy z Polską i z atrakcjami dla dzieci), to z lektury poprzedniego wpisu wiecie już, że plan sobie, a życie sobie. Zdaje się, że zrobiliśmy zbyt długi przystanek na posiłek jeszcze w Polsce, a potem trzeba było pokonać nieco więcej kilometrów, by przejazd następnego dnia do Słowenii nie był zbyt uciążliwy. Wylądowaliśmy zatem późnym wieczorem na kempingu Merkur, dość blisko już granicy z Austrią i zdaje się, że nawet w pięknych okolicznościach przyrody, co stwierdzam dopiero dziś, bo dokładniejsze informacje o kamper-stopach tak naprawdę zbieram już po powrocie do kraju. W każdym razie kemping położony był nad zasilanym wodami rzeki Dyja dużym zbiornikiem Nové Mlýny Górne (jednym z trzech, są jeszcze Nové Mlýny Środkowe i Nové Mlýny Dolne), czego efektem był szok, jakiego doznała cała ekipa, gdy tylko udało się podpiąć kampery do prądu i włączyć w nich światło. Od razu skumaliśmy do czego służą moskitiery, ale trochę nie w porę, bo punkty świetlne przesłonięte zostały już setkami meszek i komarów. Załoga każdego kampera musiała poradzić sobie z tym problemem, w każdym razie jego neutralizacja miała charakter mało pokojowy, to była międzygatunkowa walka o przetrwanie, która zakończyła eksterminacją jednego z nich. To jest mroczna strona obozowania na kempingach. Panie oraz dzieci, wszystkie umęczone równo podróżą i walką z insektami, szybko poszły spać. Panowie udali się na piwo, jedno oczywiście, ale na szczęście nie na wszystkich, lecz na głowę. To był czas podsumowania pierwszego dnia wyjazdu i próby ustalenia, czy podoba się nam ten sposób spędzania wolnego czasu, czy nie. Im bliżej dna butelki, tym bardziej nam się podobało, więc postanowiliśmy kontynuować naszą przygodę.

Słońce już ładnie przygrzewało, wyciągnąłem krzesełko turystyczne,
by na świeżym powietrzu napić się kawy.

Autor bloga i jego syn.
Ale, ale… przecież to nie jest blog o piwie, lecz o winie. Cóż, wina czeskiego, czy morawskiego, nie kupiłem i nie przywiozłem ze sobą. Zresztą, jak już wspominałem, ani winnice nie były celem naszej podróży, ani winne zakupy priorytetem, zwłaszcza że już wtedy wiedziałem, że po powrocie do kraju będą na mnie czekały wina musujące Bohemia Sekt. Wg producenta to najpopularniejsze bąbelki w Czechach, u nas ich dystrybucją zajmuje się Amazis.net - importer, który przysłał mi kilka butelek do degustacji. I dobrze się złożyło, bo dzięki temu mam kamperowy pretekst do napisania o południowych sąsiadach, a fotografie z Czech  (oj, bardzo nieliczne) mogę posegregować racząc się musiakami.

Bohemia to łacińska nazwa Czech, dziś nazywa się tak zachodnią część kraju, którą akurat my podczas przejazdu ominęliśmy, ponieważ nasza trasa biegła przez Morawy - wschodnią część Republiki Czeskiej. Niedaleko Pilzna znajduje się miejscowość Starý Plzenec, a w nim siedziba producenta. Ale Bohemia Sekt nie tylko marka win musujących, ale nazwa grupy producentów, do której należą też Habánské Sklepy - ich wina (ryzlink rýnský) można było dostać w Żabce i z tego, co wiem, cieszyły się sporą popularnością. A wspominam o tym dlatego, że ze wspomnianego wcześniej kempingu Merkur do producenta tych win można było dojechać w niecałe 40 minut, czyli właściwie rzut beretem i byłaby piękna klamra w tej opowieści. No cóż… nie wyszło... życie.

Wróćmy jednak do win musujących. Tych Bohemia Sekt produkuje rocznie około 15-16 mln butelek, a trzy z nich trafiły w moje ręce. Należą one do nieco wyżej pozycjonowanej linii produktowej „Prestige”.


