wtorek, 5 czerwca 2018

Majówka kamperem. Czechy.

Nasz kamper o poranku. Parkowaliśmu w nocy, niemal w całkowitej ciemności.
Czechy to pierwszy kraj, który zaliczyliśmy podczas naszej kamperowej wyprawy. To także pierwszy kraj, w którym szukaliśmy noclegu. Szukaliśmy, bo pomimo tego, że w zarysie wyprawy pojawiła się czeska lokalizacja (blisko granicy z Polską i z atrakcjami dla dzieci), to z lektury poprzedniego wpisu wiecie już, że plan sobie, a życie sobie. Zdaje się, że zrobiliśmy zbyt długi przystanek na posiłek jeszcze w Polsce, a potem trzeba było pokonać nieco więcej kilometrów, by przejazd następnego dnia do Słowenii nie był zbyt uciążliwy. Wylądowaliśmy zatem późnym wieczorem na kempingu Merkur, dość blisko już granicy z Austrią i zdaje się, że nawet w pięknych okolicznościach przyrody, co stwierdzam dopiero dziś, bo dokładniejsze informacje o kamper-stopach tak naprawdę zbieram już po powrocie do kraju. W każdym razie kemping położony był nad zasilanym wodami rzeki Dyja dużym zbiornikiem Nové Mlýny Górne (jednym z trzech, są jeszcze Nové Mlýny Środkowe i Nové Mlýny Dolne), czego efektem był szok, jakiego doznała cała ekipa, gdy tylko udało się podpiąć kampery do prądu i włączyć w nich światło. Od razu skumaliśmy do czego służą moskitiery, ale trochę nie w porę, bo punkty świetlne przesłonięte zostały już setkami meszek i komarów. Załoga każdego kampera musiała poradzić sobie z tym problemem, w każdym razie jego neutralizacja miała charakter mało pokojowy, to była międzygatunkowa walka o przetrwanie, która zakończyła eksterminacją jednego z nich. To jest mroczna strona obozowania na kempingach. Panie oraz dzieci, wszystkie umęczone równo podróżą i walką z insektami, szybko poszły spać. Panowie udali się na piwo, jedno oczywiście, ale na szczęście nie na wszystkich, lecz na głowę. To był czas podsumowania pierwszego dnia wyjazdu i próby ustalenia, czy podoba się nam ten sposób spędzania wolnego czasu, czy nie. Im bliżej dna butelki, tym bardziej nam się podobało, więc postanowiliśmy kontynuować naszą przygodę.

Słońce już ładnie przygrzewało, wyciągnąłem krzesełko turystyczne,
by na świeżym powietrzu napić się kawy.

Autor bloga i jego syn.
Ale, ale… przecież to nie jest blog o piwie, lecz o winie. Cóż, wina czeskiego, czy morawskiego, nie kupiłem i nie przywiozłem ze sobą. Zresztą, jak już wspominałem, ani winnice nie były celem naszej podróży, ani winne zakupy priorytetem, zwłaszcza że już wtedy wiedziałem, że po powrocie do kraju będą na mnie czekały wina musujące Bohemia Sekt. Wg producenta to najpopularniejsze bąbelki w Czechach, u nas ich dystrybucją zajmuje się Amazis.net - importer, który przysłał mi kilka butelek do degustacji. I dobrze się złożyło, bo dzięki temu mam kamperowy pretekst do napisania o południowych sąsiadach, a fotografie z Czech  (oj, bardzo nieliczne) mogę posegregować racząc się musiakami.

Bohemia to łacińska nazwa Czech, dziś nazywa się tak zachodnią część kraju, którą akurat my podczas przejazdu ominęliśmy, ponieważ nasza trasa biegła przez Morawy - wschodnią część Republiki Czeskiej. Niedaleko Pilzna znajduje się miejscowość Starý Plzenec, a w nim siedziba producenta. Ale Bohemia Sekt nie tylko marka win musujących, ale nazwa grupy producentów, do której należą też Habánské Sklepy - ich wina (ryzlink rýnský) można było dostać w Żabce i z tego, co wiem, cieszyły się sporą popularnością. A wspominam o tym dlatego, że ze wspomnianego wcześniej kempingu Merkur do producenta tych win można było dojechać w niecałe 40 minut, czyli właściwie rzut beretem i byłaby piękna klamra w tej opowieści. No cóż… nie wyszło... życie.

Wróćmy jednak do win musujących. Tych Bohemia Sekt produkuje rocznie około 15-16 mln butelek, a trzy z nich trafiły w moje ręce. Należą one do nieco wyżej pozycjonowanej linii produktowej „Prestige”.


Dziś opowiem Wam kilka słów o Prestige Demi-Sec, czyli winie pół-wytrawnym. Podstawowe Demi-Sec jest najlepiej sprzedającym się winem tego producenta, pitym przy każdej niemal okazji, wymagającej celebrowania winem musującym. Ale nie jest winem produkowanym metodą tradycyjną (szampańską), tylko metodą Charmata, podobnie jak prosecco. Metoda tradycyjna (wtórna fermentacja w butelce) zarezerwowana jest właśnie dla linii Prestige.


Wino dojrzewa na osadzie przez 15-18 miesięcy, a w jego skład wchodzą trzy odmiany: rheinriesling czyli ryzlink rýnský, pinot blanc czyli rulandské bilé, oraz welschriesling czyli ryzlink vlašský. Rheinriesling, czyli po prostu riesling, ma za zadanie nadawać winu bogaty aromat i zapewniać pikantną kwasowość, pinot blanc dostarczyć sporą porcję ekstraktu, a welschriesling świeżość i lekkość. To może spróbujmy?


Ładny złoty, intensywny kolor, bąbelki bardzo drobne, elegenckie. Nos delikatny, lekko miodowy z akcentem kwiatowym. Usta w pierwszej fazie wyczuwalnie słodkie, dość szybko neutralizowane kwasem, przy czym w rozsądnych granicach, dzięki czemu pod degustacji zostaje wrażenie, że mamy do czynienia z winem łatwym w piciu. To może tłumaczyć fenomen popularności wina w Czechach, a i u nas pewnie znalazłoby poklask wsród uczestników rozpoczynających w piątek weekendowe imprezy. Moim zdaniem jest wino dobre na aperitif, natomiast z całą pewnością nie jest to wino kontemplacyjne. Raczej dla zwolenników zabawy niż filozofów pastwiących się nad (bez)sensem życia.


Ciekawe kogo wytypuję na odbiorców musiaka różowego oraz białego w wersji brut. Ale o tym pewnie już przy innej okazji. 