Dziś opowiem Wam kilka słów o Prestige Demi-Sec, czyli winie pół-wytrawnym. Podstawowe Demi-Sec jest najlepiej sprzedającym się winem tego producenta, pitym przy każdej niemal okazji, wymagającej celebrowania winem musującym. Ale nie jest winem produkowanym metodą tradycyjną (szampańską), tylko metodą Charmata, podobnie jak prosecco. Metoda tradycyjna (wtórna fermentacja w butelce) zarezerwowana jest właśnie dla linii Prestige.


Wino dojrzewa na osadzie przez 15-18 miesięcy, a w jego skład wchodzą trzy odmiany: rheinriesling czyli ryzlink rýnský, pinot blanc czyli rulandské bilé, oraz welschriesling czyli ryzlink vlašský. Rheinriesling, czyli po prostu riesling, ma za zadanie nadawać winu bogaty aromat i zapewniać pikantną kwasowość, pinot blanc dostarczyć sporą porcję ekstraktu, a welschriesling świeżość i lekkość. To może spróbujmy?


Ładny złoty, intensywny kolor, bąbelki bardzo drobne, elegenckie. Nos delikatny, lekko miodowy z akcentem kwiatowym. Usta w pierwszej fazie wyczuwalnie słodkie, dość szybko neutralizowane kwasem, przy czym w rozsądnych granicach, dzięki czemu pod degustacji zostaje wrażenie, że mamy do czynienia z winem łatwym w piciu. To może tłumaczyć fenomen popularności wina w Czechach, a i u nas pewnie znalazłoby poklask wsród uczestników rozpoczynających w piątek weekendowe imprezy. Moim zdaniem jest wino dobre na aperitif, natomiast z całą pewnością nie jest to wino kontemplacyjne. Raczej dla zwolenników zabawy niż filozofów pastwiących się nad (bez)sensem życia.


Ciekawe kogo wytypuję na odbiorców musiaka różowego oraz białego w wersji brut. Ale o tym pewnie już przy innej okazji. 


Dziękuję Amazis.net za udostępnienie win do degustacji.

środa, 30 maja 2018

Majówka kamperem. Węgry.

Wspominałem Wam w poprzednim wpisie, że w ostatnich tygodniach mocno próżnowałem, jeśli chodzi o moje pisanie o winie, ale jednocześnie nie nudziłem się podczas przygotowań do kamperowej przygody. W lutym tego roku (2018), podczas jakiegoś spotkania towarzyskiego padła propozycja, by w czasie majówki wyruszyć kamperami do Słowenii. Mnie nie trzeba było specjalnie namawiać, bo kamperami interesuję się blisko dwa lata, a idea domu na kółkach i wolność, jaką daje ten sposób podróżowania jest bliska memu sercu. Zdziwiło mnie tylko trochę, że moja żona podjęła wyzwanie równie ochoczo, choć - miałem takie wrażenie - wcześniej kręciła nosem na moje zapatrywania.

Sunlight T67 (2017) - dom na kołach stworzony na bazie Fiata Ducato.
Pomińmy jednak teraz tę kwestię, jako nieistotną dla niniejszej historii, gdyż muszę jakoś dotrzeć do tytułowego wątku węgierskiego. Węgry w planie podróży w ogóle nie występowały, mieliśmy przez Czechy i Austrię dotrzeć do Słowenii, by tam przez kilka dni cieszyć się jej urokami i wrócić mniej więcej podobną trasą. Kamperowanie ma jednak to do siebie, że plany modyfikowane są spontanicznie i niemal bez przerwy, pierwotne cele okazują się często nieistotne, bardziej od nich liczy się sama jazda. Ważne by na końcu dnia mieć gdzie zaparkować auto i bezpiecznie spędzić noc. Słowenia zatem nie okazała się głównym celem, czy może raczej miejscem dłuższego stacjonowania, w trakcie wyjazdu pojawiła się opcja „zaliczenia” jak największej liczby państw i w krótce hasło wyjazdu brzmiało „siedem krajów w siedem dni”. To założenie akurat udało się wypełnić i ostatecznie trasa wyglądała tak:

Polska → Czechy(1) → Austria(2) → Słowenia (3) → Włochy (4) → Słowenia → Chorwacja (5) → Słowenia → Węgry(6) → Słowacja (7) → Czechy → Polska.

Padło już zatem hasło Węgry - był to nasz ostatni zagraniczny przystanek z noclegiem, który urządziliśmy gdzieś nad Balatonem.

Kamper na swojej parceli.
Przyjechaliśmy pod wieczór, więc Balaton wyglądał właśnie tak.

A tak wyglądał rano.