Dziękuję Amazis.net za udostępnienie win do degustacji.

środa, 30 maja 2018

Majówka kamperem. Węgry.

Wspominałem Wam w poprzednim wpisie, że w ostatnich tygodniach mocno próżnowałem, jeśli chodzi o moje pisanie o winie, ale jednocześnie nie nudziłem się podczas przygotowań do kamperowej przygody. W lutym tego roku (2018), podczas jakiegoś spotkania towarzyskiego padła propozycja, by w czasie majówki wyruszyć kamperami do Słowenii. Mnie nie trzeba było specjalnie namawiać, bo kamperami interesuję się blisko dwa lata, a idea domu na kółkach i wolność, jaką daje ten sposób podróżowania jest bliska memu sercu. Zdziwiło mnie tylko trochę, że moja żona podjęła wyzwanie równie ochoczo, choć - miałem takie wrażenie - wcześniej kręciła nosem na moje zapatrywania.

Sunlight T67 (2017) - dom na kołach stworzony na bazie Fiata Ducato.
Pomińmy jednak teraz tę kwestię, jako nieistotną dla niniejszej historii, gdyż muszę jakoś dotrzeć do tytułowego wątku węgierskiego. Węgry w planie podróży w ogóle nie występowały, mieliśmy przez Czechy i Austrię dotrzeć do Słowenii, by tam przez kilka dni cieszyć się jej urokami i wrócić mniej więcej podobną trasą. Kamperowanie ma jednak to do siebie, że plany modyfikowane są spontanicznie i niemal bez przerwy, pierwotne cele okazują się często nieistotne, bardziej od nich liczy się sama jazda. Ważne by na końcu dnia mieć gdzie zaparkować auto i bezpiecznie spędzić noc. Słowenia zatem nie okazała się głównym celem, czy może raczej miejscem dłuższego stacjonowania, w trakcie wyjazdu pojawiła się opcja „zaliczenia” jak największej liczby państw i w krótce hasło wyjazdu brzmiało „siedem krajów w siedem dni”. To założenie akurat udało się wypełnić i ostatecznie trasa wyglądała tak:

Polska → Czechy(1) → Austria(2) → Słowenia (3) → Włochy (4) → Słowenia → Chorwacja (5) → Słowenia → Węgry(6) → Słowacja (7) → Czechy → Polska.

Padło już zatem hasło Węgry - był to nasz ostatni zagraniczny przystanek z noclegiem, który urządziliśmy gdzieś nad Balatonem.

Kamper na swojej parceli.
Przyjechaliśmy pod wieczór, więc Balaton wyglądał właśnie tak.

A tak wyglądał rano.

Balaton to podobno Mekka wędkarzy. Tu zastaliśmy tylko ich sprzęt, oni zaś
skryli się w domkach ustawionych w pierwszej lini od brzegu. Z odgłosów
dobiegających z okupowanych gęsto mikro-tarasów wywnioskowaliśmy,
że rybka, choćby tylko wyimaginowana, lubi pływać.

Podobnie jak w kamperowaniu, gdzie nie liczy się cel, a droga, tak i w wędkowaniu -
rybka mniej ważna od łowienia.

Kto nie łowi, ten pływa.

Stół może nie wystawny, ale poranna kawa, choćby w plastikowym kubku,
potrafi smakować wybornie.

Ekipa.

Zupełnie nowa dróżka (rozbudowa kempingu trwa) zakończona węzłem
sanitarnym, który domaga się już interwencji ekipy remontowej.

Sam kemping nie był może zbyt ciekawy, zwłaszcza że był w trakcie gruntownej przebudowy, a sezon wypoczynkowy przecież jeszcze się nie zaczął i infrastruktura nie była w pełni przygotowana. Niemniej jednak kolację można było zjeść, choć wybór ograniczony był zaledwie do pizzy (ale bardzo dobrej) i frytek (nie jadłem), za to następnego dnia odnaleźliśmy ukryty za koparkami i przesłonięty cembrowinami sklepik, który całkiem nieźle zaopatrzony był w alkohole, w tym wina, które z racji zainteresowań i tematyki tego bloga wzbudziły we mnie kompulsywną potrzebę wydania pieniędzy i zaopatrzenia się w kilka miejscowych etykiet.  

I tak oto dochodzimy do butelki, którą otworzyłem już w Polsce - z racji prowadzenia auta spożywanie alkoholu podczas wyjazdu było ograniczone do minimum, do ilości iście aptecznych i konsumowanych jedynie prozdrowotnie (😉).


Hungaria - poza nazwą kraju - to marka znanego (choć nie dla mnie) producenta Törley, specjalizująca się w produkcji win musujących. By poznać z czym mam do czynienia, sięgnąłem po "Wina Europy" - przewodnik z 2009 autorstwa panów Bońkowskiego i Bieńczyka, by przeczytać w nim, że Törley to:

„Najbardziej znane węgierskie 'szampańskie' należące do niemieckiego giganta Henkell & Sohnlein. Dużo różnych etykiet, powszechnie dostępnych od supermarketów po dworcowe bary. Jakość droższych win przyzwoita, jeśli akurat na Węgrzech potrzebujemy wina z bąbelkami.”

Ja bąbelki lubię, węgierskich wiele nie piłem, więc skusiłem się bez wahania, choć od razu zaznaczam, że to nie jedyna butelka wina węgierskiego, którą ze sobą przywiozłem do kraju.

Na stronie „Czasu Wina” znalazłem zaś wpis Wojciecha Gogolińskiego na temat producenta musiaków, który pozwolę sobie tu przytoczyć:

Najstarsza i najsłynniejsza węgierska wytwórnia win musujących, założona w roku 1882 w Budafok (dziś to Budapeszt, wówczas wzniesienie w pobliżu Budy) przez Józsefa Törleya, praktykującego wcześniej w szampańskim Reims u Roederera i Delbecka.

Należy dziś do niemieckiego giganta Henkell & Co. Gruppe, a jego oficjalna nazwa brzmi Törley Sektkellerei Kft.

Posiada wykute w wapieniu piwnice o długości około 20 kilometrów, które są zaopatrywane przez owoce z własnych winnic o powierzchni 820 hektarów, leżące w regionie Etyek. Skupuje też gotowe wina z Włoch, Hiszpanii i wielu innych krajów. W ofercie firmy znajduje się niezliczona liczba rodzajów win musujących, wytwarzanych głównie metodą zbiornikową, ale też i szampańską. Już w latach 30. ub. wieku (po okresie światowego kryzysu) wytwarzano tu 2 mln flaszek. Dziś jest tego ponad 15 mln butelek. Najbardziej znane marki: Törley, BB, Walton i François.”