Balaton to podobno Mekka wędkarzy. Tu zastaliśmy tylko ich sprzęt, oni zaś
skryli się w domkach ustawionych w pierwszej lini od brzegu. Z odgłosów
dobiegających z okupowanych gęsto mikro-tarasów wywnioskowaliśmy,
że rybka, choćby tylko wyimaginowana, lubi pływać.

Podobnie jak w kamperowaniu, gdzie nie liczy się cel, a droga, tak i w wędkowaniu -
rybka mniej ważna od łowienia.

Kto nie łowi, ten pływa.

Stół może nie wystawny, ale poranna kawa, choćby w plastikowym kubku,
potrafi smakować wybornie.

Ekipa.

Zupełnie nowa dróżka (rozbudowa kempingu trwa) zakończona węzłem
sanitarnym, który domaga się już interwencji ekipy remontowej.

Sam kemping nie był może zbyt ciekawy, zwłaszcza że był w trakcie gruntownej przebudowy, a sezon wypoczynkowy przecież jeszcze się nie zaczął i infrastruktura nie była w pełni przygotowana. Niemniej jednak kolację można było zjeść, choć wybór ograniczony był zaledwie do pizzy (ale bardzo dobrej) i frytek (nie jadłem), za to następnego dnia odnaleźliśmy ukryty za koparkami i przesłonięty cembrowinami sklepik, który całkiem nieźle zaopatrzony był w alkohole, w tym wina, które z racji zainteresowań i tematyki tego bloga wzbudziły we mnie kompulsywną potrzebę wydania pieniędzy i zaopatrzenia się w kilka miejscowych etykiet.  

I tak oto dochodzimy do butelki, którą otworzyłem już w Polsce - z racji prowadzenia auta spożywanie alkoholu podczas wyjazdu było ograniczone do minimum, do ilości iście aptecznych i konsumowanych jedynie prozdrowotnie (😉).


Hungaria - poza nazwą kraju - to marka znanego (choć nie dla mnie) producenta Törley, specjalizująca się w produkcji win musujących. By poznać z czym mam do czynienia, sięgnąłem po "Wina Europy" - przewodnik z 2009 autorstwa panów Bońkowskiego i Bieńczyka, by przeczytać w nim, że Törley to:

„Najbardziej znane węgierskie 'szampańskie' należące do niemieckiego giganta Henkell & Sohnlein. Dużo różnych etykiet, powszechnie dostępnych od supermarketów po dworcowe bary. Jakość droższych win przyzwoita, jeśli akurat na Węgrzech potrzebujemy wina z bąbelkami.”

Ja bąbelki lubię, węgierskich wiele nie piłem, więc skusiłem się bez wahania, choć od razu zaznaczam, że to nie jedyna butelka wina węgierskiego, którą ze sobą przywiozłem do kraju.

Na stronie „Czasu Wina” znalazłem zaś wpis Wojciecha Gogolińskiego na temat producenta musiaków, który pozwolę sobie tu przytoczyć:

Najstarsza i najsłynniejsza węgierska wytwórnia win musujących, założona w roku 1882 w Budafok (dziś to Budapeszt, wówczas wzniesienie w pobliżu Budy) przez Józsefa Törleya, praktykującego wcześniej w szampańskim Reims u Roederera i Delbecka.

Należy dziś do niemieckiego giganta Henkell & Co. Gruppe, a jego oficjalna nazwa brzmi Törley Sektkellerei Kft.

Posiada wykute w wapieniu piwnice o długości około 20 kilometrów, które są zaopatrywane przez owoce z własnych winnic o powierzchni 820 hektarów, leżące w regionie Etyek. Skupuje też gotowe wina z Włoch, Hiszpanii i wielu innych krajów. W ofercie firmy znajduje się niezliczona liczba rodzajów win musujących, wytwarzanych głównie metodą zbiornikową, ale też i szampańską. Już w latach 30. ub. wieku (po okresie światowego kryzysu) wytwarzano tu 2 mln flaszek. Dziś jest tego ponad 15 mln butelek. Najbardziej znane marki: Törley, BB, Walton i François.”

Te 15 milionów dotyczy jednak wina spokojnego. Producent podaje, że wina musującego produkuje nawet 21,5 mln butelek.