Te 15 milionów dotyczy jednak wina spokojnego. Producent podaje, że wina musującego produkuje nawet 21,5 mln butelek.

Wsród nich znalazła się moja Hungaria Grande Cuvee Brut, która rzekomo wykonana została metodą szampańską - powtórna fermentacja w butelce. Jakich gron użyto do zrobienia tego wina doprawdy nie wiem, a i producent na swych stronach internetowych skąpi informacji na ten temat. Dowiadujemy się jedynie, że to "prawdziwy Don Juan skryty za subtelną elegancją", cokolwiek miałoby to znaczyć. Producent poleca je jako aperitif lub jako towarzysza owoców morza.


Cechą tego wina jest kwasowa struktura i wytrawność, mniejszy nacisk położono tu na ekspresję owocu, co rzeczywiście może je predestynować do jedzenia przyrządzonego ze skorupiaków, choć ja wypiłem je solo - taki mocno przedłużony aperitif 😉. Wino dobre, słowa złego nie powiem, warto spróbować, choć do szampanów droga daleka, bliżej mu pewnie do niedrogiej Cavy.


Ceny nie podaję, bo nie pamiętam, ale z pewnością nie było drogie - podejrzewam zakres 30-40 zł za butelkę.


Do win węgierskich przywiezionych z wyjazdu pewnie jeszcze wrócę. Wkrótce także wpisy o innych krajach i flaszkach (kupionych w ciemno) z nich pochodzących. Bądźcie na nasłuchu 🙂

ps. (2018-06-05) Dostałem info od Michała, który rezyduje na codzień na Węgrzech, a przy okazji jest też autorem bloga "Niewinne podróże", że odmiany z których powstało wino to: chardonnay, királyleányka i pinot noir. Dzięki, Michale!

środa, 23 maja 2018

Wina z Abruzji.

I znów mogę jak mantrę powtórzyć, że dawno nie pisałem, że czasu brak, że inne obowiązki. I to wszystko prawda, tyle że tak nudna i dojmująca, że odbiera energię do pisania o winie, a czasem nawet i chęć na samo wino.

Ale w tej przerwie akurat się nie nudziłem, tylko planowałem majówkowy wyjazd - wyjazd nie byle jaki, lecz kamperem, o czym Wam pewnie jeszcze wspomnę (bo warto), ale nie teraz. W każdym razie na wyjeździe podładowałem akumulatory (jak to w kamperze), zaopatrzyłem się w lokalne wina (bo wyjazd był zagraniczny, a bagażnik w kamperze ogromny) i pełen radości i sił witalnych wróciłem do kraju, gdzie od razu w twarz dostałem rozstaniem się z tym funkcjonalnym domem na kółkach, a drugi policzek nadstawiłem pracodawcy, który uziemił mnie skutecznie licznymi i zbyt długimi dyżurami. I tyle z mojego wypoczynku i szczęścia, którego jak zwykle mamy w niedomiarze, choć mimo wszystko udało mi się wykrzesać kilka chwil, które może trudno nazwać szczęśliwymi, ale na pewno dały mi odrobinę radości.

Mowa o dwóch butelkach wina z Abruzji, które w lutym tego roku miała w swej ofercie Biedronka, a po które sięgnąłem dopiero w połowie maja. Sorry, ja się śpieszyć nie lubię ;)

Jednym z nich było Trebbiano d'Abruzzo - wino białe o świeżym kwiatowo-owocowym nosie i znakomitej równowadze strukturalnej, sprawiającej, że pochłaniałem je łatwo i bez opamiętania - otrzeźwiło mnie dopiero zbyt szybkie zderzenie z osuszonym dnem butelki. Polecam to wino (jeśli jeszcze je znajdziecie), zwłaszcza że cieszyło się ono uznaniem moich kolegów piszących o winie, więc moja opinia nie jest odosobniona.

Drugim było zaś Montepulciano d'Abruzzo - od tego samego producenta, który na etykiecie umieścił nazwę handlową "Poderi Marchesi Carbone". Wino bardzo pijalne, z zaznaczoną taniną i wyraźną kwasowością, ale w takich dobranych proporcjach z alkoholem, że gładko (i znów zbyt szybko) przechodziło przez podniebienie. Może nie było spektakularne, koledzy ocenili je mniej entuzjastycznie, ale we mnie budziło ono pożądanie i ochotę na więcej. Za to należą się mu moje  brawa.


Oba wina sprzedawane były po ćwierć stówki każde, co wydaje mi się ceną skalkulowaną w sam raz, ja w każdym razie wypiłbym je jeszcze raz płacąc z własnej kiesy, bo akurat butelki, o którym miałem przyjemność wspomnieć dostałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, za co uprzejmie dziękuję.


środa, 21 marca 2018

Torcik i coś jeszcze.

Marzec w tym roku jest u mnie miesiącem zdecydowanie tortowym. Pociechy mam z marca, więc dwa torty na urodziny. Dzieci zrobiły imprezki dla swoich szkolnych znajomków w dniach innych niż swoje urodziny, więc kolejne dwa torty. No i w końcu do wnuków przyjechali dziadkowie, więc dla odmiany torcik. Skoro już tak się zasłodziłem, to do resztek tego ostatniego postanowiłem otworzyć słodkie wina, wszak i one muszą być kiedyś spożyte. Jak wiecie, nie za bardzo przepadam za winami słodkimi i otwieram je niezwykle rzadko. Kiedyś miałem podobnie z winami musującymi. Co ja się napisałem, że ich nie rozumiem, że skąd ten zachwyt i tak dalej, aż nadszedł moment, że je pokochałem miłością niemal bezgraniczną, więc kto wie - może zaraz rozpali mnie ogień słodkiej miłości.

Tort kupiłem u Grycana, czekoladowy z ciasteczkami Oreo na wierzchu, smaczny, nieprzesadnie słodki, dobrze nasączony - nie znoszę zbyt suchych tortów. Podałem Sauternes Madame de Rayne, które dostałem kiedyś z Lidla, sporo się naczekało na swoją kolej. Nie było to wino złe, choć dużego entuzjazmu u mnie nie wywołało, czemu dałem wyraz w krótkiej relacji na Instagramie. 


Zabrakło mi w tym winie odrobiny więcej kwasu, przez co brakowało mu nieco równowagi, o harmonii nie wspominając. Ale to moje zdanie, moim rodzicom smak miodu, pigwy i kandyzowanych owoców przypadł do gustu bardzo, mama nawet poprosiła o zdjęcie etykiety. Tak czy owak - do tortu pasowało.

Poszedłem więc za ciosem - choć już w samotności - i otworzyłem Tokaj. Była to butelka z rocznika 2003 od producenta Hétszőlő. Tokaji Fordítás, jak czytam w niezastąpionym przewodniku Wina Europy 2009, powstaje przez ponowne zalanie młodym winem wytłoczyn po winie aszú.


Producent zaleca je do potraw z dziczyzny przyrządzonych z dodatkiem śliwek, grzybów lub kasztanów. Mój tort tak doprawiony nie był. Wino charakteryzuje się sporym utlenieniem z dominującymi nutami pieczonego jabłka, w piciu bardzo mi się podobało, choć tym razem bardziej solo, tort zdecydowanie dominował nad tym winem.

Kolejnym i ostatnim winem, jakie chciałem do tego tortu otworzyć, to wino z Grecji  - Muskat z Samos. Nos najbardziej świeży ze wszystkich, aromat kwiatowo-owocowy ładnie pieści nozdrza, w ustach zdecydowanie najsłodsze, wręcz od słodyczy lepkie.


Tego wina solo chyba nie da się pić w zbyt dużych ilościach. Z tortem zgrało się nieźle, choć jednak Sauternes w tej roli wypadł lepiej, ale tylko nieznacznie. Za to alkohol w tym winie wybijał się zdecydowanie (zwłaszcza w towarzystwie kawałka tortu), było go najwięcej - 15%, no ale to wino wzmacniane, więc nie ma się czemu dziwić.

Z całej trójki winem najlepszym do popijania solo wydał mi się Tokaji Fordítás. Sauternes najbardziej pasował z tortem, natomiast muskat z Samos najlepsze wrażenie robił w nosie, ale usta skutecznie zaklejał słodyczą, kwas nie pomógł za bardzo. Trzeba by jeszcze popracować nad jakimś do nie niego jedzeniem, producent zaleca owoce i desery. Może macie jakieś dla niego propozycje? W butelce sporo go jeszcze zostało :)

Sauternes dostałem do degustacji z Lidla, Tokaj kupiłem tamże za własne pieniądze, a muskat z Samos otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska - właściciela Biedronki.

czwartek, 15 marca 2018

Alpha Estate S.M.X. 2012


Wiem, że niektórzy z Was z niecierpliwością oczekiwali na pojawienie się recenzji tego wina, ja sam nie mogłem się doczekać, więc wcale się nie dziwię. 😀

Po ciekawym sauvignon blanc, oryginalnej malagouzii oraz świetnym xinomavro nadszedł czas na spróbowanie greckiego blendu, a kupaże - jak przekonuje Frank Smulders MW - są podstawą najlepszych i najciekawszych win. Czy tak będzie i tym razem? 

Przede wszystkim wyjaśnijmy sobie, co to za mieszanka. S.M.X. jest akronimem od nazw szczepów: syrah (60%), merlot (20%) i xinomavro (20%). Udział odmian międzynarodowych jest tu zatem przeważający. Wcześniej chyba wspominałem, że Grecy, oprócz pielęgnowania lokalnych odmian, nie unikają szczepów znanych z innych rejonów świata, które w Helladzie potrafią dać wina nieco odmienne i często bardzo ciekawe.

Wino po fermentacji dojrzewa na drożdżowym osadzie w stalowych kadziach przez 8 miesięcy, następnie przez 12 miesięcy w średnio wypalanych beczkach z dębu francuskiego, a potem kolejnych 12 miesięcy spędza w butelkach i dopiero wtedy jest wypuszczane na rynek. Nie jest filtrowane, producent zaleca dekantację, choć ja tego nie zrobiłem, nie wydała mi się ona potrzebna.


W nosie mamy do czynienia z nutami skóry, ziemi, ale też owoców - wiśni, śliwek, jeżyn. W ustach kwasowość jest bardzo dobrze wyczuwalna, taniny wyraźne, ale dość gładkie, alkohol - choć jest go sporo - niemal niewyczuwalny. Elementy struktury ładnie się równoważą, tworząc wino poważne, eleganckie i pełne wdzięku. Pijalność wyśmienita, a połączenie ze stekiem doskonałe. Naprawdę świetne wino, które polecam równie gorąco, jak poprzednio opisywane Xinomavro 2011. Oba wina mają jeszcze kilka lat dobrej formy przed sobą.




Alpha Estate, S.M.X., 2012
apelacja: Protected Geographical Indication Florina
odmiany: syrah (60%), merlot (20%) i xinomavro (20%)
alk.: 14,5%

Wino otrzymałem do degustacji od Amazis.net. Dziękuję!




poniedziałek, 12 marca 2018

Z Grecji do Hiszpanii (na chwilę).

Przed degustacją ostatniego wina greckiego, jakie dostałem do przetestowania od Amazis.net postanowiłem zrobić skok w bok i udać się na drugi kraniec Europy, czyli do Hiszpanii. Po pierwsze dlatego, że kilka butelek wina z tego kraju miałem już w swoich zapasach i trzeba w końcu coś z nimi zrobić, a po drugie dlatego, że kilka kolejnych dokupiłem pod wpływem artykułu z  marcowego Decantera dotyczącego dojrzałych win z apelacji Rioja. Z nimi też coś trzeba będzie zrobić. W tym wpisie z pewnością nie odnotuję wszystkich hiszpańskich etykiet, które mam do dyspozycji, ale od czegoś trzeba zacząć.

Najmłodsze wina uznawane przez Decanter za dojrzałe, pochodziły z rocznika 2010 i takich win szukałem, zwłaszcza pod wpływem niezłej recenzji Campo Viejo Gran Reserva 2010, które jeszcze do niedawna można było znaleźć na półkach sklepów. W te pędy udałem się do mojego ursynowskiego Leclerka, ale okazało się, że się spóźniłem - najstarsze Campo Viejo pochodziło już z 2011. Niemniej jednak z 2010 udało mi się znaleźć trzy wina, choć jedno z nich pochodziło z innej apelacji i od tego wina zacznę opisy win hiszpańskich, natomiast z Rioja dostałem Coto de Imaz Gran Reserva 2010 oraz Bodegas Navajas Vega del Rio Reserva 2010. Do nich wrócę w niedalekiej przyszłości, a dziś porcja moich instagramowych relacji.