Wsród nich znalazła się moja Hungaria Grande Cuvee Brut, która rzekomo wykonana została metodą szampańską - powtórna fermentacja w butelce. Jakich gron użyto do zrobienia tego wina doprawdy nie wiem, a i producent na swych stronach internetowych skąpi informacji na ten temat. Dowiadujemy się jedynie, że to "prawdziwy Don Juan skryty za subtelną elegancją", cokolwiek miałoby to znaczyć. Producent poleca je jako aperitif lub jako towarzysza owoców morza.


Cechą tego wina jest kwasowa struktura i wytrawność, mniejszy nacisk położono tu na ekspresję owocu, co rzeczywiście może je predestynować do jedzenia przyrządzonego ze skorupiaków, choć ja wypiłem je solo - taki mocno przedłużony aperitif 😉. Wino dobre, słowa złego nie powiem, warto spróbować, choć do szampanów droga daleka, bliżej mu pewnie do niedrogiej Cavy.


Ceny nie podaję, bo nie pamiętam, ale z pewnością nie było drogie - podejrzewam zakres 30-40 zł za butelkę.


Do win węgierskich przywiezionych z wyjazdu pewnie jeszcze wrócę. Wkrótce także wpisy o innych krajach i flaszkach (kupionych w ciemno) z nich pochodzących. Bądźcie na nasłuchu 🙂

ps. (2018-06-05) Dostałem info od Michała, który rezyduje na codzień na Węgrzech, a przy okazji jest też autorem bloga "Niewinne podróże", że odmiany z których powstało wino to: chardonnay, királyleányka i pinot noir. Dzięki, Michale!

środa, 23 maja 2018

Wina z Abruzji.

I znów mogę jak mantrę powtórzyć, że dawno nie pisałem, że czasu brak, że inne obowiązki. I to wszystko prawda, tyle że tak nudna i dojmująca, że odbiera energię do pisania o winie, a czasem nawet i chęć na samo wino.

Ale w tej przerwie akurat się nie nudziłem, tylko planowałem majówkowy wyjazd - wyjazd nie byle jaki, lecz kamperem, o czym Wam pewnie jeszcze wspomnę (bo warto), ale nie teraz. W każdym razie na wyjeździe podładowałem akumulatory (jak to w kamperze), zaopatrzyłem się w lokalne wina (bo wyjazd był zagraniczny, a bagażnik w kamperze ogromny) i pełen radości i sił witalnych wróciłem do kraju, gdzie od razu w twarz dostałem rozstaniem się z tym funkcjonalnym domem na kółkach, a drugi policzek nadstawiłem pracodawcy, który uziemił mnie skutecznie licznymi i zbyt długimi dyżurami. I tyle z mojego wypoczynku i szczęścia, którego jak zwykle mamy w niedomiarze, choć mimo wszystko udało mi się wykrzesać kilka chwil, które może trudno nazwać szczęśliwymi, ale na pewno dały mi odrobinę radości.

Mowa o dwóch butelkach wina z Abruzji, które w lutym tego roku miała w swej ofercie Biedronka, a po które sięgnąłem dopiero w połowie maja. Sorry, ja się śpieszyć nie lubię ;)

Jednym z nich było Trebbiano d'Abruzzo - wino białe o świeżym kwiatowo-owocowym nosie i znakomitej równowadze strukturalnej, sprawiającej, że pochłaniałem je łatwo i bez opamiętania - otrzeźwiło mnie dopiero zbyt szybkie zderzenie z osuszonym dnem butelki. Polecam to wino (jeśli jeszcze je znajdziecie), zwłaszcza że cieszyło się ono uznaniem moich kolegów piszących o winie, więc moja opinia nie jest odosobniona.

Drugim było zaś Montepulciano d'Abruzzo - od tego samego producenta, który na etykiecie umieścił nazwę handlową "Poderi Marchesi Carbone". Wino bardzo pijalne, z zaznaczoną taniną i wyraźną kwasowością, ale w takich dobranych proporcjach z alkoholem, że gładko (i znów zbyt szybko) przechodziło przez podniebienie. Może nie było spektakularne, koledzy ocenili je mniej entuzjastycznie, ale we mnie budziło ono pożądanie i ochotę na więcej. Za to należą się mu moje  brawa.


Oba wina sprzedawane były po ćwierć stówki każde, co wydaje mi się ceną skalkulowaną w sam raz, ja w każdym razie wypiłbym je jeszcze raz płacąc z własnej kiesy, bo akurat butelki, o którym miałem przyjemność wspomnieć dostałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, za co uprzejmie dziękuję.