Z powyżej przedstawionych win ułożyłem sobie mój osobisty ranking. Na górze listy wina, które chętnie powtórzę, na dole te, za którymi nie będę się specjalnie rozglądać.

1. Eximus Cava Rosado
2. Clos Montebuena
3. Torres Celeste
4. Ramblasreales
5. Castroviejo
6. Pata Negra

W najbliższym czasie na blogu możecie spodziewać się opisu greckiego wina Alpha Estate Red (S.M.X), a potem znów wrócę do win hiszpańskich.

Zapraszam do śledzenia moich poczynań na Instagramie, tam znajdziecie najwięcej relacji (na gorąco). Zajawki blogowych wpisów pojawiają się też na Facebooku.

poniedziałek, 26 lutego 2018

Alpha Estate, Xinomavro 2011


Po dwóch winach białych - Malagouzia 2016 i Sauvignon Blanc 2016 - nadszedł czas na przetestowanie kolejnego wina z Alpha Estate, tym razem czerwonego, zrobionego z lokalnej, greckiej odmiany xinomavro. Wino nie jest najmłodsze, pochodzi z rocznika 2011, wg danych producenta najświeższym rocznikiem jest 2014. Cykl produkcyjny jest dość długi, najpierw wino przez 9 miesięcy dojrzewa na osadzie, następnie 12 miesięcy spędza w beczkach z dębu francuskiego i kolejne 12 miesięcy w butelkach, zanim zostanie wypuszczone na rynek. Jak wspomniałem, moje wino pochodzi z rocznika 2011, wydaje się już dojrzałe, choć w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że jego czas minął. Myślę, że do końca dekady dotrwa we wzorowej formie, choć nieco nut ewolucyjnych można już wyczuć.


W nosie (moim zdaniem) królują rodzynki, w likierowej otulinie, ale pozbawione słodyczy, co znajduje potwierdzenie w ustach, gdzie kwasowość gra pierwsze skrzypce, a bezkompromisowa wytrawność świadczy o surowym charakterze tego wina. Pobiło ono rekord prędkości z jaką w głowie pojawia się myśl, by zagryźć je stekiem. Od pierwszego także przełknięcia miałem wrażenie, że jest to wino, za którym tęskniłem od dawna. Ostatnio pijałem wina białe, dla których mam coraz mniej serca, a czerwone xinomavro utwierdziło mnie w miłości do win tego koloru. Innymi słowy, wino czerwone to jest coś, co bloger Boguszewski ma na myśli w pierwszej kolejności mówiąc "WINO". Tak, to jest moje wino.


Alpha Estate, Xinomavro, 2011
Hedgehog Vineyard
apelacja: Protected Designation of Origin Amyndeon
odmiany: 100% xinomavro
alk.: 14,0%

Wino otrzymałem do degustacji od Amazis.net. Dziękuję!


wtorek, 20 lutego 2018

Alpha Estate, Malagouzia 2016

W poprzednim wpisie wspomniałem wam nieco o greckim producencie Alpha Estate i winie Sauvignon Blanc 2016 z jego portfolio, a dziś kilka słów o winie ze szczepu malagouzia.


To bodaj pierwszy raz, kiedy będę miał okazję pić wino zrobione w 100% z tej odmiany, która dziś powoli staje się (tak przynajmniej słyszałem) wizytówką win z greckiej Macedonii, a ponoć niewiele brakowało, by zniknęła ona całkowicie z powierzchni Ziemi. Dość powiedzieć, że nie poczytacie sobie o niej w przewodniku Hugh Johnsona poza wzmianką, że w Alpha Estate uprawiają "egzotyczną" malagouzię, nie znajdziecie o niej informacji w całkiem rozbudowanym indeksie odmian winorośli w serwisie snooth.com, u Jancis Robinson raptem jedno zdanie: "Wine capable of making elegant, almost too aromatic Greek whites, saved from extinction and now promising". Czyli tyle, co i ja napisałem na początku tego tekstu. Nie pozostaje zatem nic innego, jak tylko spróbować wina, które trafiło w moje ręce, a przy okazji zakupów wyglądać malagouzii na półkach, choć nie sądzę, żeby wina z tej odmiany zalegały w sklepach w Polsce.

W kieliszku wino jest blado-słomkowe z zielonymi refleksami, na ściankach zostają drobne bąbelki, ale trudno tu mówić o efekcie musowania - jeśli już, to zaraz po otwarciu i tylko przez chwilę. W nosie jest raczej oszczędne (Jancis trochę przesadziła), bardziej ziołowe niż kwiatowe, w każdym razie przyjemne i bez żadnych drażniących niuansów. W ustach - jeśli mam być szczery - nic ciekawego. To znaczy nic, co mogłoby wskazywać na tą, nieco chyba mityczną, wyjątkowość wina. Oczywiście skrajną głupotą byłoby wyciąganie wniosków i ferowanie wyroków na podstawie jednej li tylko butelki i od jednego raptem producenta. Czuję się zachęcony do poszukiwań win z tej odmiany, chociażby dla przeprowadzenia weryfikacji pierwszych odczuć.


I choć nie do końca mogę zgodzić się z opisem wina zapisanym na kontretykiecie, to chętnie spróbowałbym rekomendowanych połączeń kulinarnych. Szczególnie na miejscu. Kilka wysp greckich już zaliczyłem, może czas na Grecję kontynentalną. Może Dusterem?


Czekam na wypasione propozycje od sponsorów 😉 

Alpha Estate, Malagouzia, 2016
apelacja: Protected Geographical Indication Florina
odmiany: 100% malagouzia
alk.: 13,0%

Wino otrzymałem do degustacji od Amazis.net. Dziękuję!

środa, 14 lutego 2018

Alpha Estate, Sauvignon Blanc 2016

Kilkanaście dni temu trafiła do mnie przesyłka od importera Amazis.net, w której znalazły się cztery wina greckie, wszystkie od jednego producenta: Alpha Estate.


W 2013 roku spędzałem wakacyjny urlop z rodziną na Rodos i tamże spotkałem się po raz pierwszy z winami Alpha, ale sama wytwórnia mieści się w Grecji kontynentalnej, a dokładniej rzecz biorąc w miejscowości Amindeo, leżącej w Macedonii na północy kraju. Przed wyjazdem starałem się liznąć nieco wiedzy na temat win greckich, ale okazało się, że ogarnięcie tego zagadnienia to praca nie na kilka dni, a raczej na długie miesiące, a może i lata, Grecja pod tym kątem jest bardzo zróżnicowana. Dobrze jest się oprzeć na wiedzy zawartej w winiarskich magazynach i przewodnikach, bowiem bez przygotowania najłatwiej trafić na powszechnie dostępnie wina stołowe, które ze swej natury stanowią „popitkę” do obiadu i często nie grzeszą jakością. Przekrojowe testy w takich pismach jak Decanter, Wine Enthusiast czy Wine Spectator wskazały mi kierunek poszukiwań, ale miałem świadomość, że w turystycznych miejscowościach nie będzie łatwo wyłowić perełki. Niemniej jednak coś znalazłem, zaskoczeniem była natomiast cena win, często przekraczająca 15-20 € za butelkę, co było dla mnie szokiem o tyle, że głośno wówczas mówiło się kryzysie greckiej gospodarki i szybkim ubożeniu mieszkańców Hellady. Może Grecy próbowali odkuć się nieco na turystach, bo właściwie czemu nie? Jeśli jednak miałbym drążyć tę kwestię nieco głębiej, to doszedłbym do wniosku, że to i tak niewiele zważywszy na dobre recenzje win z tego pułapu cenowego i ich oceny często przekraczające 90 pkt.  


W każdym razie udało mi się kupić tam dwa wina z Alpha Estate. Jednym z nich była słodka, aromatyczna, a przy okazji bardzo dobra Omega (gewürztraminer 85%, malagouzia 15%), natomiast drugim Sauvignon Blanc 2012. Możecie się dziwić, dlaczego wybrałem akurat sauvignon blanc w Grecji. Po pierwsze dlatego, że czułem się zagubiony wsród nazw rdzennych szczepów, a po drugie, że bardzo lubię białe sauvignon, miałem już jakąś bazę wypróbowanych win z tej odmiany, a więc i możliwość porównania wina greckiego z winami z innych stron świata. Jak to porównanie wypadło możecie przeczytać w moim wpisie z roku 2013.


W przesyłce od importera znalazło się (między innymi) właśnie Alpha Estate Sauvignon Blanc, tyle że już z rocznika 2016. Z informacji zawartych na stronie producenta wynika, że jest to najświeższy rocznik, jaki jest w sprzedaży, ale zabrakło informacji technicznych, których bogactwem mogą szczycić się wina z poprzednich roczników. W każdym razie uprawy winorośli prowadzone są na parcelach leżących na płaskowyżu Amyndeon (wys. 600-700 m n.p.m) pomiędzy wzgórzami i w pobliżu dość dużych zbiorników wodnych stabilizujących klimat i łagodzących amplitudę temperatur. Jak te warunki i rocznik wpłynęły na wino? Sprawdźmy!

Kolor słomkowy, blady, wino czyste, bez wytrąceń, dobrze przefiltrowane po czterech miesiącach dojrzewania na osadzie. Zapach agrestowo-trawiasty, nieco ziołowy, o mniejszej intensywności niż większość SB z Nowej Zelandii, jakie miałem okazję pić. Na podniebieniu w początkowej fazie nuty gruszkowe i podobnie jak w gruszce delikatna słodycz z odrobiną kwasowości. Możliwe skojarzenia z gruszkowo-jabłkowym kompotem, ale też z balonową gumą i landrynką, choć nie tak wyraźną (i męczącą) jak w przypadku SB z Chile. Końcówka lekko goryczkowa, świeża. Fajne wino do picia solo, ale spróbowałbym go także w towarzystwie sałat, grillowanych warzyw czy białych mięs.



Alpha Estate, Sauvignon Blanc, 2016
apelacja: Protected Geographical Indication Florina
odmiany: 100% sauvignon blanc
alk.: 13,0%


Wino otrzymałem do degustacji od Amazis.net. Dziękuję!

czwartek, 18 stycznia 2018

Monte da Ravasqueira, Branco 2016


Wino o dość jasnej barwie, oleiste w kieliszku, ciężkie i zawiesiste w ustach. W smaku kojarzy się z chardonnay muśniętym beczką, ale nie jest bananowo mdłe, lecz ożywione nutami kwaśnych cytrusów. W końcówce wyczuwalna goryczka, za którą tak bardzo nie przepadam, a która może kojarzyć się też z grejpfrutem.

Etykieta mówi o użyciu dwóch odmian: arinto i anato vaz, lecz strona producenta mówi o czterech odmianach: viognier, alvarinho, semillion i arinto. Wspomniałem wcześniej o beczce, ale dla jasności dodam, że to wino z beczką kontaktu nie miało. Intensywność jego smaków wynika najprawdopodobniej z faktu dojrzewania wina na osadzie przez 3 miesiące i znaczącego udziału viognier, które potrafi dawać wina przyciężkawe, choć rzeczywiście aromatyczne. Zadaniem pozostałych odmian było zapewne ożywienie wina i nadania mu cytrusowej świeżości. Nie wiem, czy dostaniecie je jeszcze w Biedronce (stawiam, że tak), moje wino tradycyjnie już dość długo czekało na swoją kolej, ale warto było czekać. Tego typu biel w zimę sprawdza się zaskakująco dobrze, nie musicie - jak czasem sugerują koledzy blogerzy - od razu sięgać po Porto ;) 

Wino otrzymałem (dawno temu) do degustacji od Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci Biedronka. Dziękuję!

piątek, 22 grudnia 2017

Lidl na Święta.

Miałem tego nie robić, a zrobiłem. Miałem się powstrzymać, a zabrakło wytrwałości w postanowieniu. Diagnoza jest jasna i nie może być inna: jestem uzależniony. Na szczęście nie od picia alkoholu, ale od jego kupowania i chomikowania. Ja może bym to nazwał kolekcją, co prawda nie najwyższych lotów, ale jednak. Niestety moja żona widzi w tym bałagan i zagracanie przestrzeni, więc muszę się nieco ze swoimi zakupami kryć i skutecznie je maskować. To też typowy objaw uzależnienia.

Lidl w zakupowej abstynencji mi nie pomógł i z okazji wstawienia do sklepów win ze świątecznej oferty podesłał przesyłkę z dwoma winami. Dostałem, czyli nie kupiłem, powie ktoś, komu przyjdzie do głowy stanąć w mojej obronie. Ale prezent podziałał jak płachta na byka, a pendrive z zapisaną całą ofertą skusił mnie do odwiedzenia najbliższego sklepu. Dwa wina zatem dołożył do mych zbiorów Lidl, dwa wina dokupiłem sam i znów w moich tajnych zakamarkach zrobiło się ciasno.

Skoro sprawa wyszła na jaw, a z moich postanowień nici, to niech chociaż Wam opowiem, o co wzbogaciła się ta moja - pożal się Boże - kolekcja.


Domaine Saint-Germain, Chardonnay 2016, Bourgogne AOP
„Wino i barwie słomkowo-zielonkawej, klarowne. Zaraz po nalaniu trunku do kieliszka aromaty są łagodnie wyczuwalne, ulegają stopniowej intensyfikacji w trakcie napowietrzania. W ustach wyraźna kwasowość, alkohol umiarkowanie rozgrzewający, o lekko słonym posmaku. Wino znajdzie zastosowanie jako aperitif lub jako towarzystwo do sałatek, lekkich potraw z ryb i drobiu”. Tak zareklamował mi wino zespół Lidl Polska zapraszając do degustacji, ale ponieważ u mnie z degustacjami gorzej niż z zakupami, więc na weryfikację opisu będziecie musieli poczekać, chyba że zrobicie to za mnie wcześniej, chętnie wczytam się w Wasze komentarze. Ja się w każdym razie cieszę z prezentu, bo ostatnio bardzo rzadko sięgałem po chardonnay i prawdę mówiąc nie wiem, czy sam bym sobie to wino kupił. 

Drugie z otrzymanych win to


Carmelo Ortega, Saxa Loquuntur dos 2013, Rioja DOC
„Trunek ten dojrzewał przez 12 miesięcy w dębowej baryłce. W kieliszku rozpoznać można akcenty jeżyn, suszonej śliwki, suszonych daktyli, toffi i tostów. W ustach równowaga, struktura opiera się na rozgrzewającym alkoholu, przyjemnie cierpkich garbnikach i wyczuwalnej kwasowości. Polecamy do pieczeni lub dojrzałych twardych serów.” Ja oczywiście najchętniej spróbowałbym je do wołowego steka i choć jeszcze wina nie spróbowałem, to już ta kwasowość i garbniki rozbudziły mój apetyt.

Saxa Loquuntur to wina (producent ma w ofercie trzy wersje o nazwach uno, dos i tres), które trafiają do mnie nie po raz pierwszy. A ponieważ nigdy nie miałem o nich złego zdania, to na zakupach postawiłem dokupić wersję uno (rocznik 2014), żeby mieć bezpośrednie porównanie win.


Wydawało mi się, ale mogę się mylić, że nigdy nie sprzedawano jednocześnie różnych etykiet tego producenta. Żyję w przekonaniu, że w różnych okresach Lidl wstawiał pojedyncze etykiety nie zdradzając specjalnie klucza, wg którego to czynił. Ale skoro teraz nadarza się okazja, to ja ją wykorzystam. Nie wiem, czy uda mi się je scharakteryzować za pomocą równie kwiecistego opisu, ale mam nadzieję, że zrozumiecie moje odczucia. Na to oczywiście też musicie poczekać. ;)

Czwarte wino, a drugie z tych, które sam kupiłem nie znalazło się w najnowszej ofercie, ale można je znaleźć na półkach Lidla i to w sporej ilości.


To Crémant de Limoux, wino musujące z Langwedocji, wykonane metodą tradycyjną, czyli tą, z której słyną Szampany. Zbliża się Nowy Rok i dobrze jest go przywitać bąblami. Owszem, można zrobić to Krugiem, ale chwilowo mnie na niego nie stać, więc zostanę przy nieco przystępniejszych cenowo propozycjach, które zresztą można też z powodzeniem wykorzystać podczas świąt Bożego Narodzenia. Wszak wina musujące są kulinarnie bardzo uniwersalne i choć może grubą przesadą byłoby twierdzenie, że pasują do każdej potrawy, to jednak można uznać je za wybór bezpieczny. Wybór win musujących w Lidlu jest dość spory, więc jeśli nawet nie skusicie się na to mocno wytrawne crémant, to może przypadnie Wam do gustu jakieś prosecco, a i szampany wystawili w całkiem atrakcyjnej cenie (jak na szampany).

Dziękuję polskiemu Lidlowi za przesyłkę, a całemu zespołowi czuwającemu nad winną blogsferą życzę wszystkiego najlepszego z okazji świąt Bożego Narodzenia i Szczęśliwego Nowego 2018 Roku.

środa, 13 grudnia 2017

Wina z fabryki.

Męczę się okropnie. Nie dlatego, że wina niedobre, ale dlatego, że nie mam czasu ich wypijać. Pracę i obowiązki domowe przedkładam jednak nad spożywanie alkoholu, co pewnie dobrze świadczy o mnie i właściwym ustaleniu priorytetów, a że dzieje się to kosztem czytelników to wielka szkoda. Ja i moja wątroba będziemy trzymać się swojej ścieżki.

Dziś, a w zasadzie przez kilka ostatnich dni, sięgam po portugalskie wina z Biedronki i znów wyprodukowane przez Falua Sociedade de Vinhos. Chociaż nie, tak chyba nie mogę napisać, bo na stronie producenta nie mogę znaleźć win F’OZ, natomiast na ich etykietach mowa jest tylko o zabutelkowaniu win przez spółdzielnię Falua. No właśnie, skoro to spółdzielnia, to może João Portugal Ramos udostępnia tylko swoją infrastrukturę innym winogrodnikom, a przez swoją sieć kontaktów upłynnia towar na masową skalę.

Masowe nie zawsze znaczy złe, to zazwyczaj produkty tanie, więc wymaga się od nich, żeby były wystarczająco dobre, aby mogły być wykorzystane do gotowania, czy postawienia na stole do codziennego, zwyczajnego obiadu. Tak to widzę i pod takim kątem oceniam tego typu wina.


***


Jak już wspomniałem, oba wina butelkowane są pod nazwą F’OZ, co oznacza ‚ujście’ i „jest hołdem dla rzek, które przepływają przez najbardziej prestiżowe regiony winiarskie w Portugalii, zapewniając doskonałe warunki do produkcji win wysokiej jakości”. W tym wypadku mówimy o winie z apelacji Douro, które zostało - użyję jeszcze raz tego słowa - zabutelkowane w roku 2016 oraz o winie z regionu Dão zabutelkowanym w roku 2015. Oba zresztą powstały w tym samym zakładzie położonym w Almeirim, które dla odmiany leży na terenie regionu winiarskiego Tejo.

Wszystko to, co napisałem powyżej sprawia, że próżno szukać w tych winach szczególnych uniesień, albo wyciągać na ich podstawie wnioski co do stanu winiarstwa w poszczególnych regionach Portugalii. Nic z tych rzeczy. Te wina podobnie kosztują i podobnie smakują, przyjaciół od wina nimi nie zachwycicie, ale obiadu Wam nie zepsują. Jeśli jednak będziecie się upierać, abym wskazał palcem zwycięzcę, to w tym zestawieniu wolę wino z Dão. Jest łagodniejsze nieco dla podniebienia przy lepszym uwypukleniu owocu.

Wina otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci Biedronka. Dziękuję!

piątek, 1 grudnia 2017

Tercius, Tejo 2016

Wino od dużego i znanego producenta Falua Sociedade de Vinhos, który nie ogranicza się tylko do jednego regionu Portugali, lecz produkuje swe wina w Alentejo, Tejo, Beiras, Douro i Vinho Verde. Jeśli pijecie portugalskie wina to nazwisko João Portugal Ramos na pewno obiło wam się o uszy, a może i wpadło w oko, jeśli uważnie czytacie etykiety. Co do samej etykiety to podoba mi się wzór, powtarzalność motywów i ich symetria. Idealnie pasuje do win produkowanych przemysłowo, gdzie powtarzalność produktu - przy zachowaniu jakości - jest miarą jego sukcesu.

Wino jest całkiem dobre, co zawsze cieszy, bo kupno butelki wina za 17,99 złotych często obarczone jest pewnym ryzykiem. Wiele osób z tego względu unika zakupów w dyskontach, wydając lekką ręką 50 zeta w sklepie specjalistycznym w przekonaniu, że w ten sposób kupują prawdziwe perełki. Grunt to mieć poczucie dobrze wydanych pieniędzy, choć wydaje mi się, że w takim przypadku perły za prowizję kupują raczej sprzedawcy win.


Co więcej, w takim przypadku mam zawsze ochotę pójść do sklepu i kupić karton wina na zapas, za niewielkie pieniądze można zrobić sobie szkolenie z ewolucji wina, o ile ktoś ma w sobie pokłady cierpliwości, żeby otwierać butelkę co rok czy chociaż co 6 miesięcy. O powierzchni schowka nie wspomnę, ja kontynuuję opróżnianie zapasów, dlatego sam z własnej rady pewnie nie skorzystam.


Falua, Tercius 2016
Vinho Regional Tejo, Portugalia
odmiany: touriga nacional, aragonez, cabernet sauvignon, syrah
alk. 13,5%
cena: 17,99 zł w Biedronce

Wino otrzymałem do degustacji od Jeronimo Martins Polska, właściciela sieci Biedronka. Dziękuję!

piątek, 10 listopada 2017

Syzyfowe prace.

Zgodnie z tym, o czym napisałem we wpisie "Opróżnianie zapasów", zająłem się ich pomniejszaniem za pomocą osuszania butelek. Robiłem to powoli, niespiesznie i w samotności, żona w ogóle nie chce mi pomagać, ale zacząłem zauważać efekty, więc wszystko wydawało się być na dobrej drodze.

Na pierwszy ogień poszło wino chilijskie, a dokładnie sauvignon blanc z winnicy Luis Felipe Edwards. Wino pochodziło z rocznika 2016, sprzedawała je w swojej promocyjnej ofercie Biedronka między 28.08.2017 a 10.09.2017. Co ciekawe w katalogu na miejsce pochodzenia wskazywano Casablanca Valley, moje wino zaś powstało z gron zbieranych w Leyda Valley. Ciekaw jestem, czy zwróciliście na to uwagę otwierając swoje butelki i czy rzeczywiście w ofercie były wina z różnych miejsc. W każdym razie to z Leyda Valley zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie.


Drugim winem, a w zasadzie winami drugim i trzecim były białe Polki - wina wyprodukowane dla sieci Lidl przez Winnicę Srebrna Góra, przy czym do dyspozycji miałem dwa roczniki: 2015 i 2016.



Nie wiem czy różnice były spowodowane samym wiekiem win, czy może o ich charakterze decydowała aura, stawiałbym jednak na różnicę w składach win, przy czym chciałbym zaznaczyć, że mimo dużego kombinowania w kupażach, wina miały jakiś wspólny mianownik, co należy zaliczyć im na plus. W ogóle mają u mnie plusy, przy czym rocznik 2015 nieco większego.

Po Polkach na stół trafiło albariño z hiszpańskiej Galicji, a dokładniej apelacji Rias Baixas. Albariño dla mas można powiedzieć, bo jest znacznie przystępniejsze w piciu niż opisywany w literaturze wzorzec wina z tej odmiany. Mniej tu kwasowości, nieco więcej ciała i owocu, co sprawia, że wino jest łatwe w piciu. Wzorcowe albariño potrafi być bardzo kwasowe i dość oszczędne w aromatach, za to dobrze pasuje do galicyjskiej kuchni w dużej mierze opartej na owocach morza.


Następnie udałem się do Argentyny po jej sztandarowe wino czerwone, czyli malbeka. Wino wyszło spod ręki uznanego winiarza, ale dla mnie było ono dość przeciętne. Miałem okazję pić już dużo lepsze malbeki, choć uczciwie muszę przyznać, że zwykle były to droższe etykiety.


Pozostałem jeszcze na moment w Ameryce Południowej, by spróbować urugwajskiego tannata, ale o ile wino było bardzo pijalne i naprawdę smaczne, to jednak nie oddało potencjału tkwiącego w odmianie tannat - liczyłem na potężną taninę, a dostałem wino łagodnie, znów jakby przeznaczone dla szerokiego grona odbiorców.


I już cieszyłem się, że plan przynosi efekty, już widziałem odzyskane po butelkach miejsce, już cieszyłem się nie z posiadania wina, ale jego braku, gdy dotarła do mnie przesyłka z Biedronki wypełniona próbkami win portugalskich. Czyli luka została zamknięta, wyrwa zasypana a butelkowy bilans wyszedł na zero. To właśnie możemy śmiało nazwać tytułową syzyfową pracą.


Ale jak Syzyf się nie załamywał, tak i ja sumiennie wtaczam swój kamień pod górę, a czy było warto, czy portugalskie wina warte są zachodu, o tym poinformuję Was w kolejnych wpisach.

Savignon blanc i tannata dostałem do degustacji z Biedronki, obie Polki kupiłem za własną mamonę w Lidlu, za malbeca zapłaciłem w Tesco, a ursynowski Leclerc skasował mnie za albariño.